Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn  3 marca 2018

Przekroczyć dziedzictwo Wyklętych. Brakująca opowieść o przerwanej nowoczesności

Piotr Kaszczyszyn  3 marca 2018
przeczytanie zajmie 13 min
Przekroczyć dziedzictwo Wyklętych. Brakująca opowieść o przerwanej nowoczesności Autor ilustracji: Rafał Gawlikowski

Po Jałcie możliwe było życie. Nie ograniczało się ono ani do powojennego oporu Wyklętych, ani do kolejnych polskich „miesięcy-powstań”. Zamykając oczy na 45 lat historii PRL nie dostrzegamy procesów, które w decydującej mierze ukształtowały współczesnych Polaków. Pomijamy także pracę naszych dziadków i rodziców, którzy w ramach satelickiego państwa podporządkowanego ZSRR zbudowali realne fundamenty pod niepodległą Polskę. Stąd wynika konieczność prowadzenia polityki historycznej nie nożyczkami, lecz igła i nitką. Nie wycinania i wyrzucania niepasujących nam fragmentów, ale zszywania polskiej historii XX wieku na tyle, na ile jest to możliwe. Historia niedokończonej polskiej nowoczesności – sięgającej od II RP, przez II wojnę światową i dziedzictwo Polskiego Państwa Podziemnego, aż po społeczne wymiary PRL – wciąż czeka na opowiedzenie.

Matka Wojna, ojciec Stalin

Polska Rzeczpospolita Ludowa miała dwoje rodziców. Na pierwszy rzut oka porządna rodzina, ale zarówno matka, jak i ojciec mieli swoje zasadnicze wady, które rodzinną sielankę wykluczały już na starcie. Powojenne państwo przyszło bowiem na świat w konsekwencji II wojny światowej, której geopolitycznym zwieńczeniem była konferencja w Jałcie, oraz z woli Józefa Stalina, której posłusznymi wykonawcami zostali „komunistyczni spadochroniarze” z Polskiej Partii Robotniczej.

W licealnych podręcznikach z wiedzy o społeczeństwie znajdziemy podstawową definicję państwa, wyróżniającą trzy jego atrybuty: terytorium, ludność i władzę. W przypadku PRL dwa pierwsze to wynik działań wojennych i postanowień trzech starszych panów w Jałcie. Władza natomiast to już robota samego Stalina.

Z tego powodu Polska Ludowa była państwem-uzurpatorem, częścią radzieckiego imperium o zmieniającym się na przestrzeni dekad stopniem autonomii, ale przez całą swoją historię państwem satelickim i wasalnym, pozbawionym suwerenności. W kraju rządzili mniej lub bardziej brutalnie, mniej lub bardziej dyktatorsko, ale wciąż „czerwoni towarzysze” za pośrednictwem partii i służb bezpieczeństwa. W polityce zagranicznej ostatnie słowo należało zaś do Moskwy.

Dodatkowo – jak wskazywała w Ontologii socjalizmu prof. Jadwiga Staniszkis – w ramach międzynarodowych stosunków gospodarczych (Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej) PRL i ZSRR łączyły asymetryczne relacje peryferie-centrum. My dostarczaliśmy surowców, ZSRR dawała nam gotowe produkty. Taka komunistyczna wersja kapitalistycznej „gospodarki podwykonawców”.

To wszystko nie zmienia jednak podstawowego faktu: z formalnego punktu widzenia Polska Rzeczpospolita Ludowa była może i ułomną, ale wciąż jakąś formą polskiej państwowości. Co więc z tym fantem należy zrobić?

PRL jak matrioszka

Historyczna intuicja podpowiada, aby sięgnąć po analogie z okresem zaborów. Jest to jednak pokusa zwodnicza, bo budowanie takich mniej lub bardziej szczegółowych porównań natrafia na fundamentalną przeszkodę. Carska Rosja była bowiem klasycznym imperium politycznym, Związek Radziecki zaś – imperium ideologicznym. Z tego powodu zakres ingerencji i stopień podporządkowania poszczególnych części imperium jego centrum są trudne do miarodajnego zestawienia. To, że nie nazwiemy PRL czwartym zaborem, ani Ludowym Krajem Przywiślańskim nie oznacza jednak, że nie możemy z tych historycznych wycieczek wyciągnąć wartościowych wniosków.

Po pierwsze, nieprzypadkowo używamy takich nazw jak Księstwo Warszawskie, Królestwo Polskie, Rzeczpospolita Krakowska, Wielkie Księstwo Poznańskie czy Kraj Nadwiślański. Za określonym słownictwem idzie fundamentalna refleksja: musimy dokonać rozróżnienia pomiędzy tymi formami polskiej państwowości, które wiązały się z brakiem niepodległości a tymi, które tę niepodległość gwarantowały. Nieprzypadkowo w naszej historii istniały tylko trzy właściwe Rzeczpospolite.

Takie rozgraniczenie nie oznacza jednak wycinania któregokolwiek z tych okresów z naszej historii. Chodzi o wyraźne podkreślenie, że istniały „państwa polskie” (suwerenne i niepodległe, z władzą znajdującą swoją legitymizację wewnątrz kraju, nie poza nim) oraz „państwa Polaków”: niepodległości pozbawione, ale będące takimi formami państwowości, w ramach których polskie społeczeństwo żyło, pracowało, którymi współadministrowało, w których budowało swój dobrobyt, w których wreszcie mniej lub bardziej się rozwijało i modernizowało. Czasami działo się to za pośrednictwem tych kadłubowych organizmów (Królestwo Polskie), czasami głównie w kontrze do nich (Kraj Przywiślański). Nasza pogmatwana i bolesna historia wymaga od nas odpowiedniej hierarchizacji.

Z tych rozważań wynika wniosek numer dwa.

Skoro jasno stwierdziliśmy, że nawet w okresach państwowości ułomnej i ograniczonej Polacy mogli się rozwijać, a historia nie zatrzymała swojego biegu, to w podobny sposób musimy patrzeć i analizować okres Polski Ludowej. Władza polityczna zainstalowana w naszym kraju przez radzieckie czołgi to jedno, życie społeczne milionów Polaków to drugie.

Nie chodzi tutaj o nałożenie na PRL czarno-białych barw i proste przeciwstawienie państwa i społeczeństwa, historii politycznej i społecznej. Te dwie płaszczyzny, ze względu na powszechnie znaną ekspansywność ideologii komunistycznej, będą się ze sobą w różny sposób przecinały. Chodzi jednak o priorytety: skupienie się przede wszystkim na życiu społecznym i pracy Polaków, nie zaś analizie struktur państwa, w którym przyszło im funkcjonować.

Możemy przedstawić to za pomocą metafory dwóch matrioszek. Ta większa to władza polityczna i PRL rozumiany jako państwo satelickie. Ta mniejsza – i dzisiaj istotniejsza – to życie społeczne samych Polaków. Chociaż geopolityczną siłą rzeczy jedna zawiera się w drugiej, to nie są one ze sobą tożsame. Ważne więc, abyśmy patrząc z uzasadnioną dezaprobatą na tę większą, z rozpędu nie wyrzucili czasem na „śmietnik historii” tej mniejszej. A takie ryzyko dzisiaj niestety występuje.

Czy po Jałcie było życie?

Cały spór o PRL, jak w soczewce, ogniskuje się w stosunku do Jałty. W tym kontekście możemy wyróżnić dwa modelowe podejścia. Oba mają wspólny rdzeń: Jałta to dziejowa niesprawiedliwość i geopolityczne przekleństwo. Oba podejścia różnią się odpowiedzią na pytanie co z tym ponurym fantem zrobić.

Pierwsze podejście to dominujący dzisiaj w debacie publicznej model reprezentowany przez dziedzictwo Żołnierzy Wyklętych. Odpowiedź jest jednoznaczna i dobitna: potępić, odrzucić i podjąć walkę na śmierć i życie. Takie podejście w pierwszych miesiącach i latach powojennego czasu chaosu miało swoje podstawy w realiach politycznych: okupanta niemieckiego zastąpił sowiecki, a w „Polsce lubelskiej” ostatnie słowo należało przecież do radzieckich „doradców”, nie zaś Gomułki czy Osóbki-Morawskiego.

Z upływem czasu ten swoisty „realizm” niestety szybko przemieniał się w romantyczne „dawanie świadectwa”. Ideowe pobudki i gotowość śmierci za wolność ojczyzny mieszały się z brakiem alternatywy dla „leśnego życia”. Dla coraz większej liczby Wyklętych ujawnienie równało się bowiem agonii w ubeckich kazamatach. Kiedy rozwiały się ostatecznie nadzieje na wybuch III wojny światowej, bezkompromisowe podejście do Jałty okazało się ślepą uliczką.

Już kilka lat po wojnie praktykowanie heroicznego modelu Wyklętych oznaczało dobrowolne „wyjście z historii”. Bez szans na zwycięstwo i bez perspektyw na zmianę geopolitycznego porządku żołnierze podziemia coraz bardziej oddalali się od reszty społeczeństwa. Ostatecznie ta izolacja doprowadziła do tragicznej „historycznej hibernacji” – Wyklęci zostali uwięzieni pomiędzy „wieczną wojną” a wizją niepodległej III RP, która nie może zostać spełniona.

Tymczasem właściwe życie polskiego narodu, kluczowego atrybutu każdej państwowości, toczyło się dalej. Pomimo geopolitycznego przekleństwa Jałty i na warunkach przez nią narzuconych. Wyklęci znaleźli się w pułapce bez sensownego wyjścia. 

III RP leśno-partyzancka

Z „historycznej śpiączki” Żołnierze Wyklęci zaczęli być wybudzani kilkanaście lat temu. W pierwszej kolejności przez tysiące zapaleńców: historyków, grupy rekonstrukcyjne, społeczników. Istotną cezurą w tym procesie było ustanowienie przez prezydenta Komorowskiego Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Ostatecznie z „dziejowej hibernacji” Wyklęci zostali wyciągnięci przez rządy Zjednoczonej Prawicy. Prawo i Sprawiedliwość, budując wokół podziemia antykomunistycznego główną oś swojej polityki historycznej, uwolniło jego żołnierzy z pułapki „wiecznej wojny” i niemożliwej do realizacji wizji „III RP bez Jałty”.

Walka Wyklętych została zakończona – ich zwycięstwo jest zwycięstwem moralnym, ważniejszym od tego militarnego. Komuna upadła, a źródło współczesnej polskości ma bić z Kwatery na Łączce. Jednocześnie, Wyklęci trafiając na pomniki mają zostać duchowymi patronami III RP. PiS w tej narracji nie wraca już do starej opowieści o IV RP. W zamian buduje pewnego rodzaju „historyczny most” pomiędzy czasami Żołnierzy Wyklętych a swoimi współczesnymi rządami.

Zamiast tworzyć IV RP Zjednoczona Prawica odwołuje się do widmowej, nigdy nie zaistniałej „III RP bez Jałty”, „Rzeczpospolitej leśno-partyzanckiej”. Jako „spadkobiercy Wyklętych” politycy PiS od 2015 roku wypełniają, we własnym mniemaniu, ich dziedzictwo. Budują tę „właściwą” III RP, korzeniami sięgającą rzekomo roku 1945, a nie Okrągłego Stołu.

Taki model polityki historycznej idealnie rymuje się z wizją PRL według Jarosława Kaczyńskiego.

W 1994 r. na łamach „Rzeczpospolitej” prezes PiS nazwał okres Polski Ludowej „przerwą w historii”. Obóz „dobrej zmiany” chwyta więc dzisiaj za nożyczki i z entuzjazmem bawi się w wycinanki. Skoro bowiem PRL to „przerwa w historii”, to nie ma problemu z jej wycięciem. Dzięki temu środek kartki jest pusty, można przyłożyć do siebie czasy Wyklętych i III RP. To, że brzegi są poszarpane i niespecjalnie do siebie pasują, Zjednoczoną Prawicę już nie interesuje.

Liczą się intencje, nie historyczna „estetyka”. Pozbywając się jednak w imię niedojrzałego pryncypializmu „kartki z PRL-em” PiS wyrzuca jednocześnie tę małą, społeczną matrioszkę, o której pisaliśmy wcześniej.

Czerwiec kontra Październik

W tym momencie warto wrócić do drugiego modelu radzenia sobie z przekleństwem Jałty. W nim potępienie nowego porządku nie wiąże się z bezkompromisową walką na śmierć i życie. Świadomi bezalternatywności świata w jakim przyszło nam żyć, intepretujemy PRL w duchu wspomnianego podziału na „państwo polskie” i „państwo Polaków”. Polskę Ludową więc tolerujemy (tolerancja to nie to samo co akceptacja) i staramy się do nowej rzeczywistości przystosować (co również ma granice i nie oznacza w żadnym wypadku akcesu do UB czy walki z podziemiem antykomunistycznym). Życie narodu toczy się dalej, bo w historii żadnych przerw nie ma.

Mając do wyboru cierpki kompromis i „wyjście z historii” decydujemy się na to pierwsze. Profesor Hanna Świda-Ziemba użyła kiedyś celnego porównania życia w Polsce Ludowej do znoszenia polarnego klimatu przez mieszkańców północnych krajów. „Polacy myśleli więc o możliwych liberalizacjach, reformach, zmniejszaniu uciążliwości w pewnych sferach, poszukiwali luk, próbowali obchodzić i omijać różne bariery, ale nie spodziewali się, że system za ich życia może przestać istnieć” – pisała.

Konsekwencje i zasadnicze różnice obu tych modeli w późniejszym podejściu do PRL widać najlepiej na przykładzie wydarzeń roku 1956, gdzie interpretacja „liberalizacji” zderza się z wizją „insurekcji”.

W 2016 r., przy okazji okrągłej, 60. rocznicy, władze PiS jasno opowiedziały się za interpretacją insurekcyjną. Z jednej strony brakowało wydarzeń czy oficjalnej narracji związanej z Październikiem. Z drugiej – prezydent Duda przemawiał w Poznaniu na rocznicy Czerwca wraz z zaproszonym specjalnie na tę okazję prezydentem Węgier. Wygrała więc wizja dwóch bratanków walczących z radzieckimi tankami.

Przyjęcie bezkompromisowej optyki oznacza taką właśnie interpretację PRL. Liczą się w niej „wielkie daty”: Czerwiec’56, Grudzień’70, Czerwiec’76, Sierpień’80. Wszystkie widziane jako martyrologiczne stacje polskiej drogi do niepodległości, wszystkie rozumiane wyłącznie w kluczu kolejnych „powstań narodowych”. Bez innych motywacji i argumentów. Bez spojrzenia na okres Polski Ludowej z perspektywy społecznej ewolucji. No bo skoro PRL to tylko „przerwa w historii” i okupacyjna zamrażarka, to, co niby miałoby się wówczas ważnego wydarzyć, poza kolejnymi zrywami o wolność ojczyzny?

Drugi ze wspomnianych modeli – ten, który traktuje Jałtę i życie w Polsce Ludowej w kategoriach konieczności przystosowania się do „polarnego klimatu” – oznacza przedkładanie Października nad Czerwiec. W dalszej perspektywie oznacza także interpretację kolejnych „polskich miesięcy” nie tylko w kluczu „narodowowyzwoleńczym”, ale także przez pryzmat „niegodnych” motywacji materialnych. Tych, chciałoby się rzecz, bardziej pragmatycznych: dotyczących lepszych warunków życia (Grudzień’70) czy ustrojowej ewolucji w ramach komunistycznej dyktatury (rady pracownicze i samorząd robotniczy w trakcie Października’56 lub solidarnościowy program „Rzeczpospolitej Samorządnej”).

Przede wszystkim jednak wybór Października to decyzja o tym, co chcemy pamiętać w ramach historii PRL. To podejście, które nie ogranicza się do powojennego oporu i polskich „miesięcy”. To wybór, w którym chcemy patrzeć na wiele więcej procesów i wydarzeń.

Na reformę rolną i skuteczny opór polskiej wsi przeciwko kolektywizacji, na nacjonalizację przemysłu i „bitwę o handel”. Na kolonizację polskiego „Dzikiego Zachodu” na Ziemiach Zachodnich. Na przemianę „Polski wiejskiej” w „miejską” w wyniku procesów urbanizacyjnych, masowe migracje pokoleń naszych dziadków i rodziców ze wsi do miast. Na ewolucję komunistycznego systemu ze stalinizmu w model „narodowego komunizmu” Gomułki z lat 60. i jego walkę o „polską duszę” z prymasem Wyszyńskim i programem „Wielkiej Nowenny”. Na konsumpcyjno-karierowiczowską dekadę Gierka z największym w historii Polski programem budowy mieszkań…

To perspektywa życia społecznego, tej mniejszej matrioszki. To poświęcenie mu należytej uwagi przy pełnej świadomości, że w żadnym momencie przed Okrągłym Stołem zmieniająca się skala autonomii PRL wobec centrali w Moskwie, ani kolejne reformy wewnątrz kraju nie pozwalają na przyjęcie Polski Ludowej za państwo „swoje”, suwerenne czy niepodległe.

Przez całe 45 lat PRL to było „państwo Polaków”, nie „państwo polskie”. Celnie podsumował to już w 1957 r. endecki publicysta emigracyjny, Wojciech Wasiutyński: „Gomułka i komuniści z jego otoczenia walczyli szczerze przed Październikiem i po Październiku o suwerenność. Ale nie suwerenność narodu polskiego, lecz o suwerenność polskiej partii komunistycznej”.

To zastrzeżenie nie podważa podstawowej refleksji: życie polskiego narodu i społeczeństwa toczyło się także w cieniu Jałty i nie ograniczało się w żadnym wypadku do kolejnych polskich „miesięcy-powstań”. Zamykając oczy na 45 lat historii PRL nie dostrzegamy procesów, które w decydującej mierze ukształtowały współczesnych Polaków.

To w końcu sprywatyzowany przemysł był polski czy nie?

Dzisiaj krytyka transformacji ustrojowej, w szczególności nadgorliwej prywatyzacji przemysłu, jest już politycznym mainstreamem. Deklaracje „byliśmy głupi” padały z różnych stron debaty publicznej i nikogo już specjalnie nie dziwią. Na tej krytyce i chęci „przekroczenia” negatywnego dziedzictwa transformacji wypłynęła przecież w dużym stopniu partia Jarosława Kaczyńskiego. Zwycięstwo 2015 roku w pewnym sensie było zwieńczeniem wieloletniego snucia tej, prawdziwej skądinąd, opowieści przez Prawo i Sprawiedliwość.

W tym kontekście jednak polityka historyczna tego obozu względem PRL okazuje się dosyć schizofreniczna. Jak bowiem sensownie pogodzić zabawę w wycinanki i traktowanie Polski Ludowej jako „dziury w historii” z krytyką marnotrawstwa potencjału zbudowanego właśnie w Polsce Ludowej? Czy można w ogóle nazwać te prywatyzowane przez Balcerowicza i premiera Bieleckiego zakłady „polskim przemysłem”? Kto je zbudował? Krasnoludki? Kosmici? Czerwonoarmiści? Czy jednak Polacy?

Elity intelektualne i polityczne obozu PiS zachowują się, jakby chciały zjeść ciastko i mieć ciastko. Wyrzucić PRL do „śmietnika historii”, ale wziąć z niego wcześniej to, co pasuje do układanki o „zrabowanym mieniu narodowym”. To hipokryzja podszyta postmodernistycznym podejściem do historii, w którym wybieramy sobie dowolnie elementy, które nam akurat odpowiadają do aktualnej narracji.

„Wydaje mi się, że w dziedzinie podstawowej eksperyment komunistyczny w Polsce powojennej osiągnął sukces: udało mu się pchnąć Polskę na drogę industrializacji, produkcji przemysłowej, unowocześnienia struktury społecznej, urbanizacji, udało mu się zrealizować inwestycje produkcyjne, które wykazały się już trwałością i żywotnością”. Czy to cytat z jakiegoś komunistycznego technokraty albo sekretarza Partii? Nic z tego. To słowa zdeklarowanego liberała, Stefana Kisielewskiego, zaczerpnięte z numeru paryskiej „Kultury” z 1962 roku.

Komuna upadła w dużej mierze z powodu gospodarczej nieefektywności. To oczywistość, której nikt nie chce podważać. Tak samo, jak pozorności egalitaryzmu PRL, który równość zapewniał jako tako na poziomie wynagrodzeń, ale budował elity za pośrednictwem różnorakich przywilejów pozapłacowych: od przydziału na lepsze mieszkania, pralki czy nową Syrenkę, po dostęp do ośrodków wypoczynkowych o wyższym standardzie lub możliwości zakupów w Pewexie.

Jednocześnie jednak słowa Kisiela są prawdziwe.

Polacy żyjący w PRL w mniejszej lub większej współpracy z komunistycznym systemem pchnęli nas do przodu. W Polsce Ludowej dokonał się może i kulawy, ale nadal realny postęp społeczno-ekonomiczny. Ta spuścizna to fundamenty, na których stoi także współczesna niepodległa Polska. Dostrzegając ten fakt i aprobując go, okazujemy jednocześnie szacunek naszym dziadkom i rodzicom. Pokoleniom, które żyły pod jałtańskim niebem, ale swoją pracą, wysiłkiem, poświęceniem budowały podwaliny pod niepodległą Polskę. Wycinanie ich z historii to rzecz niedopuszczalna.

XX wiek do zszycia

W tej nowej, zmodyfikowanej opowieści o PRL nie chodzi o przechodzenie ze skrajności w skrajność. Nie mamy teraz porzucić dziedzictwa Wyklętych jako „zakłamanego” czy „nieodpowiedniego” dla wyzwań stojących przed współczesną Polską. Ich walka bowiem, przy wszystkich ograniczeniach, była walką moralnie słuszną. Polska Ludowa była państwem pozbawionym suwerenności, częścią radzieckiego imperium, a nie niepodległą III RP.

Chodzi jednak o pójście dalej, o przekroczenie i uzupełnienie spuścizny antykomunistycznego podziemia. W rozmowie z naszym portalem dr Nikodem Bończa-Tomaszewski zwracał uwagę, że gdyby nie wojna i Jałta, to „leśni chłopcy i leśne dziewczyny” realizowaliby kolejne plany gospodarcze Eugeniusza Kwiatkowskiego. I to jest właściwy trop, który należy podjąć.

Wbrew rozpowszechnionym narracjom o „zerwanej ciągłości” pomiędzy II RP a PRL, istnieje płaszczyzna, gdzie występuje niemal ewolucyjna kontynuacja. Była to sfera pomysłów i rozwiązań społeczno-gospodarczych.

Planowanie gospodarcze, konieczna industrializacja, niezbędna reforma rolna, nacjonalizacja, wizja urbanizacji, przeniesienia „luźnych ludzi” z przeludnionej wsi do nowo budowanych lub rozwijanych miast, organizacja gospodarki według trzech rodzajów własności: państwowej, spółdzielczej i prywatnej – to wszystko nie wynalazki komunistów, lecz idee popularne w Polsce już w latach 30. Były obecne w programach każdej liczącej się wówczas partii: od Polskiej Partii Socjalistycznej, przez Stronnictwo Ludowe, po Stronnictwo Narodowe, nie mówiąc już o młodszych pokoleniach socjalistów, ludowców i narodowców. Pomysły te zaczęły już być realizowane w drugiej połowie lat 30. przez wicepremiera Kwiatkowskiego i ministra rolnictwa i reform rolnych Juliusza Poniatowskiego.

II wojna światowa przyniosła tylko kontynuację, a nawet radykalizację społeczno-gospodarczych postulatów we wszystkich liczących się siłach politycznych, a także w londyńskim rządzie. Co więcej, odpowiadało to nastrojom i oczekiwaniom Polaków żyjących pod okupacją. W maju 1944 r. gen. Bór-Komorowski depeszował do Londynu, bazując na zmieniających się nastrojach ludności, o konieczności włączenia w politykę rządową postulatów chłopskich i robotniczych, prezentowanych przez Stronnictwo Ludowe i PPS-WRN: „Duże przesunięcie światopoglądów na lewo. Silna radykalizacja, zwłaszcza wśród chłopów i uboższej inteligencji. Niemal powszechne żądanie kontroli społeczeństwa nad życiem gospodarczym, likwidacja skupienia dóbr w rękach prywatnych ponad określone minimum i uprzywilejowania jednostek lub grup społecznych. Władza, która by próbowała hamować ten proces naraziłaby Kraj na ciężkie wstrząsy”.

Dwa miesiące później przekaz był jeszcze bardziej stanowczy i radykalny. Bór-Komorowski domagał się natychmiastowego wydania dekretów:

– o przebudowie ustroju obejmującego przejęcie bez odszkodowania wielkiej własności ziemskiej na potrzeby reformy rolnej;

– o uspołecznieniu głównych gałęzi przemysłu i ustanowieniu rad zakładowych;

– o upowszechnieniu oświaty i opieki społecznej;

– o zasadach nowych ordynacji do ciał ustawodawczych i samorządowych.

W tym kontekście postawić należy „bluźnierczą” tezę: z ideowego punktu widzenia największą zbrodnią PRL było skompromitowanie hasła „Polski Ludowej”. W czasie II wojny stało się ono bowiem hasłem wiodącym, zarysem przyszłej niepodległej Polski. PRL, przyjmując radzieckie wersje każdego z zaprezentowanych wyżej rozwiązań społeczno-gospodarczych, wykoślawił postulaty Polskiego Państwa Podziemnego, które były zresztą w tamtym okresie powszechnie używanymi na całym świecie narzędziami modernizacji. Powojenna „Polska bez Jałty” byłaby w zdecydowanie większym stopniu niż dziś o tym myślimy podobna w dziedzinie społecznej i gospodarczej do PRL.

Stąd wynika konieczność prowadzenia polityki historycznej nie nożyczkami, lecz igła i nitką. Nie wycinania i wyrzucania niepasujących nam fragmentów, ale zszywania polskiej historii XX wieku na tyle, na ile jest to możliwe. Historia niedokończonej polskiej nowoczesności – sięgającej od II RP, przez II wojną światową, aż po społeczne wymiary PRL – wciąż czeka na opowiedzenie. Dziedzictwo „Polski Ludowej” autorstwa Polskiego Państwa Podziemnego nadal nie zostało w pełni odkryte.

Niech to będzie propozycja polityki historycznej na stulecie polskiej niepodległości: zamiast „III RP leśno-partyzanckiej” opowieść o trudnej drodze do polskiej nowoczesności, której Wyklęci byli częścią istotną, ale nie jedyną i najważniejszą.