Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Kędzierski i Kuź dla „Die Zeit”: Europa otwarta, różnorodna i w transatlantyckim sojuszu

przeczytanie zajmie 8 min

Dla wyznawców czarnej legendy o polskim nacjonalizmie może to zabrzmieć paradoksalnie, ale wizja UE, za którą opowiada się większość polskiego społeczeństwa, bazuje na trzech wartościach: otwartości, różnorodności i transatlantyckości. Różnica polega jednak na tym, że nośnikami wszystkich tych trzech wartości są dla Polaków przede wszystkim państwa narodowe. Tak niezrozumiałe dla progresistów przywiązanie do państwa narodowego, które zresztą obecne jest nie tylko w Polsce, nie powinno ich jednak zaskakiwać. W końcu dopiero od 1989 roku cieszymy się z suwerennego państwa. Trudno zatem oczekiwać, abyśmy nagle zaczęli myśleć o UE jako o federalnym tworze, który ma 500 milionów obywateli i 27 prowincji.

Polska od lat należy do najbardziej euroentuzjastycznych krajów Wspólnoty. Ponad 70% obywateli uważa, że członkostwo w UE jest dobre dla naszego kraju, przy średniej unijnej na poziomie 60%. Jak pogodzić ten wskaźnik z utrzymującym się na wysokim poziomie, a w ostatnich tygodniach wręcz rosnącym, poparciem dla rzekomo eurosceptycznego Prawa i Sprawiedliwości? Najwyraźniej polscy wyborcy wiedzą coś, co umyka wielu europejskim dziennikarzom. Wydaje się bowiem, że zarówno mieszkańcy dynamicznie rozwijającego się gospodarczo kraju nad Wisłą, jak i wybierani przez nich politycy, co prawda chcą być w Unii, ale innej niż ta, którą wymarzył sobie prezydent Macron i część europejskich środowisk liberalnych. Dlatego też Polacy nie do końca poważnie traktują filipiki komisarza Fransa Timmermansa, dyktującego (!) konkretne zmiany w polskim prawie.

Otwartość

Otwartość oznacza dla nas przede wszystkim gotowość do przyjęcia nowych państw członkowskich i uruchamiania nowych inicjatyw międzypaństwowych dla realizacji konkretnych celów. Wystarczy przypomnieć, że Polska w odróżnieniu od państw zachodniej Europy od zawsze należy do największych zwolenników zbliżenia Ukrainy i UE. Co więcej, obecnie przyjęliśmy ponad milion obywateli tego kraju dotkniętego wojną, na którą europejskie elity przymykają oczy. Warszawa jest też zwolennikiem przyjęcia do wspólnoty krajów bałkańskich oraz promotorem unijnego Partnerstwa Wschodniego. Właśnie z tych powodów Polska tak zażarcie walczy z projektem Nord Stream 2. Nie chodzi w nim bowiem tylko o nas – już teraz możemy pozyskiwać gaz z innych niż rosyjskie źródeł. Wspomniany projekt jest natomiast ciosem w plecy Kijowa, a przy okazji buduje bogactwo Rosji, która nie ukrywa chęci rewizji ładu w tej części Europy.

Nasza otwartość przejawia się także w inicjatywie Trójmorza. Celem tego projektu jest pomoc mniejszym krajom wschodu UE w budowie dróg, linii kolejowych i innych elementów infrastruktury na linii północ-południe, niezbędnych do ich dalszego rozwoju. Kierunek ten jest bowiem zaniedbywany przez europejskie instytucje, myślące głównie w kategoriach wschód-zachód. Co istotne, dynamiczny rozwój naszego regionu nie jest w kontrze do interesów europejskich partnerów, a wręcz sprzyja ich gospodarkom. Wystarczy przypomnieć, że jednym z największych beneficjentów boomu gospodarczego w Europie Środkowej są… Niemcy.

Poprzez otwartość rozumiemy również dokończenie budowy rynku wewnętrznego. W gruncie rzeczy domagamy się jedynie równego traktowania.

Skoro niemieckie, francuskie czy włoskie firmy mają od kilkunastu lat nieograniczony dostęp do naszych rynków, może warto byłoby w duchu solidarności usunąć wszystkie pozataryfowe ograniczenia, które skutecznie utrudniają działalność wielu polskich, czeskich czy węgierskich firm na zachodzie Europy.

Należy jednak dodać, że pomimo tych trudności Polska radzi sobie dziś lepiej z bilansowaniem budżetu niż Francja czy Włochy, dlatego nie odczuwa potrzeby budowania unii transferów i w ten sposób sięgania do kieszeni niemieckiego podatnika.

Wreszcie w kontekście polityki migracyjnej Polska bynajmniej nie popiera projektu „twierdza Europa”. Opowiadamy się raczej za poszerzaniem europejskiej strefy wpływów poprzez wzmacnianie państw, z których pochodzą imigranci, zwłaszcza mając na względzie ich tempo przyrostu naturalnego. Masowa, niekontrolowana migracja w dłuższym okresie może całkowicie zdestabilizować Stary Kontynent, podczas gdy nowy europejski plan Marshalla dla Afryki Północnej może go tylko umocnić. Co najważniejsze, Warszawa jest gotowa partycypować w kosztach takiego planu.

Podsumowując, otwartość Unii jest dla Polski wartością większą niż głębsza integracja. W tym zdecydowanie różnimy się od Francji. Nadsekwańska wizja UE jest w gruncie rzeczy rozciągnięciem starego francuskiego narodowego szowinizmu i rozrzutności na całą strefę euro. Paryż chce Unii niechętnej poszerzaniu, a wręcz wypychającej poza Wspólnotę te kraje, które nie są przekonane do federalistycznej wizji prezydenta Macrona.

Realizacja wizji prezydenta Francji będzie jednak oznaczać, że UE stanie się zaściankowa i stłoczona na obszarze swojego historycznego centrum. Historia uczy, że ograniczanie ekspansji i zamykanie się za sztywnymi granicami zawsze poprzedzało upadek wszelkich wielkich projektów politycznych.

Różnorodność

Różnorodność to dla Polski przede wszystkim różnorodność kultur, narodowych tradycji i politycznych rozwiązań. Jesteśmy politycznymi realistami, którzy wiedzą, że w obliczu globalnych przeobrażeń musimy nauczyć się żyć z tą różnorodnością. Stąd polska niechęć do budowania europejskiego demosu. Polska uważa też, że kraje UE powinny mieć prawo do własnych rozwiązań prawnych. Wszak w USA w znacznie ściślejszej unii politycznej pozostają nawet stany różniące w kwestiach tak fundamentalnych, jak obecność kary śmierci.

W tym kontekście warto podkreślić, że krytykowana na forum europejskim polska reforma sądownictwa nie zawiera rozwiązań niespotykanych w innych krajach UE. Wobec postulatów UE polski rząd zgodził się też na ustępstwa, na które pozwala mu wewnętrzna sytuacja polityczna. Reforma nie stanowi też, jak sugeruje Komisja Europejska, zagrożenia dla pieniędzy inwestowanych przez inne kraje w Polsce. Jest to zarzut tym dziwniejszy, że jeden z najważniejszych partnerów handlowych Niemiec, czyli Chiny, są krajem, gdzie zasada praworządności w europejskim tego słowa znaczeniu w ogólne nie istnieje.

Oczywiście skutki reformy będzie można obiektywnie ocenić za jakiś czas, i jak w niemal każdym procesie reform zapewne nie wszystkie będą pozytywne. Natomiast twierdzenie już teraz, że Polska zupełnie odchodzi od liberalnej demokracji, jest nonsensem, również według powszechnie używanych politologicznych wskaźników takich jak Freedom House Index.

Znamienna jest obserwacja, że często dyskusjom eksperckim i politycznym na temat praworządności w Polsce towarzyszą wymawiane jednym tchem przez ekspertów i polityków (zwłaszcza nad Sekwaną) oskarżenia związane z polskim podejściem do kwestii migracyjnej, reformy strefy euro oraz faktem, że Polska konkuruje niższymi kosztami pracy. Wszystko to tworzy wrażenie, że procedura art. 7 TUE jest po części próbą politycznego ukarania Polski właśnie za odmienną wizję europejskości. Podczas różnych europejskich seminariów i konferencji pytamy czasami naszych zagranicznych kolegów, czy gdyby nasz kraj przyjął więcej uchodźców, wyznaczył bliską datę przyjęcia euro oraz był bardziej uległy w kilku innych kwestiach, to tak samo ostro ocenialiby reformę polskiego wymiaru sprawiedliwości. Odpowiedzią jest milczenie i niezręcznie skrywane uśmieszki.

Transatlantyckość

Trzecim elementem polskiej wizji Europy jest jej zakorzenienie w transatlantyckości, i to pomimo bardzo kontrowersyjnej polityki prezydenta Trumpa. Polska, mająca granicę lądową z Rosją, od zawsze czuje na plecach zimny oddech Moskwy. Równocześnie Polacy mogą w telewizji zobaczyć byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera, który jest gościem honorowym na inauguracji kolejnej kadencji Władimira Putina. Polacy słyszą też wyraźnie porosyjskie pomruki partii populistycznych we Włoszech oraz innych krajach. Umówmy się – rzekoma prorosyjskość Trumpa to przy tym żart. To właśnie Amerykanie zwiększają swoją realną obecność na wschodniej flance NATO i łożą na ten cel coraz bardziej konkretne fundusze. Zresztą nawet gdyby Polska miała do tych wydatków dokładać, wydaje się to wydatek uzasadniony. Przynajmniej do czasu, aż zobaczymy byłego prezydenta USA świętującego na Kremlu razem z Putinem.

Oczywiście nad Wisłą doceniana jest proatlantyckość kanclerz Merkel. Wydaje się jednak ona być w swojej postawie coraz bardziej osamotniona.

Strategiczne oddalenie się od USA coraz wyraźniej akcentują niemal wszystkie siły polityczne, od Die Linke po AfD. Trudno się temu dziwić, skoro USA ufa tylko 14% Niemców, podczas gdy niedemokratycznym Rosji i Chinom odpowiednio 36% i 43%. Niechęć wobec USA jest wprawdzie motywowana różnymi czynnikami, ale z polskiego punktu widzenia wydaje się tak silna, że trudno ją sprowadzać wyłącznie do Trumpa oraz jego ceł na stal i aluminium. Obawiamy się, że raz popsute stosunki z USA nie dadzą się łatwo naprawić.

Co zaś, jeśli równocześnie we Francji i Niemczech powtórzy się włoski scenariusz i do władzy dojdą siły radykalnie porosyjskie? Kto obroni Warszawę, jeśli w Pałacu Elizejskim zasiądzie kiedyś Marine Le Pen, a w Niemczech rządzić będzie, na przykład, koalicja AfD, FDP i CSU? Paradoksalnie, to drugie przestaje być całkowitym political fiction.

Odpowiedzialny partner

Warszawa uważa siebie za zdyscyplinowanego finansowo członka zarówno NATO, jak i UE. Statystyki długu publicznego i deficytu finansów publicznych spełniają kryteria z Maastricht, a na obronność wydajemy nawet większy odsetek PKB, niż jest to wymagane od członków NATO. Nie mówimy o wyjściu z UE, nie szukamy przyjaźni z Putinem, jesteśmy wśród liderów państw wprowadzających bezgotówkowy obieg pieniądza (eliminacja korupcji), forsujemy na arenie UE agendę cyfrową, a ostatnio zaczęliśmy nawet przyjmować imigrantów z Azji Środkowej. To może być szokujące dla tych, którzy wciąż patrzą na Polskę jak na słaby, postkomunistyczny i szowinistyczny kraj. W tym sensie nazywanie rządu PiS populistycznym wydaje się grubą przesadą. Paradoksalnie, z polskiego punktu widzenia to właśnie Francja, Niemcy czy Włochy stają się dla Warszawy coraz bardziej nieprzewidywalne i nieodpowiedzialne. Skłania nas to tym bardziej, by w kwestii obronności polegać na sprawdzonych partnerach, a w innych kwestiach starać się konsekwentnie przedstawiać naszą własną wizję przyszłości UE. Czy jednak ktokolwiek w Brukseli czy Paryżu jest taką wizją zainteresowany?

To oryginalna, przesłana do redakcji wersja artykułu, który po zmianach redakcyjnych ukazał się 28 czerwca na łamach internetowego wydania „Die Zeit”. Wersję opublikowaną przez niemiecki tygodnik przeczytać można tutaj.