Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn, Bartosz Brzyski  10 czerwca 2015

Nie czas na polityczną zemstę

Piotr Kaszczyszyn, Bartosz Brzyski  10 czerwca 2015
przeczytanie zajmie 4 min
Nie czas na polityczną zemstę youtube.com

Kryzys zaufania do instytucji państwa. Społeczna niewiara w śledztwa prokuratury i niezależne sądownictwo, w uczciwość wyborów; obserwowanie bezkarności polityków, odkrywanie kolejnych układów polityczno-biznesowych. To grzechy elity politycznej. Ale dziś nie czas na domaganie się vendetty, lecz na wykazanie się dojrzałością i odpowiedzialnością za państwo – aby nie wylać dziecka z kąpielą.

Poziom społecznej frustracji bije w ostatnich miesiącach wszelkie rekordy i jest to uzasadnione. Jednakże czerpanie radości z publikacji akt afery podsłuchowej jest czysto emocjonalne, nie ma racjonalnych podstaw. Zbigniew Stonoga, ujawniając materiały, wcale nie pomógł śledztwu i nie sprawił, że bohaterowie taśm zostaną osądzeni. Wręcz odwrotnie – utopił je. Sprawił, że jest już martwe. Teraz świadkowie zamilkną, bohaterowie będą bali się zeznawać. Skompromitowana prokuratura nie będzie miała narzędzi, żeby wydobyć informacje od kogokolwiek. Możemy być pewni, że ta sprawa nie zostanie wyjaśniona, a wskazani politycy po prostu będą powoli odsuwani na margines.

Jeżeli ktoś uważa, że PO jest sitwą kontrolującą życie polityczne w Polsce, powinien się przekonać, że jest zupełnie odwrotnie. Rządzący wychodzą na grupę amatorów, którym największym osiągnięciem jest przejadanie pieniędzy w drogich restauracjach, co najwyżej wyłudzanie pieniędzy za pomocą kilometrówek, jakieś półoficjalne spotkania z biznesem czy skandale obyczajowe w tle. Spora część ujawnionych materiałów przypomina newsy rodem z tabloidu. I jest to godne potępienia, ale z punktu widzenia państwa mało istotne. Tak bowiem dzieje się wszędzie, gdzie w grę wchodzi władza. Sprawne państwo – mające dobre służby i wymiar sprawiedliwości – powinno doprowadzać do eliminowania takich osób; to przede wszystkim świadczy o kondycji państwa. Regularne wycieki i upublicznianie informacji pokazują, że PO nie kontroluje sytuacji, a więc albo podległe jej służby działają bez nadzoru, albo mamy do czynienia z graczem, którego nie jesteśmy w stanie zidentyfikować. Przy obecnej sytuacji, kiedy zinfiltrowanie Polski przez rosyjski wywiad jest o wiele wyższe niż dotychczas, przeraża to o wiele bardziej niż rozmowy Bieńkowskiej czy Sikorskiego.

Owszem, większość bohaterów afery podsłuchowej powinno zostać wyeliminowanych z życia politycznego, ale oni odejdą, a kalekie państwo z podłamanym zaufaniem społecznym do każdego elementu pozostanie. I to jest nasz największy problem. 

Na listach bestsellerów możemy odnaleźć książkę Wojciecha Sumlińskiego „Niebezpieczne Związki Bronisława Komorowskiego”. Dobrze przywołać tu jego osobę, ponieważ jest szczególnie szanowany przez prawicowców i może to przekona szczególnie ich, że sprawa zapewne jest bardziej skomplikowana, niż im się wydaje. Otóż w poprzedniej książce „Z mocy nadziei” opisuje on kulisy ujawnienia w tygodniku „Wprost” zdjęcia Aleksandra Kwaśniewskiego z Markiem Dochnalem, związanym z aferą Orlenu. Sumliński spotkał się z informatorem, który zażądał od niego szybkiej decyzji – albo publikujecie zdjęcie, albo trafi ono do innej redakcji. Dziennikarz spotkał się więc z naczelnym tygodnika i uznano, że zdjęcie powinno zostać upublicznione. Tak też się stało.

Obserwując skutki swojej decyzji, Sumliński uznał, że popełnił błąd. Przekonanie, że działa w dobrej wierze, informując opinię publiczną o kłamstwie Kwaśniewskiego, miała brzemienne skutki. Jak sam twierdzi, służby specjalne wykorzystały „Wprost” jako narzędzie do poinformowania prezydenta, że jeżeli stawi się na komisji śledczej w sprawie Orlenu, może mieć to dla niego przykre konsekwencje.

Tak też się stało – Kwaśniewski przestraszył się i nie stawił się na komisji, chociaż przed publikacją zapowiadał coś przeciwnego.

Przykład ten pokazuje dobitnie, że nie zawsze upublicznianie informacji przynosi pozytywne rezultaty i że doniesienia mediów nie są wystarczające, aby pojąć złożoność toczącej się gry.

W materiałach udostępnionych w Internecie, oprócz skandalicznego ujawnienia danych osobowych urzędników i świadków, mamy do czynienia głównie z wątkami drugiej kategorii. Nie wnoszą one wiele więcej od tego, co zostało już opublikowane na łamach „Wprost” czy „Do Rzeczy”. To była robota dziennikarska, a nie skandaliczna wrzutka, która kończy śledztwo. I tak, można mówić, że to śledztwo i tak pozostałoby bez rozwiązania, ale dzisiaj mamy tego pewność. Możemy się cieszyć, że znamy kulisy spotkań córki Jana Kulczyka, ale jest to po prostu głupie, biorąc pod uwagę, że nie wiemy, kto i w jakim celu zaaranżował jedną z największych afer III RP.

Co ciekawe, z materiałów jasno wynika, że red. nacz. „Wprost” Sylwester Latkowski ostrzegał Bartłomieja Sienkiewicza przed ujawnieniem pierwszych nagrań o skali podsłuchów. W tym celu spotkał się między innymi z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem. Ten w zeznaniach tłumaczy, że Latkowski wyrażał zaniepokojenie wynikające z faktu, że nie wie, komu zależy na publikacji taśm, które mogą zdestabilizować sytuację w kraju, i prosił o szybką reakcję MSW. To pokazuje, podobnie jak w przypadku Sumlińskiego, że Latkowski nie wiedział, w czyim interesie publikuje taśmy i był tym jeżeli nie przestraszony, to przynajmniej bardzo zaniepokojony i zdezorientowany.

Zbigniew Stonoga zachowuje się jak słynny Joker, który cieszył się patrząc, jak świat płonie. Tylko że zamiast wyrzucić obecną elitę za burtę, podpala statek, zapominając, że na nim płyniemy. Dodatkowo rodzi się pytanie, na ile Zbigniew Stonoga jest samodzielnym graczem, na ile kartą w talii polskich lub zagranicznych służb. Niewiadomych w tej sprawie jest naprawdę wiele. Dlatego jesteśmy dalecy od porównywania Stonogi do Edwarda Snowdena. Tym bardziej, że sama instytucja whistleblowera ma zdecydowanie więcej wspólnego z zakulisowymi rozgrywkami służb niż ideową walką o wartości demokracji.

W czasie skandali wyborczych z jednej strony odrzuciliśmy narrację PiS, mówiącą o sfałszowaniu wyborów samorządowych, z drugiej walczyliśmy o wyjaśnienie nieprawidłowości, archiwizację kart do głosowania oraz długofalowe zmiany prawne i instytucjonalne w celu eliminacji takich patologii na przyszłość. Przed piątą rocznicą katastrofy smoleńskiej zwracaliśmy uwagę na problematyczność zarówno publikacji niemieckiego dziennikarza Jürgena Rotha, suflującego tezę o zamachu, jak i wrzutek odnośnie do alkoholu w kokpicie Tupolewa. Powód? Nie wierzyliśmy w przypadkowość ujawnienia tych materiałów akurat przed 10 kwietnia, które były jednoznacznie na rękę państwu rosyjskiemu.

Nie mamy wątpliwości, że wspólnym mianownikiem musi być państwo i sprawność jego instytucji. Dlatego odrzucamy dyskusyjną pod kątem potencjalnych zakulisowych rozgrywek bohaterszczynę Zbigniewa Stonogi i jednocześnie potępiamy poziom i kondycję obecnych elit politycznych.

Nawet jeżeli niedługo nowa władza będzie starała się zaprowadzać porządek w niefunkcjonujących lub pozostających poza kontrolą sferach, to odbudowa zaufania obywateli oraz szacunku do państwa i prawa potrwa lata. I to jest prawdziwa tragedia, która będzie miała swoje konsekwencje dłużej niż przez najbliższą kadencję.