Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Putin rozpętał nową zimną wojnę. Zachód musi obudzić się ze snu

Putin rozpętał nową zimną wojnę. Zachód musi obudzić się ze snu Autro ilustracji: Marek Grąbczewski

To, co się wydarzyło 24 lutego 2022 r., dla wielu jest szokiem, choć tak być nie powinno. To nie żadna niespodzianka, ale po prostu konsekwencja. To, co robi i to, co mówi Putin, jest jasne, spójne i logiczne. Od lat przecież głosi, że nie chce kosmetycznych korekt, ale fundamentalnych zmian. Nie chce przesuwać kilku pionków na szachownicy, ale wywrócić stolik. Od lat zapowiadał, że użyje do tego wojsk i je konsekwentnie wzmacniał, wysyłał na pole bitwy. Uruchomił żołnierzy podczas inauguracji swojej prezydentury w Czeczenii oraz w latach świetności relacji z Zachodem w Gruzji. Użył ich także relatywnie blisko granic NATO w Donbasie. Pytanie, co ma w głowie Putin, że najechał na Ukrainę, nie jest intelektualną łamigłówką. Ciekawsze jest pytanie, jak to się stało, że jesteśmy zdziwieni rosyjskimi rakietami nad Kijowem.

Mówi się, że Putin jest szaleńcem, postradał zmysły. Nieprawda. Szaleniec to ktoś, kto zachowuje się irracjonalnie i nie można przewidzieć jego działań, zamiarów. Tymczasem Putin od 20 lat był jak otwarta książka. Pod warunkiem, że chciało się do niej zaglądnąć. I tu pojawia się chyba fundamentalny problem.

Wczoraj

Zachód tej książki nie chciał otwierać, choć była na wyciągnięcie ręki, nie brakowało tych, którzy podsuwali mu ją pod nos. Nie chciał czytać, bo miał własny skrypt. Rosja była w nim, co prawda, nieznośnie napuszonym, ale jednak ważnym, niegroźnym i perspektywicznym partnerem. Nie była bandytą, którego trzeba obezwładnić, ale buntującym się nastolatkiem, do którego należy podchodzić ze szczególną wrażliwością, któremu trzeba dać czas, aby dojrzał i przyjął naszą perspektywę.

Zachód tolerował więc różne wybryki Putina, tłumaczył sobie, że to efekt pozimnowojennej traumy. Miała być hałaśliwa, ale długofalowo nieszkodliwa. Dlaczego? Bo Zachodowi wydawało się rzeczą oczywistą, że prędzej czy później Rosja ją przepracuje. Że prędzej czy później przyjmie jako swój fundamentalny cel modernizację państwa, a nie jakieś geopolityczne ruchawki. Takie zmiany miały być nieuniknione, a wyrokiem historii przyjęcie, że w polityce chodzi o zapewnienie ludziom życia dostatniego i bezpiecznego.

Zachód po prostu nie mógł dopuścić do swojej świadomości, że w polityce można mieć inny cel niż zapewnienie swoim obywatelom dobrobytu i beztroskiego życia. Nie mógł przyjąć do wiadomości, że to nie gospodarcza siła i kulturowa atrakcyjność są uznawane za symbol prestiżu państwa. Nie pojął,  że istnieją kraje, które nie odrzucają kategorii, jakie w Europie odeszły już do lamusa.

Siła militarna, strefa wpływów, dominacja, koncert mocarstw, wróg – to pojęcia, które w Europie możemy przeczytać w publikacjach historycznych. Problem polega na tym, że w Rosji włączono je do państwowych strategii. Dodajmy – nie tylko tam. To nie Rosja jest bowiem wyjątkiem kwestionującym zasady, które w Europie są oczywiste. W skali świata to Zachód stanowi wyjątek, bo przyjmuje reguły i zasady dla innych nieosiągalne. Przyjmuje je wbrew wszystkim naokoło, a także wbrew historii, również własnej. Rosja jest tylko i aż jednym z najsilniejszych państw funkcjonujących w starym paradygmacie, które rzuca wyzwanie zastanemu porządkowi zamiast się do niego dostosować.

Zachód tak bardzo chciał wierzyć w inną Rosję, że tej realnej nie widział. I nie zmieniły tego wydarzenia, które przykuwały uwagę każdego chłodnego analityka. Po rosyjskim ataku na Gruzję w 2008 r. w relacjach z Kremlem nie zmieniło się literalnie nic. Nord Stream niedługo później ruszył z kopyta, a Amerykanie wciskali guzik z napisem „reset”, co dawało sygnał, że do Europy będą wpadać tylko na herbatę przed wyprawami do Azji. Wszyscy tłumaczyli sobie, że Saakaszwili sam sprowokował Rosję, że Gruzja to mały kraj i leży in the middle of nowhere. A przede wszystkim, choć nikt tego głośno nie powiedział, wszyscy chcieli udobruchać Putina.

Od słynnej konferencji w Monachium w 2007 r., kiedy to wzmocniony ugruntowaną władzą i petrodolarami Putin zaczął forsować antyzachodnią retorykę, Zachód gotowy był na zaspokojenie jego oczekiwań. Brak reakcji na interwencję w Gruzji był początkiem fatalnej polityki appeasementu, której zbieramy teraz żniwa. Brak reakcji na agresję wobec Gruzji i zatrzymanie kwestii mapy drogowej wejścia do NATO dla Tbilisi było ustępstwem, które Zachód uczynił, aby znieść przeszkody i torować drogę do owocnej współpracy z Moskwą. Popełniono wówczas fatalny błąd, bo założono, że nasze ustępstwo zrodzi ustępstwo Moskwy polegające na zatrzymaniu agresywnych działań. Tak się oczywiście nie stało. Ustępstwo wobec Rosji Putin uznał jako zaproszenie do kolejnych działań.

W marcu zawieszamy zbiórkę na działalność Klubu Jagiellońskiego. W miejsce przelewu, który chciałeś nam przekazać – prześlij pieniądze ukraińskiej armii w ramach oficjalnej zbiórki organizowanej przez Narodowy Bank Ukrainy! Tu znajdziesz instrukcję jak to zrobić i wyjaśnienie, dlaczego zachęcamy do takiej formy zaangażowania.

Aneksja Krymu była nieporównywalna do sytuacji gruzińskiej, bo Rosja anektowała część terytorium innego państwa, więc Zachód musiał zareagować. Ale reakcja była mizerna. Wielu mówi, że włożono wówczas dużo wysiłku w proces ich negocjacji. To prawda, ale włożono go w pozorowanie działań. Ostatecznym rozstrzygnięciem ich znaczenia jest to, co się teraz dzieje na Ukrainie. Gdyby sankcje z 2014 r. były realnie bolesne, zmieniłyby kalkulacje kosztów po stronie Putina. Tak się jednak nie stało. Sankcje jedynie drasnęły Moskwę. Nie dotknęły punktów, które realnie zabolałyby Kreml.

Powiedzieć, że Zachód był naiwny, to jak nic nie powiedzieć. Polityka, jaką Zachód prowadził wobec Rosji, jest jedną z największych geopolitycznych porażek Zachodu, jakie popełnił on po zakończeniu zimnej wojny. Ignorancja i wyparcie tego, w którą stronę dryfowała putinowska Rosja, jest tym bardziej zastanawiające, że przecież w historii ćwiczyliśmy w Europie wariant polityki appeasementu –zagłaskiwania rzeczywistości i karmienia ustępstwami dyktatorów. Ci zawsze traktowali je jako zaproszenie do eskalacji kolejnych działań.

Można zadać pytanie, jak to się stało, że prosta babcia z Podkarpacia lepiej rozpoznaje naturę rosyjskiej kultury strategicznej niż wyedukowani na najlepszych uniwersytetach przedstawiciele zachodnich elit. Że intuicja: „ruskie mogą nie jeść, byleby im na czołgi starczyło” jest bliższa rzeczywistości i ma większy potencjał trafionej prognozy sytuacji niż grube analizy Russland-Versteherów?

Owszem, mityczny rosyjski rynek roztaczał przed wieloma zachodnimi politykami niezdrowe podniecenie, ale nie o interesy tutaj chodziło. Nie one były rozstrzygające. Naiwność wobec Rosji ma znacznie głębsze podglebie. Głównym źródłem problemu jest rozszerzenie sposobu myślenia Zachodu o polityce poza własne granice. Tylko tak można uzasadnić zdziwienie i rozczarowanie tych, którzy w ostatnich dniach odkrywali, że Putin ich oszukał.

Powojenna trauma w Europie zrodziła pokolenie ludzi, dla których głównym politycznym wyzwaniem było unikniecie wojny. To się w dużej mierze udało. Projekt Unii Europejskiej jest polityczną emanacją i zarazem sukcesem tej strategii. Tworzenie intensywnych powiązań między państwami UE spowodowało, że rosły koszty ewentualnej wojny i zyski z potencjalnej integracji. Stworzyliśmy system, w którym nie brakuje rywalizacji i egoizmu, ale jest on kontrolowany i ładzony. Zbudowaliśmy idyllę, która nie ma swojego odpowiednika ani w innych częściach świata, ani w historii. Nigdzie indziej niespotykany poziom bezpieczeństwa nie spowodował, że zapomnieliśmy, iż w ogóle jest ono wyzwaniem. Traktowaliśmy je jak powietrze – po prostu istniało.

Tymczasem nie można zakładać, że tak jak wygląda polityka w UE, tak wygląda polityka na całym świecie. Problemem Unii nie było nawet to, że swój model polityczny, gospodarczy i społeczny chciała eksportować na cały świat. Problemem było to, że pomyliła metody z celami. Pokój i rozwiązywanie problemów w dyplomatyczny sposób stały się nie tylko dalekosiężnymi celami, ale także środkami do nich prowadzącymi. Dodajmy – jedynymi, jakie uznawała. Chcąc uniknąć wojny, Europa odrzuciła więc całą realistyczną tradycję myślenia o stosunkach międzynarodowych.

Jej naczelną zasadą jest założenie anarchiczności świata, które wymusza rywalizację międzypaństwową o wpływ na międzynarodowy ład polityczny. Brak efektywnej władzy światowej wymusza także wykorzystanie siły militarnej jako narzędzia politycznej rywalizacji. Co prawda, narzędzie to wykorzystuje się jako ostateczność, ponieważ jest ryzykowne i rodzi duże koszty, ale historia świata pokazuje, że jest stosowane od początków naszej ludzkości.

Wojna zawsze stanowiła i stanowi sposób zarówno obrony przed agresorem, jak i wymuszania pożądanego miejsca w systemie międzynarodowym. Jeśli zasady dystrybucji władzy i prestiżu faworyzują jedne państwa, to inne się buntują. Nie zmieniła tego karta ONZ ani żadne inne reguły. Jeśli niezadowolone ze swojego miejsca w globalnej hierarchii państwa mają odpowiednią siłę, to również przemocą chcą dany ład zmienić. Podkreślmy, że to nie Rosja stanowi wyjątek przyjmującym te zasady. To Europa jest wyjątkiem odrzucającym mechanizmy rządzące stosunkami międzynarodowymi.

Unia w rozmowie z Rosją zachowywała się jak Watykan. Większe znaczenie przypisując soft niż hard power. Nie jest tak, że Zachód nie posiadał zasobów, aby z Rosją rozmawiać z pozycji siły, a więc jedynego języka, który Rosja rozumie. Z tej siły po prostu Zachód nie chciał skorzystać wtedy, kiedy cena tej twardej polityki była znacznie niższa niż dziś. Brak adekwatnej reakcji na rosyjską politykę kazał postawić pytanie, czy Europa nie chce jej zmienić, czy już nie potrafi.

Ten smutny obraz miał także jasne akcenty. Były nimi państwa wschodniej flanki NATO z Polską na czele. To Warszawa od lat odgrywała w Europie podwójną rolę – adwokata Kijowa i oskarżyciela Moskwy. Różnice między partiami polegały jedynie na taktycznym sporze, jak głośno należy o tym mówić, a nie na strategicznej kwestii, czym jest Rosja i jak należy się przed nią chronić.

Jeszcze zanim weszliśmy do Unii, wzywaliśmy do tworzenia polityki wschodniej. Ledwo się do niej dostaliśmy, a już zaangażowaliśmy się w pomarańczową rewolucje. Dekadę później wspieraliśmy Ukrainę na Euromajdanie. Dziś również jesteśmy na pierwszym froncie pomocy naszym wschodnim sąsiadom. To symboliczne, że w 2005 r. kluczową rolę odegrał rząd postkomunistycznej lewicy i prezydent Aleksander Kwaśniewski. Do sankcji w 2014 r. wzywali na forum UE liberał Tusk z Sikorskim. W 2022 r. Kijów wspierają prawicowy rząd z Andrzejem Dudą, ale wsparcie daje też opozycja. Także młoda polska lewica, dużo bardziej zeuropeizowana niż postkomunistyczna, stanęła na wysokości zadania. Domaga się twardych sankcji, a nie ich atrapy jak ich koledzy i koleżanki z zachodnioeuropejskich stolic.

Nie jest przypadkiem, że Lech Kaczyński za największy sukces Kwaśniewskiego uznawał zaangażowanie na Ukrainie. Nie jest przypadkiem, że Sikorski mający osobisty konflikt z Lechem Kaczyńskim wskazywał Ukrainę jako najjaśniejszy punkt jego prezydentury. Choć nie brakowało między nimi gorących sporów, to razem wspólnie działali na rzecz mapy drogowej wejścia Gruzji i Ukrainy do NATO w 2008 r. Jeden mobilizował Europę Zachodnią, drugi Środkowo-Wschodnią.

Pomimo tej współpracy nie udało się tego załatwić ani wtedy, ani później. Pomimo konsensu polskich elit nie miały one wystarczającej siły głosu, aby wpłynąć na Europę. Partnerstwo Wschodnie to maksimum tego, co udało się wyszarpać. Niemcy i Francja na więcej nie pozwoliły. Inne kraje UE nie miały albo znaczenia, albo zdania. Ameryka była zajęta innymi problemami.

Oskarżano nas o rusofobię. Niesłusznie. Otwarcia z Rosją próbowała zarówno lewica, jak i liberałowie, a w krótkim okresie nawet PiS w 2005 r. Nie udało się, bo nie mogło się udać. Warunki dobrych relacji z Rosją podważały naszą podmiotowość. Na to nikt w Warszawie zgody w przeszłości (ani tym bardziej przyszłości) nigdy nie wyraził.

Dziś

Uzgodnione dzień po rosyjskiej agresji na forum UE sankcje pachniały kolejną kompromitacją Zachodu, której przyszłe pokolenia musiałyby się wstydzić przez dekady. Z kieszeni bowiem wyciągnęliśmy drobne.

W pierwszym odruchu zaproponowaliśmy jako Zachód to, co zostaje nam na suto zastawionym stole po obfitej kolacji. Gdyby ktoś nie wiedział, co się dzieje i miał zrekonstruować wydarzenia tylko na podstawie podjętych w pierwszych godzinach decyzji, to pewnie byśmy usłyszeli, że chodzi o jakiś cyberatak albo Rosja odcięła Ukrainę od gazu. Że został zestrzelony samolot zwiadowczy.

Tymczasem mieliśmy już do czynienia z klasyczną wojną, której Europa nie doświadczyła w tej skali od II wojny światowej. Wojnę, w której biorą udział największe i drugie co do wielkości państwa naszego kontynentu. Wojnę nie hybrydową czy ograniczoną do chirurgicznych wojskowych potyczek, ale wojnę, jaką w Polsce znamy z września 1939 r., kiedy użyto czołgów, rakiet i artylerii. Gdy celowano nie tylko w żołnierzy, ale i cywili.

Nagle stało się coś niespodziewanego. Wybuchła mentalna rewolucja, której symbolem będzie specjalne posiedzenie Bundestagu z niedzieli 27 lutego – widowiskowy pogrzeb Ostpolitik, jaką Berlin prowadził od wielu lat. Widzimy realną zmianę geopolitycznej wyobraźni Zachodu. W trybie przyspieszonym odkurzyliśmy prawdy zapisane w starych książkach leżących na strychu, aby przypomnieć sobie kategorię wroga i tego konsekwencje.

W ciągu kilku dni, które wstrząsnęły światem, nastąpiła radykalna zmiana postrzegania Rosji. Wreszcie Zachód zaczął patrzeć na Moskwę nie jak na wyzwanie, lecz jak na zagrożenie. Niezależnie od rozwoju sytuacji militarnej na Ukrainie oznacza to koniec czasów, jakie znaliśmy i powrót do tych, które już zapomnieliśmy. Skończył się więc czas, gdy mieliśmy komfort zajmowania się priorytetowo „bezpaństwowymi”, globalnymi problemami. Teraz musimy martwić się o zagrożenia, które chcieliśmy, aby odeszły bezpowrotnie do lamusa. Chcieliśmy i robiliśmy wszystko, aby im zapobiec. Ale się nie udało. Same do nas przyszły.

Dzisiejsza zmiana, którą symbolizują kolejne bezprecedensowe sankcje izolujące Rosję, to krok w dobrą, bo jedyną akceptowalną stronę. Ale przed nami jeszcze wiele kolejnych, które powinny być jak najszybciej podjęte. Każdy dzień bez jeszcze ostrzejszych sankcji na Rosję to dzień stracony.

Na ścieżce do pełnego decouplingu Moskwy zostało jeszcze sporo działań, które trzeba wykonać. Wciąż wiele interesów należy zakończyć. Zerwanie jakichkolwiek więzi z Rosją to nie tylko element podnoszenia kosztów działań Putina, nasza moralna powinność, ale także element geopolitycznej higieny nakazującej klarowne oddzielenia tego, co nasze, od tego, co wrogie. Mentalna rewolucja dopiero się zaczęła i jeszcze wiele przed nami, aby wrócić z dalekiej podróży na właściwą drogę.

Choć idziemy we właściwą stronę, wciąż bliżej nam do startu niż mety. Pokusa zawrócenia jest więc duża szczególnie dla tych, którzy na dotychczasowym modelu relacji zarabiali. Ale nie możemy z niej skorzystać. Dziś gra toczy się nie tylko o przyszłość Ukrainy, ale i Zachodu. O to, czy wartości, które jako Zachód głosimy, realnie wyznajemy. A jeśli tak, to czy w imię ich obrony jesteśmy w stanie ponieść realne koszty. Moskwa stała się wrogiem nie tylko Ukrainy, ale także Zachodu, bo celem Kremla jest zniszczenie międzynarodowego ładu politycznego ukształtowanego po II wojnie światowej. Ukraina jest więc ważnym, ale jedynie etapem tego planu rewizji ładu, który sprzyja Zachodowi i wartościom mu bliskim, ale w którym jest dużo przestrzeni do rozwoju dla innych państw.

Jutro

Oczy świata zwrócone są na Rosję, ale nie tylko ona odgrywa dziś istotną rolę. Agresja na Ukrainę w pełni ujawniła rosyjsko-chiński sojusz, który do tej pory był schowany i nieśmiały, a teraz ujawnił swą destrukcyjną siłę. Pekin wyraził „poparcie i zrozumienie” dla rosyjskich żądań „gwarancji bezpieczeństwa” i sprzeciw wobec rozszerzania NATO. Gdyby nie wsparcie Pekinu to być może Moskwa nie zdecydowałaby się na pełną konfrontację.

Koordynacja antyzachodniej polityki jasno dziś definiuje czasy, w których przychodzi nam żyć. Istotą zmiany jest strategiczny konflikt Zachodu z blokiem chińsko-rosyjskim, którego celem jest podważenie dotychczasowego ładu międzynarodowego. Starcie to będzie definiowała przyszłość globalnego porządku politycznego. Ukraina jest więc pierwszym poważnym polem tej konfrontacji. Być może Tajwan będzie kolejnym.

Zacieśnianie sojuszu chińsko-rosyjskiego ostatecznie powinno kończyć jakiekolwiek dywagacje co do tego, czy w zamian za koncesje Rosję da się pozyskać do powstrzymywania Chin. Powinny kończyć także dylemat, czy interesy gospodarcze Pekinu będą hamować Europę przed wsparciem Rosji. Oba państwa wiele dzieli, ale łączy coś fundamentalnego. To przekonanie, że czas skończyć z zachodnią hegemonią i ograniczać jego wpływy. Ponadto promują one zasadę, że „nie ma jednego szablonu demokracji”. W jej myśl sądzą, że należy przeciwstawiać się inspirowanym z Zachodu „kolorowym rewolucjom”, chociażby takim, do jakiej doszło na Ukrainie w 2014 r. i która pchała Kijów w stronę Zachodu.

Świat, jaki się wyłania, ma więc bardzo wyraźne kontury. Jest to kształt zbliżającej się konfrontacji, niewykluczone, że militarnej. Powrót do zimnowojennej logiki to czasy, których nie chcemy, ale których nie unikniemy. Oznacza to, że wszystkie spory w ramach transatlantyckiej wspólnoty muszą ustąpić miejsca strategicznej jedności. Jedność ta jest niezbędna wobec głównego celu, jakim jest ratowanie świata naszych wartości przed wschodnią, azjatycką barbarią. Jedność oznacza przede wszystkim lojalność wobec transatlantyckiej wspólnoty. Stany Zjednoczone muszą uwzględniać interesy Europy, a Europa musi uwzględniać interesy USA. Nie ma miejsca na indywidualną politykę wobec Chin lub Rosji. Skuteczność wymaga strategicznej koordynacji.

Nowe czasy wymagają także realizmu. Zachód nie ma komfortu wyboru sojuszników wedle oceny ich systemu politycznego. W nowych czasach ważne jest nie miejsce w rankingu Democracy Index, ale w którą stronę strzelasz.

Obrona naszego ładu będzie wymagała wysiłku i kosztów, a nie retoryki i pustych gestów. Najbliższa lata to czas, w którym powinniśmy radykalnie zwiększać środki na obronę, a nie konsumpcję. Ale zmiana w naszych budżetach musi być pokrywać się ze zmianą w naszych głowach. Zachód musi przejść głęboką mentalną zmianę, aby do tej konfrontacji być gotowym. Musi zrozumieć, że pewna epoka się skończyła, a stare strachy wróciły.

Nie oznacza to fatalizmu, bycia skazanym na wyniszczający konflikt. Tak jak okres zimnej wojny nie zahamował rozwoju Europy i nie doprowadził do globalnej katastrofy, tak teraz nie jesteśmy na taki scenariusz skazani. Należy pamiętać, że Zachód zimną wojnę wygrał bez wystrzału nie dlatego, że w swojej doktrynie nie przewidywał użycia siły. Było wręcz przeciwnie. Wygrał, bo stała za nim zarówno realna siła, jak i zdolność jej użycia.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.