Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Dobrzy ludzie w złym systemie

Dobrzy ludzie w złym systemie Ashkan Forouzani/unsplash.com

Etos zawodów medycznych, podobnie jak cała medycyna, ulega dehumanizacji. Technika medyczna staje się ważniejsza niż doświadczenie relacji z cierpiącym człowiekiem. Efektem tego jest nie tylko gorsza jakość leczenia i coraz częstsze błędy medyczne, ale również rosnący problem wypalenia zawodowego w ochronie zdrowia.

raporcie Najwyższej Izby Kontroli, opublikowanym 9 lutego, rysuje się ponury obraz poronieniu. Kontrolerzy sprawdzili, że kobietom, które straciły dziecko, nie zapewniono w szpitalach prawidłowej i wystarczającej opieki. Według Izby, winna jest „wadliwa organizacja procesu udzielania świadczeń oraz nieprzestrzeganie obowiązujących uregulowań, w tym standardów opieki okołoporodowej”.

Kobiety po stracie dziecka były traktowane czysto technicznie – udzielano im pomocy medycznej, nie zapewniając jednak wsparcia w obszarze emocjonalnym i społecznym. Negatywnie oceniono też aspekt komunikacji z matkami zmarłych dzieci, który nie podlegał szkoleniom wśród personelu. „Najczęstszym problemem zgłaszanym przez kobiety był brak empatii podczas rozmów personelu medycznego z kobietą. Brak umiejętności komunikacji z osobą w bardzo trudnej, skrajnej sytuacji życiowej. Kobiety zwracają uwagę na postawę personelu medycznego, którą często określają jako nieuprzejmą, arogancką, oziębłą i ignorującą. Wiele kobiet opisywało sytuacje, w których personel medyczny podnosił na nie głos w sytuacji, w której dopytywały o swój stan lub płakały” – raportuje prezes Fundacji „Rodzić po Ludzku” Joanna Pietrusiewicz, cytowana w raporcie NIK.

Problem opieki okołoporodowej i jej dehumanizacji podnoszony był już wielokrotnie m.in. przez Fundację „Rodzić po ludzku”. Niestety, konsekwencją takiego stanu rzeczy były dla kobiet, które poroniły, liczne komplikacje natury psychologicznej i społecznej, z wycofaniem się z dalszej decyzji o rodzicielstwie włącznie.

Choroby jatrogenne

Jatrogenia (od łac. iatros oznaczającego lekarza i genesis – pochodzenie) to błędy medyczne szkodzące pacjentowi. Towarzyszą nam od zawsze, bo należą do natury ludzkiej. „To Err is Human” (w wolnym tłumaczeniu: popełnianie błędów należy do natury człowieka), głosi tytuł ważnego studium naukowego poświęconego temu problemowi. Prawie 100 tys. ludzi umiera rocznie w USA z powodu chorób jatrogennych, czyli właśnie błędów personelu medycznego. Problemem nie jest to, że źli ludzie pracują w służbie zdrowia, lecz fakt, że dobrzy ludzie pracują w złych systemach, które należy uczynić bezpieczniejszymi.

Nierozwiązany problem medycyny wydaje się narastać. Paradoksalnie, u jego źródeł leży rozwój medycyny, która zbliżając się coraz bardziej do nauki ścisłej, odchodzi od swoich hipokratejskich korzeni medycyny holistycznej.

Skupienie się na objawach choroby, nie na pacjencie, błędy w komunikacji, egoizm instytucji publicznych, obciążenie czasowe przy wypełnianiu rejestrów medycznych, brak czasu, kolejki – to choroby, które toczą wszystkie współczesne systemy ochrony zdrowia, stanowiąc fundament tzw. paradygmatu biomedycznego, traktującego ciało człowieka jako zepsutą maszynę.

Tymczasem to właśnie model biomedyczny i wynikające m.in. z niego błędy w komunikacji są źródłem wspomnianych wcześniej niezliczonych błędów. Według danych Joint Commission International, nawet 80% poważnych błędów medycznych wiąże się z nieporozumieniami między personelem medycznym, szczególnie w sytuacji przekazywania sobie pacjenta.

Epidemia wypalenia

Skutkiem dehumanizacji medycyny jest też potężny problem wypalenia zawodowego kadr medycznych. Wynika to z faktu, że czysto techniczna medycyna redukuje kontakt i relację z pacjentem do minimum. Lekarz staje się więc technikiem ciała, każdego dnia wykonującym pracę w anonimowym otoczeniu „zepsutych ludzi”. Szerszy kontekst leczenia, emocje, różnice kulturowe i zwyczajne ludzkie relacje zostają na marginesie leczenia. W efekcie praca personelu medycznego staje się szablonowa, nużąca i, przy rosnącym braku poczucia ogólnego sensu wykonywanych zadań, bardziej stresująca.

Wypalenie zawodowe zdiagnozowane zostało w latach 70. XX wieku właśnie wśród pracowników sektora zdrowia. Herbert Freudenberger wypalenie opisał jako „nadmierne zapotrzebowanie na energię, siłę lub zasoby”, któremu towarzyszą „złe samopoczucie, zmęczenie, frustracja, cynizm i nieskuteczność” podczas pracy.

W niedawnym artykule w „The Lancet” opublikowano dane dotyczące wypalenia wśród lekarzy. Według badania, w 2018 r. 78% lekarzy w USA doświadczyło wypalenia zawodowego, o 4% więcej niż w 2016 r. Ponadto, 80% lekarzy w Wielkiej Brytanii w 2019 r. zostało włączonych do grupy ryzyka wypalenia zawodowego. Najbardziej zagrożeni byli młodsi lekarze i lekarze rodzinni. Skutkami wypalenia były zarówno problemy związane z depresją, jak i samobójstwa.

Wypalenie zawodowe w środowisku medycznym obrazuje kryzys zdrowia publicznego, który dotyka krajów o wysokich dochodach. Podnosi również pytanie o dobrostan zarówno personelu, jak i bezpieczeństwo pacjentów.

Przyjaźń z pacjentem

Wypalenie zawodowe ściśle wiąże się z komunikacją lekarza z pacjentem. Dzięki niej, pacjent przestaje być tylko zepsutym mechanizmem, który naprawia mechanik ciała – lekarz. Pozostając podmiotem leczenia, staje się sensem pracy personelu medycznego. W efekcie leczenie przynosi satysfakcję nie tylko czysto zawodową, ale i personalną. Na problem ten zwrócił uwagę już w latach 70. XX wieku lekarz Thomas McKeown. Uważał za fałszywe takie przeświadczenie o podstawach medycyny, że leczenie zależy wyłącznie od wewnętrznej ingerencji w ciało człowieka, które należy traktować jak niedomagającą maszynę.

W czasie zajęć z komunikacji medycznej przerabiamy ze studentami scenariusz, w którym trzeba wybrać najlepsze drogi postępowania w stosunku do kobiety odmawiającej pobrania krwi z powodu strachu przed igłą. Niektórzy studenci proponują powiedzieć pacjentce, że umrze, jeśli nie zostanie wykonana pełna diagnostyka. Ta odpowiedź, oczywiście nieprawidłowa, pada często. Bo przecież trzeba wykonać swoją pracę. Niektórzy sugerują też, że w takiej sytuacji trzeba wypisać pacjenta, byle zadbać o papiery – żeby podpisał oświadczenie, że odmawia leczenia.

Prostowanie takich błędów już na początku edukacji jest oczywiście niezwykle trudne. Niewątpliwie nie każdy człowiek nadaje się do opieki nad cierpiącą osobą. Nie każdy też student medycyny ma kompetencje społeczne i psychologiczne, by zająć się cierpieniem i wykazać empatią, która jest konieczna w wielu sytuacjach. Kursy komunikacji, rozmowa o empatii pomagają studentom kierunków medycznych wziąć na chwilę oddech między zajęciami i zastanowić się nad potrzebą utrzymywania odpowiednich relacji z pacjentami.

Jak oszacowano, każdy lekarz w czasie swojej pracy przeprowadzi około 200 tys. rozmów z chorymi. Śmiało można powiedzieć, że to zawód w dużej mierze oparty właśnie na komunikowaniu się, interakcji twarzą w twarz i to w szczególnie trudnych dla pacjenta okolicznościach. Niestety, w toku specjalizacji, często dobre wzorce z uczelni zastępuje rutyna. Z leczenia opartego o bliskość i jakość relacji zostaje instrukcja obsługi pacjenta i sterta dokumentów do wypełnienia.

Docent Alicja Maksymowicz, nauczycielka kilku pokoleń pielęgniarek, w swoich ostatnich pracach zwraca uwagę na problem degradacji etosu pielęgniarskiego. Przypomina, że podkreślana dziś empatia to nic innego, jak przyjaźń, którą personel medyczny powinien obdarzać pacjenta – przyjaźń ta jest konieczna, by dobrze wykonywać powierzoną służbę. Co z tego zostało? Często oburzenie, że nie ma już służby, jest zawód jak każdy inny. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że jeszcze pokolenie temu było lepiej, a to młodzi mają takie zdehumanizowane podejście. Medycyna ulegała wielu zmianom. Im bardziej stawała się dostępna i masowa, tym chętniej zaczęła szukać technik, które ułatwiłyby jej penetrowanie populacji. Przyjaźń medyczną zastąpiły wyuczone protokoły empatii, partnerską relację – ustandaryzowany wywiad.

Pandemia koronawirusa tylko wzmocniła te negatywne trendy. Między pacjentami a personelem pojawiło się nowe, straszne i nierozpoznane zagrożenie, którego nosicielami mogą być w poczuciu wielu pacjentów właśnie medycy. Dzieje się to przy rosnącym braku zaufania do lekarzy. W badaniu European Trusted Brands z 2016 roku lekarzom ufało 43% Polaków, kilka lat wcześniej było to 73%, a średnia w UE wynosi 78%. W czasie epidemii nieufność zaczęła zmieniać się w agresję. I choć syndromy braku zaufania, a może nawet zazdrości wobec tej coraz lepiej zarabiającej grupy zawodowej widoczne były już pod koniec lat 90. XX wieku, słynne z tych lat „Pokaż lekarzu co masz w garażu” zamieniło się dziś w „Lekarzu zamieszkaj w garażu”. Ten obraźliwy slogan pojawił się w relacji jednego z pracowników ochrony zdrowia w czasie pandemii.

Recepta na dehumanizację

Czy jest lek na te problemy? Dyskusje wokół niedomagań systemów ochrony zdrowia skupiają się zwykle na zagadnieniach związanych z rozliczaniem świadczeń, redukowaniem kolejek i innych kwestiach dotyczących ekonomicznie traktowanego systemu ochrony zdrowia. Słowo „służba” straciło na wartości i jest dziś niechętnie stosowane przez lekarzy. Ale nadal profesja medyczna należy do zawodów zaufania publicznego. I to się szybko nie zmieni, bo nadal chory i cierpiący człowiek powierza się tym, którzy mogą go uratować. Dlatego dyskusje nad etosem medycznym – lekarzy, pielęgniarek i innych zawodów medycznych – powinny stać się nie tylko ciekawostką podejmowaną przez nielicznych, lecz również poważnie rozważanym tematem. Ma on silny wpływ na realne wskaźniki leczenia, a także zdrowie oraz jakość życia tych, którym powierzamy nasze życie.

Możemy przeciwdziałać problemom wynikającym z biomedycznego charakteru współczesnej medycyny. Chociażby przez realne przestrzeganie i kontrolowanie (patrz raporty NIK i Fundacji „Rodzić po ludzku”) standardów dotyczących opieki nad pacjentem. Kolejnym rozwiązaniem są kursy z komunikacji medycznej, prowadzone już na etapie studiów medycznych, ale także w toku specjalizacji oraz po jej uzyskaniu, w ramach podnoszenia kompetencji. Dodajmy do tego metody komunikacyjne (np. komunikacji w zespołach medycznych, przy przekazywaniu pacjenta, informowaniu o niepomyślnym rokowaniu itp.), które byłyby wprowadzane w ramach funkcjonowania oddziałów, a ich efekty powinny podlegać weryfikacji.

Innym pomysłem, wywołującym kontrowersje, jest interwencja jeszcze na etapie rekrutacji na studia medyczne. Aktualnie podstawą otrzymania miejsca na uczelni medycznej jest znakomity wynik z matury z przedmiotów ścisłych i przyrodniczych. Nie ma już rozmowy kwalifikacyjnej, która pozwoliłaby na stwierdzenie, czy dana osoba w ogóle nadaje się do tego, żeby opiekować się cierpiącą osobą. Dlatego temat testów osobowościowych dla kandydatów na studia medyczne ciągle wraca. Nie jest to oczywiście łatwy temat do dyskusji. Ale powinniśmy rozważyć konieczność takich rozmów, przynajmniej na etapie uzyskiwania specjalizacji – różne bowiem kompetencje psychologiczne potrzebne są różnym specjalistom medycznym.

Lekarz powinien być mistrzem w swoim fachu, rzemieślnikiem najwyższej próby. Ale to nie wystarczy, by dobrze leczyć w sensie psychicznym i społecznym. Lekarze muszą być też wyposażeni w empatię, mieć poczucie sensu w pomocy chorym, być chętni do rozmowy, nawet jeśli ta wykracza poza standardową procedurę medyczną. Dzięki pozytywnej zmianie w kulturze leczenia zyskaliby nie tylko pacjenci, ale także pracownicy medyczni, bo oddaliłaby się groźba wypalenia zawodowego.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.