Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Fundusz Odbudowy Ukrainy. Wobec rusofilii Niemców i Francuzów Polska musi porozumieć się z Brukselą

Nie jest przypadkiem, że przedstawiciele władz Niemiec i Francji ogłaszają, że Ukraina dołączy do Unii najwcześniej za 20 lat, czyli w praktyce nigdy. Włączenie Ukrainy nie jest w smak ani jednym, ani drugim. Oto bowiem pojawiłoby się nowe państwo członkowskie liczące 40 milionów obywateli, które istotnie zmieniłoby polityczną układankę we wspólnocie na korzyść krajów naszego regionu. Z nieco ponad 100 milionów „wschodnich” Europejczyków nagle zrobiłoby się ich 150 milionów, czyli tyle samo, ile łącznie liczą Francja i Niemcy. Jakkolwiek nie powinniśmy ustawać w staraniach na rzecz ukraińskiej akcesji, to realizm podpowiada, że Ukraina w przewidywalnej przyszłości nie wejdzie do Unii. Okno, które otwarło się wraz z rosyjską inwazją, powoli się zamyka. Trzeba zacząć szykować plan B. Powinien nim być unijny fundusz odbudowy Ukrainy.

Od rosyjskiej agresji na Ukrainę minęły 3 miesiące. Wojna, trwająca przecież od 2014 roku, wchodzi w nową fazę. W oparciu o zdanie różnych ekspertów zajmujących się problematyką bezpieczeństwa można postawić hipotezę, że rozpoczęta po Wielkanocy rosyjska ofensywa w Donbasie wyczerpuje swoje możliwości. Rosjanie okopują się na zdobytych terenach, szykują się do ich obrony. W rezultacie jesteśmy świadkami zmiany charakteru tego konfliktu.

Już sama intuicja podpowiada, że tak się właśnie dzieje – w lutym i marcu wielu z nas śledziło doniesienia z frontu niemal minuta po minucie, później przeszliśmy na tryb dobowy, a obecnie coraz częściej aktualizujemy stan wiedzy raz na tydzień. Nawet analitycy, którzy w pierwszych dniach wojny publikowali w mediach społecznościowych dzienne komentarze, dziś wrzucają podsumowania z kilku wcześniejszych dni. Ostatnio w debacie publicznej zaczęło pojawiać się coraz więcej doniesień o planowaniu rozejmu. Sygnały takie płyną zarówno z Pałacu Elizejskiego, jak i Urzędu Kanclerskiego.

Z różnych stron niemieckiej i francuskiej polityki słychać absurdalne z naszej perspektywy głosy, że pora na jakieś rozmowy w umownym formacie „Mińsk 3”, które umożliwiłyby prezydentowi Rosji wyjście z twarzą z tej całej ukraińskiej „awantury”. Co więcej, echa tych argumentów zaczynają pojawiać się także za oceanem – niedawno w „New York Timesie” ukazała się opinia redakcji pod wiele mówiącym tytułem The War in Ukraine Is Getting Complicated, and America Isn’t Ready.

Stanowisko przedstawione w tym wstępniaku koresponduje z wypowiedziami wiceprzewodniczącej niemieckiej partii Die Linke, Sahry Wagenknecht, która regularnie wzywa do wstrzymania wojskowej pomocy dla Ukrainy.

Niemcy i Francuzi grają na Rosję

Moment pojawienia się takich głosów wydaje się nieprzypadkowy. Nawet jeśli Kijów wciąż jest daleki od wygrania wojny w sensie militarnym, to jednak w wymiarze strategicznym Rosjanie przygotowują się już nie do ataku, ale obrony swoich zdobyczy. Zawarcie w tym momencie rozejmu jest zatem na rękę Kremlowi. Daje Rosji szansę, a co najważniejsze, czas na konsolidację i odzyskanie zdolności bojowej.

Z drugiej strony wyraźna intensyfikacja wojskowej pomocy ze strony Zachodu mogłaby przechylić szalę na korzyść Ukraińców, a tym samym przyczynić się do jeszcze większej porażki Moskwy, czego ani Berlin, ani Paryż, najwyraźniej nie chcą. Ponadto trudno nie dostrzec innego źródła tego zjawiska.

Niemieckie i francuskie propozycje rozejmu, wychodzące de facto naprzeciw interesom Kremla, zaczęły się pojawiać nie tylko wraz z załamaniem się perspektyw rosyjskiej ofensywy w Donbasie, ale także, a może przede wszystkim, po deklaracji ze strony administracji prezydenta Bidena, że celem USA jest osłabienie Rosji. Taka wizja nie mogła spodobać się ani w Paryżu, ani tym bardziej w Berlinie. Jej elementem jest nie tylko mocniejsze zaangażowanie Amerykanów w Europie Wschodniej (będącej dotychczas wyłączną domeną niemieckiej Ostpolitik), ale także radykalne, geostrategiczne przesunięcie Europy na Wschód. Wraz z osłabieniem Rosji istotnie wzmacnia się bowiem pozycja całego naszego regionu, który dotąd musiał żyć w cieniu zagrożenia ze Wschodu i z tego powodu potrzebował zachodnioeuropejskich gwarancji.

Dlatego też zarówno Francuzi, jak i Niemcy będą robić wiele, aby taka wizja się nie zmaterializowała. Wspomniany wstępniak NYT, z którego wylewa się niemiecko-francuska projekcja strachu przed pokonaniem Rosji, i inne głosy opiniotwórczych amerykańskich mediów (co warte podkreślenia – sytuujących się po obu stronach demokratyczno-republikańskiej wojny) są jakimś potwierdzeniem, że machina niemieckiej dyplomacji publicznej ruszyła i będzie chciała skruszyć poparcie dla większego zaangażowania Waszyngtonu po stronie Kijowa. Niestety polskie głosy ukazujące się w amerykańskiej prasie, np. niedawny tekst Anny Wojciuk w „Foreign Policy”, tak „spinują” narrację naszych zachodnich partnerów, że trzeba uważać ze wspieraniem podejrzanych politycznie reżimów z Europy Środkowej. Ten amerykański front jest oczywiście szalenie ważny, bo w końcu gros uzbrojenia trafia na Ukrainę właśnie z USA.

Komisja na kursie kolizyjnym z Berlinem i Paryżem

Nie można jednak zapominać, że równie istotny jest pojedynek, który rozgrywa się na Starym Kontynencie. Ma on dość nieoczywistego rozgrywającego. Widać bowiem wyraźnie, że Komisja Europejska zwietrzyła okazję, aby wzmocnić swoją pozycję w wewnątrzunijnej układance instytucjonalnej. Dotychczas budowała ją na pryncypialnym stanowisku wobec Warszawy i Budapesztu w obszarze rule of law.

Nie jest jednak żadną tajemnicą, że o wiele lepiej budować swoją pozycję na sporze z silniejszym przeciwnikiem. Wojna na Ukrainie stworzyła Komisji Europejskiej taką szansę, bo stanowiska Berlina i Paryża idą w wyraźnej kontrze do polityki innych państw członkowskich, ale co ważniejsze, całej zachodniej opinii publicznej. Można zresztą odnieść wrażenie, że okładanie kijem Niemców jest dziś wręcz mile widziane.

Możliwe zatem, że taka polityczna kalkulacja stała (i stoi) za bardzo stanowczym stanowiskiem Komisji zarówno w sprawie odchodzenia przez kraje UE od rosyjskich węglowodorów, jak i dostarczania pomocy finansowej na cele wojskowe dla Ukrainy. Trudno też w tym kontekście nie czytać wizyty przewodniczącej Komisji, Ursuli von der Leyen, w Kijowie i symbolicznego przekazania prezydentowi Ukrainy kwestionariusza akcesyjnego. Wszystkie te 3 inicjatywy w praktyce uderzają w linię polityki zagranicznej Berlina i Paryża.

To oczywiście nie oznacza, że Ukraina stanie się za chwilę członkiem UE. Nie jest żadnym przypadkiem, że w momencie przygotowywania przez Komisję stanowiska na czerwcową Radę Europejską, w którym prawdopodobnie pojawi się postulat zaproponowania Kijowowi oficjalnego statusu kandydata, przedstawiciele władz Niemiec i Francji ogłaszają, że Ukraina dołączy do Unii najwcześniej za 20 lat, czyli w praktyce nigdy.

Tak jak rozszerzenie Unii na Wschód w 2004 roku było jeszcze możliwe, bo choć nie podobało się Paryżowi, to wspierało interesy Berlina, tak włączenie Ukrainy nie jest w smak ani jednym, ani drugim. Oto bowiem na Wschodzie pojawiłoby się nowe państwo członkowskie liczące 40 milionów obywateli, które istotnie zmieniłoby polityczną układankę we wspólnocie na korzyść krajów naszego regionu. Z nieco ponad 100 milionów „wschodnich” Europejczyków nagle zrobiłoby się ich 150 milionów, czyli tyle samo, ile łącznie liczą Francja i Niemcy.

Z zachowaniem wszelkich zastrzeżeń, chociażby ze względu na tzw. zasadę podwójnej większości w głosowaniu kwalifikowaną większością w Radzie UE, taka zmiana miałaby fundamentalne znaczenie dla politycznej dynamiki wspólnoty.

Jakkolwiek nie powinniśmy ustawać w staraniach na rzecz ukraińskiej akcesji, to realizm podpowiada, że Ukraina ani w przewidywalnej, ani chyba też w nieprzewidywalnej przyszłości nie wejdzie do Unii również z tak prozaicznego powodu, że przy obecnej strukturze unijnego budżetu i funduszy nikt nie będzie chciał na siebie wziąć systematycznego finansowania Kijowa za pomocą funduszy strukturalnych pochodzących ze składek państw członkowskich. Nie zgodzi się na to ani tzw. oszczędna piątka (w tym zwłaszcza Holandia i prorosyjska Austria), ani Południe, które już walczy (dodajmy, skutecznie) o przesunięcie środków ze wschodu UE z powrotem do Hiszpanii, Portugalii lub Grecji.

Czerwcówka to czterodniowe spotkanie członków i sympatyków stowarzyszenia, pełne spotkań i dyskusji, ale także wspólnego odpoczynku i integracji na łonie natury.
Już dziś zarezerwuj sobie czas od 16 do 19 czerwca i spędź go razem z nami! 

 

Plan B: unijny fundusz odbudowy Ukrainy

Polska od dawna stoi w awangardzie rozszerzenia Unii i mimo powyższych okoliczności nie powinna porzucać swojej pozycji. Powód jest prosty – o im wyższą stawkę się gra, tym więcej można ugrać i jest z czego schodzić w oczekiwaniach negocjacyjnych. Należy docenić dyplomatyczne starania naszych władz, które dwoją się i troją, aby posunąć naprzód proces akcesji Ukrainy do UE. W tym kontekście najbliższe tygodnie będą decydujące. Jeśli bowiem nie uda się nadać Kijowi statusu oficjalnego kandydata podczas czerwcowej Rady, to kolejna okazja będzie dopiero w październiku. Wszystko wskazuje na to, że do tego czasu opadnie bitewny kurz (a przynajmniej zmieni się nasza percepcja wojny), a wraz z nim spadnie zainteresowanie Zachodu Ukrainą.

Trzeba mieć świadomość tego, że okno, które otwarło się wraz z rosyjską inwazją, powoli się zamyka. Jednocześnie powoli trzeba zacząć szykować plan B i nie dopuścić, by stała się nim zaproponowana przez Macrona Europejska Wspólnota Polityczna. Taki twór nie dość, że de facto nie daje Ukrainie nic ponad to, co już jest przewidziane w umowie DCFTA (Deep and Comprehensive Free Trade Agreement), to jeszcze uspokaja sumienia „starej Unii”.

Co zatem mogłoby być takim planem B? Ukraina dramatycznie będzie potrzebować środków na odbudowę. Utopią jest sądzić, że uda się na ten cel skonfiskować rosyjskie rezerwy walutowe. To radykalnie mało prawdopodobne, i to nawet nie dlatego, że na przeszkodzie stanie sprzeciw Berlina czy Paryża. To da się jeszcze obejść. Realnym problemem będzie bowiem opór rynków finansowych, które nie pozwolą na stworzenie precedensu, który później mógłby być zastosowany wobec nich. Jedyna realna konfiskata może objąć majątek rosyjskich oligarchów, ale to wobec skali potrzeb kropla w morzu.

Nie ma też co się łudzić wyłącznym wsparciem ze strony USA. Nawet jeśli z powodów strategicznych Waszyngton będzie nadal militarnie wspierać Kijów, a amerykańscy giganci technologiczni uczynią z Ukrainy swój nowy przyczółek w Europie, to wiara w drugi plan Marshalla jest złudna. Tym bardziej, że zarówno po stronie demokratów, jak i republikanów, także za sprawą takich tekstów, jak np. cytowany wstępniak NYT, skłonność do budowania wielkiego programu gospodarczego na rzecz Ukrainy będzie systematycznie maleć.

To jednak oznacza, że jedynym realnym źródłem kilkuset miliardów dolarów na odbudowę jest UE, a dokładniej potencjalny fundusz odbudowy Ukrainy, wzorowany na mechanizmie Next Generation EU (NGEU), który potocznie zwany jest unijnym funduszem pocovidowej odbudowy.

Podejrzewam, że w tym momencie każdy czytelnik pomyśli sobie, że to absolutnie nierealne. Jak bowiem przekonać Europejczyków, a zwłaszcza skąpych Holendrów i Austriaków, do kolejnego uwspólnotowienia długu, skoro z tak ogromnym trudem udało się przepchnąć NGEU. I generować nowe zadłużenie nie w celu pomocy dla państw członkowskich UE, czyli samym sobie, ale na rzecz jakichś Ukraińców?! Zgoda, nie będzie to proste zadanie.

4 argumenty dla Europy Zachodniej

Spróbujmy wykonać ćwiczenie intelektualne i zastanowić się, jakich argumentów można by użyć, aby przekonać europejskich partnerów do uruchomienia takiego funduszu. Wbrew pozorom jest ich kilka.

Po pierwsze, uruchomienie funduszu finansowego za pomocą długu zaciągniętego przez Komisję na rynku finansowym nie wiąże się z koniecznością wydatkowania środków hic et nunc, a przecież istnieje społeczne oczekiwanie wzmacniane moralną retoryką, że coś trzeba tej Ukrainie dać.

Co więcej, w krótkim okresie państwa, zwłaszcza należące do „starej Unii”, mogą na tym zarobić – przecież zniszczoną infrastrukturę będą odbudowywać głównie największe firmy z Austrii, Hiszpanii, Holandii, Szwecji, a wreszcie Francji i Niemiec. W obliczu czyhającej recesji taka propozycja może jawić się jako atrakcyjna. Zyski trafią prawdopodobnie do najbogatszych, a koszty spłaty rozłożą się bardziej równomiernie na wszystkie państwa UE, i to w perspektywie 30-40 lat.

Po drugie, kolejne w ciągu zaledwie 3 lat wielkie uwspólnotowienie długu jest ogromnym krokiem w kierunku przyśpieszenia federalizacji UE, która jest celem Francji, ale także i Niemiec, jeśli wczytać się w umowę koalicyjną rządu w Berlinie. W świetle ogromnych zawirowań ładu międzynarodowego, które mogą skutkować chociażby napływem kolejnych wielomilionowych fal migracyjnych z Afryki do Europy i destabilizacją polityczną UE, uruchomienie drugiego unijnego funduszu finansowanego wspólnym długiem jawi się jako instrument stabilizujący wspólnotę w długim okresie. Nawet jeśli prezydentowi Macronowi nie o taką ścieżkę federalizacji chodzi, to ten argument zawsze można próbować wykorzystać w debacie publicznej.

Tym bardziej, i to trzeci argument, że stworzenie unijnego funduszu odbudowy Ukrainy będzie w praktyce także krokiem w kierunku budowy tzw. unii fiskalnej, która leży w interesie państw Południa. Zresztą Włosi i Hiszpanie są tu naturalnym sojusznikiem – stworzenie takiego instrumentu niejako zamiast członkostwa jest dla nich potrójnie korzystne. Oznacza utrzymanie funduszy strukturalnych na Południu, zwiększenie zagregowanego popytu, z którego skorzystać mogą także ich firmy i, last but not least, realne przesunięcie zobowiązania do spłaty zadłużenia na bogatsze państwa Północy, o co Południe zabiega od wielu lat.

Po czwarte wreszcie, i to chyba najważniejszy argument, w obliczu przyśpieszenia procesu tzw. decouplingu między Chinami a Europą, który rozpoczął się w trakcie pandemii COVID-19 (choć jego pierwsze symptomy widać było już wcześniej), europejska gospodarka będzie zmuszona przenieść przynajmniej część swojej bazy przemysłowej z Azji na Stary Kontynent. Naturalną lokalizacją jest Europa Środkowo-Wschodnia, która już stanowi taką bazę przemysłową. Jednak ze względu na skalę tego przesunięcia potrzebne będą dodatkowe, znaczne zasoby tańszej siły roboczej. W tym kontekście Ukraina jako państwo liczące 40 milionów obywateli jawi się jako optymalna alternatywa, bo np. Bałkany Zachodnie są bardziej oddalone i znacznie mniej zaludnione. Ukrainę o wiele łatwiej włączyć do łańcucha dostaw, także w wymiarze transportowym, przez Polskę, która już dziś jest w pierwszej piątce partnerów handlowych Niemiec, czyli największej gospodarki UE.

Argument „decouplingowy” jest kluczowy zwłaszcza z perspektywy wspomnianych Niemiec, które w ostatnich latach drastycznie uzależniły się od dostaw z Państwa Środka. Obecnie Chińczycy produkują komponenty nie tylko do niemieckich towarów sprzedawanych w Azji, ale także w Europie. W perspektywie kilku lat Niemcy prawdopodobnie stracą i jeden, i drugi segment. Już dziś widać, jakie niesie to ze sobą ryzyko – jesteśmy świadkami decouplingowej inflacji, która rozlała się po całej UE.

Dlatego w interesie Niemiec, które historycznie obawiają się inflacji i jej politycznych skutków (argumentum ad Hitlerum), jest szybkie przesunięcie do Europy produkcji tych komponentów, które trafiają do towarów sprzedawanych na terenie UE. Pozwoli to chociażby nieznacznie, ale jednak, zmitygować długookresowe ryzyko dla niemieckiej gospodarki spowodowane zerwaniem się łańcuchów dostaw i utratą rynków zbytu, a w średnim okresie zmniejszyć presję wzrostu cen.

Trzeba pamiętać o tym, że przesunięcie bazy przemysłowej z Azji do Ukrainy będzie możliwe dopiero w momencie, w którym państwo to zostanie odbudowane, a jednocześnie nic nie będzie zagrażało jego stabilności. Serce przemysłowe Ukrainy bije przecież na wschód od Dniepru – w Dniprze, Zaporożu, Połtawie, które znajdują się nie tak daleko od linii frontu. Chociażby z tego powodu w interesie niemieckiego biznesu, a tym samym rządu federalnego, powinny leżeć zarówno powrót co najmniej do stanu sprzed 24 lutego, jak i szybka odbudowa ukraińskiego potencjału przemysłowego. Paradoksalnie to ukraińskie zagłębie przemysłowe, a nie rosyjski gaz, mogą się okazać zdecydowanie ważniejsze dla długookresowej konkurencyjności niemieckiej gospodarki.

Bez porozumienia z Komisją Europejską nie skorzystamy z dziejowej szansy

Oczywiście powyższe argumenty nie dają żadnej gwarancji, że uda nam się przekonać „starą Unię” do stworzenie funduszu odbudowy Ukrainy. W tym ćwiczeniu chodziło raczej o pokazanie, że postulat ten nie jest kompletnie pozbawiony szans i musimy próbować tą kartą zagrać. Tym bardziej, że naszym naturalnym sojusznikiem w tej rozgrywce będzie wspomniana wcześniej Komisja, dla której kolejny instrument na wzór NGEU będzie stanowić ogromne wzmocnienie politycznej legitymizacji.

Niestety w tym kontekście spór między Brukselą a Warszawą wokół praworządności może być dla nas bardziej kosztowny, niż się wielu wydawało. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że jako region jesteśmy zarówno gospodarczo, jak i strukturalnie skazani na konflikt ze „starą Europą”, o czym wielokrotnie pisałem w ostatnich latach. Sęk w tym, że stoimy przed historyczną szansą dla Polski i naszej części Europy, a jej wykorzystanie będzie zależeć m.in. od naszej zdolności do współpracy z tymi, którzy mają podobne interesy.

Dlatego dalsze trwanie w sporze z instytucjami UE może nam radykalnie utrudnić prowadzenie polityki. Nietrudno bowiem przewidzieć, że odpowiedzią zachodnioeuropejskich elit na propozycję powołania nowego unijnego funduszu będzie wskazanie, że kto jak kto, ale Polska mająca problem z uruchomieniem KPO nie powinna postulować takiego rozwiązania.

Pojawiają się plotki, że Ursula von der Leyen podczas swojej wizyty w Warszawie w kolejnym tygodniu ogłosi zaakceptowanie polskiego KPO. Z wewnątrzkrajowych, politycznych powodów trudno się spodziewać istotnych ustępstw ze strony Polski w obszarze reformy wymiaru sprawiedliwości, a tym samym złagodzenia sporu z Brukselą. Nie widać dziś bowiem żadnych szans, aby PIS mógł pozbyć się z koalicji rządzącej Solidarnej Polski. Ostatecznie tylko to dawałoby przestrzeń na zrobienie takiego kroku wstecz, jakiego oczekuje Komisja.

Wysoce prawdopodobne, że „rozwodniony” poprawkami ziobrystów projekt prezydenta Andrzeja Dudy zostanie uznany za niewystarczający. Jeśli zaś nawet Komisja wykaże się politycznym realizmem i KPO zostanie niebawem formalnie odblokowane, to w razie braku dalej idącej zmiany kursu Polski w obszarze praworządności możemy spodziewać się kolejnych kłód kładzionym nam pod nogi. Czy to na etapie decyzji Rady, czy tzw. kamieni milowych. Mówiąc dosadnie, jak długo w Polsce rządzić będzie Kaczyński z Ziobrą, dla Komisji każda kolejna transza potencjalnie możliwych do wypłacenia środków będzie okazją do upokarzania i osłabiania polskich władz.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że uleganie politycznemu dyktatowi w sprawie reformy sądownictwa w Polsce, choć ją samą oceniam bardzo negatywnie, jest niebezpiecznym precedensem nie tylko dla Warszawy, ale i całej UE. Jesteśmy jednak w takim momencie dziejowym, że chyba warto poświęcić tę kwestię w zamian za poparcie unijnych instytucji dla funduszu odbudowy dla Ukrainy.

Nie mam specjalnych złudzeń, że taka argumentacja trafi do ministra Ziobry, ale niestety bez szybkiego zamknięcia frontu na odcinku praworządności może być nam bardzo trudno ugrać cokolwiek na froncie unijno-ukraińskim. Trzeba mieć jednak świadomość tego, że okno możliwości, które się przed nami otwarło, związane też z radykalnym osłabieniem niemieckiego soft power, w niedalekiej przyszłości się zamknie. Jeśli nie wykorzystamy tej szansy, możemy być już niedługo świadkami rosnącej wewnętrznej zapaści powojennej Ukrainy, która bez ogromnego zastrzyku unijnych pieniędzy prawdopodobnie pogrąży się w chaosie.

Do tej pory trudno coś zarzucić polskiej dyplomacji. Zrobiliśmy tyle, ile się dało. Doszliśmy jednak do decydującego momentu gry o przyszłość Ukrainy, a nie bałbym się powiedzieć, także o przyszłość Polski i UE. Wydaje mi się, że pełną świadomość doniosłości tego momentu ma prezydent Andrzej Duda, co widać było w jego przemówieniu w Radzie Najwyższej Ukrainy. Pytanie, czy reszta obozu rządzącego zrozumie powagę sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.