Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Lex TVN można zablokować w referendum. Czy opozycja porzuci uprzedzenia i poważnie potraktuje Konfederację, Kukiza i Polaków?

Lex TVN można zablokować w referendum. Czy opozycja porzuci uprzedzenia i poważnie potraktuje Konfederację, Kukiza i Polaków? Wolni ludzie, wolne media, wolna Polska. Veto! Protest w obronie wolnych mediów, przeciwko przegłosowaniu ustawy lex TVN © Dawid Zielinski, Źródło: Archiwum Protestów publicznych, https://archiwumprotestow.pl/protest/wolni-ludzie-wolne-media-wolna-polska/?id=9998

Prezydent Andrzej Duda popełni duży błąd, jeśli nie zdecyduje się na weto tzw. lex TVN. Wówczas to opozycja będzie mogła pierwszy raz od dawna przejść do poważnej kontrofensywy. Powinna przedstawić wniosek o przeprowadzenie referendum w sprawie tej regulacji. Sondaże wskazują, że jeżeli tylko uda się zmobilizować do pójścia do urn większość Polaków, to głosujący najpewniej odrzucą przyjętą w piątek ustawę. Sukces inicjatywy wymagałby co prawda odrobiny szczęścia, ale dużo większym wyzwaniem niż oczekiwanie przychylności losu zdaje się sprawienie, by opozycja potraktowała poważnie grupę Pawła Kukiza i polityków Konfederacji. A to dokładnie od nich realnie zależy dalszy ład medialny w Polsce.

Ostatnie chwile sejmowej większości?

Trudno zrozumieć, dlaczego PiS zdecydowało się nagle wyciągnąć z politycznego czyśćca ustawę zwaną lex TVN. Jak zwykle w takich przypadkach – najprawdziwsze są pewnie interpretacje złożone z niebagatelnym udziałem czynnika losowego.

Minione posiedzenie ze względu na głosowanie ustawy budżetowej miało „zabezpieczoną” większość po stronie rządowej. W głosowaniach brał udział Łukasz Mejza, którego wniosek urlopowy czeka na rozpatrzenie przez prezydium Sejmu. Paweł Kukiz zastrzega, że jego grupa daje Jarosławowi Kaczyńskiemu czas do końca roku, by Mejza przestał pełnić rządową funkcję w resorcie sportu. Na łamach Interii Kukiz dodał właśnie, że wypowie współpracę z PiS również w przypadku, gdy kontrowersyjny polityk z Lubuszczyzny otrzyma inną państwową synekurę.

Najpewniej więc już na kolejnym posiedzeniu Sejmu większość może stopnieć albo o koło Kukiza (w razie braku dymisji Mejzy), bądź to o samego Mejzę (w razie dymisji). Wciąż aktualny wiceminister sportu może po odwołaniu przestać głosować z PiS, zrzec się mandatu (w praktyce oddając go w ręce opozycji) lub po prostu nie pojawiać się na głosowaniach.

Dodatkowo na ostatnim posiedzieniu PiSowi sprzyjały powodowane zdrowiem nieobecności posłów opozycji, które zabezpieczały kruchą większość, choć frekwencja była niepełna po obu stronach Sejmu. Co jednak szczególnie istotne w kontekście powyższych rozważań – gdyby to już w miniony piątek zabrakło choć jednego głosu po stronie PiS, czyli Mejzy lub Kukiza, do przegłosowania ustawy by nie doszło. Opozycja mogłaby wtedy skutecznie zerwać kworum, które ostatecznie zawisło na niezrzeszonym i wstrzymującym się od głosu, ale kojarzonym z Mejzą pośle Zbigniewie Ajchlerze. W styczniu ten manewr mógłby się okazać już nie do powtórzenia.

Podsumowując, PiS najpewniej wyciągnął wnioski z zapowiedzi Kukiza, że niebawem rządowa większość może się pożegnać z jego wsparciem i wykorzystało moment, gdy jeszcze jest ono pewne. Dlatego właśnie teraz wróciło do kontrowersyjnej regulacji.

Lex TVN – zgniłe jajo w kruchych fundamentach przyszłej władzy?

Powyższe tłumaczy kalendarz niespodziewanej reaktywacji tematu, ale nie intencje projektodawców. Tu znów uzasadnień może być wiele. Czy rzeczywiście główną rolę odgrywa tu realna wola i wiara w wejście w życie projektu? Czy jednak przesterowanie rozmów przy świątecznym stole z łączącej Polaków frustracji na zwyżki cen na polaryzujący temat TVN? A może jednak to wszystko jest tylko ryzykowną próbą podbicia karty przetargowej w rozmowach z Amerykanami na temat bezpieczeństwa regionu wobec bulwersujących oczekiwań Rosjan? Czy też wykorzystanie ostatniego momentu politycznej sprawczości w Sejmie do przygotowania sobie dodatkowej „zabawki” zarządzania debatą publiczną w nadchodzących trudniejszych czasach?

W każdym z tych scenariuszy może być ziarno prawdy. Osobiście najbardziej skłaniam się ku ostatniemu z wymienionych. W nim PiS oczekuje skierowania ustawy przez prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego. Tam ustawa, wciąż nieobowiązująca, będzie czekała na swój moment. Ten może przyjść w dowolnej chwili tej kadencji… albo kolejnej.

Bo lex TVN może też okazać się swoistym „zgniłym jajem”, czekającym na ewentualną porażkę PiS w kolejnych wyborach. Wtedy od Julii Przyłębskiej będzie zależało, kiedy ustawa potencjalnie eliminująca TVN z polskiego rynku medialnego wejdzie w życie i skomplikuje funkcjonowanie przyszłym rządzącym. Jeżeli bowiem kontrowersyjne prawo weszłoby w życie  w roku 2024, po możliwej zmianie władzy – PiS nie ponosiłby już przesadnych kosztów politycznych, za to przyszli rządzący musieliby się tłumaczyć z impozybilizmu, a szanse na odwrócenie regulacji byłyby ograniczone.

Prezydentem wciąż będzie wszak Andrzej Duda zdolny wetować ewentualne ustawy „naprawcze”. W Trybunale będą zasiadać w większości prawidłowo wybrani przez Sejm nominaci PiS, którzy będą mogli stwierdzać niekonstytucyjność regulacji nowej sejmowej większości. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji będzie w przeważającym stopniu składała się z członków wskazanych przez PiS i prezydenta, do których należało będzie egzekwowanie i interpretowanie przepisów.

To konstytucyjna ustawa, która zasługuje na polityczne odrzucenie

Tyle domysły i spekulacje. Pewne jest, że do końca pierwszej dekady stycznia prezydent Andrzej Duda ma czas na decyzję w sprawie ustawy. Latem wyraźnie sugerował weto. Dziś dominuje przekonanie, że skieruje ustawę do rozpatrzenia przez Trybunał Konstytucyjny. Również jego podpis nie jest wykluczony. Najpóźniej przed kolejnym posiedzeniu Sejmu będzie wiadomo, jaką decyzję podjął prezydent.

Sądzę, że scenariusz podpisania ustawy przez Andrzej Dudę jest mało prawdopodobny. Dla całego obozu rządzącego byłby potencjalnie politycznie szkodliwy. Z powodu obecnej sytuacji gospodarczej dotychczasowi umiarkowani wyborcy PiS się wahają i tracą do władzy cierpliwość, o czym obszernie pisał niedawno Marcin Palade. Dlatego wejście w życie tych przepisów byłoby dla umiarkowanych wyborców PiS z 2018 czy 2019 roku dodatkowym impulsem do zmiany politycznych postaw.

Nigdy bowiem dość przypominania, że wyborcy PiS stanowią jeden z najbardziej „zdywersyfikowanych” medialnie elektoratów. Według przywoływanych wielokrotnie badań co trzeci z widzów „Faktów” TVN głosuje właśnie na partię Jarosława Kaczyńskiego. Z pewnością tacy wyborcy nie będą zachwyceni, gdy partia, na którą głosują, ograniczy im ich prawo wyboru telewizji, którą oglądają.

Konsekwencje międzynarodowe trudno przewidzieć, jednak ogólna sytuacja już jest trudna. Atak Łukaszenki na polską granicę ledwie przycichł, w każdej chwili może dojść do jakiejś rosyjskiej prowokacji lub wprost agresji na Ukrainę, a widoki na reset w relacjach wewnątrzunijnych i odblokowanie środków z Krajowego Planu Odbudowy wydają się marne. W takich okolicznościach testowanie scenariusza „czy może być gorzej” i dorzucanie sobie gospodarczo-aksjologicznego konfliktu z głównym sojusznikiem nie jest odpowiedzialne. Dla władzy – i oby tylko dla niej – może zaś okazać się po prostu bolesne.

Scenariusz „trybunalski” wydaje się wysoce prawdopodobny, ale trudno go uznać za optymalny. Autorytet sądu konstytucyjnego pod przewodnictwem prezes Przyłębskiej jest znany. Przekonanie o partyjnym wymiarze momentu wydania wyroku i jego treści – powszechne.

Ale co najważniejsze, ta ustawa do skierowania do Trybunału się niespecjalnie nadaje… bo trudno dostrzec w niej niekonstytucyjność. To co do zasady zgodna z regułami sztuki, podobna do występujących w licznych państwach europejskich i mająca de facto 30 lat tradycji regulacja. Zgodna z ustawą zasadniczą, ale zasługująca na odrzucenie z powodów stricte polityczno-merytorycznych, a nie prawnych.

Przypomnijmy – ograniczenie zagranicznego kapitału w polskich mediach radiowo-telewizyjnych obowiązuje od 1992 roku. Jak wskazywałem w lipcu, od tego czasu nowelizowano ją 55 razy i nikomu nie przyszło do głowy, że z tym zapisem jest coś nie tak. Został zmodyfikowany raz przez postkomunistów w przededniu wejścia do Unii Europejski, gdy konieczne było dopuszczenie na polski rynek medialnych kapitału z Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Pięć wystarczających powodów do weta

Nie ulega wątpliwości, Andrzej Duda powinien ustawę zawetować. Powodów jest wiele. Poza przytoczonymi już pragmatycznymi (utrata przez obóz rządzący letnich wyborców, którzy są widzami TVN, konsekwencje międzynarodowe) nie brak i tych merytorycznych.

Po pierwsze, co bardziej światli przedstawiciele obozu rządzącego od lat bronią patologii w mediach publicznych argumentem z „balansowania się propagand”. Likwidacja TVN tę, pożal się Boże, równowagą zachwieje. Andrzej Duda, mając swoje traumatyczne doświadczenia z TVP, musi rozumieć to lepiej niż ktokolwiek inny.

Po drugie, likwidacja nielubianej stacji mogłaby okazać się realnym już wstępem do wejścia PiS na drogę „budapesztańską”. Patologiczne oblicze tamtejszej rozprawy z mediami jest chyba w obozie rządzącym rozumiane – przypomnijmy, że na naszych łamach opisywał je obszernie Wojciech Mucha, dziś redaktor naczelny krakowskich gazet przejętej przez Orlen grupy Polska Press. Oligarchiczny rys systemu Orbana, barwnie przedstawiony u nas z kolei przez Dariusza Kałana, jest raczej kierunkiem „rozwoju”, przeciw któremu obóz Jarosława Kaczyńskiego występowała od trzydziestolecia. Jakkolwiek krytycy PiS nie są zdolni by to dostrzec, prezes PiS naprawdę nie lubi oligarchów.

Po trzecie, piątkowe posiedzenie komisji rozpatrującej lex TVN zostało nieprawidłowo zwołane, co zresztą na posiedzeniu komisji potwierdził prawnik z Biura Legislacyjnego Sejmu. Tak, to zupełnie wystarczający powód do prezydenckiego weta.

Po czwarte, jakkolwiek sposób obecności amerykańskiej spółki grupy Discovery w Europejskim Obszarze Gospodarczym jest rodzajem patologicznego obchodzenia przepisów. Cały cywilizowany świat od kilku lat deklaruje z nim walkę, choćby przy okazji próby ograniczenia rajów podatkowych. Jednak próba wyrzucania „na ostro” obecnego od lat podmiotu z rynku musi budzić sprzeciw.

Mówiąc metaforycznie, czym innym jest kogoś na przyjęcie nie zaprosić, czym innym zaś wyprosić w jego trakcie. Ponadto w tym wypadku byłoby tu wyproszenie jednego z wcześniej wpuszczonych gości, bo dopiero w trakcie dostrzegliśmy, że nie przestrzega dress code’u. Discovery na spółce-słupie do polskiego rynku już dopuszczono, więc powinno mu się umożliwić dalsze funkcjonowanie.

Po piąte wreszcie, marzenia o „repolonizacji” stacji mogą okazać się cokolwiek przestrzelone. Amerykański kapitał w TVN może zastąpić szybko (albo po prostu uzupełnić…) na przykład kapitał niemiecki. Naprawdę byśmy tego chcieli? Nie mówiąc o tym, że i rola kapitału w mediach jest jednak nieco przereklamowana. TVN był równie uprzedzony do prawicy, gdy królował w nim rodzimy, postkomunistyczny kapitał.

Oddać głos Suwerenowi!

Nie sposób przesądzić, co zdecyduje Andrzej Duda. Biorąc pod uwagę wyliczone powyżej argumenty uważam, że w sprawa jest na tyle istotna, że należy trzymać kciuki, by opozycja tym razem wykorzystała czas okołoświąteczny do przygotowania skutecznej kontrofensywy. A scenariusz prawdopodobnego zablokowania lex TVN zdaje się leżeć na stole. Będzie tam leżał nawet wówczas, gdy prezydent podpisze ustawę lub skieruje ją do Trybunału.

Próba jego realizacji wymaga jednak opuszczenia przez opozycję komfortowej bańki i zajęcia się tym, czym opozycja zajmować się powinna – realną polityką, a nie jałowym pokrzykiwaniem o wolności mediów, w którym zresztą część jej liderów najbardziej wiarygodna nie jest.

Wszystko teraz zależy od decyzji prezydenta, którą poznamy przed kolejnym posiedzeniem Sejmu i szacowanej „frekwencji” w parlamencie. Wówczas jednak opozycja powinna przedstawić w odpowiednim terminie wniosek o przeprowadzenie referendum dotyczącego zapisów wątpliwej ustawy. Sądzę, że miałby on istotne szanse na powodzenie.

Odwołania się do woli narodu nie mogliby zignorować kukizowcy. Wszak demokracja bezpośrednia jest o wiele istotniejszym z ich sztandarów niż chęć repolonizacji mediów. Umowa piosenkarza z przywódcą PiS też zapewne takich sytuacji, jak głosowanie nad wnioskiem o referendum nie przewiduje. Nie jest to bez znaczenia. Sam lider K’15-Demokracji Bezpośredniej używał analogicznego argumentu, zapowiadając przychylność wobec nowego „pakietu demokratycznego” Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Zakładając zatem wspólne działanie opozycji i przychylność dla wniosku o referendum grupy Kukiza, mamy już zebranych 230 głosów. Zagadką pozostaje zachowanie Mejzy i Ajchlera. Przy pełnej mobilizacji na opozycji wystarcza jeden nieobecny poseł dzisiejszej większości – i opozycja odniosłaby historyczny sukces.

Co więcej, stan sejmowej większości za kilka tygodni może wyglądać zupełnie inaczej, niż dziś. Czekają nas choćby tarcia z grupą posłów PiS przeciwną ostrzejszym rygorom sanitarnym i być może napięcia z częścią grupy konserwatywno-wolnościowej kojarzonej z posłem Bartłomiejem Wróblewskim. Wreszcie, nie sposób wykluczyć, że ktoś z posłów PiS uzna za stosowne po prostu zagłosować za referendum, nie godząc się na obejmowanie dyscypliną partyjną decyzji w sprawie oddania sprawy w ręce Suwerena.

Szanse na sukces w Sejmie nie są więc małe. Jeżeli nawet opozycji wraz z Kukizem zimą zabrakłoby tego jednego głosu – jej część może od razu przejść do kolejnego etapu, czyli próby zgłoszenia referendum ścieżką obywatelską poprzez zebranie 500 000 podpisów.

Nie będzie to trudne, a za kolejne trzy czy cztery miesiące – szansa na zmianę w sejmowej arytmetyce będzie zapewne jeszcze większa. Przewidywane ustawą czekającą na decyzję prezydenta przepisy przejściowe i na to pozwolą.

Referendum to też spoty broniące TVN w… TVP

Korzyści ze scenariusza referendalnego powinny być dla polityków tak oczywiste, że aż głupio je wyliczać. Samo skierowanie się opozycji w stronę obywateli i oddanie im głosu byłoby sporym novum, bo dotąd rodzimi „demokraci” i „obrońcy Konstytucji” patrzyli z zaskakującą nieufnością na demokrację bezpośrednią i konstytucyjny mechanizm podejmowania decyzji w sprawach o szczególnym znaczeniu dla państwa. Wynik takiego głosowani wydaje się przesądzony, jeżeli tylko do urn poszłaby większość Polaków (a i same ćwiczenia z mobilizacji byłyby dla opozycji ważnym testem).

Wedle wrześniowego badania CBOS za uchwaleniem lex TVN było ledwie 24% badanych, z czego tylko 9% w zdecydowany sposób. Przeciw była dokładnie połowa, a 26% nie potrafiło odpowiedzieć. Przewagi zwolenników regulacji nie było nawet wśród wyborców PiS, spośród których „za” opowiadało się jedynie 41% ankietowanych. Niemal identyczne dane przynosi aktualny sondaż United Surveys dla Wirtualnej Polski: nieco ponad 25% badanych deklaruje pozytywny stosunek do ustawy, blisko 57% – negatywny, w tym 48% „zdecydowanie”. Ponad 50% Polaków oczekuje weta Andrzeja Dudy.

Werdykt Suwerena w referendum powinien również unieszkodliwić „scenariusz trybunalski”, bo tego wymagałby wiążący charakter głosowania ludowego. Dla opozycji to szansa na przejęcie inicjatywy, a w razie sejmowej porażki – scenariusz na walkę o „wolne media” do samego końca, również w drodze inicjowania obywatelskiej mobilizacji przez zbiórkę podpisów.

Last but not least, zgodnie z ustawą o referendum w czasie kampanii referendalnej gwarantowany jest też czas antenowy w mediach publicznych. To okazja, by formacje opozycyjne i organizacje obywatelskie broniące standardów zaprezentowały swoje argumenty w rozgłośniach Polskiego Radia i Telewizji Polskiej. Jacek Kurski zaś z pewnością zrobiłby wiele, by nadać emitowanym w Telewizji Publicznej spotom broniącym TVN odpowiedniego, viralowego rozgłosu…

Czy opozycja jest zdolna do uprawiania polityki?

Co zatem stoi na przeszkodzie? Skoro naprawdę chodzi o demokrację i tak fundamentalną wartość, jaką jest wolność słowa, to działania opozycji powinny być oczywiste. Nic nie szkodzi spróbować. A jednak nie są. Dlaczego? Bo aby w ogóle uprawdopodobnić ten scenariusz opozycja musiałaby zająć się prawdziwą polityką.

A więc wykorzystać okołoświąteczną przerwę do negocjacji z Konfederacją i Pawłem Kukizem, by uzyskać pewność ich poparcia dla scenariusza referendalnego. Niezbędne byłoby zapewne wsparcie przez opozycję ich postulatów w innych sprawach. Być może – rozszerzenie agendy referendalnej o inne tematy, choćby o ustawy proobywatelskie w przypadku Kukiza czy o te dotyczące restrykcji pandemicznych w przypadku Konfederatów.

Ale na poważniejszym poziomie – wymagałoby to zrozumienia przez liderów opozycji natury trwającej kadencji. Szczególnie szkodliwe działania PiS można blokować, ale zależy to dziś i zależeć będzie jeszcze przez najbliższe dwa lata od Kukiza i Konfederatów. Obrażanie i traktowanie z pogardą tych, od których wszystko zależy nie ma nic wspólnego ani z poważną polityka, ani z demokracją, ani wreszcie z realną trosko o wzniosłe wartości takie, jak „wolne media”.

Skoro dotąd liderzy partyjnej opozycji tego nie rozumieli, to trudno uwierzyć, że tym razem nastąpi przełom. Choć pewnie tego przełomu wszyscy powinniśmy sobie życzyć.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.