Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

„Chociaż pochodzę z prowincji, to wcale nie odczuwam z tego powodu dumy. Jednocześnie w ogóle się tego nie wstydzę” O mitach i fantazjach o prowincji

„Chociaż pochodzę z prowincji, to wcale nie odczuwam z tego powodu dumy. Jednocześnie w ogóle się tego nie wstydzę” O mitach i fantazjach o prowincji Autorka ilustracji: Magdalena Karpińska

Prowincja to zdecydowanie nośny temat. Nawet wypada raz na jakiś czas przeprowadzić debatę publiczną w tej kwestii. Porozmawiać o polskiej wsi, podyskutować o tożsamości, rozprawić się z pewnymi mitami, a przede wszystkim skonstruować nowe. Aktualnie powstają liczne publikacje na temat historii chłopów, a kultura ludowa przeżywa swój renesans. Wydaje się, że każdy ma tutaj coś do powiedzenia. Szkoda, że mało w tym wszystkim prawdy, a więcej fantazji i wyobrażeń.

 Artykuł pochodzi z numeru Pressji pt. „Pobożny antyklerykalizm”. Tekę w całości i nieodpłatnie możesz pobrać tutaj.

Mimo przemian społecznych i wyzwań, które rzuca nam nowoczesność, wciąż potrzebujemy silnej wizji prowincji. Bez tego kontrapunktu nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Potrzebujemy opowieści o ludziach ze wsi i małych miasteczek, żeby wyznaczać podziały, różnice lub na nowo formułować wspólną tożsamość. Tam w końcu znajduje się źródło naszych porażek bądź sukcesów. Wierna tradycji kraina obfitości bądź zdewastowana, brudna i zaniedbana przestrzeń dla plebsu.

W zależności od partykularnych celów prowincja może stać się wszystkim. Nie zauważamy jednak, że nasze stanowisko w tej kwestii to przede wszystkim eleganckie lustro, w którym chcemy głównie znaleźć potwierdzenie wcześniej przyjętych racji – utwierdzić się w słuszności naszych społeczno-politycznych przekonań. Prowincji wciąż bliżej do idei lub mitu, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistą przestrzenią oraz ludźmi z krwi i kości.

Sama Polska również jest prowincją. Wobec zachodnich mocarstw i dziejowych przemian. I przede wszystkim w naszych opiniach. Trochę zacofana, trochę śmieszna – wstydzimy się tego, jak postrzegają nas inni, dlatego też ciągle podejmujemy wzmożone wysiłki, aby prezentować się lepiej. Lubimy używać zachodnich rzeczy oraz chcemy dostosowywać się do wytworzonych przez innych form życia społecznego, oczywiście zachowując w pewnym stopniu swoją odmienność. Jednakże bardzo zależy nam na tym, aby „ten lepszy” świat spojrzał na nas bardziej przychylnym okiem.

Tym właśnie charakteryzuje się myślenie w kategoriach prowincjonalnych. W gruncie rzeczy to logika spoglądania, dopasowywania się do oczekiwań patrzącego. Jeżeli właściwy obraz nie zgadza się z ustaloną wcześniej wizją, to należy go porzucić, aby zbliżyć się do tego skonstruowanego przez bardziej oświeconych, do ideału. W końcu realność stawia nam zazwyczaj jakieś wyzwania lub wymagania, ukazuje problemy, którymi wypadałby się zająć. Ideał jest zdecydowanie bardziej wyrozumiały. I tak przecież nie da się go osiągnąć.

Warto przyjrzeć się temu, co kryje się za naszymi schematami myślenia o prowincji, a także zastanowić się, dlaczego tak łatwo wpadamy w pułapkę popularnej od XVIII wieku geografii filozoficznej, według której przestrzeń miałaby determinować nie tylko sposób istnienia danej wspólnoty, lecz także warunki jej ewentualnego rozwoju. Przy okazji wypada skonfrontować się z naszymi własnymi odczuciami względem szeroko rozumianej prowincji. Zrozumienie, do czego zasadniczo się odnosimy, gdy dotykamy tematu prowincji bądź prowincjonalności, jest niezwykle ważne. Pomoże nam uzmysłowić sobie, że nasze sądy w tej kwestii mówią przede wszystkim o naszych własnych wyobrażeniach.

Polska jako europejska prowincja

Europa Wschodnia została wynaleziona. Jak w pracy Wynalezienie Europy Wschodniej pisał Larry Wolff, „rozróżnienie na Europę Zachodnią i Wschodnią nastąpiło jeszcze przed Churchillem i zimną wojną, ale bynajmniej nie sięga niepamiętnych czasów, nie ma ukrytych w dziejowej pomroce korzeni. Nie było to rozróżnienie naturalne ani nawet niewinne, tylko pewien twór kulturowy, konstrukcja myślowa, motywowana ideologicznie i służąca do celów autopromocyjnych. […] Europę Wschodnią wymyśliła Europa Zachodnia, jako swoje dopełnienie, w XVIII wieku, w epoce oświecenia. Epoce, kiedy najważniejsze ośrodki intelektualne mieściły się w Europie Zachodniej, a ponadto kultywowano i odnoszono wyłącznie do niej nowe pojęcie »cywilizacji« – osiemnastowieczny neologizm”.

Wolimy powoływać się na dziwaczny konstrukt zwany Europą Środkowo-Wschodnią, aby podkreślić swoją odrębność za pomocą powszechnie uznanych kategorii. Dzięki temu być może ktoś nas zaakceptuje. Nawet jeśli zdecydowanie bardziej podkreślamy swoją swoistość i jak Marek Cichocki widzimy swoje miejsce bardziej na Południu niż na Wschodzie, to nadal pozostajemy w optyce zmitologizowanych kierunków geograficznych.

 Nie będę w tym miejscu pisać, gdzie właściwie znajduje się przestrzeń dla Polski. I czy ona rzeczywiście istnieje. Tym zajmuje się w aktualnym numerze „Pressji” Mateusz Parkasiewicz, który omawia szeroko wspomnianą wcześniej książkę Wolffa. Skupię się na tym, dlaczego uwielbiamy postrzegać się w ramach europejskiej prowincji. Otóż ustawienie się w pozycji prowincjonalnej jest niezwykle wygodne. Nie wymaga od nas żadnego zaangażowania. Tak jest i już nic nie można z tym zrobić.

Pogadamy sobie o tym, w jak złej sytuacji jesteśmy, i wrócimy do codziennych spraw. Stropimy się naszą niefortunną geografią oraz ponarzekamy na to, jak bardzo negatywnie jesteśmy odbierani na Zachodzie. Najważniejsze, że niczego nie trzeba zmieniać. W końcu na prowincji zawsze czas stoi w miejscu, a wszelkie przeobrażenia są dla niej obce. Świadomość niewpasowywania się w określone normy nie tylko psuje nam humor, lecz także zwalnia z odpowiedzialności. Nie mamy wpływu na wyobrażenia patrzącego i oceniającego, więc nie warto nic z tym robić. Przecież próbowaliśmy zaprowadzić porządek na ich modłę – nic dobrego z tego nie wyszło.

A jak znajdziemy jakieś dobre zdanie na temat Polski, to jedynie na chwilę poprawimy sobie samopoczucie. Zrobi nam się miło, że ktoś myślał o nas ciepło. Zastanowienie się nad jego słowami to już za duży wysiłek. Podobnie rysuje się sprawa z krytyką. Chociaż pewne spostrzeżenia wciąż pozostają aktualne, to kto by się przejmował ich rzeczywistym sensem. Nie traktujemy krytyki poważnie, ale uznajemy ją za utarte frazesy. Wypada się z nimi zgodzić, ale myśleć o nich nie warto. Co jest w nas dobre, a co złe już ustalili za nas inni. Nam pozostało się z tym zgodzić i mimo wszystko żyć po swojemu bez oglądania się na skutki takiego postępowania. Nasza akceptacja jest tak naprawdę obojętnością i wygodnictwem. Jest nie tyle pogodzeniem się z przypisanym nam losem, o ile niechęcią do zmierzenia się z powtarzającymi się od lat problemami. Jest równocześnie ślepotą na pochwały. Przecież wraz z nimi mogą przyjść także jakieś obowiązki.

A od prowincji raczej niczego się nie wymaga. Grunt, że się ostała i jakoś trwa na przekór zmiennym okolicznościom. W końcu jej piękno wyraża się w możliwości nic nierobienia. Monteskiusz pisał o wadze braterstwa wśród szlachty, aczkolwiek dalej „nie ma nic bardziej płaszczącego się niż drobna szlachta przed magnaterią”. Należy we właściwy sposób zrozumieć reguły tego umiłowania poddaństwa. Nie idzie tu wcale oto, że potrzebujemy kierowniczego bata. Polak i tak zrobi po swojemu.

Płaszczymy się, dostosowujemy do obcych nam form, mówimy o sobie głosem innych, ponieważ dzięki temu nie musimy już się nad sobą zastanawiać. Trudny i bolesny problem naszego bycia zrzuciliśmy na innych, którzy z chęcią odwalają za nas tę robotę. Później co najwyżej dziwią się, że nadal nie zachowujemy się zgodnie z ich oczekiwaniami. Wolimy przeglądać się w opisach stworzonych przez innych, niż sami zmagać się z kwestią naszej tożsamości. Poza tym wcale nie chodziło o konstytutywne rozstrzygnięcia – pragnęliśmy jedynie nie zmagać się z realnymi problemami, aby zachować status quo i niczym się nie przejmować. Ostatecznie i tak wyjdzie na nasze – jakoś będziemy trwać.

To przekonanie jest oczywiście złudne, niemniej nadal pozostaje wygodne. W celu zachowania takiego stanu rzeczy godzimy się nawet na to, że to wzrok innych wyznacza nasze miejsce. Być może warto już przestać poszukiwać swojego miejsca w tej filozoficznej geografii i zamiast powtarzać po raz kolejny stare opinie w tej materii, zwrócić się do konkretów. O wiele bardziej niż to, co Wolter miał to powiedzenia na temat Polaków, powinno nas interesować rzetelne wytykanie błędów. Ignacy Krasicki kończy swoje Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki opisem niedziałających w kraju instytucji. Szczególnie dostaje się sądom, które nie potrafią sprawnie działać i stanowią wyłącznie arenę do wykrzyczenia swoich racji. Wygląda na to, że niewiele się w tej kwestii zmieniło.

 Jednakże, kiedy patrzymy na siebie w prowincjonalnej optyce, nic nie obliguje nas do transformacji zastanego stanu rzeczy. Spoglądając na siebie oczami innych, czujemy się zwolnieni z działania. Raz na jakiś czas przystroimy się w obce piórka, a potem wszystko wraca do normy. Przecież dobrze wiemy, że zachodnich rozwiązań nie da się po prostu przenieść na polski grunt, aby podziałały. Nie mamy kapitału, możliwości ani perspektyw. Z tych powodów lepiej ograniczyć się do przytakiwania obcym wyobrażeniom, niż spojrzeć na siebie rzetelnym okiem i poszukać odpowiednich dla siebie form egzystencji zgodnych z naszą swoistością, gdzie sami moglibyśmy o sobie stanowić.

Inaczej pozostaniemy prowincjonalni w zgodzie z zasadą komfortu, folgując przyjemnościom. Za prowincję uznały nas obce spojrzenia, ale przyjęliśmy ten wyrok z ulgą. Dzięki niemu mamy wytłumaczenie naszych porażek i usprawiedliwienie niepodejmowania żadnych kroków naprawczych. Ponadto nie dotykają nas przygany za brak odpowiedzialności. Przecież sami o sobie nie stanowimy, o wszystkim zadecydowali inni. Wyjście z tego impasu kosztowałoby nas chyba za wiele, toteż stanowczo wolimy swoje prowincjonalne trwanie. Wszakże nie zmieni tego żaden ruch dziejów.

Prowincja sielska i brudna

Niemniej oprócz tej narracji sytuującej prowincję w ramach geografii filozoficznej i logiki spojrzeń istnieje jeszcze jej inny, bardziej przyziemny wymiar. Prowincja to również małe miasteczka i wsie, to wszystko, co znajduje się poza wielkimi metropoliami. Tereny i ludzie, o których nie mamy wiele do powiedzenia, niezwykle nas interesują. Opowieści o Polsce B i C, renesans studiów nad stanem chłopskim, tęsknota za spokojniejszym, bardziej prawdziwym, bliższym korzeni i tradycyjnym życiem – wszystko to składa się na nasze wyobrażenia polskiej prowincji. Oczywiście to tylko jedna strona. Z drugiej straszy zabobon, kołtuństwo, chciwość, kombinatorstwo, marazm i lenistwo. Fantazjować na ten temat może w końcu każdy. Chętnie korzystamy z tego prawa.

Przywiązanie do prowincji służy nie tylko pochwale poczciwego żywota wolnego od trosk wielkiego świata, lecz także ma mówić coś ważnego o polskim sposobie życia, gdzie kultywuje się prywatność. Nie oświeceniowy salon, lecz swojski szlachecki dworek. Oczywiście nie jest to postawa apolityczna, lecz specyficzny model polityczności, gdzie sprawy państwowe nie mogą przeciwstawiać się naturalnemu modelowi wspólnoty. Każda władza może czuć się bezpiecznie, o ile nie naruszy spokojnego toku życia Polaka. Przecież nikt nie zrobi z nas ani Niemców, ani Francuzów, zawsze zainteresowanych międzynarodowymi sprawami.

Taka perspektywa ma w założeniu przeciwstawiać się oświeceniowej geografii filozoficznej, jednakże tylko przestawia pewne jej akcenty. Dokonując apoteozy prowincjonalnego stylu życia, chcę jedynie pokazać, że można kultywować taki sposób istnienia również dzisiaj. Niemniej dokonane tu odwrotne wartościowanie wcale nie niweluje wad tego przestrzennego determinizmu, a oto w gruncie rzeczy chodzi. O zależność człowieka od miejsca, w którym przyszło mu żyć.

Tak jakby wyznawane przez daną wspólnotę wartości, tradycja, historia i kultura wynikały bezpośrednio z materialnego otoczenia. Naturalnie geografia jest ważna i odgrywa wielką rolę w historii. Jednak nie jest ani tak totalizująca, ani tak wszechogarniająca, jak zdają się sądzić niektórzy. Od oświecenia minęło już trochę czasu, może warto odejść od logiki umiejscowienia i przyjrzeć się, w jaki sposób przeobrażała się sama prowincja, zapominając trochę o jej mickiewiczowosko-szlacheckiej wizji, której zdecydowanie bliżej do ideału niż do rzeczywistości. Zawsze lepiej poznać daną rzecz rzetelnie, a nie sztywno trzymać się raz przyjętych przekonań. Inaczej znów będziemy mówić bardziej o sobie niż o wsiach czy małych miasteczkach. O tym, co chcielibyśmy tam znaleźć.

Przyszło mi słyszeć, że polską prowincję ukształtował PRL. Albo II wojna światowa. Albo zabory. Zawsze zastanawiałam się, jak daleko należy cofać się w czasie, aby dotrzeć do jej istoty. Dlaczego nie przywołać rozbicia dzielnicowego Bolesława Krzywoustego lub upadku sejmików deputackich? I tam odnajdziemy konstytutywne przemiany. Niemniej powoływanie się na określone wydarzenie ma często związek z naszymi osobistymi doświadczeniami.

Wielu z nas pochodzi z prowincji lub miało z nią styczność, dlatego dla jednych kluczowe będą PGR-y, natomiast dla innych słaby stan infrastruktury związany jeszcze z rozbiorami. Ktoś powtórzy, że prowincjusze nie ufają instytucjom państwowym, kiedy reszta będzie przekonywać, że u nich zawsze ufało się sądom. Jakby nikt nie zauważał, że na obrzeżach Polski historia toczyła się różnorodnie i poszczególne zdarzenia nie wszędzie wywierały podobny wpływ. Prawdopodobnie naszym największym problemem jest przyznanie, że prowincja naprawdę bywa niejednorodna.

Do prowincji odwołuje się zarówno prawica, jak i lewica. Pierwsza widzi w niej ostoje wartości i polskości. Tam istnieją jeszcze ludzie, którzy nie dali się omamić współczesności. Nie zwiodły ich zachodnie obietnice, a ich życie toczy się zgodnie z niepodważalnymi normami. Chętnie korzystają z technologicznych nowinek, ale światopoglądowo pozostali wierni tradycji. Nic nie jest w stanie podważyć ich poglądów. Charakteryzują się trwałą, niezmienną tożsamością i powinni stanowić wzór dla całego kraju.

Natomiast drudzy widzą w nich zbłąkane owieczki, które zagubiły się w ferworze nowoczesności. Tak naprawdę ich wrażliwość jest lewicowa, ale nie potrafią tego jasno wyrazić. To prowincjusze sprzeciwiają się dyktaturze bogaczy oraz żądają równego dostępu do dobór. Wystarczy zanieść im kaganek oświaty i zrozumieją, że zawsze byli równościowi i tolerancyjni. Jeszcze będą z nich prawdziwi ludzie. Ten empatyczny paternalizm ma skutkować rzeczywistymi przemianami społecznymi. W końcu emancypacja podmiotu zawsze jest dobra, nawet jeśli bywa trochę wymuszona.

Na to wszystko nakłada się jeszcze ludowa nostalgia. Nadzieja, że na prowincji żyje się lepiej, spokojniej i dostatniej. Mieszkania są tańsze, ludzie jeszcze tworzą wspólnotę, a ciszę i spokój wspomaga piękno przyrody. Naturalnie wszystkie te przekonania nie mają najczęściej nic wspólnego z rzeczywistością. Mówią o wiele więcej o pragnieniach patrzącego, niż zdają relację ze stanu faktycznego.

Pojęcie prowincji jest tak szerokie, że z powodzeniem pomieści w sobie wszystko. Każdą fantazję i mit. Wspomoże wszelką społeczno-polityczną opcję. Wystarczy wybrać z niej dogodne elementy i dopasować je do tworzonego obrazu. Oczywiście w tych wrażeniach powtarzają się pewne stałe wątki. W prawie każdym reportażu, opowieści czy relacji z prowincji dowiemy się, że ludzie tam inaczej się ubierają (w domyśle – mniej „światowo”) oraz egzystują w spokojnym rytmie zależnym od cyklicznie powtarzających się wydarzeń.

Właściwie już nie bardzo wiadomo, co mamy na myśli, kiedy rozprawiamy o prowincji. Wsie? Małe miasteczka? Tereny znajdujące się na obrzeżach danego kraju? Pewien stan świadomości? Prawdopodobnie jest to zależne od osoby, która wypowiada dane tezy. Ważne, żeby w jej sądach wszystko zbierało się w jedną, zgrabną całość. Do tego w końcu służy prowincja – do utrwalenia tego, czego sami nie posiadamy. Do ukazania tego, czego nam brakuje we własnym otoczeniu. A rzeczywistość lokalna jest na tyle zróżnicowania, że zawsze znajdzie się dogodny przykład.

Jeden człowiek przeciwstawi się lokalnym biznesmenom – o, mamy już przykład nastrojów rewolucyjnych. Dla danej miejscowości Kościół pozostaje ważnym i znaczącym ośrodkiem budowania tożsamości – o, tam na pewno religia ma się dobrze i nic jej nie zagraża. W tym małym mieście brakuje zwolenników Prawa i Sprawiedliwości? Możemy udowodnić, że wcale nie są tacy konserwatywni. W zależności od exemplum nasze wyobrażenia zawsze się potwierdzą.

Poza mitem

Niemniej, jeżeli pragniemy pozostać bliżej rzeczywistości i nie ograniczać się do wystawiania naiwnej laurki bądź schematycznej krytyki, trzeba przyznać, że nie da się ani napisać, ani stworzyć spójnej opowieści o prowincji. Niemożliwym jest opisanie w tej samej tonacji Podkarpacia i Ziem Odzyskanych. Samo Pomorze jest już wystarczająco zróżnicowane. Inny styl życia ukształtował się w miejscach, gdzie wpływy protestantyzmu pozostały silne i nie należy zrównywać ich z terenami popegeerowskimi. Tam też Robert Biedroń został prezydentem miasta, co byłoby raczej nie do pomyślenia na południu Polski. Na jednej prowincji Kościoły są pełne, a gdzie indziej pustoszeją. Chociaż wszystko dzieje się daleko od wielkich metropolii, to jednak czas nie stanął w miejscu, a my dalej zdajemy się powtarzać błąd dziennikarza z Wesela Stanisława Wyspiańskiego i dziwimy się, że jakiś prowincjusz może interesować się Chińczykami.

Postępująca globalizacja sprawiła, że prowincja przestała już być wyalienowana, odcięta od najważniejszych wydarzeń. I przez to w dużo mniejszym stopniu determinuje swoich mieszkańców. Mieszkająca na wsi Kasia wcale nie musi bawić się na dożynkach, haftować lub tańczyć ludowych tańców. Najprawdopodobniej będzie oglądać na Netflixie te same seriale, co Basia z wielkiego miejskiego ośrodka. Być może pokłócą się na jakimś forum o szczególnie interesujące perypetie głównych bohaterów. Sytuacja pandemiczna pokazała, że na zainteresowanie wydarzeniami kulturalnymi (przedstawieniami teatralnymi, operą, baletem, wystawami) nie wpływa stopień urbanizacji. Prowincjusze równie chętnie brali w nich udział.

Rytm życia z pewnością się różni, ale to jeszcze nie oznacza, że wszyscy zajmują się tam jedynie przyjemnościami, walką o byt lub powtarzaniem odwiecznych zwyczajów. Tam również pojawił się współczesny świat. Z raportu o stanie wsi – Polska wieś 2020 – wynika, że „zauważalne są jednak stopniowe procesy unifikacji wielu składników zarówno stylu życia, jak i wartości na wsi i w mieście”. Coraz więcej rolników korzysta z dobrodziejstw internetu i odnajduje się w regułach wolnorynkowej gospodarki. Zmienia się także stosunek do Kościoła katolickiego, choć zaufanie do niego wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie. Co ciekawe, zaobserwowano coraz większe zainteresowanie procedurami demokratycznymi przy stosunkowo mało rozwiniętych instytucjach. Wieś się liberalizuje, ale na własnych zasadach, zachowuje ważne składniki swej tożsamości.

Trudno nam jednak dopuścić do świadomości rzeczywisty wymiar prowincji. W tym temacie nie radzimy sobie nawet z oczywistościami. Jakby powiedzenie, że żyją tam po prostu zwykli ludzie, którzy mogą cechować się rozmaitym światopoglądem, niszczyło jakiś ważny trzon naszej tożsamości. Potrzebujemy przyglądać się prowincji, porównywać ją z wielkomiejskimi formami egzystencji. Uporczywie poszukujemy różnic, podnosimy je do rangi prawdy objawionej. I bardzo boimy się tego, że snuta przez nas opowieść może być nieprawdziwa. Przecież tylko my dzięki odpowiedniej perspektywie potrafimy rzetelnie odmalować obraz wsi czy małego miasteczka.

Obłudę takiego przekonania świetnie pokazał Radek Rak w Baśni o wężowym sercu albo wtórym słowie o Jakóbie Szeli, gdzie czytelnik zderza się z absurdem wyobrażeń na temat polskiej szlachty i chłopstwa za pomocą hiperbolizacji krążących na ich temat opinii. Dzięki temu zabiegowi możemy dojść w końcu do wniosku, że nic w tych historiach nie jest prawdziwe. Poza naszym spojrzeniem i chęcią opowiedzenia tej historii po swojemu, innymi kategoriami, poza mitem lub baśnią właśnie tworzymy własną opowieść zgodną z naszymi założeniami. A że często nie zgadza się ona z faktami? Tym gorzej dla nich. Ważna jest przekazywana w nich treść, a nie zapis pewnego rzeczywistego stanu rzeczy. Ostatecznie prawdziwe okazują się tylko nasze wyobrażenia.

Nie oznacza to oczywiście, że prowincji nie można w jakikolwiek sposób zdefiniować. Istnieją pewne punkty wspólne. Oczywiście nie sprowadzają się one do innego niż w mieście ubioru. Mimo historycznych i geograficznych różnic podobieństwa warunkuje przede wszystkim sytuacja ekonomiczna. Silne na prowincji przywiązanie do własności prywatnej wynika z konieczności uzależnienia swojego przetrwania od prowadzenia mniej lub bardziej prywatnej działalności gospodarczej (niezależnie od tego, czy jest to uprawa roli, czy też mały sklepik z różnościami). A to skutkuje wykształceniem się specyficznego „ja” prowincjonalnego objawiającego się w stosunku do drugiego człowieka. Jednakże owe punkty wspólne nie zawsze warunkują najważniejsze normy obowiązujące w danej wspólnocie. Często różnice posiadają o wiele większe znaczenie.

***

Wiele tekstów w tym numerze „Pressji” przeczy moim wnioskom. „Chociaż pochodzę z prowincji, to wcale nie odczuwam z tego powodu dumy. Jednocześnie w ogóle się tego nie wstydzę”. Nie patrzę z nostalgią na miejsce, w którym się wychowałam. O wiele ważniejsi pozostają dla mnie napotkani ludzie wpływający na to, jakim dziś jestem człowiekiem. A odpowiednie i wartościowe osoby można spotkać niezależnie od szerokości geograficznej. Zawsze śmieszyli mnie ci, którzy wymagali ode mnie wpisania się w jakąś wizję prowincjusza. Tak jakby wciąż obowiązywał XIX-wieczny paradygmat przestrzennego determinizmu.

Prowincja nie uchroni nas ani od zmian zachodzących we współczesnym świecie, ani nie będzie stanowić pierwszego ogniwa rewolucji. Nie uchroni przed zapomnieniem tradycyjnych wartości, nie przeobrazi rzeczywistości w nowym duchu. Zamiast patrzeć na wsie i małe miasteczka z określonej perspektywy, wpisywać je w różnorodne wyobrażenia, lepiej zastanowić się, co taka postawa mówi o nas samych. Być może dzięki temu wyrwiemy się z tej logiki patrzenia, nareszcie zaczniemy rzetelnie myśleć i działać.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.