Udręczona Sydney Sweeney. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie
Fenomeny popkulturowe, takie jak Britney Spears, Spice Girls, Paris Hilton, Kim Kardashian, Sydney Sweeney, instagramowe influencerki czy tiktokowe tradwives – wszystkie są częścią postfeministycznej opowieści. Opowieści o kulturze, która obiecywała kobietom ostateczne wyzwolenie, a zamiast tego zamieniła ich życie w nieustanny performans.
W książce Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie Sophie Gilbert pokazuje, jak popkultura przełomu XX i XXI wieku przekształciła feminizm w kapitalistyczny produkt.
Emancypacja przestała być – zgodnie ze swoim historycznym sensem – walką o prawa, bezpieczeństwo czy polityczną sprawczość. Stała się natomiast synonimem widzialności, atrakcyjności, seksualności i pogoni za sukcesem. Kobieta miała być już nie obywatelką, a tym bardziej nie częścią kobiecej wspólnoty, lecz marką. Za wszelką cenę.
Idealnym przykładem tego zjawiska jest Cassie Howard, postać grana przez Sydney Sweeney w serialu Euforia. W trzecim sezonie bohaterka zakłada konto na platformie OnlyFans, żeby zarobić na wesele. Widzowie i krytycy zostali uderzeni serią skrajnie ostrych, wręcz fetyszyzujących scen. Twórcy serialu zostali oskarżeni o sprowadzenie wielowymiarowej dotąd postaci wyłącznie do roli seksualnego obiektu i zredukowanie jej wątku do satysfakcji męskiego spojrzenia.
Nie jest to jednak problem wyłącznie Cassie Howard, ale całej współczesnej kultury.
Przejęcie feminizmu przez rynek
Postfeminizm to sposób myślenia o kobiecości, który zdaniem socjolożki Rosalind Gill zatriumfował w latach 90. Wiążę się z obsesją samodoskonalenia i samokontroli, naciskiem na indywidualną satysfakcję, a nie zbiorowy wysiłek, a przede wszystkim z „upodobaniem kobiet do przedstawiania siebie jako czynnych podmiotów seksualnych, a nie biernych obiektów”.
Ta nowa fala przypominała bardziej strategię marketingową niż rzeczywisty projekt emancypacyjny. Kobietom powiedziano, że mogą robić wszystko. Tym „wszystkim” miało być eksponowanie seksualności, zarabianie pieniędzy i traktowanie własnego ciała jako wiecznie niedokończego projektu.
Nowa kultura kobiecej „wolności” nie mówiła natomiast o realnej władzy. Nie chodziło o wpływ polityczny, bezpieczeństwo ekonomiczne czy wspólnotę. Najważniejszym kapitałem były młodość, atrakcyjność i zdolność przyciągania uwagi.
Symbolicznymi postaciami epoki stały się Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście oraz Bridget Jones, które miały zapoczątkować nowy typ bohaterki – „chodzącej katastrofy”.
W 1998 roku recenzentka „New York Timesa” pisała w tym kontekście, że „współczesne kobiety balansują między niezależnością spod znaku jestem kobietą, a żałosnym dziewczęcym pragnieniem bycia wszystkim naraz dla wszystkich mężczyzn”.
Postfeministyczna wolność to możliwość wybierania między kolejnymi produktami, partnerami i wersjami własnego wizerunku.
Kontrast między ruchem Riot grrrl a Spice Girls pokazuje to jeszcze wyraźniej. Te pierwsze mówiły o przemocy seksualnej, patriarchacie i kobiecej solidarności. Te drugie natomiast pozbawiły hasło „girl power” politycznego znaczenia, opakowały je i skomercjalizowały w postaci cukierkowej wizji kobiecości – zinfantylizowanej, sprowadzonej do swobody seksualnej wiecznych nastolatek.
Kapitalizm nauczył się sprzedawać feminizm. Utworzył wręcz jego nową formę, która jeszcze skuteczniej pozwoliła na maksymalizację zysków – kosztem kobiet, a także relacji damsko-męskich.
Kobieta projektem wizualnym
Ponoć Google Images powstało po tym, jak internauci masowo wyszukiwali zdjęcia Jennifer Lopez w wydekoltowanej sukni Versace. Współtwórca YouTube’a przyznawał, że impulsem do stworzenia platformy było poszukiwanie nagrania z „awarii garderoby” Janet Jackson. A właściciel koncernu Meta Mark Zuckerberg jako student stworzył z kolei stronę Facemash, na której wraz ze swoimi kolegami oceniał atrakcyjność koleżanek ze studiów.
Powstały w 2010 roku Instagram okazał się apoteozą postfeministycznej obietnicy. Platformą, która nagradza kobiecość performatywną, konsumpcjonizm i widzialność.
Influencerki zaczęły funkcjonować jako własne marki, a ich ciała stały się produktami podlegającymi nieustannej optymalizacji. Słynne Kardashianki stały się symbolem nowego człowieka, którego twarz, sylwetka i osobowość zmienia się dowolnie względem oczekiwań rynku. „Najnowsza historia technologii została zapisana na ciałach kobiet” – stwierdza Sophe Gilbert.
Pornografizacja kultury
W książce The Porning of America Kevin M. Scott i Carmine Sarracino przekonywali już w 2008 roku, że pornografia „tak głęboko wniknęła w każdy aspekt naszego codziennego życia”, iż „niemal przestała istnieć jako coś odrębnego od kultury mainstreamowej”.
Stała się wręcz audiowizualną lingua franca, której estetyka i język były rozpoznawane oraz powielane na całym świecie, niezależnie od języka czy uwarunkowań kulturowych.
Pornografia od początku miała przekraczać normy społeczne i obyczajowe. Gdy jednak jej estetyka została niemal w pełni zintegrowana z mainstreamem, zaczęła tracić swój podstawowy mechanizm działania, oparty na transgresji i szokowaniu.
Estetyka porno chic z początku lat dwutysięcznych, która przeniknęła do galerii sztuki, magazynów modowych i kina, doprowadziła pornografię – jak zauważał już w 2001 roku Martin Amis – do wymuszonej zmiany kierunku rozwoju, którym stała się przemoc.
Całkowite oderwanie seksualności od relacyjności, czułości i odpowiedzialności miało konsekwencje nie tylko dla kobiet, lecz także dla mężczyzn. Kultura coraz częściej przedstawiała seks jako formę dominacji, a kobiety jako nagrodę należną mężczyznom.
W ten sposób narodziła się incelska logika, która w swoich mitologiach, archetypach i moralistycznych projekcjach odwołuje się wprost do schematów znanych z bajek dla dzieci. Przynajmniej tak diagnozuje to Shannon Palma, według której „potencjał przemocy krystalizuje się w logice bajki, gdy jedynym sposobem na popchnięcie fabuły do przodu jest ukaranie złoczyńcy”.
W tym przypadku – w męskiej kulturze spod znaku filmów o „bractwach studenckich”, takich jak American Pie – złoczyńcą okazuje się kobieta, która „niesprawiedliwie” dzierży władzę i decyduje o tym, kto może stać się mężczyzną.
Nieprzypadkowo, jak pokazują między innymi badania Pawła Ścigaja z Uniwersytetu Jagiellońskiego, język forów incelskich wykazuje dziś wyraźne podobieństwa do języka współczesnej pornografii. Oba opierają się na dehumanizacji kobiet i redukowaniu ich do funkcji seksualnej.
Kobiety przeciw kobietom
Paradoksalnie więc kultura, która miała przynieść seksualne wyzwolenie, doprowadziła do głębokiego kryzysu relacji między płciami, tworząc coraz bardziej zaostrzającą się przestrzeń wzajemnej niechęci i resentymentu.
Nie jest to odrębne zjawisko, lecz kolejny etap tej samej transformacji: logika permanentnej rywalizacji i autoobserwacji, która przeniknęła relacje między płciami, zaczęła organizować także relacje między samymi kobietami.
Naomi Wolf w The Beauty Myth, książce opublikowanej w 1990 r., pisała, że kultura obsesyjnej koncentracji na wyglądzie kobiet skutecznie odciąga je od budowania solidarności politycznej. Kobiety całkowicie pochłonięte samodyscypliną, dietami i autoobserwacją wyłącznie konkurują ze sobą, nie są więc w stanie tworzyć wspólnoty.
Media społecznościowe nieustannie produkują nowe wojny między: tradwives a feministkami, między matkami pracującymi a tymi pozostającymi w domu, między pick me girls a aktywistkami, a także między influencerkami nieustannie walczącymi o uwagę algorytmu.
Wielki powrót tradycji?
Mając to wszystko przed oczami, łatwiej zrozumieć współczesny zwrot ku tradycji. Część młodych kobiet coraz częściej odrzuca kulturę permanentnej widzialności, seksualnego performansu i nieustannego samodoskonalenia.
Problemem jest to, że odpowiedzią na kryzys postfeminizmu jest często uproszczony, a wręcz zdeprecjonowany model kobiecości promowany przez amerykański ewangelikalizm, którego źródło i doktryna wywołują słuszny sprzeciw. Szczególnie, że niesłusznie jest on zrównywany z katolicką teologią – co jest dalekie od prawdy.
W 1988 roku opublikowano tzw. oświadczenie z Danvers, zainspirowane pracami ewangelikalnych liderów Johna Pipera i Wayne’a Grudema, dotyczące „biblijnej męskości i kobiecości”. Kobiecość była przez nich definiowana jako podporządkowanie, uległość i koncentrację na domu. Kobieta miała realizować się przede wszystkim jako żona i matka wspierająca duchowe przywództwo mężczyzny.
Model ten, który według Randalla Balmera miał być „próbą powstrzymania rozprzestrzenienia się feminizmu biblijnego w kręgach ewangelikalnych” – został następnie wpisany w szerszy kontekst politycznej mobilizacji religijnej prawicy w USA, rozwijanej m.in. przez takie organizacje jak Moral Majority.
Między innymi dlatego amerykański katolicyzm w dużej mierze przejął język i emocjonalną stylistykę ewangelikalnego konserwatyzmu. Tymczasem klasyczna katolicka antropologia mówiła o kobiecie w zupełnie inny sposób.
Już w encyklice Casti Connubii z 1930 roku papież Pius XI pisał, że „żona nie jest niewolnicą męża ani jego własnością”, a małżeństwo powinno opierać się na wzajemnej miłości i godności osób.
Jeszcze wyraźniej wybrzmiało to w Mulieris Dignitatem Jana Pawła II. Papież interpretował dominację mężczyzny nad kobietą nie jako element boskiego porządku, lecz jako konsekwencję grzechu i zerwania pierwotnej harmonii relacji. Podkreślał, że „oboje są od początku osobami”, a kobieta i mężczyzna zostali stworzeni do „wzajemnego daru z siebie”.
Język ten jest radykalnie odmienny od logiki zarówno patriarchalnej dominacji, jak i neoliberalnej kultury uprzedmiotowienia. Personalizm Jana Pawła II, rozwijany w ramach teologii ciała, próbował odpowiedzieć na ten sam problem, który diagnozuje dziś Sophie Gilbert: redukcję kobiety do funkcji seksualnej i wizualnej.
Proponowaną odpowiedzią nie miało być jednak wycofanie kobiet z życia społecznego, lecz przywrócenie cielesności wymiaru osobowego i relacyjnego. Seksualność miała nie być traktowana jako towar ani narzędzie dominacji, ale jako indywidualny „język osoby”.
Katolicka teologia jako lekarstwo
W tym sensie katolicka doktryna okazała się być bardziej rewolucyjna niż współczesna kultura emancypacji. Gdy popkultura XX i XXI wieku mówiła kobietom, że ich największym kapitałem pozostaje atrakcyjność i widzialność, katolicki personalizm próbował przypominać, że człowiek nigdy nie może być sprowadzony do funkcji użytkowej. „Osoba jest takim dobrem, z którym nie godzi się używanie”.
Wielu historyków uważa, że chrześcijaństwo odegrało fundamentalną rolę w podniesieniu statusu kobiet w świecie zachodnim. Tom Holland w „Bożym władztwie” zauważa, że to właśnie chrześcijaństwo wprowadziło do naszej kultury przekonanie o równej godności wszystkich ludzi, również kobiet, dzieci i niewolników.
Paradoks współczesności polega więc na tym, że kultura, która jawi nam się jako wyzwolona często redukuje kobiety do obrazów i produktów, podczas gdy część tradycji religijnej próbowała na poziomie antropologicznym bronić ich podmiotowości.
***
Największą porażką popkultury ostatnich dekad nie jest to, że uprzedmiotowiła kobiety. Ale to, że nauczyła kobiety patrzeć na siebie nawzajem oczami rynku.
Emancypacja pozbawiona wspólnoty szybko i wyraźnie zamienia się w samotną walkę o uwagę, status i przetrwanie. A społeczeństwo, w którym relacje między płciami zostają urynkowione, wpadają w pętle wzajemnej nienawiści i rozpaczy.
Rozpaczy utowarowionego ciała symbolicznej Cassie Howard, w którym współczesna kultura każe nam się przeglądać jak w lustrze.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

