Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Dramatem jest to, że Polska zdobyła Śląsk, ale straciła Ślązaków. Zarówno ta przedwojenna, jak i ludowa

Dramatem jest to, że Polska zdobyła Śląsk, ale straciła Ślązaków. Zarówno ta przedwojenna, jak i ludowa Stefan Plater-Zyberk/polona.pl

„Jest taka wspaniała książka, dziś już praktycznie całkowicie zapomniana, o której piszę w swojej pracy – Moja młodość Hansa Marchwitzy, wydana jeszcze w PRL-u. Na kilkuset stronach opowieści o życiu w międzywojennym Śląsku znajdziemy ledwie kilka akapitów przedstawiających narodowe swady. Dla codzienności przedwojennego Górnego Śląsku ta proporcja jest właściwa – kilka akapitów vs kilkaset stron. Nawet jak mówisz po polsku, chodzisz do polskiego kościoła, czy jesteś zapisany do polskiego związku zawodowego wcale nie znaczy, że jesteś Polakiem.” Kamil Wons rozmawia o ludowej historii Górnego Śląska z historykiem Dariuszem Zalegą, autorem pracy Bez pana i plebana. 111 gawęd z ludowej historii Śląska.

Ludowa historia Polski Adama Leszczyńskiego, Chamstwo Kacpra Pobłockiego, Bękarty pańszczyzny Michała Rauszera… Tę listę można by jeszcze wydłużyć. Czy Pańska praca Bez Pana i Plebana. 111 gawęd z ludowej historii Śląska wpisuje się w ten ludowo-historyczny nurt? Jaki zamysł stał za opublikowaniem gawęd?

Tak, wpisuje się w ten nurt, jak najbardziej. Przy czym nietypowa forma gawędziarska ma jej pozwolić trafić do odmiennego grona odbiorców niż wskazane tytuły, do czytelnika bardziej „ludowego”. Dlatego sprzedaję ją nawet we własnym barze (śmiech).

Myślę, że formuła 111 gawęd jest bardziej przystępna i strawna w lekturze. Jednocześnie nie zapominajmy, że można pisać o rzeczach poważnych lekkim językiem. Taka jest szkoła anglosaska opowiadania o historii, która szczerze mówiąc mi imponuje. Zresztą w mojej książce jest, owszem, 111 gawęd, ale na dole znajdziemy ok. 360 przypisów.

Jaki był klucz doboru tych gawęd? O ile późniejsza część książki ma charakter spójnej całości narracyjnej, tak początkowe z przedstawionych opowieści wydają się wrzucone do niej nieco na siłę.

No tak, jak można zajmować się takimi pierdółkami jak czarownice i zbójnicy? (śmiech). Tymczasem ludowe zbójnictwo to śląski fenomen społeczny, mało obecny na terytorium Rzeczpospolitej, stąd uznałem go zwyczajnie za atrakcyjny w przyciąganiu uwagi czytelników. Gawędy nie pretendują do pełnoprawnej ludowej historii Śląska, tę historię dopiero piszę (śmiech).

Ludowa historia Śląska gwałtownie przyspiesza wraz z procesem industrializacji. Ludzie uczą się pisać i czytać, zdobywają podstawowe wykształcenie. Zaczynają się migracje ze wsi do miast, a wraz z nimi zmiany w mentalności, aspiracjach, kulturze. Przemysł odmienia oblicze Śląska nie tylko pod względem gospodarczym, ale modyfikuje także stosunki społeczne.

Banalna sprawa, jesteś chłopem mieszkającym na wsi i ilu ludzi znasz? Może setkę. Jedziesz do miasta i nagle sama fabryka, w której pracujesz to jest kilka tysięcy ludzi. Tego rodzaju zmiany umykają nam w powszechnej świadomości, ale dla naszych przodków to była rzecz rewolucyjna.

Życie tych osób przestało się koncentrować wokół kościoła i zapyziałej gospody. Anonimowość po wyrwaniu się z zamkniętej społeczności mogła wywoływać zarówno poczucie braku zakorzenienia, jak i uwalniać od wcześniejszych sztywnych hierarchii społecznych. Wytwarzały się także nowe mechanizmy solidarności – jak popełnisz błąd w zakładzie, nie tylko ty możesz zginąć. A to wymaga współpracy.

… i w ten sposób dochodzimy do drugiej części książki.

Moja kluczowa teza brzmi: bez węgla nie byłoby Górnego Śląska, to „czarne złoto” nadało mu przemysłowe oblicze. Gdyby nie węgiel bylibyśmy dziś czymś na kształt drugiej „Opolszczyzny”, rodzajem „kresów” Śląska wrocławskiego. Do czasu rewolucji przemysłowej górnośląskie miasta były ubogimi krewnymi swych dolnośląskich odpowiedników, tak pod względem liczby mieszkańców, jak i bogactwa. Również rolnictwo miało tu gorsze warunki niż na lewym brzegu Odry, a poza tym musimy pamiętać o ogromnej koncentracji ziemi w rękach górnośląskich feudałów. Poza funkcją korytarza handlowego trudno byłoby wymyślić jakiś inny czynnik niż przemysł mogący dać impuls do rozwoju regionu. Pamiętajmy też, że to były kresy Prus, a potem Rzeszy – stąd spadek znaczenia regionu, a bliskość granic niekoniecznie przyjaznych państw mogła zniechęcać potencjalnych inwestorów.

Drugim czynnikiem powodującym historyczną odmienność Górnego Śląska od reszty Polski jest szkolnictwo. Pierwszymi regionami polskojęzycznymi, gdzie nie było analfabetyzmu były Śląsk austriacki i niemiecki. W połowie XIX w. pojawia się prasa – także polskojęzyczna, jak i literatura religijna czy brukowa, która dociera pod strzechy. Oczywiście to są procesy, a nie nagłe oświecenie śląskiego ludu. Znalazłem kiedyś regulamin kasy ubezpieczeniowej jednej z kopalń pod Karwiną z lat 90. XIX w.- 20 stron przepisów. Boże! Ja do teraz nie potrafię czytać przepisów, a ci chłopi, którzy co dopiero nauczyli się czytać i pisać, musieli zrozumieć treść tych przepisów, żeby dostać w ogóle ubezpieczenie.

I tutaj dochodzimy do kolejnej kwestii, mocno nieoczywistej, jeśli rozmawiamy o Górnym Śląsku – narodowość. W Polsce pokutuje przekonanie, że naród to organiczna wspólnota, która na przestrzeni dziejów jakoś ewolucyjnie wykształciła się od słowiańskich plemion do żołnierzy wyklętych. To bzdura! Narodowość została wymyślona przez grono inteligentów w połowie XIX w. i jako intelektualny koncept, zaakceptowany oczywiście przez ludzi – dzięki bazowaniu na języku, czy mitologii narodowej, nie musi bynajmniej trwać wiecznie.

Na przełomie XIX i XX w. na Śląsku arystokracja, jak cała arystokracja europejska, była po prostu kosmopolityczna. Mieszczaństwo starało się być narodowe, a więc jak było polskojęzyczne to było bardziej warszawskie od warszawiaków, a jak niemieckojęzyczne to bardziej berlińskie od berlińczyków. Natomiast chłopi i robotnicy niespecjalnie przejmowali się narodowością. Owszem, musieli dokonać wyboru, ale dopiero po I wojnie światowej, tyle że w większości przypadków był to przymus przychodzący do ich lokalnego, codziennego świata z zewnątrz.

Sytuacja analogiczna do tej z kresów II RP, czyli zjawiska tzw. tutejszych – ludzi, którzy identyfikowali się nie przez pryzmat tożsamości narodowej, lecz geografii, miejsca, w którym mieszkali z pokolenia na pokolenie.

Dokładnie tak. Zabrzmię jak narodowy bluźnierca i apostata, ale dla większości Ślązaków identyfikacja narodowa naprawdę nie stanowiła jakiejś kluczowej kwestii. Jest taka wspaniała książka, dziś już praktycznie całkowicie zapomniana, o której piszę w swojej pracy – Moja młodość Hansa Marchwitzy, wydana jeszcze w PRL-u.

Na kilkuset stronach opowieści o życiu w międzywojennym Śląsku znajdziemy ledwie kilka akapitów przedstawiających narodowe swady. Dla codzienności przedwojennego Górnego Śląsku ta proporcja jest właściwa – kilka akapitów vs kilkaset stron. Nawet jak mówisz po polsku, chodzisz do polskiego kościoła, czy jesteś zapisany do polskiego związku zawodowego wcale nie znaczy, że jesteś Polakiem.

Oczywiście, byli tacy, którzy po I wojnie światowej optowali za włączeniem Śląska do Polski, demonstracje odbywały się od Cieszyna po Królewską Hutę, czyli dzisiejszy Chorzów. Tyle że nie był to żaden huraoptymistyczny patriotyzm, żadne bajanie o odwiecznej polskości Śląska, ale postulaty pragmatyczne – włączenie do Polski, ale… Wizja odrodzonej Polski według Ślązaków rozmijała się całkowicie od tej tworzonej przez inteligentów z Krakowa lub Warszawy. Co tylko pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak uniwersalny wzorzec polskości, czegoś na kształt „polskości z Sèvres”. Śląski historyk Eugeniusz Kopeć pisał kiedyś o micie Polski sprawiedliwej, istniejącym w regionie. Sprzyjał temu choćby fakt, że praktycznie nie było tutaj polskiej szlachty, a elity były obcojęzyczne. Idealizowano tą możliwą Polskę – w 1918 r. wysuwano na wielotysięcznych wiecach postulaty znoszenia różnic klasowych czy uspołecznienia bogactw narodowych. Zderzenie z realiami było potem bolesne dla Ślązaków.

Wróćmy jednak do Marchwitzy – co stanowi właściwą treść jego książki? Praca, czy raczej robota, lub ciężka harówka. Plus pewnego rodzaju obyczajowa swoboda, także wśród kobiet (co było charakterystyczne dla każdego przemysłowego regionu). Wizja łagodnego i harmonijnego Śląska, którą w swoich filmach stworzył Kazimierz Kutz jest po prostu zbyt piękna.

Tu była miazga, jak w każdym podobnym regionie przemysłowym, gdzie tworzyły się nowe społeczności, z całą gamą mało sympatycznych zjawisk: od alkoholizmu, przestępczości po ciąże wśród nieletnich. Kolorowe stroje śląskie nie były dla wszystkich, a ich biel w tutejszych warunkach by się długo nie utrzymała. Kutz tworzył piękne filmy, w klimacie realizmu magicznego, ale mniej w nich realizmu niż magii – a poza tym zawsze warto przypominać kontekst w jakim tworzył swoje kolejne obrazy. One miały udowadniać polskość Śląska – w plebejskim, ale zubożonym sosie.

W książce, co oczywiste, skupiasz się na bohaterach ludowych, chłopskich, robotniczych. Zastanawiam się jednak czy dla wartości pracy nie byłoby słuszne napisać o Tragedii Górnośląskiej (zbiorcza nazwa prześladowań i zbrodni dokonywanych na Ślązakach przez LWP i Armię Czerwoną w latach 1945-47. Obejmowały one m.in. deportacje w głąb ZSRR oraz zamykanie w obozach koncentracyjnych ludności uznanej za niepewną – przyp. red.).

To była celowa decyzja – Tragedia Górnośląska ma swoje korzenie narodowościowe, a ja nie chciałem stworzyć kolejnej historii martyrologicznej. Poza tym w 1945 r. faktycznie kończy się też wcześniejszy wielonarodowy Śląsk. W następnej pracy planuję o niej napisać, ale w szerszym kontekście, umieszczając Tragedię w rozdziale poświęconym PRL.

Musimy sobie uświadomić, że w okresie Polski Ludowej zmieniła się struktura społeczna na Śląsku. Ślązacy albo wyjeżdżali do Rajchu za lepszym życiem, mając dosyć tej polskojęzycznej wersji historii, albo zamykali się w sobie. Gettoizacja środowiska śląskiego jest czymś o czym się dziś mało pamięta. Jak przyjeżdżali ludzie do roboty na Śląsk, to dostawali przydział na nowe mieszkania w blokach, a starzy mieszkańcy Śląska zostawali w familokach i przedwojennych kamienicach. W ten sposób tworzyły się dwa odrębne od siebie światy, które bardzo długo się nie przenikały. Sytuacja zaczęła się normalizować dopiero pod koniec rządów Gierka.

Ta gettoizacja doprowadziła do swoistej mitologizacji śląskiej pamięci. Wspominano jak to przed wojną na Śląsku było pięknie itd. Wiadomo, z jednej strony to idealizm podlany nostalgią, ale niepozbawiony wcale realnych podstaw, jeśli mówimy o ziemiach, które przed wojną były częścią lepiej rozwiniętego i kulturowo, i gospodarczo państwa niemieckiego.

Dramatem jest to, że Polska zdobyła Śląsk, ale straciła Ślązaków. I to obojętnie która, bo II RP i PRL były pod tym względem podobne. Śląsk gospodarczo stawiał na nogi Polskę, a jednocześnie sami Ślązacy stanowią problem dla Polaków z Warszawy.

Dla ogólnopolskiego czytelnika ta perspektywa jest czymś raczej nieoczywistym. Tymczasem dla dużej części Ślązaków PRL był jak najbardziej narodowym państwem polskim, i to o mocno nacjonalistycznym obliczu i polityce, choćby w zakresie polonizacji szkolnictwa na Śląsku.

Polska Ludowa korzystała z sanacyjnych wzorów przedstawiania historii Śląska. Miał on być zawsze polski i jego losy musiały go do Polski sprowadzić. I tak to wyglądało w podręcznikach. Choć należy dodać, że i tak tego Śląska w nich było mało – dominowało spojrzenie warszawskocentryczne. W śląskich szkołach uczono jak wszędzie o „naszych” przodkach znad Gopła, o „naszym” Krakowie”, a po 1989 r. doszły do tego odwołania do husarii i wyklętych.

Podobnie było również w historiografii. W pisanych w PRL-u monografiach historii Śląska dominuje postawa szukania każdego możliwego argumentu za odwieczną polskością tych ziem. To postawa całkowicie ahistoryczna i ideologiczna. W tym zakresie Polska Ludowa realizowała program sanacyjny, bo potrzebowała kadr, których dostarczyła właśnie przedwojenna sanacja i endecja. Stąd obecność ludzi o poglądach narodowych w różnego rodzaju instytutach śląskich. Kalkulowali oni, że, owszem, jesteśmy podporządkowani Moskwie, ale jednocześnie mamy niepowtarzalną dziejową okazję do zagospodarowania odwiecznie polskich ziem nad Odra i Nysą Łużycką.

Odnosisz się krytycznie do PRL, ale jednocześnie w książce znajdziemy masę przypisów do opracowań z lat 50., 60. i 70. XX w.

Prace historyczne z okresu PRL-u mają oczywiście swoje ograniczenia związane z określoną linią Partii, ale przy zachowaniu krytycznego podejścia i odsiewaniu tego co ideologiczne, wciąż dostajemy wysokiej jakości opracowania z całą masą wartościowego materiału faktograficznego.

Co więcej, uważam, że przed ’89 zajmowano się więcej ludowym, robotniczym Śląskiem niż w III RP, gdzie dyskusja zatrzymuje się na poziomie sporów tożsamościowych lub wydajemy prace o jakichś śląskich magnatach z „von” w nazwisku. Dla przykładu w Opolu wychodziły monumentalne „zbiorówki” naukowe Klasa robotnicza na Śląsku. Każdorazowo to było 500 stron materiałów o formowaniu się i przemianach klasy robotniczej w naszym regionie.

Te opracowania to jeszcze pal licho, ale moment, w którym znalazłem przytaczane „na sucho” fragmenty z pracy Juliana Marchlewskiego, to już był dla mnie lekki szok.

Tymczasem moim zdaniem to najlepsza praca ekonomiczna jaka powstała na ziemiach polskich na początku XX w. Dziś patrzymy na postać Marchlewskiego z perspektywy jego późniejszych losów, ale wydane w 1903 r. opracowanie to świetnie napisana praca z masą statystyk ekonomicznych z ziem zaboru pruskiego i Śląska.

Takich nieoczywistych perełek jest więcej. Dwa przykłady. Pierwsza praca to wydana przed wojną książka socjologa Józefa Chałasińskiego pt. Antagonizm polsko-niemiecki w osadzie fabrycznej „Kopalnia”, która wyłamuje się z powojennej optyki postrzegania relacji polsko-niemieckich przez pryzmat odwiecznego konfliktu Słowian i Germanów. Druga pozycja to Zdrada Heńka Kubisza autorstwa Haliny Krahelskiej, najlepsza książka o międzywojennym polskim Śląsku, jaką miałem okazję przeczytać. Autorka pracowała jako inspektorka pracy, zebrała więc wspomnienia śląskich bezrobotnych i na ich kanwie opublikowała książkę jeszcze na początku lat 30.

W ten sposób zataczamy koło i wracamy do przytoczonych w pierwszym pytaniu tytułów z nurtu tzw. ludowej historii Polski. Spór z tą perspektywą patrzenia na polską historię tyczy się w pierwszej kolejności wycinkowości, fragmentaryczności i nieuprawnionej ekstrapolacji (np. generalizowanie o kształcie relacji szlachta-chłopstwo na podstawie tylko majątków magnackich) stosowanego w tych pracach podejścia. Jest to więc w pierwszej kolejności spór metodologiczny.

Tyle że z drugiej strony nie możemy zakopać się w detalach i ciągłym dzieleniu włosa na czworo. Praca historyka to także praca syntetyczna, generalizująca. Leszczyński, Pobłocki i Rauszer to naukowcy korzystający z aparatu naukowego, świadomi ograniczeń i zagrożeń.

Mam poczucie, że metodologia to w dzisiejszej dyskusji często taki bożek, przed którym należy klękać i składać mu hołd lenny. Jak ktoś ma konkretne zarzuty faktograficzne czy tyczące się przedstawionych w danej pracy tez, to niech je przedstawi, a nie chowa się za ogólnikowym frazesem o brakach metodologicznych. Zresztą, dla mnie idea obiektywnego warsztatu i idealnie neutralnej pracy historycznej to mrzonka. Każdy wywodzi się z określonego środowiska, ma określone poglądy i doświadczenia. Kluczem nie jest fetyszyzowanie obiektywności, ale rzetelność i gotowość do podjęcia otwartego sporu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.