Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

W małych miastach lepiej nie chorować [REPORTAŻ]

W małych miastach lepiej nie chorować [REPORTAŻ] Plac Konstytucji 3 Maja w Bartoszycach w 2013 r., fot. Lech Darski (wikimedia.org, licencja: CC 3.0)

Podział na lepszą i gorszą Polskę widać, gdy spojrzymy na dane mówiące o tym, kto korzysta z porad specjalistów. Częściej robią to osoby z wyższym wykształceniem, zamożne i z wielkich ośrodków. Rzadziej biedne, słabo wykształcone i mieszkające na wsi. Dzieje się tak nie dlatego, że poza dużymi miastami rzadziej się choruje, ale dlatego, że trudniej się dostać do specjalisty. W Konstytucji RP wyrażono zasadę równego dostępu obywateli do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. A czy on jest równy w Warszawie i, dajmy na to, w Chełmnie czy Kwidzynie? Oczywiście, że nie. Niestety z tego powodu nikt w Polsce nie wychodzi na ulice i nie broni konstytucji.

„Tylko trzeba mieć zdrowie”

Witold od kilkunastu lat jest lekarzem rodzinnym w Grudziądzu. Medycynę skończył w Warszawie, ale stolica go przytłaczała. Nie chciał żyć w tak dużym mieście. Po dyplomie wrócił w rodzinne strony, po drodze pracował też w Bydgoszczy. Po kilku latach miał dość ciągłych dojazdów i osiadł w Grudziądzu na stałe.

Wśród jego kolegów i koleżanek z roku już wtedy, czyli na początku XXI wieku, taka decyzja to była rzadkość. Większość ciągnęło w drugą stronę, do wielkich miast i szpitali. Witold jest jednak bardzo rodzinny. Wolał mieć bliskich na odległość spaceru czy kilku minut jazdy autem niż kilkugodzinnej wyprawy. Zresztą w Grudziądzu jest wszystko, czego potrzebuje. Mówi, że to takie miasto w sam raz: nie za duże, nie za małe. Dobre do spokojnego życia.

– Tylko trzeba mieć zdrowie – podkreśla. – U nas nie jest jeszcze najgorzej, ale w małych miastach lepiej nie chorować.

Grudziądz leży na prawym brzegu Wisły, w północnej części województwa kujawsko-pomorskiego. Przez dekady liczba jego mieszkańców rosła. Szczytowe ponad sto tysięcy żyło na przełomie XX i XXI wieku. Potem ludzi zaczęło ubywać. W 2019 roku było ich tu dziewięćdziesiąt cztery tysiące.

Witold przyjmuje w jednej z miejscowych niepublicznych przychodni, czyli NZOZ. Twierdzi, że podstawową opiekę zdrowotną od lat trawi szereg problemów, ale rzadko się o nich mówi, bo te w szpitalach wydają się większe i są nośniejsze medialnie.

– Teraz, w czasie pandemii, te problemy tylko się pogłębiły. Ale po kolei – stwierdza Witold i upewnia się, czy mam wystarczająco dużo czasu, bo „to długa i wielowątkowa opowieść, bardziej o systemie niż o samym Grudziądzu”. Czas mam, więc zaczyna: podstawowy problem, według niego, to leczenie pacjentów u specjalistów, kiedy już wyjdą z POZ.

– Podkreślam: Grudziądz nie jest najlepszym przykładem, bo my jesteśmy sporym miastem, ale w mniejszych, to proszę pana… – mówi i z rezygnacją macha ręką.

– Do miasteczek powiatowych specjaliści głównie dojeżdżają. Przyjmują kilka godzin i do widzenia. Następna okazja za tydzień. Co z tego, że przepiszę pacjentowi konsultację albo badanie u specjalisty z danej dziedziny, jak na wizytę trzeba czekać kilka czy nawet kilkanaście miesięcy?

To dlatego w większości poradni wykształciły się dwa systemy zapisywania. Pierwszy to kolejka. Pacjent potrzebuje specjalistycznych badań, więc idzie się zapisać. Czeka czasem kilka tygodni, a czasem kilka miesięcy. Drugi to tak zwane wolne numerki: każdego dnia zostaje przyjętych kilka osób spoza kolejki. Panuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”, dlatego ludzie ustawiają się przed poradnią często kilka godzin przed otwarciem, czasem już w nocy.

Witold: – Znajomy lekarz opowiadał mi taką historię: przyjął starszą pacjentkę, miała ponad osiemdziesiąt lat. Zrobił jej podstawowe badania, ale potrzebny był też specjalista, więc dał skierowanie. Po całym dyżurze, już pod wieczór, wychodzi z pracy i widzi, że ta babcia siedzi na krześle przy drzwiach wyjściowych. Najpierw ją minął, ale wrócił, bo zdziwił się, co ona tam jeszcze robi, skoro przyjął ją przed południem. Zapytał, a ona, że terminy są na przyszły rok, bo w tym już się skończyły, ale jak zostanie na noc, to będzie pierwsza w kolejce do okienka w rejestracji i wtedy doktór ją przyjmie. Znajomy zapytał, czy nie lepiej wrócić do domu i przyjść wcześnie rano, to powiedziała, że już nie ma czym wrócić, a rano nie będzie czym dojechać. Musiała więc czekać do następnego dnia, z tego całą noc na dworze, bo przecież zamykają. To był ciepły wrzesień, ale zimą też czekają.

Ochrona zdrowia wielu prędkości

Poszczególne regiony kraju różnią się dostępem do ambulatoryjnych porad lekarskich, czyli bez przyjmowania na szpitalny oddział.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego najwięcej takich porad w 2019 roku otrzymali mieszkańcy województwa mazowieckiego – 9,2 w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Na przeciwległym biegunie są mieszkańcy warmińsko-mazurskiego (7,7 porady), opolskiego (7,4) oraz lubuskiego (7,3).

Podział na lepszą i gorszą Polskę widać także, gdy spojrzymy na dane z końca 2016 roku mówiące o tym, kto korzysta z porad specjalistów. Częściej robią to osoby z wyższym wykształceniem, zamożne i z wielkich 139 ośrodków; rzadziej biedne, słabo wykształcone i mieszkające na wsi.

Jak to wygląda w liczbach? W dużych miastach (dwieście tysięcy i więcej mieszkańców) co najmniej trzy razy u lekarza specjalisty było trzydzieści procent badanych. Wśród mieszkańców wsi zaś – mniej niż dwadzieścia procent. Dzieje się tak nie dlatego, że poza dużymi miastami rzadziej się choruje, ale dlatego, że trudniej się dostać do specjalisty.

– Z tego powodu – mówi Witold i głośno wzdycha, a potem powoli literuje każde słowo – bezpłatna, pełna publiczna opieka zdrowotna w naszym kraju to fikcja, szczególnie w mniejszych miejscowościach.

Podkreśla, że przez brak dostępu do specjalistów zaburzone jest działanie całego systemu. Przychodnie podstawowej opieki zdrowotnej powinny być sitem, które wyłapuje chorych z mniejszymi dolegliwościami i im pomaga. Jeśli ich przypadłość jest bardziej skomplikowana, to w diagnostykę i leczenie włącza się specjalista, a na samym końcu szpital lub oddział ratunkowy, gdzie powinni trafiać tylko ludzie z zagrożeniem życia lub zdrowia. Jednak w mniejszych miejscowościach ten drugi szczebel systemu nie działa, jest niedrożny, wybrakowany albo prawie wcale nie istnieje.

– Co mi pozostaje? – pyta Witold i nie czekając na odpowiedź, mówi dalej: – Nie wyślę przecież cierpiącego, bólowego albo naprawdę chorego człowieka, któremu można by w działającym systemie bez trudu pomóc, do lekarza specjalisty, jeśli wiem, że spędzi miesiące w kolejce.

Czasami mówię pacjentom wprost: albo pójdą prywatnie, albo mogą iść na SOR, a ja im doradzę, co mają powiedzieć, żeby ich przyjęto. Owszem, spędzą tam nawet i dwadzieścia godzin, ale zrobią im wszystkie badania. Często tłumaczę: chyba lepsze te dwadzieścia godzin na SOR-ze niż pół roku w kolejce. Biedniejsi nie mają pieniędzy, więc idą na SOR. Bogatsi próbują prywatnie albo po znajomości w większym mieście.

Wszyscy czasem się oburzają. Kilka razy usłyszałem, że kolegom pacjentów do prywatnych gabinetów naganiam. Kiedyś nawet sobie obiecywałem, że przestanę tak doradzać, bo niektórzy mają pretensje. Myślałem: będzie dramat, coś się zmieni. Teraz widzę, że to nic nie da. Poza tym i tak nie umiałbym nic nie zrobić.

„Starszy i biedniejszy musi kombinować”

W 2018 roku Najwyższa Izba Kontroli zbadała dostęp do opieki ginekologicznej i położniczej. Wnioski były alarmujące, różnice między dużymi miastami a prowincją – ogromne. W raporcie mogliśmy przeczytać, że kobietom mieszkającym na wsi, szczególnie we wschodniej części kraju, trudno uzyskać pomoc nie tylko w okresie ciąży, ale także zrobić podstawowe badania, które mogą wykryć poważne schorzenia, na przykład raka piersi czy szyjki macicy.

W wielu gminach nie działa ani jedna poradnia ginekologiczno-położnicza. Na przykład w województwie podlaskim takiej poradni nie było w 93 gminach na 118 (78 procent). Dla odmiany w województwie śląskim tego typu placówek brakowało w 48 gminach na 167 (28 procent). Do tego im mniejsza liczba poradni, tym wyższy wskaźnik zgonów okołoporodowych. W Podlaskiem wynosił on 23,28 na sto tysięcy urodzeń, a w Wielkopolskiem prawie siedmiokrotnie mniej – 3,36.

Raport NIK mówi o dostępie do specjalistów ginekologów i położników, ale według Witolda do porównywalnych wniosków można dojść w wielu innych dziedzinach:

– Mieszkaniec powiatowego miasta jest pacjentem i obywatelem drugiej kategorii. W Konstytucji RP wyrażono zasadę równego dostępu obywateli do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. A czy on jest równy w Warszawie i, dajmy na to, w Chełmnie czy Kwidzynie? Oczywiście, że nie. Problemy z opieką specjalistów w mniejszych miejscowościach są znane i opisywane od lat, ale żadna władza nie potrafiła tego naprawić. Niestety z tego powodu nikt w Polsce nie wychodzi na ulice i nie broni konstytucji. Politycy, co podkreślam: każdej maści, bo wszyscy są umoczeni, uważają, że dopóki ludzie umierają w domach, to nie ma problemu.

A wielu mogłoby dłużej żyć i cieszyć się zdrowiem, gdyby w porę trafiło do lekarza. Dawniej Witold miał więcej pacjentów dojeżdżających do niego z okolicznych miejscowości. Dziś wciąż takich leczy, ale wyraźnie mniej, niż kiedy zaczynał.

– Dlaczego? Nie wiem, ale podejrzewam, że dla niektórych, szczególnie tych starszych, dojazd do Grudziądza to jak wyprawa za morze. Człowiek młodszy, majętniejszy ma samochód, wsiada i jedzie, nawet do prywatnego gabinetu. Dla takiego mieszkanie pod miastem to żaden problem. Starszy i biedniejszy musi kombinować. Własnego auta nie ma, bo go nie stać, albo jest w takim wieku, że lepiej, jak nie prowadzi. Pekaesy jeżdżą rzadko albo wcale, tak samo prywatne busy.

Można prosić sąsiada o przysługę, tylko ile razy się zgodzi? Może do rodzinnego podwiezie, ale czy będzie na tyle miły albo czy nic mu nie wypadnie, kiedy akurat będzie wizyta u specjalisty? To nie są pytania, które zadają sobie ludzie z Trzeciego Świata, tylko obywatele dumnego kraju w środku Europy w XXI wieku. Okazuje się, że u nas kilkanaście kilometrów bywa odległością nie do pokonania.

Wyklucza nie tylko z dostępu do powszechnych dla miastowego człowieka usług, ale i możliwości dbania o zdrowie. Ciągle słyszę od pacjentów, żebym to ja ich leczył, a nie wysyłał do specjalisty, bo oni i tak do niego nie dojadą. Miałem przypadki, że ktoś czekał na termin kilka miesięcy, ale akurat tego dnia nie miał jak się dostać do miasta. Spóźnił się i termin przepadł. Wracał do mnie po nowe skierowanie. Wypisywałem, ale przecież takie leczenie nie ma większego sensu.

Witold uważa, że już teraz system nie działa, a jeśli nic się nie zmieni, będzie tylko gorzej. Wielu lekarzy specjalistów, którzy jeszcze przyjmują w mniejszych miastach, niebawem odejdzie na emeryturę.

Zaradzić kryzysowi

– Kiedyś się narzekało na klany lekarzy, a teraz na prowincji ludzie się modlą, żeby wszystkie dzieci miejscowego doktora szły na medycynę, bo może któreś wróci. Jednak wracają rzadko.

Dzieci Witolda są jeszcze za młode, aby wróżyć im przyszłość. – Nie wiem, czy wybiorą medycynę, ale nie sądzę, żeby rwały się do pracy w Grudziądzu. Stworzono nam taki obraz, że sukces i udane życie to tylko w wielkim mieście, gdzie są możliwości dużych zarobków, dorabiania konkretnej kasy w prywatnych klinikach. W mniejszych miastach tego nie ma. Ja tego nie potrzebuję, ale czasami nie dziwię się moim znajomym lekarzom, że wolą inaczej.

Niektóre miasta próbują zaradzić temu kryzysowi. Na przykład w Hrubieszowie powstał specjalny program stypendialny dla studentów ostatnich lat uczących się na dwóch kierunkach: lekarskim i pielęgniarskim. Zakłada on, że osoby, które zobowiążą się do pracy w hrubieszowskim szpitalu przez minimum trzy lata po studiach, będą w  czasie nauki otrzymywały stypendium – przyszli lekarze dwa tysiące złotych przez maksymalnie osiemnaście miesięcy, a pielęgniarki tysiąc dwieście złotych przez dziewięć.

Pracę muszą rozpocząć najpóźniej po roku od zakończenia stażu podyplomowego (lekarze) albo pół roku po uzyskaniu prawa wykonywania zawodu (pielęgniarki). Nabór do pierwszej edycji stypendium zakończył się w październiku 2020 roku. Efekty? Przyznano je siedmiu studentkom pielęgniarstwa oraz dwóm osobom z kierunku lekarskiego (jedna z nich zrezygnowała). W ślad za Hrubieszowem poszły inne miasta, choćby Tomaszów Lubelski, gdzie pod koniec 2020 roku rozpisano podobny konkurs stypendialny.

Witold komentuje, że to dobry pomysł, bo część osób, które podpiszą „lojalkę”, zżyje się z miastem, założy na miejscu rodzinę i być może zostanie na stałe. Dodaje jednak:– Tu potrzeba rozwiązań systemowych, które sprawią, że młodzi ludzie sami zechcą zatrudniać się w takich miejscach, a nie zmuszeni sytuacją finansową zgodzą się na kilka lat przymusowej pracy. Niestety na razie to przypomina ten słynny mem, gdzie facet zakleja taśmą klejącą dziurę w ogromnej bani z wodą. Na takiej prowizorce daleko nie zajedziemy – kończy smutno.

Powyższy tekst to fragment książki „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Redakcja niniejszej wersji – tytuł, lead, śródtytuły, „w skrócie” oraz inne drobne zmiany – pochodzą od redakcji portalu klubjagiellonski.pl. Przedruku dokonano za zgodą Autora i Wydawcy.