Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Bo my wszyscy z tych szarych bloków. Wokół „Miasta noży” Wojciecha Muchy

Bo my wszyscy z tych szarych bloków. Wokół „Miasta noży” Wojciecha Muchy marcin ejsmont/flickr.com

Wojciech Mucha to prawicowy heretyk i odszczepieniec. No bo jak tak można?! Publicysta „Gazety Polskiej Codziennie” piszący z sentymentem tożsamościową książkę o PRL-owskich blokowiskach Krakowa? Sugerujący niewybrednie, że prawdziwa historia w latach 90. toczyła się na szarych osiedlach, a nie w nobliwych kamienicach mieszczańskiego Krakówka? Miasto noży pokazuje, jak może wyglądać literacka opowieść plebejskiego konserwatyzmu, który porzucił wreszcie zaczytane do cna egzemplarze Eseju o duszy polskiej Ryszarda Legutki.

Balcerowicz, przegrani transformacji i kojące ciepło lat 80.

Za symboliczny początek tego trendu należy chyba uznać publikację książki Olgi Drendy Duchologia polska, a za tymczasowe zwieńczenie – opasłe tomiszcze Betonia autorstwa Beaty Chomątowskiej. Pojawienie się w naszej debacie publicznej „bliskiej przeszłości” to wyzwanie rzucone dwóm modelom rozumienia historii i przeżywania czasu, jakie zdominowały polską pamięć zbiorową w ostatnich 15 latach.

Po pierwsze, to ucieczka z pułapki wiecznej teraźniejszości, polskiej wersji „końca historii”, z jej bezalternatywną „zachodo-centrycznością”, co przeżywaliśmy za rządów Platformy Obywatelskiej. Po drugie, to odrzucenie praktykowania pamięci o „dalszej przeszłości”, które po 2015 r. przyjęło zinstytucjonalizowaną postać państwowego kultu Żołnierzy Wyklętych.

Przede wszystkim jednak wejście do debaty „bliskiej przeszłości” warto rozpatrywać jako autorefleksję pokolenia dzisiejszych 40-latków, którym przyszło przeżywać dzieciństwo w drugiej połowie lat 80. i dorastać niedługo po obradach Okrągłego Stołu. To właśnie niewinna perspektywa dziecka/nastolatka odpowiada za kształt tego w dużej mierze melancholijnego powrotu, czy raczej subiektywnego odtwarzania starego świata. Z tego powodu nostalgia za latami 80. i 90. przypomina wspólne oglądanie przy kubku gorącego kakao starych rodzinnych fotografii, wyciągniętych z zakurzonego pudełka po butach, z dawno nie otwieranej już szafy, stojącej w rogu dużego pokoju; fotografii z charakterystyczną ziarnistą poświatą, wywołującą w oglądających poczucie kojącego ciepła i bezpieczeństwa.

Pojawienie się tej nostalgicznej retro-perspektywy mimowolnie stanowi także alternatywną propozycję spojrzenia na końcówkę Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i okres wychodzenia z komunizmu. Dotychczas dominowały tutaj dwa podejścia – skonfliktowane, ale symetryczne. Podejścia, które unieruchamiały naszą debatę publiczną o transformacji ustrojowej w bokserskim klinczu.

Makro-perspektywa historyczna i skupienie na wielkich procesach polityczno-gospodarczych to ich wspólny mianownik. Różnica to swoisty wektor przychylności wobec konsekwencji i wyników tychże procesów. Albo Leszek Balcerowicz, ekonomiczny patron lat 90. i „najlepsze 30 lat polskiej historii”, albo Andrzej Lepper, pierwszy trybun ludowy III RP i „Polska w ruinie”. Tymczasem perspektywa „bliskiej przeszłości” uwalnia nas z tego chocholego tańca i proponuje spojrzenie mikro-historyczne, kulturowe, skupiające się na historii osobistej, rodzinnej i codziennej.

Książka Miasto noży autorstwa Wojciecha Muchy, rocznik ’82, byłego gniazdowego Cracovii, który wychował się na jednym z krakowskich blokowisk, łączy w sobie dwie perspektywy. Z jednej strony autor z pieczołowitością wywołującą poczucie nostalgii, odtwarza cały mikroświat Krakowa końca lat 90. (akcja powieści dzieje się w roku 1997) z jego klubami, kawiarniami, blokami i bazarami, a jednocześnie wpisuje go w szerszy popkulturowy kontekst epoki, czego symbolem mogą być dodawane w przypisach nazwy piosenek, które towarzyszą bohaterom w ich codziennym życiu.

Zresztą, już sama okładka stylizowana na kasetę VHS odsyła powieść do klimatów „duchologicznych”. Z drugiej strony Mucha, reporter i publicysta „Gazety Polskiej Codziennie”, w przywołanym wcześniej symbolicznym pojedynku bokserskim staje jednoznacznie po stronie Andrzeja Leppera i przegranych polskiej transformacji. Celne społeczno-egzystencjalne opisy zajmują istotną część książki.

Gorycz i niemoc ludzi zbędnych

Wkurwione napisy zdążyły już zniknąć pod warstwami słynnej „pastelozy”. Wciąż jednak pamiętam z dzieciństwa graffiti na blokach i garażach z enigmatycznym hasłem „CH.M.K. ‘99”. Dopiero po latach starszy znajomy rozszyfrował mi tajemniczy skrót: „Chuligani Miasta Kryzysu”. To była stara bojówka piłkarskiego Fabrycznego Klubu Sportowego Stal Mielec. Przez wiele lat ekipa z mojego rodzinnego miasta miała „zgodę” z Cracovią, dlatego grupa kilkunastu kiboli przyjeżdża w powieści Muchy do Krakowa, aby wesprzeć klub jednego z dwóch głównych bohaterów książki, Goldena, lidera bojówki klubu z Kałuży.

Doświadczenie kryzysu w latach 90. dla takich miast jak Mielec, 60-tysięcznego ośrodka przemysłowego stworzonego przez Polskę Ludową, było czymś powszechnym na skalę całego kraju. To poczucie beznadziei przedstawia na kartach książki także Wojciech Mucha. Dlatego Miasto noży można czytać jako powieść o ludziach zbędnych polskiej transformacji, nawiązując do eseju Stefana Czarnowskiego z 1936 r. poświęconego gniewowi ofiar Wielkiego Kryzysu w przedwojennej Polsce. Zbędni dla gospodarki, zbędni dla polityki, „wyrzuceni z historii”, która w latach 90. nie toczyła się w takich miastach jak Mielec, funkcjonujących niejako „poza czasem”. Więcej, nie toczyła się także na PRL-owskich osiedlach okalających Rynek Główny w Krakowie. Mucha konsekwentnie opisuje świat blokowisk jako radykalnie osobny od starego Krakówka zamykającego się w obrębie Plant.

Symboliczną sceną ukazującą tą nieprzenikalną barierę jest moment, kiedy Małpa, drugi z głównych bohaterów powieści, nastolatek z Azorów aspirujący do ekipy Łowców Psów (bojówka Cracovii) jedzie najpierw autobusem, a później tramwajem ze swojego osiedla z wielkiej płyty na Rynek. W tramwaju znajdują się także piękne rówieśniczki z jednego z najlepszych krakowskich liceów, dzieci miejscowej elity, które oczywiście nawet nie spojrzą na chłopaków w ciuchach z „Tandety” – jednego z lokalnych bazarów. Wnioski z tej sceny są jednoznaczne – świat bloków i świat kamienic to odrębne uniwersa funkcjonujące w osobnych porządkach czasu, światy, które po prostu nie mogą się przeciąć.

Mucha przedstawiając losy Małpy i Browarnika, a także pokolenia ich rodziców, proponuje zastosować do ich opisu zasadę „trzy razy »n«”: niewidzialni, niemi, nieistotni. Dlatego podstawowy wymiar Miasta noży jest etyczny: były gniazdowy Cracovii oddaje głos samym wykluczonym (własnym sąsiadom ze starego osiedla), przywraca im społeczną „widzialność” i zwyczajną ludzką godność. Ten gest ma znaczenie fundamentalne w sytuacji, gdy w latach 90. za „ludzi zbędnych” mówiły postsolidarnościowe elity na czele z Józefem Tischnerem i jego moralnie obrzydliwą figurą homo sovieticusa, a dzisiaj w podobną paternalistyczną rolę próbuje wchodzić od lat obóz dobrej zmiany.

Gdzie działa się prawdziwa historia?

Scena miała potężną symboliczną wymowę. 19 października 1980 r. w katedrze wawelskiej mszę odprawiał ks. Stanisław Czartoryski z TYCH Czartoryskich, a w ławkach siedzieli robotnicy z „Solidarności”. Pamiętne kazanie wygłosił ks. Tischner, wtedy jeszcze Tischner od Etyki solidarności, a nie homo soviecticusa. To był moment dziejowy: lejce historii w kraju wtórnego poddaństwa i pańszczyzny przechodziły symbolicznie z rąk starych arystokratycznych elit w grubo ciosane dłonie robotników z wielkich zakładów Polski Ludowej, a Lech Wałęsa – mówiąc językiem Roberta Krasowskiego – stawał się niekoronowanym „chłopskim królem”. Ideał inteligencko-chłopskiego pojednania z Wesela Wyspiańskiego z literackiej fikcji przekształcał się w polityczną rzeczywistość.

A później wszystko szlag trafił i wylądowaliśmy w bloku Małpy, któremu rodzice w malutkim mieszkaniu musieli wydzielić osobny „pokój” z większego pokoju, bo innej możliwości po prostu nie było. Dlaczego przywołałem tę historię? Bo Mucha nieprzypadkowo pisze, że ojciec Małpy to dawny działacz „Solidarności”. Miasto noży w drugiej kolejności to powieść o „przetrąceniu przez historię” robotników, którzy realnie budowali pierwszą „Solidarność” i mieli wkroczyć na poważnie na arenę polskich dziejów. Jak to się finalnie skończyło, wszyscy już dobrze wiemy.

Książka Muchy to także opowieść o braku sprawczości i utraconej wspólnocie. Jak dla Małpy autorytetem ma być ojciec, który nie jest w stanie kupić mu innych ciuchów niż używane? Ojciec niezdolny do stworzenia prawdziwej relacji z synem, niezdolny do wynajęcia lub zakupu mieszkania większego niż klaustrofobiczna klitka, w której Małpa musi czekać aż rodzice zasną, aby mógł w spokoju się masturbować? Zresztą, całą tę frustrację nastolatek wykrzykuje w pewnym momencie ojcu prosto w twarz.

Mucha, autor prawicowej gazety, przyjmuje perspektywę klasową, społeczną, systemową, aby zwrócić uwagę, jak ciężko budować prawdziwie wartościowe życie rodzinne na 30 metrach kwadratowych, za marne pieniądze, w świecie kilkudziesięcioprocentowego bezrobocia. Jak rapował Onar na ostatniej płycie „Płomienia 81”, wspominając własne dzieciństwo w latach 90.:

„Nieszczere uśmiechy i realna przemoc
Samotne matki nie miały na mleko
Dzieciaki jak my czuły tam niemoc
Każdy czekał na swoją szansę, jak na dzwonek na przerwę”

Małpa szuka więc poczucia podmiotowości, sprawczości i wspólnoty poza domami z betonu. „Zresztą w całej Polsce wśród kibiców panowała podobna relacja z ukochanym klubem. O ile emocje wiążące się z Legią, Lechem czy Widzewem szło jeszcze zrozumieć, to jakich wrażeń mogło dostarczyć kibicowanie czwartoligowym Orłowie Przeworsk albo Broni Radom? (…) A jednak nawet te i inne drużyny miały swoich fanów, chuliganów i ekipy, swoje środowisko, które budowało się wokół często zrujnowanych stadionów. Te małe ojczyzny pozwalały odnaleźć punkt odniesienie na ideowej pustyni. Gdzieś można było wreszcie wbić flagę, ogrodzić teren i powiedzieć »to nasze«.” – tak pisze Mucha.

Dwa oblicza polskich lat 90.

Golden bił się wtedy, kiedy było to niezbędne i robił to doskonale. Jeden z liderów Łowców Psów to postać-symbol. Mucha dał mu bowiem specyficzny społeczny rodowód – to syn bogatej mieszczańskiej rodziny, z rodzinnym mieszkaniem w słynnej Kamienicy pod Pająkiem, pięć minut piechotą od Rynku.

Jak to się więc stało, że na pierwszych stronach książki widzimy Goldena siedzącego na przednim siedzeniu czerwonego volkswagena golfa, czekającego na chłopaka, który dla ekipy Pasów „biega” po osiedlach, rozprowadzając narkotyki wśród studenciaków? Powód jest ten sam, co w przypadku Małpy. Golden już w liceum zorientował się, że nie ma czego szukać w spetryfikowanym i pachnącym naftaliną świecie przedwojennych kamienic i ich dystyngowanych lokatorów. Własną – ograniczoną, ale realną – podmiotowość, sprawczość i wspólnotowość Golden odnalazł na stadionie i na ulicy.

Wniosek wynikający z jego osobistej historii jest bardziej doniosły. Okazuje się bowiem, że owszem, blokowiska zostały „wyrzucone z historii” przez taki, a nie inny kształt transformacji ustrojowej, ale tej podmiotowości nie znajdziemy także w świecie politycznych elit wywodzących się z dawnego kierownictwa „Solidarności”. Ci wszyscy butni i pełni paternalistycznej pychy wobec „roszczeniowego społeczeństwa” bywalcy budynku przy Wiejskiej oraz autorzy pewnej dużej gazety z Warszawy byli w dużej mierze tylko ksero-modernizatorami, wykonawcami cudzej woli, narzędziami neoliberalnego zeitgeistu.

Poszukując historycznej sprawczości w latach 90., należy skierować wzrok raczej w stronę rzekomych homo sovieticusów, tych wszystkich ludzi, którzy realnie zmagali się ze skomplikowaną rzeczywistością transformacji ustrojowej bez postkomunistycznego „handicapu” i uwłaszczania się na majątku wypracowanym w Polsce Ludowej przez ojca Małpy i innych robotników.

„Prawica z dworków” vs „konserwatyzm z bloków”

„Bloki są, były i będą ahistoryczne, niezależnie od tego, kiedy się je buduje. Życie w nich nie miało i nie ma historii, bo – w przeciwieństwie do kamienic, willi czy wiejskich posesji – nie zapisują one losów pokoleń rodzinnych i nie rejestrują doświadczenia historycznego. (…) Dzielnica zbudowana na gruntach rolnych wokół absurdalnie wielkiego kombinatu kojarzyła mi się zawsze – urodzonemu i wychowanemu w Krakowie – ze zbiorowiskiem ludzi bez korzeni i bez ukształtowanego obyczaju. (…) My byliśmy żywym doświadczeniem zbiorowym; oni – nowohucianie – chaotyczną społecznością zdezorganizowaną przez historię, politykę i ideologię.”

Te krótkie cytaty z Eseju o duszy polskiej Ryszarda Legutki bardzo celnie oddają sposób myślenia dużej części współczesnej polskiej prawicy. Konsekwencje przyjęcia optyki „zerwanej ciągłości” są fundamentalne: to radykalny gest „wyjścia z historii”. W efekcie wyniosłego porzucenia ostatniego stulecia polskiej historii, prawica przyjmowała jedną z trzech podobnych do siebie strategii: snucie nostalgicznych opowieści w duchu „kiedyś to kurła było”, bezrefleksyjne przebieranie się w stare historyczne kostiumy lub śmiertelnie poważna rekonstrukcja starego świata, którego od dawna już nie ma i nigdy już nie wróci.

W III RP możemy wskazać na najdojrzalszy etap „prawicy insurekcyjnej” w konsekwencji powstania Muzeum Powstania Warszawskiego, model „prawicy leśnej” związanej z rekonstruowaniem losów Żołnierzy Wyklętych oraz intelektualny projekt środowiska „Teologii Politycznej” „prawicy rzymskiej” złożonej z greckich cnót, rzymskiego republikanizmu i polskiego katolicyzmu.

To, co łączy każdą z tych strategii jest skupienie na przeszłości i rodowód „dworkowy”. Polska prawica to prawica z ducha szlachecka. Z tej perspektywy Miasto noży to prawdziwa rewolucja (sympatia do Tyrmanda wynika z jego antykomunizmu, a nie przyjęcia optyki miejskiej) w prawicowym imaginarium. Książka Wojciecha Muchy to głos prawicy plebejskiej, prawicy z bloków, która w blokowiskach widzi przestrzeń historycznej sprawczości; która nie identyfikuje polskości z historycznym „kiedyś i tam”, ale z „teraz i tutaj” i zamiast „wychodzić z historii” – „wchodzi” do niej.

Dlatego właśnie powieść byłego gniazdowego Cracovii jest tak ważna także dla mnie jako autora Klubu Jagiellońskiego – środowiska, które od kilku lat stara się stopniowo wypracowywać tożsamość konserwatyzmu plebejskiego: od numerów „Pressji” Polska z wielkiej płytyNiech żyje Polska Ludowa!, przez dział Polska nowoczesność na portalu opinii KJ, po postulaty deglomeracji wspierające „Polskę średnich miast” i raporty rozwijające tę ideę.

A stawka w tej grze jest potrójna: przekroczenie kondycji „prawicy spirytualistycznej”, odcieleśnionej, bo funkcjonującej głównie w historycznym wspomnieniu i odzyskanie teraźniejszości; niezbędne uzupełnienie wizji prawicy postszlacheckiej konserwatyzmem plebejskim, wiejsko-miejskim; podjęcie ideowej walki z lewicą o społeczne imaginarium współczesnej Polski, Polski ostatnich 100 lat z całą jej skomplikowaną historią. Golden i Małpa to świetny punkt wyjścia w tej tożsamościowej podróży.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.