Bosak i Mentzen stworzą nowy PO-PIS? Tak mogą skończyć się spory w Konfederacji
Wielki finał trasy Bosak & Mentzen w Warszawie (2023). Źródło: zrzut ekranu z https://www.youtube.com/live/dh8TOXduSsM?si=7YxFD78XESrVILUg
Krzysztof Bosak aspiruje do zostania liderem zjednoczonej, szerokiej centroprawicy. Sławomir Mentzen marzy o centrowej partii, która przejmie też bardziej zamożnych, wielkomiejskich wyborców dzisiejszej Koalicji Obywatelskiej. Za kilka lat możemy zatem doświadczyć powtórki z historii. Gdy dzisiejsi liderzy Konfederacji dojrzeją do tego, by pełnić kluczowe role na scenie politycznej mogą podzielić między siebie polskich wyborców. Tak, jak kiedyś zrobili to Kaczyński i Tusk, którzy też obiecywali wspólne rządy.
Krytyka dwugłowej egzekutywy jest przesadzona
Jako zewnętrzny ekspert zostałem zaproszony na spotkanie dotyczące wyborów i partii politycznych w cyklu #Projekt27. To inicjatywa Sławomira Mentzena, w której zaprosił obywateli do wspólnego pisania programu na wybory 2027 roku.
Dyskutowaliśmy głównie o sprawach, które zdają się interesować jedynie koneserów: o ordynacji wyborczej, reformie prawa referendalnego czy systemie finansowania kampanii i partii politycznych. Witold Tumanowicz zaprezentował jako efekt prac programowych zespołu szereg dobrych pomysłów, w tym mój autorski, promowany od 2015 roku „dzień referendalny”.
W toku debaty pojawił się jednak także wątek ustrojowy. Jak zwykle na polskiej prawicy – pozostali dyskutanci mocno przekonywali, że powinniśmy odrzucić dwugłową egzekutywę i zdecydować się na jeden ośrodek władzy: prezydenta lub premiera.
Zwykłem w takich debatach przypominać, że narzekanie na polski model ustrojowy jest przesadzone. Pytałem współrozmówców czy naprawdę chcieliby, aby za rządów Donalda Tuska i Rafała Trzaskowskiego nie było żadnego bezpiecznika albo żeby za rządów PiS-u prezydent Andrzej Duda nie wetował najgłupszych pomysłów PiS.
Przekonywałem, że naprawdę Polsce nie dzieje się wielka krzywda, kiedy prezydent wetuje kilkanaście procent ustaw, a kohabitacja działa dużo lepiej, niż zwykło się o tym mówić w mediach.
Władza w Konfederacji jak w polskiej Konstytucji
Do wątku odniósł się Sławomir Mentzen, który powiedział: Jestem zwolennikiem tego, by władza była skoncentrowana w jednym miejscu. Nie kojarzę dobrze rozwijającej się firmy, która ma dwóch prezesów, którzy nawzajem się zwalczają. Nie kojarzę dobrze działającej drużyny sportowej, która ma dwóch trenerów. Nawet Klub Jagielloński ma jednego prezesa.
Podniosłem kontrargument, że w samej Konfederacji sytuacja wygląda przecież jednak zgoła inaczej. – Konfederacja nie ma żadnego prezesa, ma 12-osobową radę liderów i działa jak działa – zareagował lider Nowej Nadziei.
Zupełnie poważnie twierdzę, że w epoce przywództwa Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka Konfederacja jest pozytywnym przykładem dwuwładzy. Funkcjonuje dziś strukturalnie lepiej niż większość pozostałych polskich partii politycznych.
Jej przykład dowodzi, że kiedy dwie strony – narodowcy z Bosakiem i wolnościowcy z Mentzenem na czele – mają różne wartości i poglądy, ale łączy je wspólny interes, nieźle zaprojektowane instytucje, jak Rada Liderów w Konfederacji, oraz minimum powagi i kultury politycznej, to taki układ ma prawo sprawnie działać.
Dokładnie tak samo mogłoby być z dwuwładzą prezydenta i premiera w państwie. Wystarczyłaby odpowiednia kultura polityczna i świadomość wspólnego interesu, by układ ten funkcjonował znacznie lepiej, niż dziś.
Wieczór wyborczy będzie ostatni dniem Konfederacji?
Jednocześnie ten, delikatnie mówiąc, brak entuzjazmu Mentzena do idei dwuwładzy skłania do spekulacji o przyszłości całej formacji.
O kryzysie Konfederacji i braku chemii między liderami sporo się ostatnio, głównie na kanwie rzekomego sporu o wypowiedzi dotyczące gen. Kukuły, dyskutuje. Zgadzam się z Robertem Mazurkiem, który przekonywał niedawno w Kanale Zero, że Konfederacja niemal na pewno dowiezie jedność do wyborów w 2027 roku.
Kilka miesięcy temu słyszałem od osoby blisko związanej z partią, że wieczór wyborczy 2027 roku będzie ostatnim dniem tego projektu. Mazurek, powołując się na swoich rozmówców, mówi podobnie: rośnie przekonanie, że po wyborach jedna grupa wyląduje w opozycji, a druga wejdzie do rządu.
Wygląda na to, że sami politycy Konfederacji powoli oswajają się z myślą, że ich drogi w końcu się rozejdą – i to być może tuż po ogłoszeniu wyników.
Czy to oznacza, że na politycznym placu boju przetrwa tylko jeden z nich? Stawiam tezę, że nie. Od dawna uważam, że z duetem Bosak-Mentzen może być dokładnie tak, jak z Tuskiem i Kaczyńskim.
Bosak nowym Kaczyńskim, Mentzen nowym Tuskiem?
Krzysztof Bosak ma dziś oczywistą, ale i w pełni zrozumiałą aspirację – chce zostać liderem zjednoczonej, szerokiej polskiej centroprawicy. Mówiąc bez ogródek: chce po prostu zastąpić Jarosława Kaczyńskiego. Jego planem jest przetrwanie momentu odejścia Naczelnika z bieżącej polityki i przeczekanie wojen frakcyjnych w PiS-ie.
Podczas gdy ludzie Morawieckiego i Czarnka będą spalać się w sporach o sukcesję, Bosak będzie grać na to, że ich wyniszczający konflikt zadziała na jego korzyść. To on ma być tym racjonalnym liderem, któremu zaufają osieroceni prawicowi wyborcy – zarówno ci z Konfederacji, jak i rozczarowani wewnętrznymi wojnami dotychczasowi zwolennicy PiS-u.
Wierzy, że za dekadę to on będzie nowym Naczelnikiem – polskim wariantem Giorgii Meloni, czyli politykiem, który wszedł na scenę z twardej prawej strony, by docelowo zastąpić dawną centroprawicę. I powiem więcej: uważam, że ma ku temu realne szanse i predyspozycje.
A Mentzen? Od dawna marzy nie tyle o byciu liderem antysystemowej niszy, ile o partii dużej i znacznie bardziej centrowej. Wie, że ze swoimi radykalnie wolnorynkowymi poglądami gospodarczymi nie ma czego szukać u tradycyjnego, socjalnego elektoratu PiS-u.
Mentzen na dłuższą metę musi więc łowić gdzie indziej niż Bosak. Docelowo celuje dokładnie tam, gdzie dzisiaj znajduje się Donald Tusk – wśród wyborców zamożniejszych, wielkomiejskich, ale wcale nie skrajnie postępowych.
Obecna epoka i jej polityczny klimat tylko mu sprzyja. Tusk chwalący się murem na granicy, twardą polityką wobec migrantów z Białorusi, kręcący nosem na związki partnerskie i powtarzający, że obce trybunały nie będą nam nic dyktować, w praktyce idealnie oczyszcza i legitymizuje to pole dla Mentzena.
PO-PiS też miał być koalicją
Tu dochodzimy do najzabawniejszego elementu tej analogii. Dzisiejszy, plemienny podział polskiej sceny politycznej narodził się przecież w momencie, gdy wszyscy spodziewali się zupełnie czegoś innego. W 2005 roku czekaliśmy na koalicję PO-PiS, Tusk i Kaczyński grali do jednej bramki przeciwko postkomunie.
Za dwie kadencje możemy być świadkami powtórki z historii. Gdy Bosak i Mentzen dojrzeją do tego, by pełnić kluczowe role w państwie, nie będą rządzić razem. Staną po dwóch konkurujących ze sobą stronach barykady.
Tak jak dwadzieścia lat temu Kaczyński z Tuskiem skutecznie zakończyli epokę postkomunizmu, tak Bosak z Mentzenem mogą ostatecznie domknąć epokę PO-PiS-u i potem zająć jego miejsce.
Jak zaś uczy doświadczenie sprzed dwóch dekad wyborcy przekonani o konieczności współpracy i głębokiej ideowej zbieżności tych dwóch środowisk szybką mogą nauczyć się nowej polaryzacji i stać się w niej równie zapiekli, jak dziś wyborcy PiS i Koalicji Obywatelskiej.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

