Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wściekłość jest kiepskim doradcą [POLEMIKA]

przeczytanie zajmie 4 min

Jeśli w Polsce mamy jakiś deficyt, to na pewno nie wkurzenia, którego tak głośno domaga się Mateusz Tondera. Cierpimy za to na nadmiar emocjonalnych reakcji. Popadamy ze skrajności w skrajność. Od hurraoptymizmu po zrównywanie ludzi z trawą po ich pierwszym potknięciu. Nie analizujemy przyczyn naszych porażek, nie słuchamy ekspertów, realizacja długoterminowych strategii kończy się na ich spisaniu. Bez względu na to czy chodzi o sport czy politykę.

Dziś emocja nakazuje nam stawiać diagnozę, że reprezentanci sprawę po prostu olewają, bo na basenie pozwolili sobie na dwa uśmiechy (polecam zajrzeć do Faktu); że winnym porażki jest występ w reklamach parówek. Dwa miesiące temu to emocje kazały nam, kibicom, ale też choćby dziennikarzom sportowym, twierdzić, że grupę wylosowaliśmy łatwiutką.

W Polsce mamy problem z rozliczaniem właśnie przez wściekłość, a nie analizę problemów kryjących się za porażką. Wkurzenie łatwo załagodzić – wywalić Nawałkę (technicznie po prostu nie przedłużać mu kontraktu), odebrać kapitańską opaskę Lewandowskiemu. Emocje z definicji są reakcją nietrwałą, do „rozliczenia reprezentacji” i oczekiwania trwałej zmiany nadają się jak czołg z Brico na wojnę. Tylko mając konkretną diagnozę możemy od przyszłej reprezentacji wymagać zmian – i mieć cierpliwość na jej wprowadzenie, obarczone koniecznym kosztem w postaci remisów i porażek.

Tak w piłce, jak i w polityce, sporcie czy nauce, potrzebujemy dać kredyt zaufania i być cierpliwym. Do tego dojść można tylko przez celną diagnozę.

Skąd się wziął sukces Nawałki?

Przykładów, nawet w samym futbolu, na zarządzanie przez emocje, mamy aż nadto. Tymczasem to, co wydarzyło się w Polskim Związku Piłki Nożnej w ciągu ostatnich sześciu lat powinno być modelowym przykładem podchodzenia do rozwiązywania problemów. Zaczęło się od tego, że Grzegorza „w trzy sekundy do setki” Lato zastąpił Zbigniew Boniek. Wcześniej mieliśmy już przecież selekcjonerów, którzy właśnie na emocje komentatorów i kibiców bardzo szybko reagowali. Skończyło się zawalonym EURO 2012, wypuszczeniem Łukasika na Ukrainę i dwoma straconymi bramkami w piętnaście minut. Brakiem konsekwencji, deficytem ciągłości i tragicznym stylem.

Czyli wszystkim tym, co zmienił Nawałka, wprowadzając hasło: plan i konsekwencja. Zamykając się być może przed mediami, ale realizując długoterminowo swój projekt. W ciągu czterech lat wyprowadził nas z bycia reprezentacją numer 76. na świecie do drużyny plasującej się w trzeciej dziesiątce. Wyprowadził nas – dodajmy – mimo mocno przeciętnego początku. Pokonał Niemców nie fartem, ale pracoholizmem, dbałością o szczegóły, głęboką analizą i taktyką. Po czterech latach faktycznie się pogubił – wszystkie te elementy nie zadziałały w trakcie MŚ 2018 – ale dały nam najpiękniejsze cztery lata reprezentacji od czasu powstania III RP. Przegraliśmy dwa mecze. To były trzeci i czwarty przegrany mecz o punkty za kadencji Nawałki. Na 27 zagranych.

Przekładanie na przemian hurraoptymizmu wkurzeniem, niczym andruta masą kakaową, jest prostą drogą do braku długoterminowej poprawy. Sinusoida emocji jest łatwa do zaspokojenia poprzez szybkie, powierzchowne zmiany, ale wcale nie motywuje do, nazwijmy to szumnie, refleksji nad jakością instytucji.

Wyśmiewani przez Tonderę „eksperci” w zdecydowanej większości szukają winy w taktyce, utracie spójności drużyny, tragicznej formie wielu kluczowych ogniw czy zatraceniu przez Nawałkę jego zasad. Mnie to poszukiwanie diagnozy przekonuje bardziej (choć zdecydowanie nie jest kompletne, ale jeszcze nawet nie wyjechaliśmy z Soczi!) niż nawoływanie, żebyśmy trwali we wściekłości oraz kazali reprezentantom w worze pokutnym obejść Polskę dwa razy z nawrotem w Świnoujściu.

Janusz nosacz ogląda reklamy

Średnia liczba kilometrów przebiegnięta przez zawodników plasuje nas na siódmym miejscu pośród drużyn na mistrzostwach. Jak to słusznie ktoś ujął – nie ma na świecie piłkarza, który przyjechałby na najważniejszy turniej w karierze i „mu się nie chciało”. Na pewno też nie podawali w maliny dlatego, że w marcu nagrali reklamę dla Biedronki.

Nie wiem jak godzinna sesja nagraniowa do reklamy ma wpłynąć na motywację do pracy i gry ludzi, którzy od kilkunastu lat całe życie podporządkowali piłce nożnej. Brzmi to jak czysta zazdrość, usilna próba zrównania piłkarzy z resztą społeczeństwa – byle tylko nikt się nie wyróżniał, byle tylko nikt się nie dorobił. Trąci to memem z nosaczem, alternatywnie „modlitwą Polaka” z Dnia Świra.

Przypominając tekst Krzysztofa Mazura z 2016 roku, tuż po meczu z Portugalią: mamy reprezentację naprawdę skromnych, ale mających poczucie własnej wartości gości. Facetów, z których wielu nie miało łatwo w życiu – startowali w niepełnych rodzinach, patologicznych środowiskach, w lidze, gdzie meczami handlowano jak pietruszką na targu. Ciężką pracą – i szczęściem – doszli daleko, dziś finansując na przykład sierocińce (Zieliński), rzucając 250 tysięcy na operację chłopca (Błaszczykowski) czy sponsorując wyjazd na mistrzostwa świata polskiej reprezentacji amp-futbolu, czyli osób z amputowaną nogą (Lewandowski). Możemy się zżymać na Bońka, że występuje w reklamach, ale on nie pobiera pensji prezesa w PZPN. W przeciwieństwie do poprzednich lat związek faktycznie próbuje rozruszać szkolenie młodzieży, na co idą przecież także pieniądze od sponsorów reprezentacji.

Idąc o krok dalej, moglibyśmy zakazać występowania w reklamach aktorom i aktorkom w przypadku nie zdobycia przez Polkę lub Polaka żadnego Oscara. Podobnym zakazem – dotyczącym Pulitzera – objąć dziennikarzy. Dawid Podsiadło absolutnie nie powinien się pokazywać, dopóki nie sięgnie po Grammy.

„Dumni po zwycięstwie, niewierni po porażce”

W Polsce nie mamy problemu z brakiem konsekwentnej wściekłości. Mamy za to problem z kulturą porażki.

Powtarzają to często na przykład osoby ze środowiska start-upowego. Wskazują, że podstawowym problemem polskiego ekosystemu jest klimat zniechęcający do poniesienia ryzyka. Po bolesnym upadku zazwyczaj społeczeństwo raczej dociśnie nas do gleby, niż poda pomocną rękę. Rodzice i przyjaciele zniechęcają, bo przecież „lepiej mieć stabilną pracę”. „To się nie uda”. „To myślenie o niebieskich migdałach”. Ma to oczywiście swój ciąg dalszy. Gdy się faktycznie nie uda (czyli w 8/10 przypadków), to usłyszeć można co najwyżej: „A nie mówiłem? To nie miało szans od początku”. Jak gdyby gdzieś w głębi duszy nas cieszyło, że koleżance i koledze się nie udało, gdy wychylił głowy ponad tłum.

W branży start-upowej często słyszy się, dla kontrastu, że w Stanach Zjednoczonych inwestorzy chętniej ufają dopiero tym twórcom nowych firm, którzy pierwszy upadek firmy mają już za sobą.

Mamy przed sobą dwudziestu czterech (z trenerem) gości, którym nie wyszedł jeden turniej. Mamy dla młodego pokolenia wzorce, które pokazują, że żeby coś osiągnąć, potrzeba wysiłku, a nie czystego talentu. Że sukces nie zwalnia z odpowiedzialności za tych, którzy mają gorzej. Tymczasem Mateusz Tondera proponuje, żeby przypadkiem im za szybko nie wybaczyć złego występu. Żeby przypadkiem nie poczuli, że jesteśmy wdzięczni za te cztery lata, że oczekujemy poważnego, spokojnego rozliczenia błędów i wyciągnięcia z nich wniosku. Najważniejsze, żeby odczuli nasz gniew.

Uczciwie trzeba dodać, że po wczorajszej, absurdalnej konferencji prasowej, musimy wymagać głębszej refleksji, a nie ogólników. Na razie nie poznaliśmy ani diagnozy, ani wniosków, ale też jeszcze nie zagraliśmy ostatniego meczu. Obiecując, że tak czy inaczej będziemy wściekli, nie skłaniamy do szczerości. Efektem są takie publiczne zasłony dymne, jak ta wczorajsza.

 

***

W Polsce – polityce, gospodarce, a jak widać i w futbolu – nie doceniamy nauki i ekspertyzy. Evidence-based policy w polskich warunkach praktycznie nie istnieje, a my ochoczo zajmujemy się pisaniem o tym, że jajogłowi to chcieliby tak wszystko niuansować, a tutaj receptą jest przecież gniew i walnięcie ręką w stół.

W warszawskiej siedzibie Klubu Jagiellońskiego mamy w toalecie powieszoną kartkę z tekstem „Więcej dyskusji przed podjęciem decyzji”. Oryginalnie to ironiczny cytat, ale wpisując go w kontekst Mistrzostw Świata czy dzisiejszej polityki, nabiera znaczenia poważnego. Zdecydujmy, czy jest to hasło, którym powinniśmy się w Polsce kierować, czy też większą użyteczność ma sam kawałek papieru, na którym zostało napisane.