Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Daria Chibner  15 maja 2019

Prawica idealizuje, lewica chce nieść kaganek oświecenia. Jak naprawdę wygląda polska prowincja?

Daria Chibner  15 maja 2019
przeczytanie zajmie 15 min
Prawica idealizuje, lewica chce nieść kaganek oświecenia. Jak naprawdę wygląda polska prowincja? Rafał Gawlikowski

Średnie i małe miasta to w polskiej wyobraźni tereny na wskroś prowincjonalne. Widziane z perspektywy Warszawy ulegają dwóm krzywdzącym stereotypizacjom. Liberałowie nadal chcą zbawiać małomiasteczkowych ogniem oświaty, zaś konserwatyści hołubią ich domniemane tradycjonalistyczne poglądy. Obu opowieściom daleko jednak do prawdy, bowiem na polskiej „prowincji” dominuje przaśny hiperindywidualizm, z którym czas rozpocząć instytucjonalną wojnę.  

Reforma administracyjna. Ograniczanie inwestycji do tworzenia rajów podatkowych. Cudaczne i niezrozumiałe przywiązanie do projektu megalopolis. Zajmowanie się „ważniejszymi” tematami. Awersja do zmian, skoro wszystko jeszcze jakoś się trzyma. Długa tradycja podróży do lepszych miejsc, za chlebem i ideami. Historycznie szczątkowe mieszczaństwo, wizja miasta utkana przez nastrój Ziemi Obiecanej oraz przywiązanie do kultury szlacheckiego dworku. Te wszystkie powody sprawiły, że średnie i małe miasta w Polsce zostały w powszechnej świadomości uznane za prowincję.

Peryferyzacja małych i średnich ośrodków miejskich współwystępuje z dwoma wielkimi mitami, które wyjaśniają zarówno sposób życia na tych dalekich ostępach, jak i oferują zestaw środków naprawczych. Jednak zarówno mit liberalny, jak i konserwatywny, bo o nich tutaj mowa, zakłamują rzeczywistość małomiasteczkowej codzienności.

Kaganek oświaty z troską ludowi niesiony

Lewicowo-liberalny mit miejskiej prowincji bezspornie charakteryzuje się troską o los zwykłego człowieka. Tego szarego członka lokalnej społeczności, zajmującego się przede wszystkim walką o godną, codzienną egzystencję oraz nie zaprzątającego sobie głowy niepotrzebnymi dywagacjami. Uciskanego przez historię, klasę panującą, bogatych Januszów, kler, rząd oraz nieprzychylne fatum. Oczywiście, jego naturalnym środowiskiem jest małe miasteczko, gdzie wprawdzie nie pasie się już krów, ale rytm życia nadal odznacza się sporą regularnością. Ciemiężeni przez oprawców autochtoni nie widzą żadnych szans na poprawę. Zahukani, pełni trwogi, żyją tak od wieków, bo nikt im nie pokazał, że można inaczej. Trzymają się tego, co znają. Myślą prosto, ale praktycznie. Wystarczy jeden impuls, aby z nich narodził się nowy wspaniały świat.

Recepta na odnowę miejskiej prowincji jest banalna – trzeba zanieść tam kaganek oświaty. Oni po prostu nie wiedzą, jacy mają być. Wystarczy tylko delikatne nakierować, zasugerować odpowiednie postawy, wytłumaczyć najważniejsze zagadnienia. Podążając taką drogą, lewicowi intelektualiści poprowadzą lud ku świetlanej przyszłości, gdzie będzie mu się żyło dostatnio oraz… światopoglądowo poprawnie.

Miejska prowincja musi wykazać jedynie odrobinę chęci do zmian. W końcu nie hodują już świń, a lokalne zażyłości bywają coraz luźniejsze. Ten idealny plan szpecą jedynie duszące opary niewiedzy bądź tradycyjny upór człowieka masowego, który nie ma ochoty na uzyskanie podmiotowości, ze względu na swoją wrodzoną przewrotność. Niemniej kropla powinna drążyć skałę.

Czy klęska tej strategii jest związana z indolencją bądź ciasnotą umysłową tłuszczy z małych miasteczek? Wydaje się, że jest zupełnie odwrotnie. Nie istnieje nic gorszego dla lewicowego intelektualisty, kiedy zwraca się do niewykształconego ludu z prowincji, a ten… ma coś do powiedzenia. Wdaje się z nim w dyskusje. Nawet czyta książki i ogląda programy publicystyczne. Jeśli są one ponadto lewicowe, to już w ogóle dramat. On chciał ich Marksem leczyć, a ci wyskakują mu z Lukacsem! Jeszcze mają czelność się z tym wszystkim spierać albo budować na tym autonomiczne koncepcje. Lewicowy intelektualista pragnął wystawić się na kamienie lecące od tępego tłumu, szukał jakiejś ukrytej opcji rasistowskiej, nauczył się na odpowiednich seminariach, jak rozmawiać z prowincją, a w rzeczywistości nikt ani nie przyjmuje z lubością praw objawionych, ani nie robi w kajecie notatek. Cały wysiłek na nic.

Gdyby jeszcze ta prowincja była mocno prawicowa, to wszystko wytłumaczyłoby się popadnięciem w stan umysłowego otępienia. Nieobecności odpowiedniej edukacji. Przywiązania do tradycji. Zawsze zostaje jeszcze Kościół Katolicki. Niestety nie jest aż tak łatwo, gdyż małe miasta znajdują się nie tylko na Podkarpaciu, lecz także na Pomorzu. A wszędzie są zarówno biblioteki, kioski ruchu, telewizja, jak i internet. Zamiast ludu są ludzie, którzy mają prawo do argumentowania na rzecz wyznawanych przez siebie poglądów. Także wtedy, gdy nie zgadzają się one ze światopoglądem jakiegokolwiek szanownego gremium. Zbywanie ich za pomocą frazesu o małomiasteczkowym stylu myślenia jest po prostu antyspołeczne. Pokazuje tylko, jak zza troski o zwykłego człowieka wystawia kły obrzydliwy paternalizm.

Tęsknym okiem w stronę szlacheckiego dworku

Prawicowy mit miejskiej prowincji wiąże się natomiast ze wzrokiem pełnym nadziei. Przecież utracony dostatek zalega właśnie tam. Wystarczy po niego sięgnąć. Małomiasteczkowi mieszkańcy wcale nie muszą się zmieniać, co więcej powinni pozostać takimi, jakimi są. Prawicowy intelektualista z radością, a wręcz z drżeniem serca, wyłoży ich istotę. Usłyszymy, że niewielkie ośrodki są przywiązane do tradycyjnych wartości. Wiara katolicka trzyma się tam mocno. Szacunek zdobywa się zaś za pomocą ciężkiej pracy. Nikt tam nie jest anonimowy, a ludzie troszczą się o siebie nawzajem. Zakorzenienie w miejscu zamieszkania przekłada się na pielęgnowanie dobra wspólnego. Wszyscy starają się dbać o materialne otoczenie. W tym magicznym miejscu pojęcie wspólnoty jeszcze coś znaczy. Jeżeli reszta obywateli, zwłaszcza ci zamieszkujący wielkie miasta, wyśmiewa bądź gardzi takim stylem życia, to nie potrafi zrozumieć wartości, które porządkują świat tych prostych, lecz nie prostackich ludzi.

Na ratunek naturalnie przybiegnie prawica ze swoją wszechogarniającą akceptacją. Poklepie przyjacielsko po plecach i powie z uśmiechem do miejskiej prowincji: jesteś wspaniała! Co za cudowny elektorat! W ogóle nie będzie przejmować się drobnymi rysami na tej wspaniałej wizji. Konserwatyści najwyżej kolejny raz zdziwią się (podobnie jak we wcześniejszym przykładzie lewica) w trakcie oglądania sondaży wyborczych, że małe oraz średnie miasta są nie tylko na Podkarpaciu, lecz także na Pomorzu. Wzruszą ramionami, kiedy ich mit nie przystaje do rzeczywistości. Ważne, aby potencjalny wyborca lub konsument treści wytwarzanych przez prawicowych intelektualistów był jak najbardziej zadowolony i dumny z siebie. Niech nie traci przekonania, że dostrzegł to, czego nie ujrzały wyalienowane lewicowe metropolie. Połechtane ego będzie radosne, kiedy z telewizji, prasy i internetu będą przychodziły kolejne dowody uznania. Nikt już nie odbierze miejskiej prowincji przynależnego jej szacunku. Dodatkowo największa uciecha tkwi w możliwości pozostania tym, kim się jest – najlepszym, najwspanialszym, najzacniejszym. Ideałem w zwykłej ziemi objawionym.

Kto by się tam przejmował, że te wszystkie szlachetne zachowania są często aż nadto powierzchowne. Gdy jednak nie ograniczają się do wyobrażeń prawicowego intelektualisty, to więcej w nich rytuału niż poszanowania autorytetu tradycji. Występowanie jakiś zjawisk to niekoniecznie symbol głębokiej i przemyślanej moralności. Czasami podążanie za utartymi schematami trudno nazwać światopoglądem. Świetnie widać to na przykładzie małomiasteczkowych młodych, którzy tłumnie przybywają do większych ośrodków.

Wystarczy przeprowadzka z miejscowości liczącej 50 tys. mieszkańców do miasta z dwukrotnie większą liczbą ludności. I nagle zaczynają dziać się niestworzone rzeczy. Młody student lub pracownik zobaczy geja na ulicy i – pyk! –  już całkowicie zmienia swoje przekonania. Zaczyna wstydzić się swojego pochodzenia i sam wyszydza „słoików”. Mama przestaje mu rozkazywać, więc rezygnuje z chodzenia do Kościoła. Okazuje się zwolennikiem aborcji, ponieważ tak chyba wypada w wielkim mieście (zresztą polecają to konkretne książki). Drwi ze wspólnoty, celebrując hiperindywidualizm, przeplatany modnymi marszami i kooperatywami społecznymi. Fajne te tradycyjne wartości wyniesione z miejskiej prowincji, takie nie za trwałe. Lewica też nie ma się co cieszyć. Może zyska wiernego wyborcę, choć będzie on tak samo powierzchowny w myśleniu jak wcześniej.

JA prowincjonalne

Zachęta do porzucenia formułowanych stosowanych przez liberalno-lewicowych i prawicowych społeczników mitów ponownie zmieści się w kilku banałach. Wyrazi się w prośbie o traktowaniu ludzi jak ludzi, którzy zarówno mają prawo do wypowiadania oraz argumentowania na rzecz wyznawanych wartości, jak i nie są chodzącymi po ziemi ideałami, lecz potrafią być mistrzami w utrzymywaniu pozorów, skrywających przerażającą moralną oraz intelektualną pustkę. A ich krytykowane wady, często okazują się ważnymi zaletami, które warto zaszczepić także do wielkomiejskich ośrodków. Jednakże takie podejście będzie możliwe, o ile fakty nie zostaną przykryte przez swoistość prowincji, definiowaną wedle aktualnego zapotrzebowania.

Jakiekolwiek projekty deglomeracyjne powinny bardziej koncentrować się na występujących w danym miejscu warunkach społeczno-ekonomicznych, nie zapominając o geograficznym potencjale, puszczając w niepamięć pociągające wizje oraz ludzkie deklaracje. W telegraficznym skrócie – zacząć od zmiany przestrzeni, a nie ludzi. Zmiana mentalności wymaga pokoleń, lecz nowe projekty infrastrukturalne lub zmiany zagospodarowania przestrzennego niekoniecznie.

Podobnie jak inne rozłożenie instytucji administracyjnych. Niemniej to wszystko może napotkać na opór ze strony pewnego stylu myślenia, który wraz z małomiasteczkowymi idzie w Polskę. Nikt się do niego otwarcie nie przyzna, lecz wyskakuje on jak filip z konopi przy najbardziej prozaicznych sprawach. Warto uogólnić go pod nazwą JA prowincjonalnego.

W celu jego opisu przydatna będzie parafraza słów Adama Smitha. Metodologicznie nie do końca właściwa, acz publicystycznie interesująca. W Badaniach nad przyczynami bogactwa narodów znajduje się słynny passus o alienacji, opisujący skutki podziału pracy dla człowieka, który spędził całe życie na wykonywaniu kilku prostych działań, gdzie nie miał możliwości ani używać swojej wiedzy, ani wykazywać się inwencją w swych działaniach. W konsekwencji taka osoba całkowicie odzwyczaja się od jakiegokolwiek wysiłku. Nie tylko drętwieje jego umysł, traci zdolność do wyrabiania własnego zdania, rozrywki intelektualne napawają go odrazą, a o czytaniu myśli ze zgrozą, lecz także monotonny i jednostajny tryb życia wpływa ujemnie na jego sprawność fizyczną, traci zainteresowanie zadaniami wymagającymi wytrwałości oraz nie ma ochoty ćwiczyć żadnych zdolności wykraczających poza niezbędne kompetencje swojego zawodu. Ponadto wszelką niestałość, ryzyko oraz niepewność, wpisaną w wiele aspektów życia, automatycznie odrzuca.

Z pewnością przyjdzie nam na myśl wiele konkretnych przykładów miejskiej prowincji, idealnie wpisujących się w powyższą analizę. Aczkolwiek te rozstrzygnięcia wcale nie są najważniejsze. Zasadniczo są drugorzędne wobec ogólnej obserwacji, która się z nich wyłania. Adam Smith bardzo celnie stwierdza, że nieustanne przebywanie w tych samych warunkach ma niebagatelny wpływ na ogólną kondycję człowieka. Z takich specyficznych warunków wyłoniło się JA prowincjonalne.

Warto zaznaczyć, że JA prowincjonalne z istoty nie przynależy do małych i średnich ośrodków miejskich. Możemy spotkać je także w megalopolis, gdzie partykularne interesy często uniemożliwiają sprawne zarządzanie wspólnotami mieszkaniowymi. Aczkolwiek nie należy go mylić ze zwykłym egoizmem, gdyż on zazwyczaj ogranicza się do dbania o własne interesy, natomiast JA prowincjonalne jest postawą wobec otaczającego świata, gdzie nie ma miejsca na pojęcie wspólnego dobra. Liczy się wyłącznie mój najbliższy kawałek przestrzeni, który ma podlegać jedynie ustanowionym przeze mnie prawom, choć ich prawomocność opiera się na dość mglistych założeniach.

Miejska prowincja prawdopodobnie nie jest źródłem JA prowincjonalnego, lecz stwarza cieplarniane warunki dla jego rozwoju. Wystarczy przyjrzeć się narzuconym z góry (czyt. przez władzę) próbom reorganizacji przestrzeni miejskiej w małych ośrodkach. Właściwie sprzeciwu nie wywołują tylko plany postawienia nowego hipermarketu. Każda inna zmiana napotyka na mocny opór – w końcu ludzie sami wiedzą, jak należy zarządzać ich miastem. Po sięgnięciu do lokalnej prasy okazuje się, że nawet postawienie nowej ławki w parku jest idealnym pretekstem do krytyki wtrącającego się państwa. Naturalnie wrogość JA prowincjonalnego nie ogranicza się wyłącznie do projektów urbanizacyjnych.

Kwestie ekonomiczne są jeszcze gorszym zarzewiem sporów. Obcy, zwłaszcza w miejscowościach wakacyjnych, nie ma praktycznie żadnych szans na rozkręcenie jakiegokolwiek biznesu, nawet jeśli jego inwestycja ożywiłaby gospodarkę danego miejsca. W urzędach kwitnie nepotyzm, a najlepszymi samorządowcami są ci, którzy zarówno nie wtrącają się w zastane układy, jak i pielęgnują przestrzegania raz na zawsze ustalonych koligacji. Dzięki temu lokalna gospodarka opiera się albo na małych straganach z pamiątkami, albo na wielkich firmach, korzystających z rajów podatkowych, które nie tylko traktują mieszkańców jak tanią siłę roboczą, lecz także po zakończeniu „okresu ochronnego” porzucają dane miejsce, a takie tymczasowe załatwienie problemu bezrobocia wywołuje więcej szkody niż pożytku.

JA prowincjonalne dojrzewało w atmosferze hiperindywidualizmu, gdzie prywatne potrzeby są prymarne względem wszystkiego. Pisane z dużych liter JA wcale nie jest podmiotowe, lecz raczej wskazuje na pierwszy punkt odniesienia, źródłowość. Od tego się wszystko zaczyna i na tym się kończy. Sąsiedzi są anonimowi oraz niekiedy stanowią przeszkodę dla realizacji naszych celów. Droga nie ma znaczenia dopóki nie jest osiedlowa i jej kiepski stan nie utrudnia mi podjechania pod blok. Po co mam wspomagać jakiekolwiek organizacje, skoro nie mam z tego żadnych wymiernych, materialnych korzyści?

JA prowincjonalne stanowi ostatecznych autorytet w wielu dyskusjach i niezmiernie łatwo wraz z nosicielem przenosi się do wielkomiejskiego ośrodka. W świetny sposób obrazują to internetowe dyskusje.

Artykuł na temat zamknięcia najstarszego, ostatniego, znajdującego się w centrum miasta kina, na którego miejscu powstanie dyskont Biedronka. Większość komentarzy utrzymana jest w podobnym stylu : „A po co to kino? JA tam nie chodziłem”, „Dobrze, bo JA nie miałem, gdzie robić zakupów”, „Cóż, JA większość filmów oglądam w internecie”. Tekst na temat pomysłu przeniesienia urzędu marszałkowskiego do Tarnowa. Mnóstwo opinii w jednym tonie: „I co, JA teraz miałbym jeździć do Tarnowa?!”, „JA potrzebuje tego urzędu w Krakowie”, „ A jak JA będę chciał coś tam załatwić?”.

Oczywiście można prowadzić ożywione dyskusje na temat tego, czy utrzymywanie nierentownego kina ze względu na nostalgię ma sens. Jeśli jednak cała argumentacja ogranicza się do krótkowzrocznego JA, gdzie partykularyzm podstawowych potrzeb odgrywa wiodącą rolę, to mamy już do czynienia z problemem społecznym, który będzie ujawniał się w o wiele poważniejszych kwestiach.

Czasami nie potrzeba zaawansowanych socjologicznych badań, żeby odkryć dlaczego po raz kolejny w wyborach wygrywa skompromitowany włodarz (z wyrokiem sądowym na karku, i to w sprawie kryminalnej!), bowiem rozwiązanie znajduje się na wyciągnięcie ręki. Recepta na sukces w miejskiej prowincji nie jest skomplikowana. Wystarczy nie naruszać zastanego porządku lub słuchać się lokalnej oligarchii. Nikt tutaj nie patrzy w przyszłość, liczy się ekonomicznie tu i teraz. Dobra władza daje swoim, a odstrasza obcych. Chodzenie co niedzielę do Kościoła jest kwestią drugorzędną, lecz otworzenie drugiej budki z lodami na głównej ulicy, to już sprawa życia i śmierci. Inwestycje, innowacje, projekty zaburzają ekonomiczno-społeczny status quo. Jeszcze za tydzień komuś przyjdzie na myśl otworzyć sklep monopolowy. I wtedy to moje JA będzie zagrożone. To jest powód do buntu i furii!

Jak walczyć z prowincjonalnym złem?

Dlaczego JA prowincjonalne trafiło na aż tak podatny grunt na miejskiej prowincji? Skąd wzięły się te cieplarniane warunki sprzyjające jego rozwojowi? Po pierwsze, doprowadziły do tego wyżej przedstawione mity lewicy oraz prawicy, które zamiast niwelować, wspomagały i pielęgnowały występowanie konkretnych patologii. Po drugie, wiele złego uczyniło przywiązanie do teorii „skapywania”, wedle której dobrobyt wielkich ośrodków miał ciągnąć w górę mniejsze aglomeracje. Po trzecie, okazjonalne zainteresowanie polityków (najczęściej podczas wyborów) prowincjonalnymi ośrodkami, cechujące się albo populistycznymi obietnicami, albo jednorazowymi „darami”, podtrzymujące wizję władzy jako dającej, ale niczego od nas nie wymagającej (wymogi są tutaj rozumiane jako zainteresowanie i aktywność na rzecz wspólnego dobra, wykraczającego poza osobisty, ekonomiczny interes). Po czwarte, małe i średnie miasta nie odrobiły demokratycznej lekcji, gdyż najczęściej władza jest tam trzymana przez lokalne tuzy, a aktywność polityczna innych mieszkańców jest minimalna (właściwie kończy się na uczestnictwie w wyborach lub incydentalnego uczestnictwa w konsultacjach społecznych, kiedy jakaś decyzja zagraża JA prowincjonalnemu).

W konsekwencji dochodzi do coraz większej alienacji władzy, postrzeganej w paradoksalny sposób. Z jednej strony jest przerażającą, niszczącą siłą, która nie jest dostępna dla szarego człowieka. W konsekwencji również polityka jest odbierana jako coś złego i brudnego, przyciągającego najgorszy element, pragnący wykorzystać urząd do pomnażania swojego kapitału. W końcu każdy musi, niejako z natury, kierować się JA prowincjonalnym. Natomiast z drugiej strony władza ma sprawować określone funkcje: dawać pieniądze, zezwolenia na handel, przymykać oko na „drobne” nieścisłości, nie niszczyć statusu quo oraz nie zmuszać mieszkańców do aktywności. Inaczej zostanie ukarana w trakcie wyborów.

JA prowincjonalne tworzy świat, w którym pojęcie dobra wspólnego nie występuje, a współobywatel jest bardziej wrogiem niż przyjacielem. Promuje krótkotrwałe myślenie ekonomiczne zamiast długofalowych planów wymagających większego zaangażowania. Gardzi tym, co jest produkowane wspólnie, propagując indywidualną pracę na rzecz osobistej korzyści. Nie interesuje się jakkolwiek rozumianą kulturą, ponieważ rzadko jest ona opłacalna. Nie troszczy się o przyszłość, gdyż wierzy, że wszystko zawsze będzie wyglądało tak samo.

Powtarzalność, powierzchowność i utarte (nawet nieopłacalne w dłuższej perspektywie) schematy uważa za cnoty rozsądnego człowieka. Na zmiany, planowanie oraz ryzyko spogląda ze wstrętem i grozą. Zamieszkuje umierające miasta, którymi się wcale nie przejmuje, bowiem do tej pory jakoś się to trzymało, toteż nic już tego stanu rzeczy nie ruszy. Wypacza kult pracy do sezonowej katorgi, stawiając dla turystów budki z tanim jedzeniem i kiepskimi bibelotami, aby później poruszać się wśród pustych ulic w atmosferze „nic się nie dzieje”. Co gorsze JA prowincjonalne nie wyznacza stylu życia tylko na dalekich rubieżach, zawsze przenosi się wraz z nosicielem, który kultywuje potem swoje JA w metropoliach.

I właśnie z tym przejawem hiperindywidualizmu należy walczyć, bowiem generowane przez niego patologie z łatwością przenoszą się z miejsca na miejsca. „Duża” ojczyzna jest traktowana w analogiczny sposób jak mała – powierzchownie, partykularnie i ze względu na osobistą korzyść. Ziarno JA prowincjonalnego rośnie także w szlachetnych duszach, gdyż przebywanie przez długi czas w określonych warunkach zawsze wpływa na kondycję psychiczną człowieka.

Zamiast podążać za przestarzałymi wizjami miejskiej prowincji, zdecydowanie lepiej pracować nad transformacją przestrzeni w zgodzie z warunkami społeczno-ekonomicznymi oraz ze względu na potencjał geograficzny. Kondycja mentalna obywateli nie zmieni się sama z siebie. Aczkolwiek koncentracja na sferze psychologicznej (zwłaszcza uczuciowo-emocjonalnej) jest z góry skazane na porażkę, ponieważ zarówno nie bierze pod uwagę konkretnych okoliczności materialnych, jak i jest podatna na chęć stworzenia bądź postrzegania ludzi zgodnie z własną (czyt. najlepszą) miarą. A JA prowincjonalne każdą taką próbę obróci na swoją osobistą, ekonomiczną korzyść.

Lepiej zacząć od podstaw i nareszcie zadbać o przedmiotowy stan miejskiej prowincji dla  przeciwdziałania złym nawykom ekonomicznym (np. przez stworzenie jednego targowiska, aby wyeliminować nierentowne i nieestetyczne stragany, co byłoby też bodźcem do podejmowania innej aktywności zawodowej). Oczywiście za reorganizacją przestrzeni dla mieszkańców musi iść także miejska polityka przeciwdziałania inwestycjom obcym, tworzonym w logice podatkowych rajów.

Widoczne zmiany w otaczającej materii są często początkiem przemian postaw wobec rzeczywistości. Trudno przecież wymagać, żeby podmiotowość zajęła miejsce JA prowincjonalnego, skoro de facto nie istnieje fizyczna przestrzeń do jej zaistnienia. Porzucone (realnie i metaforycznie) małe i średnie miasta w Polsce mogą zniknąć z mapy, czego mimo wszystko koszty będziemy ponosić wszyscy, niemniej zaprojektowana przez nie mentalność, może jeszcze długo wyznaczać perspektywę postrzegania świata. Słabą, bo słabą, ale przynajmniej wyhodowaną na własnej piersi.