Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Łukasz Kożuchowski  17 listopada 2019

1861 – zapomniana rewolucja, zapomniana tożsamość

Łukasz Kożuchowski  17 listopada 2019
przeczytanie zajmie 6 min

Chłopski strajk 1861 r. jest bodaj najbardziej zapomnianym przełomem w dziejach Polski. Stanowił jednak ważną lekcję prowadzenia polityki. Wtedy to polskie elity wbrew interesowi narodowemu wybrały drogę represji przeciwko tym, od których potrzebowali później pomocy podczas powstania 1863 r. Chłopi jednak zamknęli przed nimi drzwi. Okazało się bowiem, że nie da się wyzwolić narodu bez niego samego. Nie da się też rzetelnie opowiedzieć jego historii, jeśli robi się to oczami 10% członków wspólnoty.

Chłopski rodowód Polaków

Losy chłopów nie należą do najpopularniejszych zagadnień historii. Zarówno w szkołach, jak i w tekstach kultury masowej przedstawia się głównie życie elit. Większość z nas, patrząc wstecz na losy swojej rodziny, stwierdziłoby jednak, że dzieje samych elit to dzieje obce. Mało kto wśród swoich przodków odnalazłby monarchów, zamożną szlachtę czy inne postaci znane z podręczników. Większość z nas wywodzi się wyłącznie lub niemal wyłącznie ze środowisk chłopskich. Nasza historia, historia Polski, jest więc historią chłopów, a zarazem historią zapomnianą.

Jednym z argumentów podnoszonych za tym, aby na wpływowych i możnych skupiać się w popularyzacji historii jest fakt, że to właśnie te sfery przyczyniały się do kluczowych zmian w dziejach. Masy ludu, w tym nasi chłopscy pradziadkowie i prababcie, to zaś ponoć grupa bierna czy nijaka. Powszechnie losy chłopów są uznawane za nudne i monotonne. Chłopskość jedynie czasami pojawia się w przestrzeni publicznej w nieciekawej formie kiczowatych wariacji na temat folkloryzmu.

Wbrew powszechnym sądom nasi chłopscy przodkowie odgrywają w historii rolę podmiotową. Oni bowiem współkształtowali to, co jest Polską dzisiaj. I dokonali tego nie tylko codzienną, żmudną pracą, ale i zdecydowanymi zrywami polityczno-społecznymi.

Co więcej, mechanizmów „wielkiej”, elitarnej historii nie sposób dobrze zrozumieć, izolując ją od społecznego (czyli głównie chłopskiego) kontekstu, w którym funkcjonowała. Wyraźnym tego przykładem jest zapomniany antypańszczyźniany bunt chłopów Królestwa Polskiego w 1861 r.

Długi cień pańszczyzny

Zatrzymajmy się na chwilę nad aspektem antypańszczyźnianym. Pańszczyzna to chyba najbardziej abstrakcyjny i nieciekawy dla współczesnego Polaka termin, jaki można sobie wyobrazić. Czasem pojawia się w debacie publicznej w kontekście rzekomej mentalności Polaków, którą określa się jako pańszyźnianą, folwarczną lub chłopską. Niezależnie od konkretnej nazwy, miewa się tu czasem na myśli ludzi niedojrzałych, cynicznych bądź skłonnych do serwilizmu. Jednak dawanie upustu swoim niechęciom lub zdumieniu postawą drugiej strony sporu za pomocą takich właśnie porównań nie dość, że jest niską strategią polemiczną, to ponadto jest strategią nieadekwatną. Rzetelnej wiedzy o świecie politycznym i społecznym w ten sposób nie zdobędziemy, a używanie tego typu absurdalnych inwektyw jest raczej dowodem na to, że ich użytkownicy są przekonani o ostatecznej słuszności swoich zapatrywań politycznych niż o tym, że mają głęboką wiedzę historyczną czy znajomość współczesnych realiów Polski. Tym bardziej musimy rzetelnie przyjrzeć się pańszczyźnie.

Pewnie uczyliśmy się o niej w szkole i wielu z nas pamięta, że chodziło w niej o nieodpłatną, niedobrowolną pracę chłopów na rzecz szlachty. Powyższa ogólna definicja nie umożliwia jednak zrozumienia, dlaczego dla naszych przodków ów system był tak bardzo niechcianym elementem ustroju społecznego, że wywoływali oni przeciw niemu liczne bunty. Ten z 1861 r. był ostatnim w dziejach.

Wyobraźmy sobie, w charakterze paraleli, następującą sytuację: jesteś pracownikiem w korporacji, a twój szef, wspierany przez kilku pomocników, ma obowiązek zapewnić Ci podstawy bytowania. W zamian za to musisz u niego pracować przez kilka dni w tygodniu. Jednak w praktyce nieraz to szef czy jego wysłannik arbitralnie określa wymiar tej pracy i ocenia jej wykonanie. Na dodatek od jego decyzji właściwie może nie być odwołania, a za źle wykonane obowiązki czy niesubordynację karze się, nawet brutalnie, fizycznie. Pojawiają się nadużycia, których realną skalę trudno precyzyjnie oszacować. Oczywiście przesadą byłoby twierdzić, że absolutnie każdy dziejowy pan na włościach był brutalem – a już na pewno nikt nie popełniał zła z samego faktu bycia „szlachetnie urodzonym” – natomiast przekazy historyczne wskazują, że realia nieraz odbiegały od poprawności.

Ucisk, reakcja i odpowiedź elit

Przejdźmy już do samego strajku. W 1861 r. car-reformator – Aleksander II Romanow – ogłosił zniesienie pańszczyzny w Cesarstwie Rosyjskim. Królestwo Polskie, znajdujące się wówczas pod jego panowaniem, cieszyło się sporą autonomią i owa reforma go nie objęła. Informacje o zmianach w Rosji dotarły jednak do chłopów na zachód od Bugu. Przekazywana z ust do ust wieść o zmianach szybko się rozprzestrzeniała. Wielu polskich chłopów – przez pomyłkę, a może i celowo – stwierdziło że prawo uwalniające od pańszczyzny dotyczy także i ich, w związku z czym po prostu przestało przychodzić „na pańskie”.

Gospodarstwo po gospodarstwie, wieś po wsi odmawiali odrabiania pańszczyzny, wyraźnie żądając samodzielności. W ciągu kilku tygodni (weźmy poprawkę na to, że przecież w tamtych czasach chłopi nie tylko nie mieli dostępu do telefonu czy Internetu, ale w znacznej większości nie umieli nawet czytać i pisać!) liczba strajkujących sięgnęła około dwustu tysięcy. Nawet w dzisiejszej Polsce taki ruch społeczny byłby znaczący. W owych czasach stał się zaś siłą nie do zatrzymania, mimo że chłopi formalnie nie mieli udziału w rządach.

Niestety ówczesne władze autonomicznego Królestwa nie zdecydowały się na stanowcze kroki. Chłopi żądali prawnego uznania swojej podmiotowości i przyznania im na własność ziemi, na której pracowali od setek lat, co zresztą było już wówczas faktem dokonanym w zaborze pruskim i austriackim. Władze Królestwa były jednak nazbyt powściągliwe. Zaproponowały chłopom zamianę pańszczyzny na opłaty pieniężne za użytkowanie ziemi. Był to sukces, choć nie satysfakcjonujący w pełni. Bunt zaś tam, gdzie wciąż się tlił, został złamany, nieraz brutalnie. Polskiej szlachcie w obronie swoich partykularnych interesów zdarzało się nasyłać na swoich sąsiadów rosyjskie wojsko. Wkrótce jednak okazało się, że 1861 r. miał dla całej historii Polski znacznie większe znaczenie.

Nierozwiązaną i palącą kwestię chłopską miał bowiem kto się zająć  – byli to powstańcy styczniowi. To nie przypadek, że już w pierwszym swoim manifeście ogłosili spełnienie żądań chłopów z 1861 r. Wiedzieli, że zmobilizowana wieś może dać powstaniu potężne siły. Bez tej świadomości zapewne nie zdecydowano by się na zbrojne wystąpienie. Dlatego też pieczołowicie dbano o to, by danie chłopom ziemi na własność nie pozostało martwą literą. Szczególne determinacją na tym polu wykazał się Romuald Traugutt.

Powstanie upadło zaś i dlatego, że kartą uwłaszczenia zagrał również sam car. Aleksander II doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że podburzeni chłopi w obliczu powstania mogą stanowić poważne zagrożenie. Dlatego 2 marca 1864 r. ogłosił ukaz, który kategorycznie znosił zależność chłopów od szlachty i dawał im ziemię na własność.

Innymi słowy: w 1861 roku spełniono postulaty strajkujących, powstanie styczniowe być może by nie wybuchło. Zamiast tego, dzięki reformatorskiemu podejściu cara, być może w Królestwie Polskim rozwijano by swobody narodowe. Powstańcy nie mieliby kluczowej karty przetargowej, umożliwiającej im mobilizację wsi. Gdyby w trakcie powstania car nie ogłosił uwłaszczenia, być może nie upadłoby ono tak szybko. Bez zapomnianego roku 1861 nie byłoby czczonych w polskiej pamięci lat 1863-1864 w takim kształcie, w jakim je znamy.

Wnioski z historii

Bunt 1861 r. unaocznia nam coś bardziej ogólnego niż jeden ciąg przyczynowo-skutkowy w dziejach. Historia tego strajku to przecież nic innego jak opis losu elit, które odmówiły ludowi podmiotowości. Tak postępujący politycy skazani są albo na działania autodestrukcyjne, albo na posługiwanie się środkami zbyt skąpymi, żeby móc zrealizować jakąkolwiek szerszą wizję polityczną.

Tymczasem lud – nie tylko wiejski, ale i miejski – w historii Polski działał tak samo jak współcześnie. To on ofiarną mobilizacją odparł bolszewicką nawałę w 1920 r. i na imponującą skalę działał przeciw hitlerowskiemu najeźdźcy podczas II wojny światowej (m.in. Bataliony Chłopskie). W latach 80. stanowił o fenomenie „Solidarności” i zawyrokował o upadku komunizmu. Przykłady z przeszłości można by mnożyć.

Ta ukryta (albo też po prostu zapomniana) podmiotowość ludu jest kwestią żywą również dzisiaj. Dowodem tego są chociażby najnowsze badania Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego. Szukali oni odpowiedzi na pytanie, dlaczego Polacy w wyborach masowo popierają obecny rząd, choć wiele jego działań budzi poważne kontrowersje. Przeprowadziwszy ponad tysiąc wywiadów, doszli do wniosku, że Polacy zasadniczo traktują polityków wedle swoich priorytetów. Nie są ślepymi odbiorcami mediów, zauważają wady różnych stronnictw. Nie idą za nimi bezwarunkowo, lecz głosują wedle obrachunku szans i ryzyka. Polska klasa ludowa to nie naiwne dzieci, przynajmniej w całości, lecz  świadomi wyborcy. Można się z nią zgadzać lub nie, lecz ignorancją jest uznawać ją za zupełnie bezrozumny motłoch.

Prawdą jest, że szerokie kręgi społeczne nie zawsze mogą głośno mówić o swoich potrzebach i nie zawsze udaje się im zrealizować swoje cele. Wola ludu oczywiście nie jest też zawsze słuszna. Jednak zlekceważenie podmiotowości ludu zawsze prowadzi do wytworzenia fałszywej wizji polityki, która staje się historią o działaniach wyłącznie wybitnych jednostek lub równie wybitnych gremiów, które oczywiście grają istotną, lecz niewyłączną, rolę. Na płaszczyźnie praktycznej takie postawienie sprawy skutkuje po prostu radykalnym oderwaniem od rzeczywistości. Jeśli elity będą trwały w przyzwyczajeniu do bycia wyłącznym posiadaczem podmiotowości, wtedy przepaść między ich oczekiwaniami a rzeczywistością polityki zawsze będzie powodowała irytację tych na górze i pogardę czy stereotypizację tych na dole. Wbrew temu widmu lud ma swoją podmiotowość, choć często jest ona subtelna, ukryta, niewidoczna od razu. Czasem jest też po prostu wypierana lub zapominana. Warto pamiętać o tym, gdy analizujemy historię naszego kraju i naszych przodków, a także i dziś, gdy przyglądamy się polityce i współczesnemu społeczeństwu.

Artykuł pochodzi z elektronicznego wydania czasopisma idei „Pressje” . Zachęcamy do nieodpłatnego pobrania całego numeru w formatach PDF, EPUB i MOBI.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.