Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jakub Kucharczuk  28 lipca 2019

Krakowski skansen. Turyści (znowu) ważniejsi od mieszkańców

Jakub Kucharczuk  28 lipca 2019
przeczytanie zajmie 9 min

„Kiedyś palono tu ludzi, dziś płoną ogniska i grille” – takimi słowami lektor filmu stworzonego na zamówienie krakowskich urzędników przekonuje o konieczności budowy nowego muzeum upamiętniającego niemiecki obóz KL Plaszow, w którym zamordowano kilka tysięcy więźniów. Problem w tym, że 46-hektarowy teren, zakreślony w planach architektów i muzealników jako przyszłe miejsce pamięci, od wielu dekad w świadomości okolicznych mieszkańców funkcjonuje właśnie jako teren rekreacji i wypoczynku. Chociaż według wszelkich badań mieszkańcy Krakowa wciąż z radością przyjmują rosnącą liczbę turystów, to lokalnie pojawiają się kolejne konflikty. Tymczasem miejscy urzędnicy zamiast próbować wypracować wspólnie z mieszkańcami kompromisową propozycję upamiętnienia tego miejsca, wypuszczają kampanię w mediach społecznościowych, która ukazuje mieszkańców jako niegodnych tego miejsca.

13,5 miliona turystów odwiedziło Kraków w 2018 roku. Wśród nich było ponad trzy miliony turystów zagranicznych – głównie z Wielkiej Brytanii, Włoch, Niemiec, ale również z Japonii, Chin czy Arabii Saudyjskiej. Miliardy, które turyści zostawili w Krakowie, to (zaraz obok miliardów „przyniesionych” przez duże centra usług) najważniejsze koło zamachowe rozwoju Krakowa w XXI wieku. Ale jak to bywa z szybkim i niekontrolowanym rozwojem, skutki uboczne zaczynają wychodzić dopiero po czasie. Krakowskie Stare Miasto i Kazimierz to już obszary, które śmiało można określić mianem historycznego Disneylandu, w którym mieszkańcy (czyli rdzeń rozwoju każdego miasta) w ledwie kilka lat stali się piątym kołem u wozu. Szczegółowo pisali już o tym na naszych łamach Michał Płaza oraz Karol Wałachowski, wskazując nie tylko konsekwencje disnelandyzacji, ale również prognozując przyszłość Krakowa,wyciągnąwszy wnioski z bardziej doświadczonych turystyką miast.

Tak szybka degradacja historycznego centrum Krakowa była możliwa wskutek mocnego skupienia krakowskich zabytków i atrakcji na bardzo niewielkim obszarze. Rynek, Wawel, Kazimierz, Floriańska, Plac Nowy, Dworzec Główny – wszystko w zasięgu spaceru, wypełnione setkami knajp, lodziarni, kebabów i nocnych klubów. Zagraniczny turysta śpi, pije i spaceruje w centrum, czasem zapuszcza się meleksem do Fabryki Schindlera (co też jest zwykłym lenistwem, bo to muzeum znajduje się ledwie kilka kroków za Wisłą). Oczywiście dla zdecydowanej większości turystów zwiedzanie nie kończy się na Krakowie. Często wsiadają w autobus biura podróży (niestety dużo rzadziej w pociąg) i jadą do Wieliczki lub Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau. Zdecydowaną większość Krakowa widzą więc jedynie zza okien samolotu podchodzącego do kołowania w Balicach lub ze wspomnianego wcześniej autobusu. I nie ma co ukrywać – taki model turystyczny miasta podoba się zdecydowanej większości mieszkańców.

Turystyfikacja jest problemem jedynie dla mieszkańców Pierwszej Dzielnicy (Starego Miasta i Kazimierza), w której życie stało się nieznośne. Z roku na rok ta grupa jest coraz mniej liczna. Mimo, że od kilku lat mieszkańcy próbują walczyć o swoje prawa (ograniczenie dla autobusów turystycznych i sprzedaży alkoholu w nocy, a także ciszę nocną), ich postulaty nie są zrozumiałe dla reszty Krakowian (a co za tym idzie, również dla większości radnych i urzędników), dla których turyści to wciąż radosny folklor i urozmaicenie życia w mieście. A co najważniejsze –twarda gotówka.

Mimo, że o problemach mieszkańców centrum regularnie pisze kilkoro dziennikarzy lokalnych mediów, to ten temat wciąż pozostaje ekstremalnie niszowy i nieatrakcyjny politycznie. Pokazała to ostatnia kampania wyborcza, w czasie której główni kandydaci pytani o kwestie problemów związanych z turystami wykazywali się albo kompletną ignorancją, albo pokazywali, jak bardzo ich ten temat nie obchodzi. Oczywiście świadomość problemu jest coraz większa, ale mam przekonanie graniczące z pewnością, że gdy w Krakowie rozpocznie się na poważnie debata o tym, jak regulować branżę turystyczną, to w Pierwszej Dzielnicy nie będzie już z kim rozmawiać. Zostaną właściciele hoteli i kamienic, w dużej mierze będący sporymi zagranicznymi sieciami z siedzibą na Seszelach lub Cyprze.

Turystyczny chaos zbiera coraz szersze żniwo

Pojemność każdego Disneylandu bywa jednak limitowana. I chociaż do tego krakowskiego nikt (jeszcze?) nie sprzedaje biletów wstępu, to rosnąca z roku na rok liczba odprawionych pasażerów na Balicach (lotnisko bije co miesiąc kolejne rekordy i jest jednym z najszybciej rosnących portów w Europie) sprawia, że dla kolejnych turystów zaczyna brakować miejsc, nie tylko noclegowych. Rynek Główny w wakacyjny wieczór przypomina obrazki znane nam do tej pory jedynie z tokijskiego metra lub weneckiego placu św. Marka. Nieprzebrane tłumy turystów są oczywiście żyłą złota, ale w pewnym momencie zaczynają sobie przeszkadzać. Turysta zniesie wiele, ale nawet jego cierpliwość ulegnie wyczerpaniu, jeżeli będzie musiał czekać godzinę w budce z lodami. Dlatego turyści w Krakowie się rozlewają – zmienia się Podgórze czy Salwator, a wraz z kolejnymi mieszkaniami pod AirBnB pojawiają się inne pit stopy. Abstrahując od rozważań, czy model rozwoju oparty na turystyce jest słuszny i czy miasto nie powinno wypracować alternatywę, przedstawiciele branży turystycznej (ale paradoksalnie również mieszkańcy centrum) są zgodni, że gdzieś trzeba ten wciąż rosnący nadmiar turystów „wysłać”.

Dlatego też od wielu lat pojawiają się głosy, że urzędnicy powinni zaplanować turystyczne rozlewanie się stolicy Małopolski. Wymyślić i wybudować atrakcje dla turystów, żeby ci chcieli opuścić Stare Miasto chociaż na kilka godzin i zwiedzić resztę Krakowa.

Pech chce, że w Krakowie takie lokalizacje trudno wskazać. Bo chociaż Zakrzówek, nazywany polską Chorwacją, jest niezwykle urokliwy, to nigdy nie stanie się magnesem dla zagranicznych turystów (i bardzo dobrze, z perspektywy mieszkańców). Ciężko sobie wyobrazić, że takim magnesem może być też perła socrealizmu, czyli Nowa Huta. Krakowskie ZOO jest urocze, ale małe i często średnio atrakcyjne dla samych mieszkańców. Żeby więc zdecentralizować ruch turystyczny w Krakowie, trzeba by prawdopodobnie wyłożyć grube miliony na budowę unikalnych, przynajmniej w skali kraju, muzeów, takich jak chociażby warszawskie Centrum Nauki Kopernik, Polin czy Muzeum Powstania Warszawskiego. Na to pomysłu niestety nie ma (a tym bardziej potrzebnych środków). Urzędnicy wymyślili natomiast, że wykorzystają historię i stworzą na terenie dawnego obozu koncentracyjnego KL Plaszow ogromne miejsce pamięci, które przyciągnie wycieczki przylatujące do Krakowa, by odwiedzić Auschwitz i Fabrykę Schindlera.

Czy Kraków potrzebuje „swojego Auschwitz”?

Powstały w 1943 roku na granicy Podgórza i Woli Duchackiej niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny pochłonął około 5000 ofiar i był miejscem zesłania ponad 50 000 osób. Zagranicznym turystom odwiedzającym Polskę nie trzeba go przedstawiać – zrobił to Steven Spielberg, kręcąc Listę Schindlera. Film pokazywał losy Żydów więzionych w obozie, którego komendantem był sadysta – Amon Goth. Sceny do filmu kręcono w pobliskim Kamieniołomie Liban, w którym można jeszcze znaleźć pozostałości po planie filmowym.

Obecnie prawie 50-hektarowy teren jest częścią „zielonych płuc” Krakowa. Chociaż dziki i zarośnięty, odwiedzany przez nieliczne wycieczki turystyczne, zwożone na miejsce autokarami i meleksami, które wizytują niewielką wystawę plenerową i oglądają nieliczne pozostałości po obozie. Parkujące na osiedlowych uliczkach autobusy już teraz są powodem skarg wielu mieszkańców osiedla Kabel, które jest mieszanką domów jednorodzinnych i niewielkich bloków.

Gdy więc pojawiły się plany przemiany całego terenu w ogromne miejsce pamięci, mieszkańcy zareagowali bardzo alergicznie. Ktoś powie – zawsze tak reagują. Zjawisko NIMBów („Nie na moim podwórku”) jest dobrze opisane i wielokrotnie, również w Krakowie, taka postawa lokalnych mieszkańców torpedowała potrzebne inwestycje. Mam jednak wątpliwości, czy i w tym przypadku była to zwykła niechęć czy jednak dobrze uargumentowany protest, bazujący na licznych przykładach z centrum miasta.

Zaproponowany przez urzędników projekt bezpośrednio uderza w jakość życia tysięcy mieszkańców. Zostanie im zabrane miejsce rekreacji (chociaż zaniedbane i dzikie), które zapewne dla wielu z nich było argumentem na rzecz  zamieszkania w tym miejscu.W zamian dostaną wydzielony teren, który choć dalej zapewne pozostanie zielonym polem, nie będzie im już służył jako miejsce spacerów z psami i rowerowych przejażdżek.

Zamiast konsultacji – gra na emocjach

Najbardziej zdumiewa jednak reakcja krakowskich urzędników. Od wielu miesięcy w wywiadach ludzie odpowiadający w mieście za kulturę i muzea jak jeden mąż argumentują, że KL Plaszow zasługuje na upamiętnienie oraz że miejsce mordu i prześladowań tysięcy nie może być zwykłym zielonym terenem wykorzystywanym przez mieszkańców. Urzędnicy poszli nawet dalej – przygotowali kampanię informacyjną, w ramach której opublikowany został na YouTubie filmik.

Podniosła muzyka i mocny głos lektora dodają filmikowi patosu. Jednak argumentacja to jakieś horrendum. Miejscy urzędnicy, opowiadając o tragicznym losie ofiar obozu, postanowili zilustrować to codziennymi obrazkami z tego wielohektarowego obszaru, będącego częścią olbrzymich terenów zielonych. Zestawiono więc spacerowiczów z psami, rowerzystów i pozostałości po grillu z pełnym smutku głosem lektora, wymieniającego liczbę ofiar i okrucieństwo oprawców.

Taka postawa jeszcze bardziej psuje relacje z mieszkańcami, którzy przecież w żadnym wypadku nie protestują przeciwko upamiętnianiu Holokaustu. Pokazuje również, jak bardzo miejscy urzędnicy nie są świadomi emocji, jakie wywołali swoim pomysłem zagospodarowania nowego miejsca pamięci, które ma ściągnąć w spokojną i kameralną dzielnicę nawet pół miliona turystów rocznie, co diametralnie zmieni tę część Krakowa. Wraz z szukającymi miejsca do parkowania autokarami pojawią się przecież wszelkie inne charakterystyczne biznesy, czerpiące zyski z obecności turystów. A jeszcze się nie zdarzyło, aby takie biznesy nie wypchnęły koniec końców mieszkańców.

Schemat jest zawsze podobny. Najpierw kilku najbardziej obrotnych lub najmniej przywiązanych do miejsca mieszkańców zwietrzy szansę na biznes. Postawią swoje budki z lodami, zrobią na swoim podwórku parking. Potem ruszy lawina. Więcej biznesów, więcej miejsc parkingowych, mniej mieszkańców. Oczywiście w teorii nie jest to jedyna droga – rozwojem turystyki można przecież zarządzać. W Krakowie to się niestety nie przyjęło.

Turystyka w Krakowie musi zostać wymyślona na nowo

Kraków już zawsze będzie miastem turystycznym, a krakowskie Stare Miasto pozostanie historycznym Disneylandem. Nie zwalnia nas to jednak z próby opanowania turystycznego chaosu.

Nie mam żadnych wątpliwości, że KL Plaszow zasługuje na upamiętnienie. Jestem również przekonany, że grodzenie olbrzymiego terenu zielonego (ostatecznej decyzji jeszcze nie ma – w projektach przewidywano jednak zwykły płot lub symboliczne wydzielenie terenu palikami) jest najgorszym możliwym pomysłem. Czy nie lepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie w miejscu obozu wspaniałego parku nawiązującego do dramatycznej przeszłości tego miejsca, ale jednak umożliwiającego okolicznym mieszkańcom korzystanie z tak deficytowych w Krakowie terenów zielonych i rekreacyjnych?

Turystyczna żyła złota w Krakowie nieodwracalnie zmieniła nasze miasto. Nie trzeba być prorokiem, żeby stwierdzić, że oparcie modelu rozwoju miasta na taniej i masowej turystyce kiedyś (być może już wkrótce) się wyczerpie. Zagrożeń jest sporo – kolejny globalny kryzys finansowy, droższe bilety lotnicze w wyniku ograniczeń emisyjnych czy nawet znudzenie turystów naszym miastem. Im szybciej miejscy urzędnicy zrozumieją, że miasto musi wziąć odpowiedzialność za kreowanie świadomej polityki turystycznej, tym łagodniej mieszkańcy odczują potencjalne tąpnięcia w turystyce.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała wyłącznie dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.