Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Seksualna recesja wymaga reakcji. Czas na antypornograficzny „podatek od grzechu”

Według statystyk na Zachodzie pokolenie Z oraz młodsi przedstawiciele milenialsów rzadziej uprawiają seks niż poprzednie generacje. Nie jest więc przypadkiem, że w tych kohortach rodzi się wyraźnie mniej dzieci. Jednymi z kluczowych przyczyn takiego stanu rzeczy są popularność aplikacji randkowych i pornografia. Jeśli chcemy przełamać kryzys relacji, to przyszedł najwyższy czas na wprowadzenie „podatku od grzechu”.

To drugi artykuł z cyklu „Prorodzinne prowokacje”. W ramach kampanii #KiedyNieMaDzieci będziemy publikować odważne, kontrowersyjne i nieoczywiste pomysły na zmiany w polityce względem rodziny i demografii. Zachęcamy do lektury pierwszej prowokacji oraz tekstu wprowadzającego do naszego cyklu, nadsyłania własnych pomysłów i propozycji reform na adres [email protected] oraz wsparcia naszej kampanii 1,5% PIT dla Klubu Jagiellońskiego. Numer KRS:  0000128315skopiuj do schowkaskopiuj do schowka.

Fenomen seksualnej recesji

W ostatnich latach wśród zagranicznych badaczy ukuto zgrabnie brzmiący termin „seksualna recesja” (sexual recession). Oznacza on, że młodsze pokolenia mają mniej relacji intymnych niż ich poprzednicy. W szczególności chodzi tu o osoby z pokolenia Z oraz młodsze roczniki tzw. milenialsów.

Według danych przedstawionych na podstawie General Social Survey (GSS), w 1990 roku aż 55 proc. dorosłych obywateli Stanów Zjednoczonych w wieku od 18 do 64 lat deklarowało, że uprawia seks z częstotliwością co najmniej raz w tygodniu. Dwie dekady później, w 2010 roku, wskaźnik ten spadł poniżej progu 50 proc.

Najnowsze dane zgromadzone w 2024 roku wskazują, że zaledwie 37 proc. badanych w tej grupie wiekowej utrzymuje cotygodniową aktywność seksualną. Co więcej, zjawisko powszechnego „oziębienia” relacji intymnych w sposób skrajnie nieproporcjonalny dotyka najmłodszych dorosłych, tj. grupę wiekową 18-29 lat.

Zgodnie z danymi historycznymi aż do 2010 roku odsetek młodych ludzi żyjących w abstynencji seksualnej utrzymywał się na względnie stałym poziomie, oscylującym między 12 a 15 proc. Tymczasem pomiędzy rokiem 2010 a 2024 wskaźnik ten uległ gwałtownemu podwojeniu, osiągając w 2024 roku poziom 24 proc.

źródło: opracowanie własne na podstawie danych GSS i raportu Archives of Sexual Behavior

Nie ma randek, nie ma dzieci

Aby lepiej zrozumieć przyczyny seksualnej recesji w krajach Zachodu, należy przyjrzeć się danym dotyczącym kontaktów z płcią przeciwną w szerszym ujęciu. Zacznijmy od randek.

Wedle raportu „The Dating Recession”, opublikowanego przez Institute for Family Studies i opracowanego we współpracy z The Wheatley Institute, w ostatnich latach drastycznie zmalał odsetek osób chodzących na randki. Ponownie w szczególności mówimy tu o przedstawicielach młodszych pokoleń.

Wśród ankietowanych – tj. grupy ponad 3000 dorosłych w wieku 22-35 lat niebędących w związku – jedynie 31 proc. określiło się jako aktywni „randkowicze”. Występuje tu pewna dysproporcja między płciami: wśród mężczyzn odsetek ten wynosi 38 proc., a wśród kobiet 26 proc.

Oznacza to, że zdecydowana większość – 74 proc. kobiet i 62 proc. mężczyzn – w ciągu ostatniego roku nie była na żadnej randce ewentualnie uczestniczyła jedynie w kilku sporadycznych, niezobowiązujących spotkaniach.

Co stoi na przeszkodzie? Według samych ankietowanych – brak umiejętności randkowych i pewności siebie w podejściu do płci przeciwnej. Zaledwie około 35 proc. młodych ludzi wierzy we własne „kompetencje randkowe”.

Jak podaje analityk IFS Grant Bailey, tylko jeden na trzech mężczyzn i zaledwie jedna na pięć kobiet uważa, że potrafi podejść i właściwie funkcjonować przy osobie, którą są zainteresowani.

Tinder pogarsza sprawę

Wbrew pozorom, często podtrzymywanym przez samych zainteresowanych, aplikacje randkowe nie stanowią remedium na kryzys relacji, lecz wręcz go pogłębiają. To między innymi one, z powodu mechanizmów ich działania przyczyniają się do braku wiary w siebie, a w konsekwencji braku zawiązywania relacji wśród młodych dorosłych.

Zjawiskiem często omawianym przez ekspertów ds. demografii i relacji jest tzw. „Miraż Tindera” (Tinder Mirage). Termin ten, ukuty przez dziennikarkę i publicystkę Kate Julian, oznacza celowe działanie algorytmów aplikacji randkowych w celu stworzenia iluzji obfitości wyboru.

Według autoryzowanych danych samego Tindera z 2014 roku system notował globalnie ok. 1,6 mld „przesunięć” dziennie, co przekładało się na jedynie ok. 26 mln tzw. matchy. Wykonując szybkie rachunki, widzimy, że odsetek polubień zakończonych sukcesem to zaledwie nieco ponad 1,5 promila.

Zgodnie z zestawieniami statystycznymi cytowanymi przez Julian przeciętny użytkownik Tindera loguje się do aplikacji 14 razy dziennie, spędza w niej ok. 1,5 godziny i nie otrzymuje w zamian praktycznie żadnej „gratyfikacji”.

Równie zgubny jest wpływ na samego użytkownika. Zdaniem profesora psychologii Barry’ego Schwartza aplikacje randkowe są ilustracją paradoksu wyboru (paradox of choice).

Z psychologicznego punktu widzenia zaprezentowanie użytkownikowi niemal nieograniczonego katalogu potencjalnych partnerów, z których każdą osobę można ocenić i z nią wejść w relację, prowadzi do paraliżu poznawczego. Młodzi ludzie zamiast podejmować konkretne decyzje i się ich trzymać, wpadają w pułapkę nieustannego poszukiwania opcji doskonałej.

Dodatkowo każda ostatecznie podjęta decyzja wydaje się niesatysfakcjonująca, bo z tyłu głowy pozostaje poczucie, że można było wybrać lepiej. Dlatego też trwałość związków tworzonych przez osoby, które poznały się online, jest rozczarowująco niska.

Porno to generacyjne zagrożenie

Sprawa powszechnego dostępu do pornografii wygląda nieco inaczej, choć w praktyce prowadzi do podobnych skutków. Łatwość dostępu do treści pornograficznych już od najmłodszych lat odbija się bowiem zarówno na jednostce, jak i na całym społeczeństwie.

Regularny kontakt z tego typu treściami wiąże się ze znacznymi ubytkami w zdrowiu psychicznym. W 2022 roku WHO dodało do Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-11 Kompulsywne Zaburzenia Zachowań Seksualnych (CSBD).

Zaburzenie to – poza destrukcyjnymi skutkami dla jednostki, która każde napięcie seksualne rozładowuje w niekontrolowany sposób – ma również katastrofalne konsekwencje dla jej relacji. Jak twierdzi m.in. brytyjska psychoterapeutka Susanna Abse, wychowanie najmłodszego pokolenia w kulturze wszechobecnej i ekstremalnej hiperseksualności doprowadziło do narastającej, organicznej obawy przed autentyczną intymnością.

Widzimy więc, że na kryzys relacji i seksualną recesję istotny, choć być może nie główny, wpływ mają aplikacje randkowe oraz łatwy dostęp do pornografii. Nie potrzeba wielkich opracowań naukowych, aby dojść do wniosku, że mniejsza liczba związków i mniej relacji intymnych w społeczeństwie w sposób oczywisty wpływa ostatecznie na liczbę rodzących się dzieci.

Jeśli przyjmiemy do wiadomości ten fakt, oczywistym jest, że państwo jako odpowiedzialne za swoich obywateli powinno coś z tym zrobić. Szczególnie, że walka z kryzysem demograficznym jest w jego interesie.

Czas na podatek od grzechu

Jednym z możliwych rozwiązań jest nałożenie na konsumentów tzw. „podatku od grzechu”. To nic innego jak podatek akcyzowy, który już obowiązuje na produktach takich jak alkohol, papierosy czy cukier.

W ten sposób staramy się kreować zachowania konsumenckie jednostki, zniechęcając ją do korzystania z używek, które w dłuższym okresie przynoszą koszty całemu społeczeństwu. To ten przypadek, gdy argument o „przerzucaniu kosztów podatku na konsumenta” nie ma zastosowania – bo dokładnie o to chodzi, by wyższą ceną uczynić coś mniej atrakcyjnym.

Rozsądnym rozwiązaniem wydaje się model, w którym po prostu obłożylibyśmy usługę dostępu do internetu dodatkowym, odczuwalnym dla konsumenta podatkiem, jeżeli dostawca świadczy usługę w sposób umożliwiający odwiedzanie stron pornograficznych.

Ważne, by opodatkowanie to było na tyle wysokie, by realnie zachęcało zarówno konsumentów, jak i dostawców internetu do oferowania i wybierania tańszych pakietów.

W efekcie w interesie dostawców internetu – sieci kablowych, telefonii komórkowej etc. – będzie oferować zróżnicowane cenowo pakiety usług internetowych, gdzie opcja „bez pornografii” będzie dużo korzystniejsza cenowo. Co równie ważne, obowiązek skutecznego rozpoznawania stron internetowych oferujących pornografię przerzucony zostanie na operatorów.

Rozwiązanie podatkowe ma też istotną przewagę nad dyskutowanymi dotąd innymi formami ograniczenia dostępu do pornografii – budzi mniejsze wątpliwości z tytułu prawa do prywatności niż rozmaite dyskutowane dotąd pomysły oparte choćby o kody dostępu do witryn pornograficznych.

A może opodatkować platformy?

Alternatywnym rozwiązaniem byłoby opodatkowanie nie dostawców internetu, lecz platform oferujących hiperseksualne treści – zarówno pornograficznych serwisów streamingowych, funkcjonujących jako pełnoprawni cyfrowi giganci, jak i takich platform jak OnlyFans.

W praktyce odbywa się tam wszak coś, co trudno nazwać inaczej niż wirtualną prostytucją. Użytkownicy płacą comiesięczną subskrypcję za dostęp do profili kobiet zamieszczających tam swoje nagie lub półnagie zdjęcia.

Ważnym kontekstem dla tego kierunku działania jest fakt, że od lat trwa w Polsce debata nad opodatkowaniem cyfrowych gigantów. Swoich ambicji w tym zakresie nie kryje Lewica z wicepremierem i ministrem cyfryzacji Krzysztofem Gawkowskim na czele.

Problem polega na tym, że w skuteczne uchwalenie takiego podatku obejmującego wszystkich cyfrowych gigantów praktycznie nikt dziś nie wierzy. Po pierwsze, powszechną wiedzą jest lobbingowa skuteczność największych serwisów np. społecznościowych.

Po drugie, wszyscy obawiają się politycznych nacisków kluczowych ambasad w obronie swoich firm, z tą amerykańską na czele. Po trzecie, determinacji rządzącym nie dodaje obawa przed potencjalnym prezydenckim wetem – wszak Karol Nawrocki zapowiedział, delikatnie rzecz ujmując, daleko idący sceptycyzm względem nowych podatków.

Dlatego krokiem w stronę politycznej sprawczości polskiego rządu mogłoby być rozpoczęcie realnej walki o uchwalenie podatku cyfrowego od opodatkowania specyficznej podgrupy cyfrowych gigantów: tych pornograficznych właśnie.

Dużo trudniej będzie rozmaitym „związkom branżowym”, izbom handlowym i ambasadorom zwalczać ideę opodatkowanie PornHuba czy Only Fansa, niż jest to w przypadku Google’a czy Facebooka. Nie sposób sobie też wyobrazić, by tego rodzaju daninę zawetować chciałby konserwatywny prezydent.

Być może taka regulacja powinna objąć także serwisy i aplikacje randkowe, z Tinderem na czele. Planem minimum w tym zakresie powinno być zaś ustawowe zobowiązanie platformy do publicznego ujawnienia swoich algorytmów. Użytkownicy i potencjalni użytkownicy mają prawo wiedzieć, że Tinder w przytłaczającej większości przypadków nie sprawi, że znajdą swoją drugą połówkę.

Jako rozwiązanie „kompromisowe” można zaproponować to, w którym „appki” randkowe obarczamy cyfrowym podatkiem, ale zwolnienie z niego można uzyskać właśnie po upublicznieniu algorytmu.

Doświadczenia w tym specyficznym „wycinku” rynku cyfrowych gigantów unikających opodatkowania z pewnością będą zaś dla dzisiejszego rządu, a w przyszłości każdej innej polskiej administracji, źródłem cennych lekcji i wiedzy, jak skutecznie projektować i wdrażać tego rodzaju rozwiązania.

***

Walka z tą hiperseksualizacją jest kluczowym czynnikiem w walce z kryzysem relacji i epidemią samotności. Jeśli nie naprawimy sposobu nawiązywania kontaktów romantyczno-intymnych, to zapomnieć możemy o zmianie myślenia o tworzeniu stałych związków, a także posiadaniu dzieci.

Tak się składa, że kulturowa zmiana jest mocno powiązana z interesami wielkich rynkowych graczy, którzy opanowali do perfekcji monetyzowanie zarówno ludzkiej samotności, jak i seksualnej recesji. Bez hipokryzji i z otwartą przyłbicą powinniśmy zatem przyznać, że najlepszą metodą walki z ich interesem i problemem, na którym żerują, jest po prostu wysokie i skuteczne ich opodatkowanie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.