Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Merkel i Macron chcą urządzić UE na nowo

Merkel i Macron chcą urządzić UE na nowo https://twitter.com/EmmanuelMacron/status/1262440816003493902

Ogłoszona w ostatnich dniach wspólna propozycja kanclerz Niemiec i prezydenta Francji może zdefiniować przyszłość Unii Europejskiej na kolejne dekady. Stanowi ona dawno nie słyszany w Europie mocny, konstruktywny głos będący próbą zamanifestowania przywództwa – rozumianego także jako odpowiedzialność za kształt europejskiej integracji. Propozycja jest efektem dialogu i kompromisu, łagodzącym narastające wewnątrz UE animozje – trudno o bardziej symboliczny gest, niż wspólna propozycja zgłoszona przez państwa uważane dotąd za liderów obu przeciwstawnych obozów. Do elementu czysto gospodarczego Merkel i Macron dorzucili płaszczyznę polityczną, wskazując, że pieniądze będą rozdzielane według określonego klucza. Tylko dlatego propozycja zyskała aprobatę Niemiec – pozwala pchnąć UE na tory, na które Berlin próbuje ją kierować już od lat.

Po tygodniach wysłuchiwania komentarzy o braku reakcji UE na kryzys, przywódcy dwóch największych państw Unii postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i przedstawili propozycję w jaki sposób Bruksela mogłaby pomóc państwom członkowskim uporać się z gospodarczą recesją spowodowaną epidemią koronawirusa. Koncepcja powołania Funduszu Odbudowy (Ożywienia), który dysponowałby kwotą 500 miliardów euro, dla analityków śledzących od lat europejską politykę, jawi się jako wręcz szokująca.

Sam pomysł wpompowania pieniędzy na ratunek europejskiej gospodarce nie jest może zaskakujący (przypomnijmy, że unijni przywódcy już w kwietniu zgodzili się na udostępnienie 540 miliardów euro dla wsparcia europejskich firm, miejsc pracy i służby zdrowia). Zaskakujący jest jednak sposób realizacji tego pomysłu i to, jakiej zmiany myślenia unijnych decydentów wymagał.

Po pierwsze, zgodnie z propozycją Merkel i Macrona, pieniądze miałyby zostać rozdysponowane między najbardziej dotkniętymi epidemią regionami i sektorami w formie bezpośrednich grantów i subwencji. Tymczasem większość środków udostępnionych przez UE w pierwszym pakiecie antykryzysowym stanowiły obwarowane obostrzeniami pożyczki z Europejskiego Mechanizmu Stabilności (240 mld euro) bądź gwarancje udzielane przez Europejski Bank Inwestycyjny (200 mld euro).

Po drugie, pieniądze te miałyby zostać zebrane na rynkach finansowych bezpośrednio przez Unię Europejską w imieniu tworzących ją państw. Obligacje emitowane przez Komisję Europejską korzystałyby z jej wysokiego ratingu, tym samym koszt pozyskania pieniędzy byłby znacznie niższy niż gdyby występowały po nie samodzielnie państwa w gorszej sytuacji gospodarczej. Oznacza to także, że Niemcy, którzy dotąd kategorycznie sprzeciwiali się jakiejkolwiek formie uwspólnotowienia długów, zrewidowali swoje stanowisko.

Po trzecie, wrażenie robi skala programu. Dość powiedzieć, że 500 miliardów euro to równowartość trzyletniego budżetu całej Unii!

Dlaczego Merkel i Macron wyszli ze wspólną propozycją?

Pandemia koronawirusa, która przetoczyła się przez Europę, z całą mocą ujawniła problemy toczące Wspólnotę od lat. Koordynacyjny chaos, polityczny imposybilizm i brak wyraźnego przywództwa, zostały przez Europejczyków zinterpretowane jako słabość UE, która na dłuższą metę uniemożliwia jej odgrywanie poważnej roli na arenie międzynarodowej, a w krótszej perspektywie – poddaje w wątpliwość jej zdolność do przeciwdziałania trwającemu kryzysowi zdrowotnemu i gospodarczemu. Dwa miesiące pozamykanych granic nie tylko dosłownie, ale i mentalnie pchnęły Europejczyków z powrotem w objęcia państw narodowych.

Wedle szacunków Komisji Europejskiej z początku maja, PKB Unii zmniejszy się w tym roku o 7,4%, a bezrobocie wzrośnie niemal o połowę. W celu sfinansowania różnorakich tarcz antykryzysowych, mających na celu ratować płynność firm i miejsca pracy, państwa członkowskie zadłużają się na potęgę – KE szacuje, że ich średni poziom zadłużenia podskoczy na koniec roku o 16% PKB.

Eksplozja długu publicznego neutralizowana jest przez politykę Europejskiego Banku Centralnego (EBC), który uruchomił specjalny program pandemicznego skupu aktywów (PEPP), będący kolejnym wcieleniem polityki luzowania ilościowego prowadzonej przez bank w odpowiedzi na kryzys z 2008 roku. Istnienie PEPP pozwala zachować w ryzach rentowność obligacji państw strefy euro (czyli koszt, po jakim pozyskują one pieniądz), dając inwestorom pewność, że będzie miał kto odkupić od nich obligacje, co przekłada się na obniżenie ryzyka inwestycji. Niedawny, głośny wyrok niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego z 5 maja, w którym uznał on politykę skupowania przez EBC obligacji państwowych za wykraczającą poza jego kompetencje, stawia jednak pytania o przyszłość tej metody i może doprowadzić do jej wygaszenia. Konieczne są więc alternatywne metody sfinansowania odbudowy europejskiej gospodarki.

Biorąc pod uwagę, że większość państw UE, z racji posługiwania się wspólną walutą, pozbawiona jest możliwości oddziaływania na krajowe gospodarki za pomocą polityki pieniężnej, nie można dziwić się, że ze zdwojoną siłą wrócił na tapetę europejskiej debaty publicznej temat wyemitowania przez państwa członkowskie strefy euro wspólnego długu w formie tzw. euroobligacji (które w tym przypadku zyskały miano koronaobligacji).

Aktualnie każde państwo strefy euro emituje swoje własne obligacje. Ich rentowność uzależniona jest od postrzegania wiarygodności finansowej danego kraju przez inwestorów. Im zdrowsza polityka budżetowa i mniejszy dług, tym chętniej i taniej pożyczane są państwom pieniądze. Z ogromnym zróżnicowaniem ceny długu, mimo posługiwania się tą samą walutą, mamy do czynienia właśnie wśród państw strefy euro. Podczas gdy rentowność obligacji Grecji, która dopiero niedawno uporządkowała po poprzednim kryzysie swoje finanse publiczne, przekracza nieco 2%, odsetki od obligacji Niemców wynoszą… minus 0,45 procenta.

Dzięki euroobligacjom, które zostałyby wyemitowane wspólnie przez wszystkie państwa strefy euro, państwa w gorszej sytuacji, dodatkowo przygniecione teraz rosnącym kosztem obsługi zadłużenia (jak np. Włochy, Grecja, Hiszpania, umownie: kraje Południa), mogłyby – jak argumentują ich zwolennicy – pozyskiwać pieniądze znacznie taniej. Rentowność takich obligacji, dzięki premii, jaką w oczach inwestorów byłoby emitowanie ich z bardziej stabilnymi i wiarygodnymi państwami, z całą pewnością byłaby niższa niż koszty obsługi długu ponoszone aktualne przez te państwa.

Problem polega na tym, że te bardziej stabilne i wiarygodne państwa (umownie: kraje Północy) za żadne skarby nie chciały się zgodzić, by wyemitować wspólny dług – obawiając się, że państwa w gorszej sytuacji pozbawione presji, jaką jest stała ocena przez inwestorów, nadużyją zaufania, roztrwonią tanie pieniądze i pozostawią bogatsze państwa przed koniecznością spłaty długów w ich imieniu. Temperatura sporu (szczegółowo opisywanego już na naszych łamach) nieustannie rosła, na stole pojawiało się coraz więcej argumentów natury etycznej, a politycy Północy i Południa mieli siebie coraz bardziej dosyć, budząc w swoich społeczeństwach coraz silniejsze tendencje eurosceptyczne i poddając w wątpliwość wspólną przyszłość unijnego projektu.

Nie dziwi więc, że dobrych kilka tygodni zajęło europejskim przywódcom dogadanie się co do kształtu unijnej tarczy antykryzysowej. Jak w wypadku wielu tarcz (na czele z polską), kwota, która przewija się w komunikatach, robi spore wrażenie – mowa bowiem aż o 540 miliardach euro (dla porównania, uzgodnione w tegorocznym budżecie unijnym wydatki sięgnąć miały 155 miliardów euro). Podobnie jednak jak to miało miejsce w odniesieniu do licznych programów antykryzysowych, także tutaj znaczną część imponującej, sumarycznej kwoty stanowią jednak gwarancje Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI) i linie kredytowe Europejskiego Mechanizmu Stabilności (EMS). Tego samego EMS, który po poprzednim kryzysie odpowiadał za finansowanie niskooprocentowanymi pożyczkami zrujnowanych gospodarek krajów Południa – w zamian za podejmowanie przez nich drakońskich kuracji oszczędnościowych.

Co ciekawe – jak donosi agencja Reutersa, choć na kontach EMS leży aktualnie 240 miliardów euro, kraje Południa zupełnie nie kwapią się, żeby po nie sięgać. Boją się, że skorzystanie z pieniędzy EMS będzie oznaczało stygmatyzację w oczach inwestorów (skutkującą natychmiastowym wzrostem kosztu emisji obligacji), do tego w społeczeństwach wciąż jeszcze silna jest trauma bolesnych reform, których wprowadzeniem obwarowane było uzyskanie pomocy z tego źródła.

Jasne było więc, że na efektownych (choć dyskusyjnie efektywnych) 540 miliardach euro pierwszego pakietu pomocowego się nie skończy. Konieczność podjęcia bardziej zdecydowanych kroków została zresztą zasygnalizowana na poprzednim unijnym szczycie, podczas którego wezwano Komisję Europejską, by przedstawiła w maju drugi pakiet pomocowy – tym razem nastawiony nie tyle na bieżące ratowanie gospodarki UE, co raczej na jej wychodzenie z recesji, w którą niewątpliwie wpadnie. Zadanie opracowania propozycji, która obejmie wszystkie bolączki aktualnego kryzysu gospodarczego, a jednocześnie będzie do przełknięcia zarówno przez kraje Północy, jak i Południa, okazało się na tyle ambitne, że prace Komisji Europejskiej się przeciągały – ostatecznie propozycja ma zostać zaprezentowana dopiero w środę, 27 maja.

I nagle, na nieco ponad tydzień przed planowanym ogłoszeniem projektu autorstwa Komisji Europejskiej, ze wspólnym pomysłem drugiego pakietu pomocowego wystąpili kanclerz Niemiec, Angela Merkel, i prezydent Francji, Emmanuel Macron, od lat nieformalni liderzy europejskiej integracji (z akcentem na pozycję Berlina), bez których inicjacji bądź akceptacji nie mają szans powodzenia żadne systemowe projekty w obrębie Unii.

Propozycja bez precedensu

Politycznie trudno jest przecenić wagę tej propozycji. Zgłaszając ją, Merkel i Macron starają się zmierzyć z niemal każdym ze stojących przed Unią wyzwań, o których mowa powyżej.

Po pierwsze, stanowi ona dawno nie słyszany w Europie mocny, konstruktywny głos, będący próbą zamanifestowania przywództwa – rozumianego także jako odpowiedzialność za kształt europejskiej integracji.

Po drugie, jest efektem dialogu i kompromisu, łagodzącym narastające wewnątrz UE animozje – trudno o bardziej symboliczny gest, niż wspólna propozycja zgłoszona przez państwa, uważane dotąd za liderów obu przeciwstawnych obozów: z jednej strony przez pogrążoną w kryzysie zdrowotnym i gospodarczym Francję, która dobijała się od wielu tygodni z propozycjami Południa do oszczędnych, zrównoważonych krajów Północy, i z drugiej strony przez Niemcy, dotąd zawsze silne niezmiennie konserwatywnym stanowiskiem.

Po trzecie, jest konkretna i powszechna. To nie mają być nieokreślone linie kredytowe, zwrotne dopłaty bądź rządowe poręczenia dostępne dla strefy euro – to ma być 500 miliardów eurogotówki, wpompowanej bezpośrednio do gospodarek wszystkich państw członkowskich, i to w łatwej do wyobrażenia perspektywie najbliższych trzech lat.

Po czwarte, wszystkie elementy składające się na formułę europejskich obligacji (o czym szczegółowo w dalszej części tekstu), czyli:

1) sposób pozyskania pieniędzy (za pomocą innowacyjnego mechanizmu);
2) kwestia potencjalnego ich przeznaczenia (na określone cztery płaszczyzny rozwojowe);
3) potencjalne źródła, z których obligacje mogłyby w dalszej perspektywie być spłacane (wspólne europejskie podatki),

oznaczają zdefiniowanie UE i jej roli na nowo oraz zaproponowanie konkretnej wizji rozwoju na kolejne dekady. Trudno przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz pojawił się równie ambitny, a jednocześnie wykonalny pomysł na Europę.

Skąd UE weźmie pieniądze?

Europejskie obligacje (Merkel i Macron sumiennie unikali używania podczas konferencji słowa „euroobligacje”) omówić trzeba w trzech płaszczyznach: jak mają zostać zebrane pieniądze, na co będą one przeznaczone i jak później spłacane.

Do zaciągnięcia długu w imieniu UE upoważniona byłaby Komisja Europejska. Pozwala to, po pierwsze, zapobiec dalszemu zadłużaniu się poszczególnych państw, a po drugie – uniknąć konieczności zmiany unijnych traktatów, które w aktualnym brzmieniu zakazują państwom członkowskim odpowiadania za swoje wzajemne zobowiązania. A to właśnie stanowiło podstawowy problem zgłaszany w dyskusjach nad „koronaobligacjami”, których idea zakładała dokonanie wspólnej emisji przez wszystkie państwa strefy euro.

Unijne prawo dopuszcza możliwość pożyczania przez Komisję Europejską w imieniu Unii niezbędnych środków finansowych na rynkach kapitałowych lub od instytucji finansowych (por. art. 220 Rozporządzenia 2018/1046). Co ciekawe, nie byłby to pierwszy raz, kiedy UE sama pozyskiwała fundusze na rynkach. Instrumenty emitowane przez UE w ramach tzw. programu EMTN mają postać obligacji średnioterminowych, są notowane na giełdzie w Luksemburgu i służyły w sporej mierze do wsparcia wychodzących z poprzedniego kryzysu gospodarek. W 2015 r. Unia założyła, że za pomocą serii emisji uzyska w ten sposób do 80 mld euro.

Przełomowy w propozycji nie jest więc sam fakt emisji obligacji przez UE, ale jego skala. Merkel i Macron liczą, że mimo bezprecedensowej wielkości emisji, uda się pozyskać pieniądze tanio. UE korzystała bowiem do tej pory z wysokich ratingów nadanych jej przez agencje ratingowe. Nie można być jednak pewnym, jak wycenią tę propozycję inwestorzy.

Pozyskane z obligacji pieniądze zostaną dodane do puli środków negocjowanych właśnie Wieloletnich Ram Finansowych UE na lata 2021-2027. Co istotne, środki mają nie być rozdysponowane równomiernie w całym tym okresie, lecz wydane w całości w przeciągu trzech lat, kiedy przyduszone kryzysem gospodarki będą ich potrzebować najbardziej.

Podejmując decyzję o przeznaczeniu środków zebranych z emisji europejskich obligacji, Berlin i Paryż odrzuciły koncepcję zgłaszaną przez kraje tzw. oszczędnej czwórki (Austria, Dania, Holandia i Szwecja), które opowiadały się za udzielaniem państwom pomocy w formie pożyczek uzależnionych od spełniania wymagań budżetowych (jak przy finansowaniu z EMS) na rzecz koncepcji bezpośredniego finansowania w postaci subwencji i grantów.

Do elementu czysto gospodarczego, Merkel i Macron dorzucili płaszczyznę polityczną, wskazując, że pieniądze będą rozdzielane według określonego klucza. Po pierwsze, środki mają być kierowane do regionów i sektorów najbardziej dotkniętych kryzysem. Po drugie, priorytet uzyskają projekty zgłaszane w ramach tzw. czterech filarów:

1) odbudowa gospodarek państw członkowskich;

2) rozwój wspólnej strategii zdrowotnej UE (wspólne zakupy sprzętu medycznego, finansowanie prac nad badaniami, zwł. nad szczepionką przeciw COVID-19);

3) modernizacja cyfrowa i ekologiczna europejskiej gospodarki (m.in. budowa sieci 5G oraz wszystkie działania objęte tzw. Europejskim Zielonym Ładem, na czele z dążeniem do osiągnięcia w 2050 r. neutralności energetycznej);

4) wzmocnienie suwerenności europejskiej gospodarki (przemodelowanie globalnych łańcuchów dostaw, przywrócenie do Europy części produkcji przemysłowej, wzmocnienie ochrony antymonopolowej w stosunku do inwestorów spoza UE, inwestycje w rozwojowe dziedziny gospodarki itp.).

Leżące na szali 500 miliardów euro, ma nie być tylko wrzuceniem gotówki do bezdennej studni pokryzysowej gospodarki. Ma być także silnikiem reformy politycznej UE o określonym kierunku. To dlatego właśnie propozycja zyskała aprobatę Niemiec – pozwala pchnąć UE na tory, na które Berlin próbuje ją kierować już od lat.

Niemcy mają świadomość, że same wzniosłe deklaracje w sprawach europejskich reform nie mają wielkiej politycznej mocy, nawet jeśli uda się je poprzeć kilkoma miliardami euro wykrojonymi w ramach budżetu stworzonego ze składek państw członkowskich. Sytuacja ulega zmianie, jeśli obok tych kilku miliardów położy się na stole wielokrotnie większą kwotę, i to pochodzącą zupełnie z zewnątrz. Sformułowany za jej pomocą komunikat do krajów Południa jest jasny: „Proszę, tutaj są stosy gotówki wyczarowane od zewnętrznych inwestorów – możesz po nie sięgnąć, ale pod jednym warunkiem: przeznaczysz je na cele, do których trudno było cię zmusić inaczej”.

Ilustrując to przykładem – projektowany w nowej siedmioletniej perspektywie budżet Fundusz Transformacji Energetycznej, ukierunkowany na finansowanie transformacji energetycznej UE w kierunku postępującej neutralności, dysponować miał kwotą 7,5 mld euro (z której Polsce przypaść miało ok. 2 mld euro). Tymczasem dodatkowe 500 miliardów pozyskane w ramach obligacji finansować ma projekty z opisanych wyżej czterech filarów, a jednym z nich ma być właśnie transformacja energetyczna. Państwa nie będą rzecz jasna zmuszone, by sięgać po te pieniądze – ale które państwo nie zdecydowało by się tego zrobić, mając w perspektywie spłatę obligacji, z których inaczej by nie skorzystało?

Najbardziej mglisty element propozycji to sposób spłacania europejskich obligacji. Jakkolwiek pieniądze byłyby rozdysponowane według potrzeb, tak ich spłata będzie miała miejsce, wedle słów Macrona, „z zachowaniem zasad solidarności”. Wstępnie mowa o tym, że obligacje miałyby zostać spłacone później według klucza liczenia składek do budżetu UE. Oznacza to, że największymi beneficjentami środków byłyby państwa członkowskie, w które kryzys epidemiczny i gospodarczy uderzył najmocniej. Pieniądze, które uzyskają, będą większe niż te, które będą musiały później oddać. Tym samym ciężar spłaty będzie w większym stopniu obarczał państwa, które z koronakryzysem poradziły sobie relatywnie lepiej – jak, odpukać, Polska.

Ocena propozycji będzie pełniejsza, gdy dowiemy się, jaką konstrukcję miałyby mieć obligacje – w szczególności na jak długi okres będą emitowane (im dłuższy termin, tym dalej w czasie odsunięta konieczność spłaty) i w jakiej formie spłacane będą odsetki (regularnej, corocznej wypłaty, czy też jednorazowej, jak przy spłacie tzw. obligacji zerokuponowych).

W propozycji Merkel i Macrona pojawiła się idea, by wykorzystać nadarzającą się okazję i przeprowadzić ściślejszą integrację fiskalną Unii, zapewniając tym samym spłatę wyemitowanych obligacji. Konkretyzacja tej części propozycji jest kolejną przestrzenią, w której UE może odważnie zdefiniować swoją przyszłość. Z brukselskich korytarzy płyną pomysły, by obligacje były finansowane przez mechanizmy wspierające ekologizację gospodarki, takie jak dochody ze sprzedaży certyfikatów do emisji CO2 czy opłata za nierecyklingowany plastik. Nie jest wykluczone, że przyspieszy to także prace nad tzw. europejskim podatkiem cyfrowym.

Czy plan Merkel i Macrona ma szansę wejść w życie?

Oczywiście propozycja w takim kształcie, w jakim usłyszeliśmy o niej 18 maja, nie ma szans realizacji. Zawiera ona raczej generalne założenia i nie ma charakteru wiążącego – stanowi bardziej inspirację dla Komisji Europejskiej, która, opracowując swój własny projekt, nie może zignorować głosu zgłoszonego przez dwa najważniejsze kraje UE (według Angeli Merkel – skonsultowanego z pozostałymi państwami członkowskimi) – tym bardziej, że Ursula von Leyen, przewodnicząca Komisji, przyjęła go pozytywnie.

Co więcej, także propozycja Komisji, choć na pewno zbieżna z pomysłem Niemiec i Francji, nie zacznie obowiązywać z dnia na dzień. Zanim dojdzie bowiem do jej przyjęcia, musi zostać uzgodniona przez wszystkie państwa członkowskie. A na to prędko się nie zapowiada. Choć propozycja została gorąco przyjęta przez państwa Południa, z Północy i Wschodu słychać głosy sprzeciwu.

Najostrzej zaoponowały rzecz jasna kraje oszczędnej czwórki. Sebastian Kurz, kanclerz Austrii, który urasta do miana lidera obozu, od razu po konferencji duetu Merkel-Macron zakomunikował, że stanowisko reprezentowanej przez niego koalicji nie ulega zmianie i że domagać się ona będzie udzielenia państwom pomocy w formie niskooprocentowanych pożyczek (swoją drogą, lektura odpowiedzi na linkowany tweet to chyba najlepszy przegląd stanowisk zgłaszanych przez wszystkich uczestników sporu).

Państwa oszczędnej czwórki zgłosiły już zresztą alternatywny projekt, opowiadając się za utworzeniem jednorazowego funduszu finansującego dwuletnimi pożyczkami kraje dotknięte kryzysem gospodarki i podkreślając, że „nie zgodzą się na uspołecznienie długów i zwiększenie budżetu UE”.

Ale głosy rezerwy wobec propozycji Paryża i Berlina płyną tym razem także z państw środkowowschodniej Europy, w których recesja powinna być płytsza – co znaczyłoby, że państwa regionu zyskają na emisji obligacji mniej niż ich sąsiedzi z południa. Premier Czech, Andrej Babiš, mówi wprost, że „byłoby to niesprawiedliwe, gdybyśmy byli karani z powodu tego, że nam się udało”.

Oficjalne stanowisko Polski nie jest na razie znane. Z wypowiedzi ministra ds. europejskich, Konrada Szymańskiego, wynika, że Polska pochwala wiele rozwiązań propozycji, na czele z formułą bezpośrednich subwencji, ale z pełną oceną czeka na dalsze szczegóły.

[PRZECZYTAJ ANALIZĘ – CZY POLSKA POWINNA POPRZEĆ POMYSŁ EUROPEJSKICH OBLIGACJI?]

* * *

Warto wyraźnie podkreślać – gdyby nie przyjęcie euro, dzisiejsze problemy Południa nie byłyby pewnie tak dotkliwe. Państwa Południa przyjęły wspólną walutę za wcześnie, niedopasowane strukturalnie do reszty strefy euro i omamione wizją, że jest to tylko projekt ekonomiczny, nie polityczny. Następne lata narastających nierównowag, które doprowadziły do zwielokrotnienia skutków kryzysu z roku 2008 r., i „straconej dekady” powrotu do gospodarczej równowagi, są tylko ponurą konsekwencją tamtej decyzji.

Jednocześnie, Europa nie może sobie pozwolić, by projekt ten zakończyć. Opuszczenie strefy euro przez państwa Południa stanowiłoby gospodarczą katastrofę, która na takie długie lata pogrążyłaby w kryzysie cały kontynent. Pozostaje więc robić dobrą minę do złej gry i zacieśniać europejską integrację, licząc, że w dłuższej perspektywie zapewni to bliższą konwergencję.

Dokładnie taki wymiar ma też pomysł Funduszu Odbudowy zgłoszony przez Angelę Merkel i Emmanuela Macrona. Niebagatelna kwota 500 miliardów euro opakowana jest w papier określonych politycznych celów. Sięgając po pieniądze, trzeba też będzie zapewnić ich realizację. Lepszej propozycji, póki co, nie zgłoszono. Alternatywą jest pewnie wizja bankructwa krajów Południa. A upadek ważnych gospodarczo partnerów nie jest w niczyim interesie, także Polski.

Zanim Fundusz Odbudowy stanie się faktem, będzie musiał uzyskać akceptację wszystkich państw członkowskich i Parlamentu Europejskiego. Najbliższe tygodnie upłyną więc pod znakiem ucierania wzajemnych stanowisk. Przywódcy unijnych państw wielokrotnie już udowodnili, że są w stanie stępić wszelkie odważne na papierze propozycje.

Po chłodnym maju, szykuje się więc prawdziwie gorący czerwiec – przynajmniej dla polityków.

Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.