Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  16 czerwca 2018

Polska pod europejską ścianą. Koniec Unii, jaką znamy?

dr Marcin Kędzierski  16 czerwca 2018
przeczytanie zajmie 12 min

Przełom i kryzys. Dyskusja o Unii Europejskiej najczęściej sprowadza się właśnie do tych dwóch słów. Z jednej strony nieustannie słyszymy o przełomowym spotkaniu, przełomowym szczycie, przełomowej decyzji. Z drugiej – pojawiają się głosy o kolejnych kryzysach: związanych z napływem migrantów, Brexitem czy strefą euro. Choć cała historia integracji europejskiej złożona jest z takich kryzysów i przełomów, wiele z nich nie zasługuje na miano wydarzeń naprawdę przełomowych. Inaczej będzie z majem 2018 roku, który z pewnością przejdzie do historii jako jeden z najbardziej burzliwych miesięcy w ponad 60-letnich dziejach UE. Niestety, wraz z nadejściem lata sezon burzowy dopiero się rozpoczyna. Podczas szczytu 28–29 czerwca 2018 roku za sprawą Włoch możemy być świadkami początku końca Unii, jaką znamy.

Bardzo trudno jest wskazać jedno wydarzenie, które świadczy o wyjątkowości ostatnich kilkudziesięciu dni. Wydarzeń tych było bowiem bardzo wiele. Co prawda, na pierwszy rzut oka nie wydają się one ze sobą bezpośrednio powiązane, jednak wszystkie wpisują się w szersze procesy, których uchwycenie jest konieczne dla zrozumienia kierunku, w którym zmierza Stary Kontynent.

Długa seria niefortunnych zdarzeń

1. Polityka spójności do przycięcia

I tak, chronologicznie – w środę 2 maja Komisja Europejska przedstawiła pierwszą propozycję nowego budżetu UE, czyli Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021–2027. Zgodnie z najbardziej aktualną wersją, zaprezentowaną przez Komisję 29 maja, w zakresie polityki spójności kraje naszego regionu stracą kolejno: Czechy, Estonia, Litwa oraz Węgry po 24%, Polska 23,3%, Słowacja 21,7%, Łotwa 13%, Słowenia 9,2%, a Chorwacja – 5,5%. Zyskają z kolei takie kraje jak Bułgaria, Rumunia i Grecja (8%), Włochy (6,4%) oraz Hiszpania (5%). Trzeba pamiętać, że wykaz ten nie uwzględnia jeszcze obniżenia o mniej więcej 15% środków na Wspólną Politykę Rolną.

2. Trump gra przeciwko europejskim stolicom

Niecały tydzień później, 8 maja Donald Trump zerwał porozumienie nuklearne z Iranem. Co istotne, stało się to wbrew woli trzech największych europejskich państw: Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii, których przywódcy jeszcze w kwietniu pielgrzymowali do Waszyngtonu, aby ułaskawić gniewnego prezydenta USA. Wszystkie wymienione państwa, w tym Wielka Brytania, która obecnie rozwodzi się z Unią, zadeklarowały gotowość respektowania porozumienia z 2015 roku nawet za cenę amerykańskich sankcji.

3. Francja szuka alternatywy dla NATO?

Warto odnotować, że w obliczu spodziewanej decyzji Trumpa w sobotę 5 maja minister obrony Wielkiej Brytanii Frederick Curzon wyraził aprobatę dla francuskiej propozycji utworzenia Europejskiej Inicjatywy Interwencyjnej (European Intervention InitiativeEII), zbrojnego ramienia Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony. Projekt EII ma stanowić przeciwwagę dla rozmytej, i z francuskiego punktu widzenia mało ambitnej inicjatywy PESCO, czyli Stałej Współpracy Strukturalnej w dziedzinie bezpieczeństwa, powołanej do życia w grudniu 2017 roku.

Trudno nie odnieść wrażenia, że nowa inicjatywa oparta na zasadzie tzw. koalicji chętnych, która ma szansę ruszyć już w czerwcu, jest próbą zbudowania alternatywy wobec struktur wojskowych NATO. Choć Berlin nie był zachwycony pomysłem Macrona w obliczu narastającego sporu z Waszyngtonem podobnie jak Londyn zadeklarował chęć przyłączenia się do EII.

4. Macron stawia sprawę na ostrzu noża

Tempo wydarzeń w trzecim tygodniu nie spadło. W czwartek 17 maja podczas szczytu UE-Bałkany w Sofii prezydent Francji Emmanuel Macron ostrzegł przed dalszym poszerzaniem Wspólnoty bez pogłębiania współpracy, odnosząc się tym samym do swojej propozycji silniejszej integracji wokół strefy euro. Dodał przy tym, że „ma wielkie oczekiwania co do niemieckiej odpowiedzi (na swój plan – przyp. autor), a „lato, które przed nami, będzie momentem prawdy”.

Warto dodać, że Macron swoje oczekiwania wobec Niemiec przedstawił publicznie kilka kilka dni wcześniej, 10 maja, przy okazji odebrania nagrody Karola Wielkiego w Akwizgranie. Prezydent Francji powiedział wówczas, że Niemcy nie mogą dłużej prowadzić polityki prowadzącej do nadwyżki budżetowej i handlowej, ponieważ cele te osiągane są kosztem innych państw. W domyśle – krajów z południa Europy.

Trudno nie dostrzec w tym sofijskim żądaniu odpowiedzi na wystąpienie niemieckiego ministra finansów Olafa Scholza z 15 maja, które można streścić słowami: „żadnych marzeń, panowie, żadnych marzeń”. Scholz zapowiedział bowiem podczas debaty budżetowej w Bundestagu, że nie będzie niemieckiej zgody na radykalną reformę strefy euro, wprowadzenie tzw. unii transferów, istotne zwiększenie europejskiego budżetu czy wreszcie ratowanie banków z kieszeni niemieckich podatników. Co więcej, Scholz z rozbrajającą szczerością przyznał, że jeśli Unia zdecyduje się na zmniejszenie zakresu swoich zadań, powinien wystarczyć nawet mniejszy budżet.

5. Putin patrzy i korzysta

Ten niemiecko-francuski ping-pong na chwilę przerwała kanclerz Angela Merkel, która w piątek 18 maja pojechała z wizytą do Władimira Putina. Termin spotkania był dla Berlina najgorszy z możliwych – Putin rozegrał napięcia transatlantyckie związane z zerwaniem umowy z Iranem, ustawiając Rosję i Niemcy po jednej stronie barykady. W tej sytuacji rozmowy o politycznych warunkach budowy gazociągu Nordstream 2, na które jak się wydaje kanclerz Merkel była gotowa, musiały ograniczyć się do oklepanego stwierdzenia, że projekt drugiej nitki Gazociągu Północnego ma czysto biznesowy charakter.

W tej historii z polskiej perspektywy da się zauważyć paradoks: Amerykanie postrzegani jako gwaranci naszego bezpieczeństwa energetycznego poprzez swoje działania mogą doprowadzić do jego osłabienia.

I tak jak Nordstream 1 był w jakimś sensie dzieckiem poczętym w kryzysie transatlantyckim wywołanym wojną w Iraku w 2003 roku, tak Nordstream 2 może ostatecznie przyjść na świat w wyniku konfliktu wokół Iranu.

6. We Włoszech źle, w Grecji źle, w Hiszpanii też nie najlepiej

Mało? Rollercoaster nie wyhamowuje. Kolejny tydzień startuje od wysokiego C. W poniedziałek 21 maja w Rzymie „antysystemowe” Liga Północna (LN) i Ruch Pięciu Gwiazd (M5S) spełniają europejski koszmar i zgłaszają kandydata na szefa ich koalicyjnego rządu. Rozpoczyna się dziesięciodniowy serial z wieloma zwrotami akcji, których głównym bohaterem staje się Paolo Savona, kandydat do objęcia teki ministra finansów. Ten 82-letni profesor ekonomii, zwolennik wyjścia Włoch ze strefy euro, nie znajduje uznania w oczach europejskich przywódców. Nie znajduje go tak bardzo, że prezydent Włoch Sergio Mattarella pod ich naciskiem zdecydował się nie powołać rządu Contego.

W zamian powierzył misję sformowania nowego, technicznego gabinetu Carlo Cottarellemu. Ten nie miał jednak żadnych szans na uzyskanie wotum zaufania i przywódcy partii koalicyjnych Matteo Salvini z LN oraz Luigi di Maio powtórnie zgłaszają kandydaturę Contego.

Tym razem prezydent Mattarella, obawiając się zapowiedzianej przez M5S procedury impeachmentu i widma przyśpieszonych wyborów, powołał 31 maja rząd, w którego skład wszedł m.in. … Paolo Savona, choć tym razem jest szef resortu ds. polityki europejskiej. Salvini objął tekę ministra spraw wewnętrznych, co najprawdopodobniej będzie oznaczać usztywnienie polityki migracyjnej Włoch. Z kolei pochodzący z biednego regionu Kampanii di Maio został ministrem ds. rozwoju gospodarczego, pracy i polityki społecznej. Jeśli di Maio będzie chciał spełnić swoje wyborcze obietnice, możemy spodziewać się uruchomienia masowych transferów socjalnych i dalszego powiększenia włoskiego długu publicznego, który już dziś spędza sen z powiek europejskich decydentów odpowiedzialnych za przetrwanie strefy euro.

Dla pełnego obrazu sytuacji na południu Europy należy dodać, że 30 maja w Grecji rozpoczął się strajk central związkowych przeciwko polityce oszczędnościowej greckiego rządu Aleksisa Tsiprasa. Gwoli sprawiedliwości, Tsipras za wiele do powiedzenia nie ma – 20 sierpnia kończy się trzeci unijny pakiet pomocowy, a warunkiem jego uruchomienia było podporządkowanie polityki gospodarczej nadzorowi ze strony instytucji międzynarodowych (Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny, Międzynarodowy Fundusz Walutowy).

Z kolei (już) 1 czerwca pod zarzutami korupcyjnymi upadł w Hiszpanii centroprawicowy rząd Mariana Rajoya. Na razie władzę przejął lider socjalistów Pedro Sánchez, ale scenariusz przyśpieszonych wyborów jest bardziej niż prawdopodobny. Jeśli przypomnimy sobie epopeję z powoływaniem rządu sprzed dwóch lat, nie trudno sobie wyobrazić, że czwarta gospodarka UE należąca do kłopotliwego Południa wkracza w okres co najmniej politycznej destabilizacji, której z pewnością nie będzie sprzyjać konflikt na linii Madryt-Barcelona.

Trzy wymiary europejskiego kryzysu

Jakie wnioski płyną z tego majowego kalendarium? Zważywszy że greckie słowo krisis można tłumaczyć m.in. jako podział, mamy do czynienia z trzema kryzysami (podziałami).

1. Partnerstwo transatlantyckie na równi pochyłej

Prezydent Trump rozpoczął ostrą, pokerową partię i podbija stawkę, licząc, że europejscy (ale nie tylko) partnerzy prędzej czy później spasują i uznają hegemoniczną rolę USA. Problem w tym, że mamy rok 2018, a nie 1956, kiedy Eisenhower mógł zażądać od Francji i Wielkiej Brytanii wycofania się z konfliktu sueskiego.

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker już zapowiedział, że UE nie będzie się wstrzymywać z retorsją w postaci ceł na produkty amerykańskie. Podobną deklarację złożyła kanclerz Merkel. Nie rozstrzygając, czy Kreml ma jakieś wpływy w Waszyngtonie, trudno nie zauważyć, że świat Zachodu się rozpada ku uciesze Władimira Putina, co zresztą pokazało wspomniane spotkanie z Angelą Merkel w Soczi.

Nic dwa razy się nie zdarza, ale nie można wykluczyć, że podobnie jak w przypadku zimowych igrzysk w Soczi, zaraz po zakończeniu mistrzostw świata w piłce nożnej, prezydent Rosji nie zechce przetestować jedności podzielonego Zachodu w jednym z „zamrożonych konfliktów” (Naddniestrze, Donbas, Abchazja, Osetia Południowa, Górski Karabach, a może nawet Łatgalia lub Estonia?). Albo odwrotnie – ustroi się w piórka stabilizatora ładu międzynarodowego i przekona państwa europejskiego do przyśpieszenia prac nad drugą nitką Nordstreamu i zniesienia sankcji wobec Rosji.

Może nawet w ramach koalicji chętnych dołączy na luźnych zasadach do Europejskiej Inicjatywy Interwencyjnej? Oba scenariusze, eskalacji i resetu, paradoksalnie się nie wykluczają– wystarczy przypomnieć wydarzenia wojny gruzińskiej i to, co nastąpiło po niej.

2. Kraje Południa pod nieskuteczną kroplówką

Po drugie, cięcia w polityce spójności wzmacniać będą podział na „stare” i „nowe” państwa członkowskie. Wbrew powszechnym opiniom pojawiającym się w polskiej debacie publicznej, decyzja ta nie wynika z fatalnego wizerunku polskiego czy węgierskiego rządu w Brukseli. Co najwyżej może ułatwić uciszenie naszego sprzeciwu. Te zmiany były bowiem planowane już od 2014-2015 roku, kiedy władzę sprawowała jeszcze „proeuropejska” Platforma Obywatelska. Powód jest prosty ‒ poziom dochodu na głowę mieszkańca w Polsce jest wyższy niż w Grecji i porównywalny z Portugalią. Problem w tym, że problemy państw Południa nie wynikają wprost z uczestnictwa w rynku wewnętrznym, a właśnie to stało u podstaw polityki spójności. Jej twórca Jacques Delors rok po wejściu w życie Jednolitego Aktu Europejskiego (ustanawiającego swobodny przepływ osób, towarów, usług i kapitału) stwierdził, że Fundusz Spójności stanowi politykę kompensacyjną/osłonową (flanking policy) dla krajów, które będą ponosić z tego tytułu koszty.

Mając zaś na uwadze, że nie tylko nie udało się nam dokończyć budowy rynku wewnętrznego w obszarze swobody przepływu usług, z której najbardziej korzystają biedniejsze państwa członkowskie, ale dodatkowo z inicjatywy prezydenta Macrona wprowadzane zostają w tym zakresie ograniczenia poprzez nowelizację dyrektywy o pracownikach delegowanych, płatności kompensacyjne w ramach polityki spójności wobec krajów Europy Środkowej powinny zostać co najmniej utrzymane na tym samym poziomie. Tym bardziej, że od samego początku beneficjentami polityki spójności były także te państwa, które je finansowały – mechanizm ten działał m.in. poprzez zamówienia publiczne (vide program budowy autostrad) czy wyższy popyt wewnętrzny w krajach korzystających z unijnych funduszy.

Z czego zatem wynikają problemy państw Południa? Z wadliwej konstrukcji strefy euro, która m.in. wobec niewystarczającego poziomu transnarodowej mobilności pracowników i braku mechanizmów redystrybucyjnych/solidarnościowych nie jest w stanie poradzić sobie z narastającymi nierównowagami na rachunkach obrotów bieżących.

UE w przeciwieństwie do USA wciąż nie jest (i nie będzie) państwem federalnym, gdzie można wprowadzać mechanizm „janosikowego”, czyli automatycznego wspierania biedniejszych regionów przez te bogatsze.

Trudno się zatem dziwić, że Francja i Włochy domagają się od Niemiec co najmniej radykalnej reformy Unii Gospodarczo-Walutowej, na którą jednak Berlin z wielu powodów nie wyraża zgody. Reforma taka wiązałaby się bowiem z koniecznością finansowania długów Południa z kieszeni niemieckich podatników i/oraz „uwolnieniem” realnych płac, co zdaniem Niemców uderzyłoby w konkurencyjność ich gospodarki, a w dłuższej perspektywie przełożyłoby się na wzrost bezrobocia.

Nawet jeśli obawy te są ekonomicznie nieuzasadnione, polityczny koszt zgody na unię transferów jest zbyt wysoki. Nie można bowiem wykluczyć, że niemieccy wyborcy, którzy z trudem przełknęli Willkomenskultur wobec uchodźców z Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki w 2015 roku, w tej sytuacji powiedzieliby w końcu Wielkiej Koalicji „dosyć” i poparli Alternatywę dla Niemiec.

Paradoks całej sytuacji polega na tym, że podczas gdy południe Europy uważa Niemców za swoich „gospodarczych katów”, to nasi zachodni sąsiedzi uważają się za dobroczyńców i nie potrafią zrozumieć niewdzięczności „leniwych” Greków, Włochów czy Hiszpanów.

Stąd też niemiecki komisarz Günther Oettinger, odpowiedzialny za projekt nowego budżetu UE, podjął decyzję o przesunięciu części środków z polityki spójności do krajów Południa, aby choć trochę załagodzić ich problemy bez rozwścieczania niemieckiego wyborcy (Niemcy stracą najwięcej obok Czech i Węgier). Co więcej, konstrukcja Funduszu Spójności została zmieniona w taki sposób, aby środki nie trafiały bezpośrednio do regionów, ale pozostawały do dyspozycji rządów centralnych, co dodatkowo potwierdza tezę o realnych intencjach stojących za zaproponowanymi zmianami.

Problem w tym, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka. Te kilka miliardów euro więcej będzie dla państw Południa jedynie kroplówką, która podtrzyma pacjenta przy życiu przez kilkanaście miesięcy, do wybuchu nowego kryzysu. Jak słusznie bowiem stwierdził francuski minister finansów Bruno Le Maire w odpowiedzi na wspomniane wystąpienie Scholza, strefa euro nie jest w stanie dłużej wytrzymać nierównowagi pomiędzy państwami członkowskimi i bez poważnej reformy nie przeżyje.

3. Demokracja liberalna pod znakiem zapytania

Dochodzimy wreszcie do trzeciego kryzysu, związanego z negatywnymi skutkami globalizacji i niezdolnością demokracji liberalnej do radzenia sobie z nimi. Konsekwencją tej bezradności jest agresja, która jedynie napędza siły lokalistyczne i dezintegracyjne. Za najlepszy przykład niech posłuży wypowiedź wspomnianego już komisarza Oettingera, który stwierdził, że rynki finansowe nauczą Włochów, jak powinni głosować. Podobnie zresztą można interpretować zapowiedź uzależnienia przyznawania europejskich środków od przyjmowania uchodźców czy respektowania zaleceń dotyczących praworządności.

To oczywiście nie oznacza, że Unia nie powinna stać na straży wartości. Problem w tym, że robi to w najgorszy z możliwych sposobów. Strategia ta prowadzi bowiem albo do wzrostu nastrojów antyeuropejskich (Włochy), albo realnej ucieczki od walki o władzę, która z tą władzą ma już niewiele wspólnego (Grecja pod nadzorem Troiki).

Specjalnie nie używam przypadku Polski czy Węgier – i to wcale nie dlatego, że uważam reformy wymiaru sprawiedliwości nad Wisłą za właściwe. Po prostu realny wpływ państw naszego regionu na politykę europejską jest nieporównywalny z tym, jaki wywierają Włochy.

Prawda jest taka, że przyszłość Unii nie rozegra się w naszym regionie, z czego zresztą Komisja chyba pomału zdaje sobie sprawę. Pokazowe ukaranie Polski nie sprawi, że społeczeństwa południowej Europy nagle pokochają unijne instytucje. Wystarczy zwrócić uwagę, że podczas rozprawy w Trybunale Sprawiedliwości UE w sprawie pytania o możliwość ekstradycji oskarżonego w ramach Europejskiego Nakazu Aresztowania do Polski jako kraju niespełniającego zasad praworządności, w obronie naszego rządu stanęły Węgry i … Hiszpania.

Co więcej, potencjalna ostoja demokracji liberalnej, czyli klasa średnia, w jakiejś części wyjechała po 2008 roku z krajów Południa za pracą. Szacuje się, że w tym okresie prawie 11-milionową Grecję opuściło około 400 tys. obywateli, co oznacza podobną skalę migracji co w Polsce po 2004 roku. Dodatkowo, podobnie jak w przypadku naszego kraju, drenaż kapitału ludzkiego będzie miał swój negatywny wpływ na długofalowe tempo odbudowy gospodarek Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy Włoch.

Co jednak najważniejsze, skutki trzeciego z kryzysów nie są widoczne od razu. Przypominają bardziej tsunami, które, dopóki sunie przez ocean, może pozostać niezauważone. Dopiero kiedy fala dotrze do wybrzeża, można ocenić jego śmiercionośną siłę. Wydaje się, że tsunami nadciąga. Trudno powiedzieć, jaką ma wielkość, kiedy dotrze do brzegu i jakie przyniesie skutki.

Włosi mogą wywrócić europejski stolik

Pewną odpowiedź może nam dać czerwcowy szczyt Rady Europejskiej, który odbędzie się w dniach 28–29 czerwca w Brukseli. W założeniach ma on kontynuować proces rozpoczęty na szczycie z 15 grudnia ubiegłego roku, którego celem jest powołanie Europejskiego Funduszu Walutowego w miejsce istniejącego obecnie Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego oraz dokończenie trzeciego etapu budowy unii bankowej, zawierającej wspólnotowy mechanizm gwarancji depozytów (European Deposit Insurance Scheme). Nigdzie nie ma jednak mowy o umorzeniu czy uwspólnotowieniu długu. Prezydent Macron próbuje od roku przebić się z o wiele skromniejszym pomysłem oddzielnego budżetu strefy euro.

Można sobie jednak wyobrazić, że nowy włoski premier wraz z nowym ministrem ds. europejskich, chcąc uwiarygodnić się na wewnętrznej scenie politycznej, zdecydują się na wywrócenie stolika już podczas swojego pierwszego szczytu. Nie można wykluczyć, że latem w Unii czeka nas prawdziwe trzęsienie ziemi. Tym bardziej, że taką akcję można wcześniej odpowiednio przygotować, a „nowy” minister spraw zagranicznych Enzo Moavero Milanesi, który sprawował już tę funkcję w technicznym gabinecie Mario Montiego (!) oraz w rządzie Enrico Letty, znany jest ze sporych zdolności w poruszaniu się po meandrach brukselskiej polityki. Najlepszym dowodem na skuteczność włoskiej dyplomacji w Unii jest fakt, że politycy z tego kraju sprawują aż trzy kierownicze stanowiska – Federica Mogherini (nieoficjalna minister spraw zagranicznych UE), Mario Draghi (prezes Europejskiego Banku Centralnego) i Antonio Tajani (przewodniczący Parlamentu Europejskiego).

W obliczu takiego rozwoju wypadków nie sposób zatem założyć, że Niemcy pozostaną tak samo nieugięci wobec włoskiego szantażu jak w przypadku łagodnej presji ze strony Francji. W końcu Berlin nie może sobie pozwolić na Italexit. Oznaczałby on de facto nagłą śmierć strefy euro, której Niemcy są największym beneficjentem. Pytanie, czy elementem potencjalnego kompromisu nie będzie inne ustępstwo wobec nowego włoskiego rządu w postaci nieprzedłużenia na kolejne pół roku sankcji wobec Rosji, które wygasają już 31 lipca. Albo nawet umorzenie części z 250-miliardowego długu.

Polska stoi pod geopolityczną ścianą

Co to wszystko oznacza dla Polski? Choć spór z Komisją wokół art. 7 TUE z pewnością nie poprawia naszej pozycji negocjacyjnej, to dziś karty w rozgrywce o przyszłość Europy leżą w Rzymie. To właśnie od strategii negocjacyjnej nowego włoskiego rządu będzie zależeć, czy uda się przeprowadzić reformy strefy euro i uchwalić nowy budżet UE na szczycie w rumuńskim Sibiu 10 maja 2019 roku, jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego (PE). Jeśli tak się stanie, choć to scenariusz bardzo mało prawdopodobny, Polska pozostając poza strefą euro, zostanie w praktyce wypchnięta z Unii. Jeśli nie, szanse na reformę strefy euro przy nowym, prawdopodobnie eurosceptycznym składzie PE, spadną do zera. To będzie oznaczać początek końca Unii, jaką znamy – w najgorszym wypadku budżet UE na lata 2021–2027 może okazać się nic nieznaczącym świstkiem papieru.

Decyzją o wyborze scenariusza leży jednak zupełnie poza nami. Dziś nikt w Brukseli nie jest specjalnie zainteresowany tym, co myślą Czesi, Węgrzy czy Polacy. Jedyne, co możemy zrobić, to przygotować odpowiednią strategię łagodzenia skutków potencjalnych turbulencji. Trzeba otwarcie powiedzieć – biorąc pod uwagę brak naszej politycznej i gospodarczej gotowości do przyjęcia wspólnej waluty, nie ma sensownej odpowiedzi na pytanie, co robić, jeśli Włosi do spółki z Francuzami przekonają Niemców do reformy strefy euro. Jedyna nadzieja w tym, że ten scenariusz się nie zrealizuje.

Natomiast w przypadku wystąpienia drugiego scenariusza kluczowa z perspektywy Warszawy będzie budowa jak najsilniejszej więzi z Niemcami, naszym najważniejszym partnerem gospodarczym, i innymi państwami naszego regionu. Ponadto fundamentalne znaczenie będzie mieć znalezienie kompromisu w relacjach transatlantyckich. Berlin z powodów zarówno gospodarczych, jak i bezpieczeństwa, na dłuższą metę nie może sobie pozwolić na konflikt z Waszyngtonem. Dlatego w przeciwieństwie do Francuzów, kanclerz Merkel wciąż szuka wyjścia z impasu, choć niemieckie elity polityczne w ostatnich latach z coraz większą niechęcią patrzą na USA. Na stole są cztery propozycje – reforma Światowej Organizacji Handlu, powrót do rozmów o umowie w sprawie wolnego handlu (TTIP), otwarcie europejskiego rynku na amerykański gaz LNG oraz zwiększenie wydatków obronnych Berlina, co w praktyce może oznaczać zakup amerykańskiego sprzętu.

Na nasze szczęście niemal wszystkie punkty wpisują się w polską rację stanu (wyjątkiem jest kwestia TTIP, ale jest tu przestrzeń do negocjacji). Stąd też w pierwszej kolejności wspólnie z Niemcami musimy przekonać unijnych liderów do łagodnej odpowiedzi na amerykańskie cła (w obliczu uruchomienia procedury wynikającej z art. 7 TUE sami nie mamy na to niestety żadnych szans). W drugiej kolejności naszym zadaniem jest jak najszybsze rozwiązanie sporu wokół IPN i udobruchanie amerykańskiego prezydenta podczas szczytu Trójmorza w Bukareszcie. Sfinansowanie kosztów funkcjonowania amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce może stanowić jakiś element negocjacji.

Obydwa zadania wydają się jednak piekielnie trudne.  Problem w tym, że bez ich wykonania bezpieczeństwo gospodarcze i militarne Polski może stać się zakładnikiem przypadku. Pozostaje robić swoje i mieć nadzieję, że Berlin nie ulegnie Rzymowi.