Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Egotycy, prymusi, moralne narcyzy. Niemcy świętym Piotrem narodów

Egotycy, prymusi, moralne narcyzy. Niemcy świętym Piotrem narodów źródło: flickr.com

Po agresji Rosji na Ukrainę w polskiej debacie publicznej wielokrotnie wyrażano oburzenie w związku z asekurancką postawą Niemiec. Postępowanie naszych zachodnich sąsiadów, którzy zwlekali z wprowadzeniem sankcji, miało być kolejnym dowodem na to, że Niemców nie interesuje dobro wspólne krajów UE, lecz realizowanie bilateralnych interesów gospodarczych z Rosją. By dobrze zrozumieć ich postępowanie, trzeba dobrze poznać ich sposób myślenia – postrzegania samych siebie i świata. Warto się przyjrzeć się dokładnie tym cechom „niemieckiej duszy”, które określają sposób prowadzenia polityki przez naszych zachodnich sąsiadów.

W marcu zawieszamy zbiórkę na działalność Klubu Jagiellońskiego. W miejsce przelewu, który chciałeś nam przekazać – prześlij pieniądze ukraińskiej armii w ramach oficjalnej zbiórki organizowanej przez Narodowy Bank Ukrainy! Tu znajdziesz instrukcję jak to zrobić i wyjaśnienie, dlaczego zachęcamy do takiej formy zaangażowania.

Niemiecka obsesja przewodzenia innym

Każdy naród ma swoje przywary. Jedną z największych naszych zachodnich sąsiadów jest pragnienie bycia mistrzem świata w niemalże każdej dziedzinie. Niemcy chcą być lepszymi od innych oraz innym moralnie przewodzić. Niezależnie od tego, czy chodzi o mistrzostwo świata w piłce nożnej, czy też masową eksterminację innych narodów, Niemcy chcą być Weltmeisterami. To ich ulubione słowo. Najważniejsze jest to, że nikt nie robi tego aż tak dobrze, jak oni.

Momentem przełomowym w kulturze niemieckiej ostatnich kilku dekad były mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2006 r., kiedy to Niemcy po raz pierwszy masowo i z dumą wywiesili czarno-czerwono-żółtą flagę i poczuli się „mistrzami świata serc”. To określenie głęboko przeniknęło do niemieckiej psychiki i stało się paradygmatem budowania narodowej i indywidualnej tożsamości. Weltmeister der Herzen oznacza tożsamość fajnego, tolerancyjnego i wielokulturowego Niemca. Co ważne, Niemiec oczekuje, że będzie za to wszystko przez innych podziwiany.

Nasi zachodni sąsiedzi od II wojny światowej starają się pozować na największego nawróconego grzesznika pokutującego za największe zbrodnie. Niemcy chcą być jak św. Piotr, który najpierw upadł, gdy zaparł się Chrystusa, a potem został liderem największej organizacji religijnej na świecie. Tak też Niemcy z największych zbrodniarzy chcą zmienić się w liderów wskazujących innym narodom drogę.

Przykładem niemieckiej chęci liderowania jest chociażby tzw. droga synodalna. Dzięki ścisłej współpracy z państwem Kościół katolicki w Niemczech ma, co prawda, puste ławki, ale dużo środków finansowych i wpływ na politykę kościelną w wielu krajach. Uniwersalizm katolicyzmu czy w ogóle istnienie Rzymu tylko przeszkadzają Niemcom w realizowaniu ich agendy. Niemiecki Kościół forsuje rozwiązania, które nawet w samych Niemczech się jeszcze nie sprawdzają. A co dopiero w Ameryce Południowej, Europie Środkowej lub Afryce.

Podobnie rzecz ma się z polityką klimatyczną i migracyjną. Niemcy zamykają elektrownie jądrowe i otwierają granice dla migrantów. Z drugiej zaś strony nikt w Europie tak jak oni nie zanieczyszcza atmosfery spalanym węglem. Zapomina się też o tym, że np. Turcja przyjmuje znacznie więcej migrantów, zaś Pakistan, Uganda i Sudan przyjmują ich (po przeliczeniu wszystkich proporcji) praktycznie tyle samo. Wielu Polaków, Syryjczyków i właśnie Turków przekonało się na własnej skórze, że w praktyce niemiecka tolerancja wygląda różnie. Stąd może zrodzić się podejrzenie, że chodzi raczej o pozę, która ma po raz kolejny wykreować Niemców na mistrzów świata, a nie realne działanie na rzecz dobra wspólnego.

Niemiecki festiwal zbiorowej pokuty

W obliczu wojny niemieckie media z ledwo skrywaną radością prześcigają się w rozliczeniach z własnych błędów. Jak mogli być tak naiwni? Jak mogli uwierzyć Putinowi? Jak mogli wydać na świat kogoś takiego jak Gerhard Schröder? Nie trudno zauważyć, że ten temat niemalże przykrywa to, co się dzieje na Ukrainie.

Gdy w latach 90. budowano w Berlinie duży pomnik dla ofiar Shoah, to tamtejszy burmistrz – Eberhard Diepgen – zastanawiał się, czy Berlin nie stanie się w ten sposób stolicą żalu. Kilka dekad po zakończeniu II wojny światowej można sobie postawić pytanie, czy coroczne rytuały pamięci o Zagładzie nie są raczej ofiarą składaną ku czci niemieckiego ego, aniżeli wyrazem szacunku i pamięci dla faktycznych ofiar zbrodni. Historyk Michael Bodemann krytykował, że rola ofiar sprowadza się do statystów swoistego „teatrzyku wspomnienia”.

Gdy dochodzi do konkretów, Niemcy nagle stają się zaskakująco twardzi w negocjacjach, co już niejednokrotnie udowodnili (jak w przypadku sprawy zadośćuczynienia za ludobójstwo dokonanego na członkach plemienia Herero w Namibii). Sugeruje to, że nie tyle chodzi o realne wynagrodzenie krzywd, co raczej złożenie hołdu ku czci swojego ego, zostanie prymusem i wzorem do naśladowania.

Wspominam o tym, ponieważ spostrzegam, że niemieckie media w momencie inwazji wojsk rosyjskich na Ukrainę znowu w pewien sposób pomijały istotę tematu. Wojna na Ukrainie stała się okazją do kolejnego rytualnego samozachwytu nad własną umiejętnością żalu za grzechy. Wystarczy, że podam przykładowe tytuły artykułów z niemieckich mediów: Historyczna porażka Niemiec oraz trudne pytanie o alternatywy („Welt”), Koniec naiwności (Spiegel). W wywiadzie dla telewizji ARD Robert Habeck oznajmił, że „byłoby mądrzej, gdybyśmy nigdy nie zbudowali Nord Stream 2”. Dopiero przytłaczająca presja innych krajów zmusiła Niemcy do zmiany narracji i podjęcia właściwych kroków.

W tej całej medialnej, wewnątrzniemieckiej narracji rzeczywista ofiara konfliktu – Ukraina – jawi się jako statysta w kolejnym germanocentrycznym spektaklu. Zrozumiałe są refleksje obecne Polsce o tym, jak największy kryzys geopolityczny naszych czasów wpłynie na politykę krajową – czy to wzmocni Kaczyńskiego, czy Ziobrę, a może Tuska. Jeszcze bardziej zrozumiałe są pytania zadawane sobie przez Francuzów na niecałe dwa miesiące przed wyborami, czy aby urzędujący prezydent dobrze radzi w sobie w sytuacji kryzysowej. Ale egocentryczne zapatrzenie się na własne podwórko w wykonaniu Niemców jest jednak absolutnym ewenementem.

Dlaczego Niemcy zwlekały z sankcjami?

Można wskazać trzy powody niemieckiej powściągliwości w podjęciu decyzji co do ewentualnych sankcji nałożonych na Rosję. Pierwszym jest zarysowany przeze mnie niemiecki egocentryzm. Drugim i najprawdopodobniej najważniejszym powodem jest interes gospodarczy Niemiec. Niemcy wyróżniają się nieporównywalnym poziomem powiązań gospodarczych z autorytarnymi rządami na świecie: Rosją, Chinami oraz różnymi krajami Bliskiego Wschodu. Niemiecki przemysł nie przewiduje możliwości zerwania stosunków gospodarczych w razie konfliktu.

Odcięcie Rosji od systemu SWIFT mocno uderzyłoby w gospodarkę niemiecką, jako że jest on potrzebny do prowadzenia interesów związanych z gazem i ropą. Trochę ponad dekadę temu Merkel podjęła historyczną decyzję odejścia Niemiec od energii atomowej pod wpływem głęboko irracjonalnego lęku części społeczności przed potencjalnym promieniowaniem. Ceną jest duży wzrost zapotrzebowania na surowce i wzrost zależności energetycznej od Rosji.

Na marginesie chciałbym zwrócić uwagę na zwrot, jaki dokonał się w ostatnich dniach w niemieckim dyskursie na temat energetyki. Chodzi o freiheitsenergien (energię z wolności). To termin używany przez Christiana Lindnera. Nawiązuje on do odnawialnych źródeł energii, które są oczywiście od Rosji niezależne. Termin ma wymiar metaforyczny – oznacza zrodzone w Niemcach wolne działanie zdolne dostosować się do nowych geopolitycznych warunków. Niemcy odkryli, że wobec nowej sytuacji politycznej są gotowi na szybkie wprowadzanie zmian. Pokazuje to, że nasi zachodni sąsiedzi, co do zasady, są niechętni wobec gwałtownych ruchów w polityce, ale mogą je podjąć, gdy zachodzi taka konieczność.

Trzeci czynnik wymaga szerszego omówienia. Chodzi o specyficzne i niezrozumiałe dla Polaków nastroje polityczne niemieckiego społeczeństwa. Można wyróżnić cztery nurty. Pierwsza grupa to milcząca większość. Ludzie, którzy co prawda nie lubią Putina, ale zarazem Ukraina jest dla niej bardzo odległa i  wątpią „czy ich to wszystko w ogóle dotyczy”. Stosunkowo nieliczni decydują się na coś więcej niż założenie błękitno-żółtej nakładki w mediach społecznościowych. Drugi nurt można by nazwać otwartą piątą kolumną Putina. Mowa tu o ludziach otumanionych rosyjską propagandą i rusofilach, którzy postrzegają Putina jako ostoję konserwatyzmu, głos sprzeciwu przeciwko politycznej poprawności i koronadyktaturze.

Trzeci nurt stanowią nieświadomie pożyteczni idioci Kremla. Są to m.in. Friedensbewegung, czyli groteskowi pacyfiści. Ledwo zdążyły spaść pierwsze bomby, a oni już wyszli na ulicę, by protestować… przeciwko NATO. Dla znaczącej części niemieckiego społeczeństwa wrogiem numer jeden zawsze była i pozostanie Ameryka. Przyjmują ze zgrozą fakt, że teraz NATO przemieszcza wojska na zagrożony wschód Europy. Najwięcej przedstawicieli tej grupy możemy znaleźć wśród klasycznej lewicy, Zielonych i skrajnej prawicy. Sekcję komentarzy pod bieżącymi artykułami online są dokładnie podzielone między nimi a osobami o zdrowym rozsądku, kwestionującymi stwierdzenie, że „to NATO sprowokowało wojnę”.

Ciekawe zjawisko stanowi czwarta grupa wyborców, na którą składają się mieszkańcy landów byłej NRD. Od czasów komunistycznej dyktatury panuje tam swoisty syndrom sztokholmski (wyjątkiem jest Berlin), silne zamiłowanie do Rosji i nienawiść wobec Ameryki. Lokalni politycy biorą te nastroje pod uwagę. Ich działanie nie jest jednak cyniczne – rzeczywiście wolą Rosję od Stanów Zjednoczonych.

Jako przykład prorosyjskiego polityka może posłużyć chociażby Manuela Schwesig, premier Meklemburgi-Pomorza Przedniego, która jest czołowym rzecznikiem na rzecz współpracy z Rosją i wielkim zwolennikiem uruchomienia gazociągu Nord Stream 2. Tradycyjnie najwięcej osób spośród wymienionego przeze mnie czwartego nurtu znajduje się w niemieckiej socjaldemokracji i wśród postkomunistów.

To ta ostatnia grupa miała niebagatelny wpływ na ostrożność Niemców w angażowanie się w konflikt po stronie Ukrainy. Jednak wobec solidarności całego świata z Ukrainą głosy prorosyjskie obecnie ucichły. Pojawił się wręcz nastrój „polowania na czarownice” którymi stali się sympatycy Kremla. Być może to tylko chwilowa emocja i nie ma powodu, by zanegować możliwość, że w momencie, gdy ucichną działa armat, nie pojawią się znowu argumenty, by „drugą stronę też wysłuchać”.

Niemcy nie potrafią myśleć w sposób globalny

Wszystkie wymienione przeze mnie grupy łączy jedna kluczowa cecha: niemiecki problem z myśleniem w kategoriach globalnych lub chociażby europejsko wspólnotowych. Zachodzi tu pewien paradoks. Można odnieść wrażenie, że Niemcy czują się indywidualnie odpowiedzialni za takie globalne problemy, jak uratowanie klimatu albo rozwiązanie kryzysu migracyjnego, ale już nie za skutki własnego działania. Swego czasu wielką burzę w Niemczech wywołała wypowiedź ministra obrony, Petera Strucka. Skomentował on obecność niemieckiego wojska w Afganistanie w sposób następujący: „Wolność Niemiec jest broniona nad Hindukuszem”.

Wielkie oburzenie, jakie wywołała w Niemczech ta wypowiedź, ma swe źródło w tym, że myślenie stojące za wypowiedzią Strucka jest radykalnie obce niemieckiej mentalności. Równie dobrze można by powiedzieć: spójność eurostrefy jest broniona w Grecji. Zamożność Niemiec jest broniona w Brukseli. Przemysł niemiecki jest broniony w krajach V4. Dla Niemców takie twierdzenia to absurd. Myślenie wspólnotowe albo chociażby logiczne połączenie faktów, że np. każde niemieckie euro zainwestowane w polskie autostrady potencjalnie się zwraca, nie przebija się do świadomości przeciętnego Niemca.

Naszym zachodnim sąsiadom brakuje poczucia, że wiele ekonomicznych „poświęceń” się im najzwyczajniej opłaca. Elity gospodarcze i polityczne często są świadome tego faktu, ale jest on wybitnie niepopularny, bo lepiej się czuć samodzielnym mistrzem świata w budowie samochodów niż przyznać, że cały przemysł by runął bez montowni w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Lepiej się też czuć wybitnym pod względem moralnym narodem przyjmującym rzeszę migrantów niż uświadomić sobie, że skuszona niemiecką obietnicą ogromna część z nich ginie w drodze albo obciąża kraje będące na szlaku do Niemiec.

W zwlekaniu z wprowadzeniem sankcji i dyskusjach o ich kosztach zabrakło wśród naszych zachodnim sąsiadów refleksji, że wysiłek dla zapewnienia pokoju i wolności w Europie jest w pewien sposób analogiczny do ofiary na rzecz zapobiegania katastrofie klimatycznej, którą przecież Niemcy chcą chętnie ponosić. I jedna, i druga ofiara jest jak najbardziej słuszna.

Dobro kosztuje, choć nie zawsze zwraca się bezpośrednio. Zielona minister Annalena Baerbock początkowo zdecydowanie blokowała wprowadzanie sankcji, uzasadniała to właśnie kosztami dla niemieckiej gospodarki. Jednak przy (słusznie) forsowanym Zielonym Ładzie jej partia nie sięga od razu po kalkulator. Podobieństwa między tymi sprawami są duże. W jednym i drugim przypadku chodzi o inwestycję długofalową, której zyski trudno oszacować.

Tak jak wspomniałem, niemieckie elity są świadome ogromnych korzyści z „ofiarności niemieckiego podatnika”. Żaden inny kraj w Europie nie zyskał tak wiele na istnieniu wspólnego rynku w UE. Jednak narracja, że wszyscy tylko wyzyskują „skarbonkę Europy”, niestety wciąż jest wewnątrz niemieckiej debaty publicznej bardzo popularna. Na tym zbiła swój kapitał populistyczna AfD, która protestowała przeciwko dotowaniu zbankrutowanej Grecji. Inwestowanie w polską gospodarkę się Niemcom opłaca, stawianie na niemiecką zieloną technologię po części też, utrzymywanie eurostrefy zdecydowanie tak, ale dobra niematerialne, takie jak pokój, stabilność i zdrowy klimat nie zawsze dają się oszacować. Polacy okazujący ofiarną pomoc Ukraińcom raczej nie myślą o korzyściach.

Nieczęste okazy wielkości i męstwa w niemieckiej polityce w ostatnich latach polegały właśnie na tym, że politycy potrafili choć na chwilę odłożyć bezpośrednie korzyści i zainwestować w ryzykowną przyszłość bez gwarancji zwrotu kosztów. Autentyczne wysiłki w polityce klimatycznej czy migracyjnej, nakłady pieniężne lokowane w krajach afrykańskich, zaniechanie zbijania kapitału politycznego na antyamerykańskich nastrojach – te postawy udowadniały, że Niemcy są w stanie przekroczyć swój partykularny interes.

Na ogół jednak Niemcy potrzebują uzasadnienia ofiarności poprzez potencjalne zyski. Christian Lindner ze swoją Freiheitsenergie pokazuje, że odcięcie się od rosyjskiej energii może się Niemcom ostatecznie opłacić. Martin Schulz (SPD) albo Katrin Göring-Eckardt (Zieloni) przekonywali kiedyś, że uchodźcy „są jak złoto” dla Niemiec (za te komentarze zostali przez populistów pożarci). Dla naszych zachodnich sąsiadów najlepiej byłoby, żeby wszystko otrzymywali za darmo i nigdy żaden Niemiec nie musiał za nic zapłacić, a już na pewno nie za własne błędy.

***

Niemcy zmieniły politykę, gdyż postawiono ich w roli pariasa, który znajduje się po niewłaściwej stronie historii. Gdyby nie międzynarodowa presja i obrazy bomb spadających na Kijów, nic nie ruszyłoby niemieckiego olbrzyma. Jednocześnie nie ma co się łudzić, że Niemcy trwale zmienili nastawienie. Publicysta „Zeit” komentujący wypowiedź Ursuli von der Leyen o możliwym członkostwie Ukrainy w UE z niepokojem zapytał: „A co, jeśli ona tak na poważnie?”. Niemcom należy nieustannie przypominać, że są integralną częścią Zachodu. Ostatnie wydarzenia pokazują, że presja ma sens. Przede wszystkim jednak trzeba pokazać Niemcom, że prawdziwe mistrzostwo świata osiągną wtedy, gdy zaczną realnie dbać o dobro wspólne Europy. Tylko wtedy ich pragnienie przewodzenia może zostać pozytywnie skanalizowane.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.