Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Franciszek Tyszka  30 marca 2019

Suwerenna gospodarka czy niemiecka montownia? Orban, Audi i „ustawa niewolnicza”

Franciszek Tyszka  30 marca 2019
przeczytanie zajmie 22 min
Suwerenna gospodarka czy niemiecka montownia? Orban, Audi i „ustawa niewolnicza” CC BY 2.0 | Annika Haas (EU2017EE)

„Są trzy powody, dla których nie wykluczono Fideszu z Europejskiej Partii Ludowej. Oto one: Audi, BMW i Mercedes” – powiedział niemiecki komik w telewizji ZDF. Udział sektora motoryzacyjnego w węgierskim PKB za rządów Orbana stale rośnie: w latach 2010-2017 z 12% do 22%. O wylobbowanie ustawy ochrzczonej przez protestujących „niewolniczą” oskarża się dwie grupy: oligarchów związanych z rządem oraz niemieckie koncerny z Audi Hungaria na czele. Ta ostatnia odpowiada za około 10% procent eksportu Węgier i jest jednym z czterech największych pracodawców w kraju. Próbując poradzić sobie z problemem braku rąk do pracy firma od dawna stosuje anty-pracownicze mechanizmy, które kontrowersyjna nowelizacja wzmacnia. Zmiana w prawie pracy po raz drugi za rządów Orbana – po próbie opodatkowania internetu – wyprowadziła na węgierską ulicę protestujących ponad podziałami. Problemów być może dałoby się uniknąć, gdyby… rząd nie wycofał się ze sformułowanej kilka lat temu strategii szerokiego otwarcia na imigrantów ekonomicznych.

Jak prawo pracy wstrząsnęło Węgrami

Węgierska opozycja nazwała niedawną nowelizację prawa pracy „ustawą niewolniczą”. W grudniu Węgrzy tłumnie wyszli na ulice, bo przestraszyli się, że pracodawcy przy pomocy nowych przepisów narzucą setkom tysięcy pracowników w całym kraju mordercze warunki pracy. Chociaż od ostatnich manifestacji przeciw ustawie minęły już ponad dwa miesiące i można zakładać, że do powtórki grudniowych demonstracji prędko nie dojdzie, to chcąc lepiej zrozumieć nastroje w węgierskim społeczeństwie oraz gospodarkę kraju rządzonego przez Viktora Orbana warto przeanalizować powody, dla których doszło do bezprecedensowych wystąpień przeciwko władzy Fideszu.

Trwające miesiąc protesty wzbudziły bowiem nadzieję nie tylko na wycofanie kontrowersyjnej nowelizacji, ale i na zmianę trwającego od 2010 r. układu politycznego na Węgrzech. O wyjątkowości protestów świadczyły ich gwałtowność i przede wszystkim bezprecedensowa jedność wśród protestujących. W ramach opozycji ramię w ramię demonstrowali przedstawiciele skrajnej prawicy, zielonych, liberałów i socjalistów. Od chwili przejęcia władzy przez Orbana żaden antyrządowy protest nie zjednoczył całej opozycji, związków zawodowych i studentów.

Chodziło o dwie kontrowersyjne poprawki, które zostały naniesione do prawa pracy z 2012 r. Po pierwsze, dopuszczona została możliwość zwiększenia liczby nadgodzin z 250 do 400 w ciągu roku. Do tej pory pracodawca mógł domagać się od pracownika 250 ponadstandardowych godzin w roku bez konieczności zawierania umowy zbiorowej, która wymaga udziału związku zawodowego. Możliwe było zwiększenie tej puli do 300 godzin w ciągu roku, ale tylko w ramach umowy zbiorowej. W świetle grudniowych zmian pracodawca może zwiększyć pulę o kolejne 100 godzin na podstawie umowy pisemnej z pracownikiem, a więc bez konieczności zawarcia umowy zbiorowej. Nowelizacja określa to jako „dobrowolnie podjęte nadgodziny”, co dobrze oddaje perspektywę rządu, tak różną od krytycznej oceny opozycji.

Druga poprawka dotyczy okresu, po którym pracodawca może rozliczyć pracownika z nadgodzin. Dotychczas było to maksymalnie 12 miesięcy po zawarciu umowy zbiorowej. Grudniowa nowelizacja wydłuża ten okres do 36 miesięcy.

Dziedzictwo węgierskiego socjalizmu

Dlaczego tzw. ustawa niewolnicza tak bardzo rozsierdziła Węgrów? Można poszukać wyjaśnienia cofając się w daleką przeszłość – do epoki Janosa Kadara, przywódcy Węgier w latach realnego socjalizmu, który pełnił funkcję sekretarza generalnego węgierskiej partii komunistycznej ponad trzydzieści lat, od 1956 do 1988 r. To za jego czasów Węgrzy zaczęli wyraźnie oddzielać sfery polityczną i materialną, publiczną i prywatną.

Zgodnie z nieformalną umową zawartą z reżimem komunistycznym w zamian za nieangażowanie się w działalność opozycyjną, obywatele mogli się cieszyć dość obfitym rynkiem konsumpcyjnym i możliwościami dorabiania poza legalnym zatrudnieniem.  Ta mentalność narzucona Węgrom przez władze komunistyczne w latach 60. XX w. pozwala lepiej zrozumieć ich dzisiejszą apatię wobec trwającego od ośmiu lat procesu „odwracania transformacji”.

Ilość i tempo kontrowersyjnych decyzji podjętych przez rząd sprawiły, że większość społeczeństwa zwątpiła w sens protestowania. Jedyny wcześniejszy protest, który wymusił na rządzie zmianę stanowiska, odbył się w 2014 r. i dotyczył planu opodatkowania internetu. Tą propozycją rząd złamał wszak wciąż aktualny konsensus z czasu poprzedniego ustroju. Wyraźnie przekroczył linię oddzielającą sferę publiczną od prywatnej. Podobnie Węgrzy potraktowali grudniową nowelizację. Na marginesie warto zaznaczyć, że powszechna praca w nadgodzinach i podwójne zatrudnienie – czego bezpośrednio dotyczy nowelizacja – też są zresztą reliktami kadaryzmu.

Kto skorzysta na nadgodzinach?

W węgierskiej opinii publicznej nie ma zgody dotyczącej tego, komu służy zmiana przepisów. Krytycy rządu twierdzą, że została ona przyjęta w interesie członków tzw. rodziny politycznej Orbana. Chodzi o takich biznesmenów jak Lőrinc Mészáros, István Garancsi czy Laszló Szijj, którzy dzięki bliskim kontaktom z obecną władzą „wygrywają” przetargi na inwestycje, zwłaszcza w sektorze budowlanym, finansowanym w dużym stopniu dzięki środkom z unijnych funduszy.

W rządzie słychać dwugłos w tej sprawie. Z jednej strony premier Orban przekonuje, że „ci, co chcą, niech pracują więcej i więcej zarabiają”. Twierdzi,  że zmiany mają pomóc małym i średnim przedsiębiorstwom, które są w gorszej sytuacji finansowej niż zagraniczne koncerny, dla których znaczące podniesienie pensji nie jest problemem. Z drugiej strony, ministrowie spraw zagranicznych oraz innowacji argumentują, że zmiany w prawie służą przyciągnięciu na Węgry inwestycji niemieckich.

Aby zinterpretować tę rozbieżność przypomnieć trzeba zarówno teorię, jak i praktykę polityki gospodarczej Węgier za rządów Fideszu. Według ideologów obecnej władzy rząd dąży do stworzenia klasy krajowych przedsiębiorców jako filaru silnych Węgier, co jest reakcją na swoistą „oligarchizację” gospodarki dokonaną podczas tzw. pierwszej transformacji ustrojowej, jaka miała miejsce na Węgrzech w latach 1989-2009. Celem strategicznym Fideszu jest osiągnięcie wewnętrznego i zewnętrznego samostanowienia Węgier. Jego politycy przekonują, że nie da się tego osiągnąć bez stworzenia nowej struktury własnościowej gospodarki, która zastąpi tę starą, zdominowaną przez kapitał zagraniczny i postkomunistyczny kapitał krajowy.

W wyniku przyjęcia nowych priorytetów w strategii gospodarczej po 2010 r. dwie kategorie przedsiębiorstw cieszą się stałym uprzywilejowaniem ze strony rządu: te należące do biznesmenów lojalnych wobec władzy oraz zagraniczne inwestycje w sektorze samochodowym.

Portal G7.hu informuje w artykule sprzed roku, że w latach 2015-2016 największymi beneficjentami dotacji państwowych były właśnie te dwa rodzaje przedsiębiorstw. Wsparcie państwa (dotacje i kredyty) dla interesów samego Lőrinca Mészárosa wyniosło 44 miliardy forintów (140 milionów euro), zaś dla Audi – 6 miliardów forintów (20 milionów euro) dotacji. Nieco później ten sam portal opublikował listę ogłoszonych inwestycji na Węgrzech, w których jeszcze nie ruszyła produkcja. Zestawienie to potwierdza wyżej zarysowany kierunek, w jakim zmierza węgierska gospodarka: z 48 największych inwestycji na liście zdecydowana większość należy do zagranicznego kapitału, a wśród nich 20 do szeroko pojętego sektora motoryzacyjnego. Żeby zrozumieć dlaczego obecny rząd traktuje produkcję samochodową priorytetowo przyjrzyjmy się temu, jak sektor zapracował na swoją uprzywilejowaną pozycję w ubiegłych latach.

Skąd wziął się fenomen firm motoryzacyjnych?

To niemieckim inwestycjom w sektorze motoryzacyjnym gospodarka Węgier w dużym stopniu zawdzięcza zmiany w strukturze PKB po 1989 r., a rząd Orbana – możliwość realizacji wizji nieortodoksyjnej i suwerennej polityki gospodarczej.

Od drugiej połowy lat 90. niemiecki kapitał zdecydowanie zdominował inwestycje zagraniczne na Węgrzech. Niemcy szybko stały się też głównym partnerem handlowym dla Węgier, podobnie jak i dla innych krajów V-4. Miało to fundamentalne znaczenie dla zmiany profilu produkcji. Warto przypomnieć, że Węgry to obok Bułgarii jedyny kraj w regionie, który w okresie komunizmu nie wyprodukował własnego, „ludowego” samochodu osobowego. Po 1989 r. nie było więc konkurencyjnych firm krajowych dla zwiększającego swoją obecność zagranicznego sektora motoryzacyjnego.

Udział sektora motoryzacyjnego w węgierskim PKB stale rośnie za rządów Fideszu: w latach 2010-2017 wzrósł z 12% do 22%. Udział tej branży sektora w eksporcie całej produkcji przemysłowej wzrósł z 1/4 do ponad 1/3 w czasie, gdy pozostałe gałęzie przemysłu utrzymują mniej więcej ten sam udział co wcześniej.

To po części efekt polityki gospodarczej Orbana związanej z jego wizją suwerennych gospodarczo Węgier. W celu wyjścia z kryzysu finansowego i oparcia gospodarki na kapitale narodowym rząd opodatkował kapitał zagraniczny w kluczowych sektorach gospodarki (banki, telekomunikacja, energetyka), ale właśnie z wyjątkiem przemysłu motoryzacyjnego.

Ten ostatni otrzymał wręcz wyjątkowo korzystne warunki funkcjonowania na Węgrzech w postaci m.in. bardzo liberalnego prawa pracy z 2012 r. oraz najkorzystniejszych w UE ulg podatkowych dla zagranicznych inwestycji. Nieobjęcie tego sektora przez nacjonalizm gospodarczy miało nie tylko uzasadnienie polityczne, ale przede wszystkim ekonomiczne. Wzrost znaczenia tej gałęzi przemysłu implikowały bowiem filary nowej strategii gospodarczej Węgier po 2010 r. Chodziło o oparcie wzrostu gospodarczego na eksporcie, społeczeństwo oparte na pracy oraz reindustrializacja kraju. Właśnie zgodnie z tą ostatnią ideą niemile widziany kapitał zagraniczny w bankowości czy energetyce miały zastąpić inwestycje w produkcji przemysłowej.

Wspierać ten proces miały atrakcyjne warunki oferowane przez rząd: gotowa infrastruktura, rozbudowana sieć dostawców, niskie podatki. Rolę katalizatora umożliwiającego powyższy zwrot w strategii gospodarczej odegrał właśnie przemysł motoryzacyjny. Miało to duże znaczenie w procesie wychodzenia z kryzysu finansowego po 2010 r.

Gdy najbardziej zadłużone w regionie Węgry padły ofiarą globalnego kryzysu finansowego, priorytetem Orbana stało się zmniejszenie zewnętrznego ryzyka gospodarki narodowej i oparcie jej na kapitale narodowym. W latach 2010-2014 z powodu 12-procentowego bezrobocia i niskich płac realnych spadła konsumpcja, a wraz z nią presja na import. Z drugiej strony w tym samym okresie znacząco wzrósł eksport – głównie dzięki wzrostowi inwestycji zagranicznych i produkcji w sektorze samochodowym. W rezultacie nadwyżka handlowa w latach 2010-2015 zwiększyła się o ponad 50%. Znacząco wzrosły też oszczędności dewizowe.

Choć od 2015 r. rezerwy nieprzerwanie zmniejszają się, to wraz z nimi spada też zadłużenie zagraniczne. Bank centralny pozbywał się długu o szybkiej zapadalności poprzez rolowanie go obligacjami denominowanymi w forintach. Jednocześnie zewnętrzne ryzyko finansowe zostało zredukowane dzięki operacji przewalutowania na forinty kredytów hipotecznych wartych niemal 10 miliardów euro. W rezultacie dług prywatny względem PKB spadł o połowę: z 40% w czasach kryzysu do 20% w 2018 r. W tym samym czasie dług publiczny zmniejszył się z ok. 80% do ok. 73% PKB.

Niemieckie podstawy węgierskiego wzrostu

Węgierski ekonomista István Kőrösi wskazuje na to, że aż 70% produkcji i eksportu Węgier z 2009 r. nie istniało w 1990 r. To niemieckie firmy unowocześniły węgierską produkcję w tym okresie. Absolutną dominację eksportu rolniczego i surowcowego (64% w 1990 r. i 5% w 2008 r.) udało się odwrócić na rzecz przemysłu elektromaszynowego (12% w 1990 r. i 67% w 2008 r.). Kőrösi wskazuje też na dominującą rolę niemieckich inwestycji w tworzeniu wartości dodanej na Węgrzech. To one określały kierunek specjalizacji węgierskiej produkcji i to im przede wszystkim zawdzięcza ona postęp technologiczny w okresie transformacji.

Warto o tym pamiętać, gdy model rozwoju oparty na zagranicznych inwestycjach jest dziś w kryzysie. Istotą podziału pracy w tym modelu było to, że inwestorzy zachodni od początku lat 90. umieszczali w naszym regionie fabryki zajmujące się produkcją montażową. Dzięki temu, zamiast opłacać drogich krajowych pracowników, kraje zachodnie mogły u siebie wspierać finansowo badania i rozwój (R&D).

W rezultacie państwa Grupy Wyszehradzkiej, a zwłaszcza najmniej produktywne Węgry, mają dziś wąskie pole manewru: albo zaczną inwestować w R&D i w efekcie w długim terminie przestawią strukturę produkcji na innowacyjną, albo znacznie zwiększą produkcję, pozostając „europejską manufakturą” montującą produkty zaprojektowane na Zachodzie i tam głównie eksportowane.

Portal Portfolio.hu pisze, że zależność eksportu Węgier od produkcji samochodów jest jak miecz obosieczny. Uczyniła węgierską gospodarkę najbardziej podatną w Europie Środkowej na wahania globalnego popytu na samochody. To ona zyska najbardziej w okresie globalnej koniunktury, ale też najbardziej straci w razie kryzysu gospodarczego. Podobnie rzecz ma się z unijnymi funduszami: ponieważ to Węgry otrzymują od lat najwięcej środków z UE na głowę i im zawdzięczają wysoki i trwały wzrost PKB, więc również to one najbardziej odczują ich spadek od 2021 r.

Dlatego ambiwalentne uczucia budzić mogą kolejne „sukcesy” Orbana w pozyskiwaniu inwestycji. Latem 2018 r. BWM zdecydowało o uruchomieniu fabryki samochodów w słabiej rozwiniętych wschodnich Węgrzech. W przyszłym roku ma również zostać oddana do użytku kolejna fabryka Mercedesa. Pierwszy z zakładów ma być silnie zautomatyzowany i produkować głównie samochody o napędzie elektrycznym i hybrydowym, a z kolei Daimler wyznaczył sobie jako jeden z priorytetów przestawianie produkcji z silników spalinowych na hybrydowe.

Przyciągnięcie obu inwestycji petryfikuje tradycyjny modelu wzrostu gospodarczego. Tego rodzaju inwestycje podtrzymują najwyższy w regionie (obok Słowacji) udział zagranicznej wartości dodanej w eksporcie sektora samochodowego na Węgrzech. Zwiększają też zależność gospodarki od przemysłu samochodowego, który obecnie znajduje się w centrum globalnych napięć handlowych w związku z protekcjonistyczną polityką USA i niepewnością w sprawie Brexitu.

Ustawa dla Audi Hungaria?

Znając już wagę całej branży dla węgierskiej gospodarki w ogóle, a dla polityki ekonomicznej Orbana w szczególności, spróbujmy zmierzyć się z sugestiami, że ustawa o nadgodzinach służy właśnie niemieckim producentom, a w szczególności Audi Hungaria (AH).

Gdyby węgierski premier miał rację i w grudniowej nowelizacji chodziło przede wszystkim o interes pracownika węgierskiego, to dawałaby mu ona jakieś gwarancje otrzymania zapłaty za zwiększoną ilość przepracowanych nadgodzin. Tymczasem w nowelizacji takiej gwarancji nie ma! W praktyce stwarza pracodawcy możliwość, aby nie wypłacać pracownikowi należnego wynagrodzenia, gdy ten odejdzie z pracy zanim skończy się trzyletni czas rozliczenia.

Obecnie taka praktyka rozliczenia pracowników, ale zatrudnionych na jeden rok, stosowana jest właśnie w Audi Hungaria. Ta zbudowana w 1993 r. fabryka odpowiada za około 10% procent eksportu Węgier i jest jednym z czterech największych pracodawców w kraju. Jest też największym na świecie producentów silników samochodowych, a jednocześnie zajmuje się produkcją gotowych samochodów, z czasem rozszerzaną na kolejne modele Audi.

Gdy w lecie przychodzi okres mniejszych zamówień, negatywny wpływ pracującego na niższych obrotach AH odczuwa duża część krajowej produkcji. Można powiedzieć, że tak jak niemożliwe jest funkcjonowanie niemieckiego koncernu Audi bez fabryki na Węgrzech, tak samo trudno wyobrazić sobie rosnącą od sześciu lat gospodarkę Węgier bez udziału AH.

AH już w 2012 roku zwiększył maksymalną ilość nadgodzin w skali roku z 250 do 300. W węgierskich przedsiębiorstwach funkcjonują dwa systemy rozliczania: munkaidőkeret oraz elszámolási időszak. Ten pierwszy, stosowany niemal powszechnie przez pracodawców (również w fabryce Mercedesa), z góry określa ilość godzin do przepracowania w danym okresie, który wynosi do 6 miesięcy albo – po zawarciu umowy zbiorowej – 12 miesięcy. Podobne zasady dotyczą dużo rzadziej stosowanego systemu elszámolási időszak. Oba systemy służą temu samemu celowi: przewidują nierówny i elastyczny czas pracy, aby dostosować go do cyklu produkcyjnego, który w przemyśle motoryzacyjnym jest bardzo podatny na fluktuacje w gospodarce światowej.

Główna różnica miedzy dwoma systemami polega jednak na stopniu tej elastyczności. Przyjmując, że oba okresy rozliczenia trwają jeden rok, w systemie munkaidőkeret pracodawca musi – oprócz wypłacanej co miesiąc pensji – po zakończeniu trwającego rok okresu rozliczenia zapłacić pracownikowi za wszystkie nadgodziny (czyli godziny przepracowane w danym miesiącu ponad standardowy tryb 40 godzin tygodniowo). Jeśli na przykład pod koniec tego okresu fabryka będzie musiała pracować na wysokich obrotach i wymagana będzie praca w dodatkowych nadgodzinach, to zaraz po zakończeniu rocznego okresu pracownik zostanie z tych nadgodzin rozliczony.

W stosowanym w Audi systemie elszámolási időszak nadgodziny liczy się inaczej. Pracownikowi zakłada się specjalne konto, na którym rejestruje się co tydzień ile w danym tygodniu przepracował godzin – więcej czy mniej niż standardowy, 40-godzinny tydzień. Każdy tydzień z osobna rozliczany jest po całym roku. Jeśli w trzecim tygodniu marca 2019 r. pracownik pracował ponadstandardowo, to na jego koncie pojawia się odpowiednia ilość nadgodzin za ten tydzień. Ponieważ jednak ten tydzień rozliczany będzie dopiero po roku (a czwarty tydzień marca także po roku, czyli 7 dni po rozliczeniu trzeciego tygodnia marca, itd.) to pracodawca prawie na pewno w danym roku przydzieli danemu pracownikowi odpowiednią ilość „wolnych” godzin w jakimś tygodniu mniejszych zamówień dla fabryki. Chodzi o to, by pracownik przepracował standardowe 40 godzin i zneutralizował nadgodziny z trzeciego tygodnia marca.

Konta są prowadzone oddzielnie dla każdego pracownika. Dzięki temu, gdy nadejdzie okres wzmożonej pracy, fabryka chcąc uniknąć akumulacji nadgodzin na niektórych kontach może przydzielić nadgodziny tym pracownikom, którym łatwiej będzie można „zrównoważyć” konta w ciągu roku. W ten sposób system elszámolási időszak prawie całkowicie eliminuje możliwość wypłaty za nadgodziny. I rzeczywiście, jak podaje portal Napi.hu, w fabryce Audi od 2012 r. (gdy weszło w życie prawo pracy oferujące elszámolási időszak) drastycznie spadła ilość wypłat za nadgodziny.

Co więcej, to pracownik może zostać zmuszony do zwrotu pieniędzy fabryce! W ostatnim roku zarząd Audi wysłał wielu pracownikom, którzy odeszli z fabryki przed czasem, wezwanie do zwrotu części pensji miesięcznej wypłaconej według trybu 40-godzinnego tygodnia pracy. Gdy pracownik odchodzi przed zakończeniem rocznego okresu rozliczenia, naliczają mu się wtedy na koncie godziny „minusowe”, czyli te nieodpracowane w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy. Pracownik powinien więc albo pozostać w fabryce, która anuluje mu minusowe godziny (gdy zrównają się z nadgodzinami), albo zwrócić pieniądze za godziny nieodpracowane w zakończonym przed czasem jednorocznym okresie rozliczenia. W tej sytuacji wielu byłych pracowników fabryki zdecydowało się skierować sprawę do sądu.

Praktyka ta świadczy o tym, że Audi zmaga się przede wszystkim z brakiem siły roboczej – chodzi tu wszak o drobne, z punktu widzenia molocha finansowego jakim jest koncern, sumy. Żądając zwrotu pieniędzy zarząd chce ostrzec pozostałych pracowników przed odejściem z fabryki.

W tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego rząd mógł przyjść pracodawcy z pomocą rząd nowelizując prawo pracy w grudniu 2018 r. Na gruncie nowych przepisów istnieje możliwość, że zarząd dogada się z pracownikiem co do zwiększenia nadgodzin do 400 w skali roku. Jeśli jednocześnie dojdzie do umowy zbiorowej przewidującej trzyletni okres rozliczenia, to gdy pracownik przepracuje np. w ciągu pierwszego roku te 400 nadgodzin i będzie chciał odejść z pracy, to pieniędzy za nie może nigdy nie zobaczyć. Musi odpracować „standardowo” cały okres trzech lat, aby nie zwracać pieniędzy za nieodpracowane godziny „minusowe”.

Gdy zabrakło rąk do pracy

Kontrowersyjna ustawa sprzyjająca stosowaniu przez zagranicznych producentów wątpliwych praktyk na rynku pracy nie byłaby potrzebna, gdyby węgierska gospodarka nie przeżywała poważnych problemów na rynku pracy. Kryzys w tym obszarze przyszedł w miejsce problemów, z jakimi poradził sobie w pierwszych latach rządów po 2010 r. rząd Orbana. Mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę, że chcąc zmniejszyć problem braku rąk do pracy Fidesz planował jeszcze kilka lat temu bardzo szerokie otwarcie granic dla imigrantów ekonomicznych, co z perspektywy dzisiejszych agresywnych kampanii antymigranckich może wydawać się zdumiewające.

Przypomnijmy – gdy Orban przejmował władzę w 2010 r., węgierska gospodarka znajdowała się w środku kuracji oszczędnościowej nadzorowanej przez zagraniczne instytucje polityczne i finansowe. W ciągu kilku lat, głównie dzięki nacjonalizacji prywatnych funduszy emerytalnych i ekstra-podatkom nałożonym na zagraniczne koncerny, rząd Orbana spłacił dług wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego i, jako symboliczny wyraz suwerenności gospodarczej, poprosił przedstawicielstwo MFW o opuszczenie kraju. Kilka miesięcy wcześniej udało się zdjąć z Węgier nałożoną po przystąpieniu do UE w 2004 r. procedurę nadmiernego deficytu. Rząd wyraźnie zmniejszył zewnętrzne ryzyko finansowe, którego bardzo wysoki wskaźnik był głównym powodem upokarzającego statusu Węgier jako jednej z pierwszych ofiar globalnego kryzysu finansowego.

W tym samym czasie, gdy rząd skutecznie walczył z zadłużeniem, gospodarki regionu zaczynały zmagać się z nowym, trudniejszym wyzwaniem –kurczącej się siły roboczej. Zjawisko to stawia pytanie o przyszłość dotychczasowego modelu rozwoju gospodarek regionu, opartego na ciągłej konkurencji m.in. w przyciąganiu bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Od chwili wejścia do Unii Europejskiej z Węgier wyemigrowało, głównie do Niemiec i Austrii, 600-700 tysięcy obywateli z ponad 6 milionów obywateli w wieku produkcyjnym. Nie w liczbie jednak istota problemu, lecz w tym, że emigrują głównie wykwalifikowani pracownicy. W tym kontekście warto wspomnieć o mało znanym, skrajnie pro-imigranckim epizodzie w historii rządów Fideszu.

W 2013 r., w oficjalnie przyjętym dokumencie Migraciós Strategia rząd przewidywał zupełnie inną politykę migracyjną od tej, którą realizuje dziś. Problem siły roboczej miał być rozwiązany poprzez otwarcie się na „wszelkie formy legalnej imigracji” z krajów trzecich. Dziwi, zwłaszcza w świetle dzisiejszej oficjalnej kampanii wymierzonej w imigrantów, że strategia przewidywała inicjatywę mającą na celu choćby walkę z anty-imigranckimi przesądami w węgierskim społeczeństwie.

Chodziło o przygotowanie Węgrów na przyjęcie przedstawicieli innych kultur, a dotychczasowy przekaz medialny w tym kierunku uznano za niewystarczający. Inicjatywa rządu odnosiła się przede wszystkim do „migracji opartej na wiedzy”. W tym stanowisku widać pełną świadomość kluczowych wyzwań przed jakimi stoi węgierska gospodarka i to, że na początku rząd miał słuszną intuicję co do sposobu rozwiązania problemu emigracji.

Jednak już w 2014 r., gdy radykalnie zmieniło się stanowisko Orbana wobec imigracji, ówczesny rzecznik rządu stwierdził, że „strategię trzeba zmodyfikować”. Z powodów politycznych rząd odstąpił od inicjatywy, która mogła załagodzić problemy na rynku pracy. Orban mówi dziś, że jeśli sami Węgrzy nie są w stanie biologicznie utrzymać swej egzystencji, to oznacza to, że ich węgierskość jest im obojętna.

Trzy lata po przyjęciu Strategii migracyjnej i cichym wycofaniu się z niej, rząd znów poważnie rozważał przyjęcie dużej liczby imigrantów. W połowie 2016 r. związek pracodawców węgierskich domagał się od władzy otwartej polityki migracyjnej w postaci „natychmiastowego” przyjęcia 250 tys. przejściowych pracowników w celu zwiększenia dostępnej siły roboczej. Rząd początkowo poparł tę inicjatywę, ale wkrótce górę wzięły względy polityczne.

János Lázár, ówczesny szef gabinetu premiera, rozwiał nadzieje przedsiębiorców wskazując na to, że problem siły roboczej należy rozwiązać „krajowymi” środkami: aktywizacją ludności romskiej, dalszym wdrażaniem programu robót publicznych i długofalową polityką prorodzinną. Jednak najważniejszym narzędziem rządu w łagodzeniu skutków masowej emigracji Węgrów okazał się wzrost płac.

Od 2015 r. płace minimalne na Węgrzech nieprzerwanie rosną i zbliżają się do poziomu w innych krajach Grupy Wyszehradzkiej. Celem jest przyciągnięcie nowych pracowników i zatrzymanie tych, którzy pracują w przedsiębiorstwach, ale mogą chcieć odejść do konkurencji. Zachodni inwestorzy coraz częściej wybierają bardziej stabilne rynki pracy, choćby w innych krajach zachodnich. Przykładem może być wycofanie się z Węgier w 2017 r. niemieckiego producenta opon Continental i przeniesienie jego inwestycji do Belgii, oferującej liczniejszą i stabilniejszą siłę roboczą. Niskie płace nie są już głównym kryterium oceny kraju dla zagranicznych inwestorów.

Według raportu PwC z 2018 roku firmy sektora samochodowego wskazują na niskie płace jako główny powód fluktuacji pracowników. W fabryce Audi zdarza się, że nowo przybyłym pracownikom już „na starcie” wypłaca się pensję równą tej, jaką otrzymują wieloletni i znacznie lepiej wykwalifikowani pracownicy. Oba dotychczasowe atuty – dostępna i tania siła robocza – którymi Węgry przez długie lata przyciągały inwestycje zagraniczne, straciły dawną siłę. Grudniowa nowelizacja prawa pracy wpisuje się w próby utrzymania tego modelu rozwoju.

Między konkurencyjnością gospodarki a konkurencyjną płacą

Głównym postulatem związkowców w czasie niedawnych protestów było zrównanie płac minimalnych na Węgrzech z płacami w krajach sąsiednich. Plany rządu jasno wskazują na to, że płace wprawdzie będą rosnąć, ale nie dojdzie do oczekiwanego zrównania do 2021 r. Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze, dla inwestorów wciąż ważny jest koszt siły roboczej w kraju przyjmującym inwestycję. Najniższe w regionie płace w jakimś stopniu mogą pomóc w utrzymaniu zewnętrznej konkurencyjności Węgier. W przeciwnym razie inwestorzy pójdą tam, gdzie płace i podaż siły roboczej bardziej odpowiadają ich oczekiwaniom.

Po drugie, zrównanie płac nie tylko obniżyłoby konkurencyjność Węgier, ale nie odwróciłoby też emigracji. Odwrotną stroną wzrostu płac jest bowiem droga konsumpcja na Węgrzech. Minister gospodarki Mihaly Varga ujął to wprost mówiąc, że „główną zasadą filozofii podatkowej rządu jest to, że opodatkowuje konsumpcję zamiast dochodów i pracy”.

Drogie życie na Węgrzech, obok wciąż niskich płac, dodatkowo zachęca do emigracji – głównie do Austrii i do Niemiec, gdzie życie jest dwa razy droższe i płace trzy razy większe. Zatem na Węgrzech płace musiałyby być dwa razy większe, aby żyło się tak jak na Zachodzie i aby sprowadzić z powrotem chociaż część emigrantów.

Trzecią przeszkodą dla zrównania płac jest negatywny wpływ zwiększającego się rozdźwięku między rosnącymi płacami a niską produktywnością. Ta od dziesięciu lat jest w stagnacji, podczas gdy w krajach V-4 wyraźnie wzrosła. Dziś ciasny rynek pracy powoduje, że płace rosną szybciej niż wartość produkcji sprzedanej. Firmy osiągają mały zysk, jednak wzrost cen ograniczyłby konkurencyjność eksportu, co zniechęci inwestorów zagranicznych. Płace jednak muszą rosnąć, jeśli gospodarka ma wyjść z obecnego modelu rozwoju. W obliczu niskiej produktywności i braku siły roboczej należy postawić na automatyzację i innowacyjność. Potrzebnych do tego pracowników z wyższym wykształceniem można zatrzymać (lub przyciągnąć) oferując wyższe płace.

Nie zrównają płac małe i średnie przedsiębiorstwa, bo to przy obecnej produktywności i minimalnym zysku zmusiłoby je do niebezpiecznej walki o przetrwanie. Z kolei duże przedsiębiorstwa w posiadaniu „nowej klasy” z zasady nie mogą być konkurencyjne – ich zysk jest generowany bardziej przez bycie lojalnym wobec władzy niż większą wydajność.

Czy dojdzie do zrównania płac z poziomem regionalnym w sektorze motoryzacyjnym? Koncerny samochodowe są skłonne regularnie podnosić płace znacznie ponad normę ustaloną przez rząd dla całej gospodarki, co pokazały sukcesy niedawnych strajków w kilku umiejscowionych na Węgrzech fabrykach (Mercedes, Audi, Hankook). W 2017 r. właśnie w tym sektorze miał miejsce największy przyrost zatrudnienia spośród wszystkich gałęzi przemysłu.

Z drugiej strony pomimo znaczącego wzrostu płac, produktywność w sektorze samochodowym spadła od 2015 r. w węgierskim przemyśle najbardziej i dalszy wzrost płac może utrwalić ten stan rzeczy. Co zrobić, by w tym kluczowym dla gospodarki sektorze wydajność nadążyła za wzrostem zatrudnionych i wzrostem płac? Trzeba zainwestować w nowe technologie zwiększające moc wytwórczą pracownika. Tymczasem, „ustawa o nadgodzinach” usiłuje zmniejszyć problem malejącej siły roboczej i niskiej produkcji, ale nie produktywności. Wręcz przeciwnie – bo im większy ciężar pracy, tym mniejsza efektywność.

Jeśli więc weźmiemy pod uwagę dwa główne wyzwania, z jakimi zmaga się dziś węgierski sektor motoryzacyjny – brak siły roboczej oraz spadającą produktywność – to grudniowa nowelizacja usiłuje rozwiązać tylko ten pierwszy.

Teoretycznie, potencjalny przyszły inwestor może liczyć na większą stabilność pracownika i przewidywalność produkcji na Węgrzech. Trzeba jednak podkreślić, że węgierskie sądy wydały niedawno kilka bezprecedensowych decyzji zakazujących fabryce Audi domagania się zwrotu (części) pensji od byłych pracowników. Dlatego można oczekiwać, że oferującym wysokie zarobki niemieckim koncernom węgierscy pracownicy coraz częściej będą mówić: „Nein, danke”.

***

Problem niskiej produktywności pozostaje nierozwiązany. Komisja Europejska oskarża rząd o przeznaczanie unijnych środków na finansowanie inwestycji „rodziny politycznej” Fideszu z pominięciem praktyk uczciwej konkurencji. Być może gdyby to rynkowe kryteria, a nie lojalność wobec rządu, decydowały o przydzielaniu środków unijnych, to poprzez napływ nowych technologii wzrosłaby wydajność gospodarki.

Choć niskiej produktywności winne są głównie czynniki ekonomiczne (niski napływ nowych technologii, słabo wykwalifikowana i zorganizowana siła robocza), to wydaje się, że dla rządu efektywność gospodarcza nie jest celem samym w sobie, lecz jest podporządkowana szerszej wizji suwerennych Węgier. Budowanie nowej klasy węgierskich posiadaczy jest przecież motywowane bardziej politycznie niż ekonomicznie.

Nowelizacja prawa pracy nie służy zaś temu, by wynieść węgierską gospodarkę na wyższy poziom wydajności i innowacyjności, ale ma pozwolić kontynuować obecny, ekstensywny model rozwoju gospodarczego, w oparciu o najbardziej konkurencyjny w gospodarce sektor motoryzacyjny.