Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Nie dajmy sobie odebrać tej wściekłości

przeczytanie zajmie 2 min
Nie dajmy sobie odebrać tej wściekłości depositphotos.com

Nie znam się na piłce. To nie zwyczajowa asekuracja – naprawdę się nie znam. Co nie zmienia faktu, że jestem dziś wściekłym dyletantem, który nie pozwoli sobie odebrać tej zasłużonej wściekłości. Może ten jeden raz uda nam się wkurzyć na dłużej i w mało w sumie ważnej sprawie zrobić sobie narodowy trening konstruktywnej wściekłości, która ma moc doprowadzania do prawdziwych zmian. Gniew ludu to nieodzowny element demokracji. Nie przehandlujmy go za 2:0 z Azerbejdżanem.

Dziś jestem jednym z milionów. Oglądam jadowite memy i przerzucam się ze znajomymi szyderczymi komentarzami. Tymczasem do akcji wkraczają już eksperci. Jedni w redakcjach i telewizyjnych studiach, inni tuż obok, w pubie czy na kanapie. Oni objaśnią, że w sumie musiało stać się dokładnie tak, jak się stało. Że brak formy kluczowych zawodników, że przygotowanie fizyczne, kontuzje, że oczekiwania były zbyt wielkie, a rywale przecież silni. Kojąca, mdła maść.

Na posterunku są już i sami piłkarze, którzy nie wiedzą co się stało, starali się bardzo, ale przeciwnicy grali tak dobrze. Okazuje się, że drużyny ze średniej grupy są po prostu zbyt silne na Polskę niezwyciężoną jeszcze wczoraj.

Trudno. Jak się tu złościć? Adam Nawałka wyjaśniał przecież, że mecz z Kolumbią był wyrównany aż do utraty pierwszego gola. Delektujmy się tą opinią. Potem przyjdzie spotkanie z Japonią, może będzie remis po golu Lewego i już pełni nadziei, mniej skwaszeni zbierzemy się na lotnisku przywitać naszych piłkarzy i ukoić ich w smutku. Jak to Polacy. Cóż się tyle gniewać, było jak zawsze. Taki już nasz los. „Złożyło się wiele czynników”.

Nie dajmy sobie zabrać tej wściekłości. Nie pozwólmy zagadać się ekspertom. Popularność piłki nożnej i ogromne pieniądze, jakie w niej krążą to efekt zainteresowania takich jak my – niedzielnych dyletantów. Wbrew pozorom większość z nas nie marzyła o Pucharze. Chcieliśmy dobrej gry, pewnie wyjścia z grupy, chwil dumy. Tego co wszyscy, bo to nie jest przecież żaden dziwny „polski sen” tylko globalny fenomen futbolu reprezentacyjnego.

Bufoniasty trener i piłkarze-celebryci ciężko pracowali, aby nas w tych – niewygórowanych – marzeniach utwierdzić, ba, podbijali je. Dziś nie wiedzą co się stało. Przeciwnik był lepszy.

Zostajemy z reklamami parówek i blachy. Szamponu, garniturów i chipsów (niech jedzą je polskie dzieci na zdrowie, na pewno pomoże im to w piłkarskiej karierze). Sieć sklepów AGD odda za telewizor, gdy nasi będą w półfinale. Nie ma marzeń, jest wstyd i żarty niemieckich gazet. Nawet Russel Crowe był zdziwiony naszą słabą postawą.

Zawodnicy mają na pocieszenie wypłaty i uściski swoich WAGs. Kibice w kraju, które wydaje na piłkę miliony? Mają swoją wściekłość. Nie dajmy jej odebrać ani im ani sobie. Półbogowie z bilbordów są tam, bo ich stworzyliśmy. Gdy Szczęsny w pomeczowym wywiadzie liczy, że ta sama reprezentacja przystąpi jesienią do treningów, bo „przecież udało się stworzyć tyle dobrego” to – zapewne nieświadomie – rzuca wyzwanie demosowi pełnemu dyletantów. Wojtku! – pozwolę sobie po imieniu, bo oglądam Twoją twarz częściej niż twarze własnych rodziców, kolegów i sąsiadów – odpadacie jako najsłabsza drużyna Mistrzostw Świata po dwóch meczach. Odechciało nam się was.

Przyśpiewka „nic się nie stało” niesie w sobie gorzkie echo wybaczania wszystkim wszystkiego, które zaczęło się po potopie szwedzkim i zdefiniowała całą epokę Sasów. Lepka wyrozumiałość to fundament bylejakości, z którą tak chcemy walczyć.

No, już już. Piłkarze mają swoje rodziny, przyjaciół i kolegów. Ma im kto „po ludzku” wybaczyć. My też możemy – chwilę potem, gdy półbogowie znów staną między nami jak ludzie. Strąceni z plakatów, reklam i ekskluzywnych wywiadów o lajfstajlu.

„Król Robert” świetnie sobie radzi na zagranicznych salonach, ale tu jakoś nie wychodzi. Ekspert znajdzie tysiąc wyjaśnień, ale dyletant pyta po prostu: po co nam taki „monarcha”? Od zawsze wściekłość myli nam się z frustracją, bo nasza płonie przez sekundę, a potem zamienia się w gorzko-kwaśny resentyment. Może ten jeden raz uda nam się zezłościć na dłużej i w mało w sumie ważnej sprawie zrobić sobie narodowy trening konstruktywnej wściekłości, która ma moc doprowadzania do prawdziwych zmian. Gniew ludu to nieodzowny element demokracji. Nie przehandlujmy go za 2:0 z Azerbejdżanem.