Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Zakaz handlu w niedzielę pogrąża tych, których miał chronić. W handlu elektronicznym czeka nas to samo

Zakaz handlu w niedzielę pogrąża tych, których miał chronić. W handlu elektronicznym czeka nas to samo Mateusz Butkiewicz/unsplash.com

Decyzja o zakazie handlu w niedziele wywołała szeroką dyskusję o powodach i skutkach jego wprowadzenia. Jedną z jego pozytywnych konsekwencji miała być poprawa sytuacji małych i średnich sklepów, którym zagrażała ekspansja wielkopowierzchniowych marketów. Bilans jest jednak druzgoczący dla polskiego kapitału. Sieciówki są jeszcze większe, a alternatyw ubywa.


Lepiej zakazać niż robić reformy

Od wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę z polskiej mapy przedsiębiorczości zniknęło 6500 sklepów, głównie małych i lokalnych biznesów, które miały być beneficjentami tej zmiany. „Teraz każdy jedzie w piątek albo sobotę do sklepu po duże zakupy i w niedzielę nie kupuje już nic. A jak czegoś potrzebuje, to idzie do Żabki albo innej małej sieciówki. U nas na osiedlu w niedzielę przed trzema Żabkami stoją kolejki. Ale tam jest alkohol i papierosy, ja tego nie mam” – mówi pani Anna, właścicielka warzywniaka na warszawskich Bielanach w rozmowie z money.pl.

„Z raportu firmy Nielsen wynika, że w 2020 roku największy spadek dotknął właśnie tego segmentu handlu. Upadło aż 1670 małych sklepów. Ten fakt jest dla branży tym bardziej bolesny, że liczba wszystkich sklepów w kraju spadła o 1800. To wynik netto, uwzględniający powstanie kilkuset nowych – w tym prawie 600 średnich i 256 supermarketów”.

„W efekcie liczba placówek handlowych jest dziś szacowana na 99,4 tysiąca. Kiedy wprowadzano zakaz handlu, było ich prawie 106 tysięcy. Największy spadek zanotowano w 2019 roku – wtedy zamknięto 4600 sklepów. Dziś w Polsce działa 28 793 małych sklepów” – czytamy w artykule money.pl.

Jeśli to rozwiązanie miało zwiększyć udział polskiego kapitału na rynku spożywczym, to ewidentnie coś poszło nie tak. Nie dość, że liczba małych przedsiębiorstw się zmniejszyła, to w dodatku największe sieci umiejętnie znalazły wyjście z nowej sytuacji i bez problemów funkcjonują w niedzielę. Co gorsza, większość istniejących polskich sieci handlowych została wchłonięta przez zagraniczne koncerny. Nie ma już Piotra i Pawła oraz Almy. Stokrotka została przejęta przez litewską Maximę, która przejęła też punkty należące do spółki P.P.H.U. J.R.T.W.M. Krawczyk. Eurocash z kolei złożył wniosek o przejęcie grupy Arhelan. Nie radzą sobie nie tylko polskie sieci. Jednym z największych wydarzeń gospodarczych minionego roku był upadek sklepów Tesco.

Efekt jest druzgoczący, na liście 10 największych sieci handlowych w Polsce nie ma ani jednej z polskim kapitałem. Oczywiście zakaz handlu w niedzielę nie był główną przyczyną tej sytuacji, ale miał przecież odwrócić ten proces. Miał być przeszkodą dla dużych sieci i szansą dla małych przedsiębiorstw. Efekt jest odwrotny. Wiele dużych sieci handlowych funkcjonuje w niedzielę, a mali przedsiębiorcy znikają.

„W związku z wnioskami skierowanymi przez Państwową Inspekcję Pracy do sądów w sprawie korzystania ze statusu placówki pocztowej franczyzobiorcy zwrócili się do nas o pomoc prawną w 148 przypadkach” – czytamy w artykule „Gazety Wyborczej, a dalszy fragment jest jeszcze ciekawszy: „Mamy obecnie informacje, iż we wszystkich sprawach, w których franczyzobiorcy skutecznie złożyli sprzeciwy od wyroków nakazowych, sądy zdecydowały o umorzeniu postępowań i uniewinniły franczyzobiorców”.

Mamy więc zakaz, który w praktyce nie działa i rodzi znaczące, nie tylko gospodarcze konsekwencje. Społeczeństwo oswaja się w ten sposób z łamaniem i obchodzeniem obowiązujących przepisów. Dziurawe prawo, słabość instytucji i kreatywność w obchodzeniu przepisów stają się elementem naszej codzienności.

Zakaz nie poprawił więc pozycji polskich firm i nie pomógł w tworzeniu realnych alternatyw dla wielkich zagranicznych korporacji. Te alternatywy znacznie łatwiej znaleźć w internecie. Pandemia tylko przyśpieszyła dynamiczny rozwój e-commerce.

W internecie będzie tak samo

„W I kwartale 2021 przybyło 2 tys. nowych sklepów internetowych, czyli o 70 proc. więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego […] Po trzech miesiącach 2021 r. liczba ta wzrosła o kolejne 2 tys., obecnie w Polsce zarejestrowanych jest więc 46,5 tys. sklepów internetowych. W sumie w pierwszym kwartale 2021 r. Polacy zarejestrowali 3,4 tys. nowych sklepów online” – informuje bankier.pl.

Z badań przeprowadzonych przez PwC wynika, że w 2026 roku wartość polskiego e-commerce osiągnie 162 mld zł, co oznacza średni roczny wzrost o 12%. E-handel staje się enklawą dla małych i średnich firm, wolną od nieuczciwych i uciążliwych dla producentów praktyk opisanych m.in. w tekście Hiperhandel. Jak sieci handlowe rujnują swoich dostawców. „Płaciłem już marketom bonus od obrotów, premię roczną od dochodów netto, składałem się na budżet marketingowy, ekspozycję towaru, gazetki, urodziny sklepu, opiekę nad półką, usługi logistyczne, transportowe, imprezy okolicznościowe, otwarcie nowego sklepu” – tłumaczy przedsiębiorca.

Czy wystarczy przenieść się do internetu, gdzie można nawiązać bezpośrednie relacje z klientem, aby uwolnić się od tych wszystkich obciążeń? Obecnie tak, ale rzeczywistość szybko się zmienia.

„W Polsce ten problem dzisiaj nie jest jeszcze tak wyraźny, ale pewnie pojawi się w momencie, kiedy na polski rynek zaczną dynamiczniej wchodzić platformy zagraniczne. Doświadczenia innych rynków, w tym amerykańskiego, pokazują, że takie platformy monopolizują sprzedaż. Dla ok. 40 proc. firm sprzedających w e-commerce jest to ich jedyne źródło przychodów. Trudne jest konkurowanie z platformą, która ma m.in. pełną bazę danych i informacji o tym, które produkty jak się sprzedają i jak są pozycjonowane” – ostrzegał Tomasz Janik, prezes Polskiego Towarzystwa Gospodarczego.

Janik zwracał uwagę głównie na jeden niepokojący mechanizm: „Wprowadzanie konkurencyjnych produktów pod własną marką wpływa bezpośrednio na pozycjonowanie. Stwarza zagrożenie dla sprzedaży małych i średnich firm. Algorytmy ustawiane w systemach preferują bowiem produkty własne. To jest element, który musi być w jakiś sposób unormowany, żebyśmy mieli dostęp do kanałów dystrybucji na równych prawach. Wiemy doskonale, że duże platformy monopolizują rynek, a monopol odbija się na konsumentach”.

Złudzeń nie pozostawia 450-stronicowy raport Kongresu USA, omawiany m.in. przez Business Insider, w którym opisano szereg monopolistycznych praktyk stosowanych przez największe firmy. To zjawisko dotarło także nad Wisłę. Na polskim rynku obserwujemy właśnie koncert największych globalnych graczy rynku e-commerce.

Pepsi czy Coca-Cola?

Dobrze jest mieć wybór i móc decydować o tym, na który produkt czy usługę się zdecydujemy. Jednak czasem ten wybór może być ograniczony. Ułatwianie dostępu do asortymentu konkurencji nie leży w interesie żadnej firmy. Dlatego w niektórych małych sklepach czy restauracjach znajdziecie albo tylko Pepsi, albo tylko Coca-Colę.

Odcinanie się od konkurencji to stara i powszechna praktyka. Decydując się na zakup konsoli, musimy to starannie przemyśleć. Niektóre tytuły są przecież dostępne tylko na konkretnym rodzaju konsoli. Wydawanie własnych gier wyłącznie na własnych konsolach, tak aby nie były dostępne nigdzie indziej, również nierzadko się zdarza. Przywiązywanie konsumenta do własnych produktów czy usług i podwyższanie progu przejścia do konkurencji to często spotykane zjawisko, któremu sprzyja rozwój technologii. Jest ono najlepiej widoczne na rynku platform streamingowych.

Początkowo na Netflixie można było znaleźć wszystko. Superbohaterów Marvela, Disneya i DC, a także tych należących do Warner Bros. Większość producentów umieszczała swoje treści na tej platformie, aby spopularyzować nowy sposób obcowania z popkulturą, zmienić nawyki konsumenckie i stworzyć realną alternatywę dla nielegalnych serwisów. Jednak z czasem prawie każde duże studio uruchomiło własną platformę streamingową. Tak znacząca inwestycja musi się przecież zwrócić i na siebie zarabiać. Dlatego naturalną konsekwencją było wycofanie swoich treści ze wszystkich konkurencyjnych platform, tak aby były dostępne wyłącznie we własnym serwisie.

Niedawno z Netflixa zniknęło ponad 130 tytułów, w tym trylogia Batmana, Harry Potter i kultowy sitcom Przyjaciele. Co łączy te tytuły? Wszystkie należą do Warner Bros., które właśnie uruchomiło w Polsce swoją własną platformę HBO MAX. Disney już dawno usunął swoje treści z Netflixa, mimo, że jego platforma nie jest jeszcze dostępna w Polsce. Polscy fani Marvela i Gwiezdnych Wojen nie mogą zapoznać się w legalny sposób z najnowszymi elementami ulubionych franczyz. To dopiero początek. Dziś i tak możemy cieszyć się z dostępu do wielu różnych platform, ponieważ znajomi wymieniają się między sobą dostępem do nich. Jednak takie praktyki uchodzą za piractwo 2.0 i już testowane są rozwiązania mające ukrócić ten proceder.

Paczkomaty Rafała Brzoski są jak Netflix 5 lat temu. Wszyscy chcą umieszczać tam swoje treści, aby zmienić trendy i nawyki konsumenckie. Konsumenci przyzwyczajają się, że kupowanie online jest proste i wygodne, a firmy przyzwyczajają się do tego, że bez e-sklepu nie da się dziś funkcjonować. Jednak wielu wielkich graczy ogłosiło już inwestycje we własną, alternatywną infrastrukturę.

Co nas czeka za kilka lat? Czy zakupy w sklepie internetowym będzie można odebrać w paczkomacie należącym do jego konkurencji? Czy zaczną się umowy na wyłączność i ograniczanie dostępności niektórych produktów? Czy marki własne Amazona będą dostępne na AliExpress, skoro marek własnych Biedronki nie ma w Lidlu? Jaka będzie pozycja małych i średnich polskich firm? Jeśli trzeba zrzucać się na utrzymanie sklepów, płacąc za opiekę nad półką, to czy podobnych kosztów nie poniesiemy za ekspozycję na internetowej witrynie?

Przed polskimi małymi i średnimi firmami rysuje się wiele wyzwań. Problemy, z którymi borykają się w handlu stacjonarnym, mogą przybrać jeszcze większą skalę w internetowej przestrzeni. Z jednej strony amerykańskie algorytmy o potencjale do tworzenia monopoli, z drugiej – chińska ekspansja związana z wieloma nieuczciwymi praktykami. To prowokuje pytania o to, czy instytucje publiczne są zdolne dostosować się do tak szybko zmieniającej się sytuacji.

Od 2010 r. koszty utrzymania Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wzrosły z 52 mln zł do 101 mln zł informuje Puls Biznesu. To najlepszy dowód na to, że sprawne i podmiotowe państwo kosztuje. Urząd nabywa nowe kompetencje i coraz sprawniej egzekwuje przestrzeganie przepisów. Reorganizuje się także Poczta Polska.

Jednak nadchodzące zmiany na rynku e-commerce wymagają jeszcze większych nakładów na te i inne instytucje. Bilans Państwowej Inspekcji Pracy w walce z łamaniem zakazu handlu w niedzielę nie napawa optymizmem. Bez odpowiedniego przygotowania państwo będzie zdolne jedynie do tak nieznaczących i bezskutecznych decyzji jak zakaz handlu w niedzielę.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.