Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wracamy do XVIII-wiecznej Polski? Krasnodębski ma rację w sprawie zagrożenia z UE, ALE…

Wracamy do XVIII-wiecznej Polski? Krasnodębski ma rację w sprawie zagrożenia z UE, ALE… Heinrich-Böll-Stiftung/flickr.com

Każde odchylenie od dogmatu o „złotej europejskiej wolności” jest karane zarzutami o prorosyjskość lub śmierdzący ciemnogród. Ponad wszystko zaś wybija się nienawiść do obecnej władzy. Trzeba być skrajnym naiwniakiem, by powtarzać za oficjalnym przekazem decydentów UE, że kluczową motywacją jej instytucji jest troska o polską praworządność i czystą planetę. To wspaniałe wartości, tak samo jak wspaniałą wartością była polska złota wolność w 1733 roku. Nie zmienia to jednak faktu, że pod tym aksamitnym płaszczykiem kryją się twarde, polityczne interesy, których realizacja skończy się ograniczeniem polskiej suwerenności.

Salonowe przekazy dnia

Profesor Zdzisław Krasnodębski, eurodeputowany PiS-u, stwierdził 18 sierpnia na antenie TV Republika: „Zagrożenie dla naszej suwerenności ze strony Zachodu jest większe niż ze strony Wschodu. To jest paradoksalne. Oczywiście Rosja jest brutalna, Rosja może wypowiedzieć na wojnę. Ale Polacy wiedzą w sensie duchowym, czy psychologicznym, jak z takim niebezpieczeństwem się obejść. Putin nas nie dzieli, ale łączy. Natomiast UE posługuje się zupełnie innymi środkami. Zachętami, miękką siłą, atrakcyjnością, pieniędzmi”.

Opinia ta, choć wyrażona kilkanaście dni temu, nadal rezonuje w debacie publicznej. 27 sierpnia Rafał Trzaskowski otwierając Campus Polska Przyszłości, nawiązał krytycznie do słów eurodeputowanego PiS-u stwierdzając z oburzeniem, że Ukraińcy walczą z Rosją o europejskie wartości z demokracją i suwerennością na czele i nie można dziś straszyć Zachodem. Wcześniej opinie na podobnie „wysokim moralnym C” wyrazili Leszek Miler i Bronisław Komorowski. Dariusz Klimczak z PSL posądził nawet prawicowego polityka o szpiegowanie na rzecz Putina…

Liberalno-lewicowa prasa również uruchomiła swoje przekazy dnia. Paweł Wroński straszył powrotem endeckiej mentalności. O koniunkturalizm i prorosyjskość posądziła profesora Monika Olejnik. Co do zamiarów o bardziej inteligentny komentarz próbował pokusić się na łamach OKO.press Adam Leszczyński. Autor chciał pokazać, że prorosyjskie sympatie i nienawiść do Zachodu mają wśród polskich konserwatystów bardzo głębokie tradycje.

Artykuł insynuuje, że cechą konieczną polskich konserwatystów jest wschodniość, a więc nieprzystawalność do zachodniej rodziny cywilizowanych ludzi jedzących nożem i widelcem. Co dość zabawne, na poparcie swojej tezy Leszczyński wymienia m.in. Adama Gurowskiego. Człowieka, który z konserwatyzmem nie miał nic wspólnego. Wręcz przeciwnie, dziś uznalibyśmy go za skrajnego lewaka i skończonego idiotę. Komentarz Leszczyńskiego – choć niemądry i zdradzający kolonialny kompleks – idzie jednak ciekawym tropem. Poszukuje w dalekiej przeszłości postaci, które mogą nam pomóc zrozumieć obecną sytuację polityczną.

W tej sprawie nie warto jednak szukać wśród mniej znaczących dla polskiej myśli politycznej pociotków, ale zwrócić się o radę do jej najwybitniejszych przedstawicieli. Takich, których nie sposób posądzić ani o anty-zachodniość, ani też o pro-rosyjskość. Mam tu na myśli Stanisława Konarskiego (1700-1773) – krytyka liberum veto, człowieka, który właściwie zapoczątkował w Polsce nowoczesne myślenie o polityce, a jednocześnie pozostał ortodoksyjnym katolikiem, a w pewnym sensie i sarmatą.

Krasnodębski mówi Konarskim

Stawiam tezę, że Konarski zgodziłby się z opinią Zdzisława Krasnodębskiego. I to nawet dzisiaj, w epoce Unii Europejskiej i globalizacji.

Listach poufnych podczas bezkrólewia (1733) pisze: „Opieka sąsiedzka może być macochą naszej swobody, matką jej być nie może. […] Tego oni chcą i o to się starają, abyśmy w domu byli wolni, a na zewnątrz – od nich zależni”. I dalej: „Szaleniec ten, kto myśli, że Francuzi bardziej kochają kraj niemiecki, niż to czynią sami Niemcy. Szaleniec także ten, kto mniema, że Niemcy i Moskale mocniej pragną dobra Polski, niż sami Polacy. My najlepiej życzymy ojczyźnie”.

Tekst pisany w czasach przedostatniego bezkrólewia i wojny o sukcesję skierowany był do tej szlachty, która nie rozumiała, że Austria i Rosja wspierają „złotą polską wolność” po to tylko, aby Polska pozostawała bezwolna i słaba. Część szlachty zaczadzona wewnętrznymi sporami, niechęcią wobec oponentów i błędnym rozeznaniem politycznym kompletnie ignorowała obce wpływy, sądząc, że największym problemem jest władza królewska czyhająca na ukrócenie szlacheckich przywilejów.

Mentalność ta przypomina zachowanie dzisiejszej opozycji i jej narrację o UE, która zawsze robi wszystko dla naszego dobra. Każde odchylenie od dogmatu o „złotej europejskiej wolności” jest karane zarzutami o prorosyjskość lub śmierdzący ciemnogród. Ponad wszystko zaś wybija się nienawiść do obecnej władzy. Uniemożliwia ona opozycji trzeźwe patrzenie na procesy, które dzieją się na naszych oczach w polityce europejskiej.

Sądzę, że polaryzacja jest dziś tak silna, że nawet rozsądni ludzie nie są już (niestety) zdolni do akceptacji sytuacji, w której można być na przykład jednocześnie krytykiem sądowych antyreform PiS-u i obawiać się rosnącego wpływu UE na Polskę wykraczającego poza literę traktatów.

Praworządność jak szlachecka złota wolność

Unia Europejska jest kluczowa dla naszego rozwoju. Nie chciałbym wzrostu popularności narracji polexitowych. Wierzę również w istnienie wartości europejskich, choć inaczej rozumianych niż chce tego liberalno-lewicowy mainstream. Trzeba jednak być skrajnym naiwniakiem, by powtarzać za oficjalnym przekazem decydentów UE, że kluczową motywacją Komisji, Parlamentu Europejskiego i przewodniczącego Rady Europejskiej są troska o polską praworządność i czystą planetę.

Praworządność i czysta planeta to wspaniałe wartości, tak samo jak wspaniałą wartością była polska wolność w 1733. Nie zmienia to jednak faktu, że pod tym aksamitnym płaszczykiem kryją się twarde, polityczne interesy, których realizacja skończy się ograniczeniem polskiej suwerenności.

Rosnąca z roku na rok siła Komisji i Trybunału Sprawiedliwości, mechanizm warunkowości, postulat odchodzenia od zasady jednomyślności w Radzie, czy ogłoszenie przez kanclerza Niemiec planu utworzenia prawdziwie suwerennej Unii Europejskiej to realne zjawiska, które trzeba poddawać rzetelnej analizie i krytyce. One wszystkie umacniają Unię Europejską, a więc i państwa, które nadają jej ton, a osłabiają wolę polityczną i tak już mocno marginalizowanej Polski.

Można sparafrazować Konarskiego – „Szaleniec także ten, kto mniema, że Unia Europejska z silną pozycją Niemiec i Francji mocniej pragnie dobra Polski, niż sami Polacy”. Właśnie takich szaleńców krytykował Krasnodębski.

Sens jego wypowiedzi można oddać jednym zdaniem: dorośnijmy wreszcie i przestańmy widzieć w UE wspaniałomyślnego opiekuna, a zacznijmy upatrywać w niej kluczowego, ale i trudnego sojusznika, który coraz częściej uprawia politykę sprzeczną z naszymi interesami. I właśnie w tym sensie zagrożenie ze strony Zachodu jest większe. Większe, bo duża część Polaków w ogóle go nie widzi.

Suwerenność i demokracja w kryzysie

Suwerenność w czasach globalizacji i Unii Europejskiej wydaje się pojęciem coraz mniej przydatnym do analizy rzeczywistości politycznej. Często kojarzy się z XIX-wiecznym koncertem mocarstw, zdolnością państwa do realizacji swoich indywidualnych interesów.

„Przyszedł nowy świat. W erze globalizacji nasza suwerenność jest wpisana w szerszy europejski projekt. Przecież to nasza wspólnota! UE to jedność. Gdy my jesteśmy bardziej podobni do europejskiego mainstreamu, to i nasza pozycja we Wspólnocie będzie lepsza po tym, jak w końcu pokonamy PiS” – takie jest myślenie opozycji. To postawa naiwna.

Wspólnota europejska istnieje na poziomie ogólnych wartości, symboli, prawa i rynku. To jednak nie oznacza, że interesy poszczególnych państw nie odgrywają w niej kluczowej roli. A jeśli odgrywają, to nierzadko interesy innych krajów mogą zagrażać interesom Polski. To wszystko zaś będzie sprzedawane przez Brukselę pięknymi słowami o europejskiej suwerenności, wartościach i symbolach. To jest taki banał, że aż głupio o tym pisać. A jednak trzeba, skoro słowa Krasnodębskiego wywołują takie emocje.

Zapomina się również, że suwerenność ma także, a może przede wszystkim, wymiar wewnętrzny. Obywatel żyjący w suwerennym państwie wie, że jego pójście na wybory ma sens, że zmienia rzeczywistość polityczną. Niewybieranych w demokratycznej elekcji 35 tysięcy urzędników Komisji Europejskiej podejmujących decyzje w niezrozumiały dla większości Europejczyków sposób znacząco ogranicza polityczną sprawczość zwykłych obywateli. Zarówno polskich, jak i niemieckich czy francuskich. To narusza suwerenność ludu, bo podejmuje się decyzje ponad jego głowami.

Kryzys instytucji unijnych zauważano już dawno, i to nie tylko po konserwatywnej stronie. Solidarność UE wobec wojny na Ukrainie nie jest cudowną różdżką, która ten system uzdrowi. Rozwijający się projekt Unii Europejskiej działający w kontekście globalizacji wcale nie unieważnił pojęcia suwerenności państwa i prawa obywateli do samostanowienia. Uczynił to zagadnienie jeszcze bardziej skomplikowanym, a przez to potencjalnie groźnym.

Pieniądze za suwerenność

W 1733 r. mieliśmy do czynienia z przejrzystymi na ogół interesami Austrii, Prus, Rosji czy Francji. Dziś do interesów państwowych dochodzi jeszcze interes samej Unii będącej w jakiejś części składową interesów najsilniejszych państw na czele z Niemcami i Francją. Jest też interes samych polityków i urzędników europejskich realizujących interesy autonomicznie wobec państw narodowych.

W oczywisty sposób sprawę komplikuje również fakt, że Polska jest coraz bardziej marginalizowaną częścią tej nieprzejrzystej struktury. Nie ma powrotu do suwerenności rozumianej na modłę XVIII w., nie ma jednak również ucieczki od odpowiedzi na pytanie, w którym momencie uderzyć pięścią w stół.

Bardzo potrzebujemy realizacji Krajowego Planu Odbudowy. To wielkie pieniądze, które pomogą nam lepiej poradzić sobie z kryzysem ekonomicznym, którego skutki już są odczuwane przez zwykłych obywateli. Mam jednak wątpliwość, czy wielkie pieniądze za oddanie nawet małej części suwerenności, to dobra transakcja. Realistycznie brzmi dziś prognoza, że Polska nie otrzyma tych pieniędzy dopóki naszym państwem będzie rządziło PiS.

Jeśli okaże się trafna, a opozycja wygra wybory obiecując, że Tusk załatwi pieniądze z UE, to analogia do chylącej się ku upadkowi I RP, w której obce państwa wybierały nam władze, okaże się czymś więcej niż tylko niewiele znaczącą historyczną anegdotą.

Najważniejszych słów Krasnodębskiego nie usłyszał nikt

Na koniec warto dodać, że afera wokół słów Krasnodębskiego jest charakterystyczna również dlatego, że debata publiczna nie zwraca uwagi na najistotniejszą część tego wystąpienia. Europoseł z rozbrajającą szczerością przyznaje, że polityka PiS-u wobec UE jest, mówiąc delikatnie, nieskuteczna. Potwierdza, że nie tylko na poziomie polityki europejskiej głównego nurtu pozycja Polski jest dramatycznie słaba.

Nie chodzi jedynie o mniejszość w Parlamencie Europejskim, nieskuteczność w budowaniu sojuszy w Radzie Europejskiej czy Radzie Unii Europejskiej. Jesteśmy również marginalizowani, zdaniem eurodeputowanego, na poziomie wysoko wykwalifikowanego managementu średniego i wysokiego szczebla w Komisji, a więc tej klasy urzędniczej, która realnie „robi” politykę UE. Tam prym wiodą oczywiście Niemcy i pracownicy pochodzący z innych narodów starej Unii.

Krasnodębski opowiada o wycieczce do polskiego komisarza Wojciechowskiego na legendarne 13. piętro w budynku Komisji, na którym ponoć zapadają kluczowe decyzje. Problemem jest to, że do tego stolika Polska nawet nie jest zapraszana. Sam profesor, jako wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego i pełniący funkcję eurodeputowanego od ośmiu lat, przyznaje, że może się tylko domyślać, jak ten kluczowy dla UE proces decyzyjny przebiega.

Po siedmiu latach rządzenia prominentny polityk PiS przyznaje, że polska polityka europejska leży i kwiczy, a my jako państwo nie zrobiliśmy niczego, żeby wykwalifikować i wepchnąć kompetentnych ludzi do najważniejszego urzędu w Europie.

Pół żartem pół serio można powiedzieć, że niewiele się zmieniło od 1733 r. Dwie największe wady zdegenerowanego narodu szlacheckiego zostały odziedziczone przez współczesnych. Warcholstwo przejawiające się w niszczeniu instytucji państwa odziedziczyło PiS (patrz antyreforma sądowa). Europejski klientelizm odziedziczyła zaś opozycja (patrz stosunek do UE). Tylko nowego Konarskiego jakoś nie widać.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.