Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Krok do przodu czy skok w bok? Europa pracuje nad uregulowaniem cyfrowych gigantów i moderacji treści w sieci

przeczytanie zajmie 12 min
Krok do przodu czy skok w bok? Europa pracuje nad uregulowaniem cyfrowych gigantów i moderacji treści w sieci https://unsplash.com/photos/Zb-iMVy8icc

Akt o rynkach cyfrowych (Digital Markets Act, DMA) oraz Akt o usługach cyfrowych (Digital Services Act, DSA) to propozycje Unii Europejskiej na poradzenie sobie z dominującą rolą wąskiej grupy platform w internetowej gospodarce oraz chaosem moderacji Internetu. W Europie trwa przeciąganie liny w sprawie tych propozycji regulacji rynków cyfrowych, które w grudniu ubiegłego roku trafiły z Komisji Europejskiej do Parlamentu Europejskiego. Czy stanowią one krok naprzód, czy raczej prowadzą na manowce? Czego w nich brakuje, aby stanowiły prawdziwą odpowiedź na wyzwania XXI wieku?

Poniższy tekst jest zainspirowany głosami podniesionymi w dyskusji różnorodnego grona, która została zorganizowana przez Klub Jagielloński we współpracy z Allegro. Listę uczestników wraz z podziękowaniami znajdziesz, Czytelniku, na końcu artykułu.

Celem powstania Aktu o usługach cyfrowych (DSA) jest uporządkowanie moderacji treści w sieci. Co ważne i godne docenienia, definiuje ona moderację szeroko – to pojęcie obejmuje więc nie tylko usuwanie treści, ale również na przykład algorytmiczne ograniczenie jej rozpowszechniania czy pokazywanie na gorszej (niższej) pozycji. A to oznacza, że w definicję aktu łapać się będą wszelkie próby wpływania na granice wolności słowa w sieci.

Regulacja wprowadza obowiązek stworzenia przez właściciela internetowej platformy mechanizmów zgłaszania przez dowolnego użytkownika treści nielegalnych (łamiących prawo UE lub danego państwa członkowskiego). Tworzy także grono licencjonowanych organizacji-sygnalistów, których wyznaczał będzie nowy urzędnik – koordynator usług cyfrowych, wyznaczony w każdym z państw członkowskich. Będzie on również mógł wyznaczać niezależne organizacje arbitrażowe, mające zająć się rozwiązywaniem ewentualnych odwołań użytkowników np. od banów czy usunięcia ich treści.

Inną rolę odgrywa akt o rynkach cyfrowych (Digital Markets Act, DMA). Ta regulacja ma na celu podnieść konkurencyjność i utrudnić wielkim firmom technologicznym wykorzystywanie swojej pozycji do zdominowania rynku. Czyni to, wprowadzając do prawa pojęcie odźwiernego czy też strażnika bram (ang. gatekeeper), którym jest platforma będąca konieczną do przejścia „furtką” do pewnej gamy usług w sieci. Za tym statusem, który firma sama powinna na siebie nałożyć, idą konkretne zobowiązania, m.in. mające zapobiec łączeniu danych z różnych usług (np. z WhatsApp i Facebooka) czy niekonkurencyjnemu premiowaniu swoich usług czy produktów (np. produkty Amazon Basic na górze wyników wyszukiwania w Amazon czy Google Maps na górze wyszukiwarki Google). To regulacja ukierunkowana głównie na największe internetowe platformy – w rodzaju Facebooka czy Google, której celem jest poprawa konkurencyjności na cyfrowych rynkach. Czy DMA pomoże walczyć z monopsonami – zjawiskiem groźniejszym niż monopole technologiczne? O tym w swoim tekście pisze Bartłomiej Biga.

Kierunek słuszny

Podjęcie przez Unię Europejską problemów związanych z rynkiem cyfrowym jest dosyć zgodnie doceniane. Co więcej – ogólny kierunek obydwu regulacji właściwie nie jest szerzej kwestionowany. Chce rozwiązać kwestię regulacji rynków cyfrowych odnosząc się do kluczowej pozycji odźwiernych – platform, przez które przeciętny użytkownik sięga po wiele cyfrowych usług.

O problemie z brakiem zasad moderacji treści w internecie w 2021 roku chyba nikogo już nie trzeba przekonywać, bo co parę tygodni przypominają nam o nim kolejne kontrowersyjne decyzje którejś z platform.

Obydwie regulacje są jeszcze w fazie konsultacji, zgłoszono do nich ponad 5000 sugestii poprawek. Nie wiemy, w jakim kształcie opuszczą Parlament Europejski – szczególnie, że wysiłki lobbingowe mogą znacząco wpłynąć na ich ostateczną treść. Jednak już dziś rysuje się parę tematów do dyskusji, które podjęli uczestnicy seminarium.

A jak będzie z wykonaniem?

Pierwszym wyzwaniem, na które uwagę zwrócili rozmówcy, jest ogólność zapisów obu regulacji. Duch europejskiego prawa – bez wątpienia zainspirowany kształtem RODO – poszedł w kierunku próby stworzenia uogólnionych zasad mających zastosowanie do szerokiej gamy podmiotów. Z jednej strony zabezpiecza to przed szybką dezaktualizacją prawa. Wobec szybkiego tempa rozwoju rynków i platform internetowych wąskie, sektorowe regulacje na przykład dotyczące wyłącznie e-commerce czy streamingu audio i video bez wątpienia szybko stałyby się przestarzałe.

Z drugiej strony uczestnicy dyskusji zwrócili uwagę, że wymagania dotyczące procesów moderacyjnych zostały stworzone z myślą – głównie – o mediach społecznościowych. Dotyczyć będą jednak również platform takich jak Zalando czy Spotify – co wzbudza pytanie o adekwatność na przykład wymagań dotyczących regularnego raportowania o podjętych w danym roku przez platformę decyzjach moderacyjnych. Zastanawia też dosyć szczególny zapis dotyczący wyłączenia z regulacji firm, dla których hostowanie i rozpowszechnianie treści użytkowników jest „działalnością poboczną” – do których zaliczać się mają na przykład medialne portale internetowe z sekcją komentarzy.

Ogólne zapisy generują też poważny znak zapytania: czy regulacja pozbawiona konkretnych, ścisłych zapisów będzie skutecznie stosowana, szczególnie w polskiej kulturze prawnej? Brak szczegółowych wytycznych może być wyzwaniem dla urzędu mającego zająć się egzekucją, a na ten moment kształt regulacji pozwala nawet jasno określić, komu ma przypaść ten zaszczyt. Choć trudno tutaj rozsądzić, czy niedostosowanie wynika z polskiej kultury, która preferuje sztywną i szczegółową regulację, pozostawiającą niewiele miejsca na interpretację, czy też kształtu DMA i DSA. Bez wątpienia jednak efektem dla obywatela może być po prostu nieskuteczność egzekucji nowego prawa.

Nowe podejście do regulacji antymonopolowych

DMA oznacza odejście od dotychczasowego podejścia do prawa konkurencji, opartego o badanie negatywnych skutków monopoli dla klientów, takich jak niekorzystna cena produktów. To ruch konieczny w gospodarce cyfrowej, w której monopole (patrząc na sprawę inaczej – monopsony opisane w tekście Bartłomieja Bigi) często oferują swoje usługi konsumentom za darmo. Ich destrukcyjny wpływ na konkurencyjność nie objawia się więc w podniesieniu cen – wciąż za darmo korzystamy z Facebooka czy Gmaila.

Dlatego DMA zastępuje język „negatywnego wpływu na konsumenta” językiem stworzenia reguł sprawiedliwości oraz utrzymania warunków konkurencyjności (fair and contestable) rynków. Z jednej strony to głęboka zmiana, wokół której dopiero będzie musiała się wykształcić praktyka interpretacyjna. Pozostaje otwarte pytanie o egzekucję zapisów nowego prawa. Z drugiej strony, w warunkach dzisiejszej sieci zastosowanie dotychczasowej filozofii nie doprowadziłoby do oczekiwanej zmiany.

Dziki Zachód moderacji i sporne rozwiązania

Digital Services Act stara się ucywilizować sferę moderacji treści, wprowadzając kryteria transparentności dla decyzji moderacyjnych platform czy zasady niezależnych decyzji odwoławczych. Zachowuje jednak fundament działalności platform internetowych: ograniczenie ich odpowiedzialności za treści umieszczane przez użytkowników. Platformy nie bez racji twierdzą, że przeniesienie na nich automatycznej odpowiedzialności za każdą umieszczoną przez użytkownika treść właściwie uniemożliwiłoby im funkcjonowanie, wymusiłoby filtrowanie każdej treści czy oferty handlowej przed jej publikacją.

Ten kompromis był spodziewany. Krokiem naprzód – w ocenie części uczestników – jest wprowadzenie niezależnych instytucji, do których użytkownik może się skierować, jeżeli twierdzi, że jego konto zostało na przykład niesłusznie zablokowane. Również godne pochwały jest zobowiązanie platform do wytłumaczenia się przed użytkownikiem z podstawy moderacji jego treści oraz narzucenie im wymogu publikowania regularnych raportów o całości podejmowanych decyzji moderacyjnych.

Trudno się jednak spodziewać, żeby te przepisy zadziałały w przypadku moderacji rozumianej jako ograniczenie rozpowszechniania jakiejś treści (np. obniżenie jej pozycji w rezultatach wyszukiwań). To bez wątpienia jedna z metod moderacji, w swojej ekstremalnej wersji przybierająca formę shadowbanningu. Platformy raczej nie będą jasno i przejrzyście tłumaczyć się z takich decyzji, bo wymagałoby to ujawnienia elementów algorytmów.

Poza tym pozostają wątpliwości natury politycznej. Czy nowe rozwiązania rzeczywiście będą bezstronne i sprawiedliwe? Z jednej strony DSA nakazuje wprowadzić możliwość zgłoszenia łamiącej prawo treści przez dowolnego użytkownika, co można poczytywać za pewną (w praktyce i tak często istniejącą) demokratyzację. Jednak z drugiej strony wprowadza certyfikowane instytucje, których zgłoszenia powinny skutkować automatycznym usunięciem treści przez platformę.

A to już aspekt niebezpieczny: certyfikatorem będzie nieokreślony jeszcze urzędnik, mający swój światopogląd. Choćbyśmy obudowali jego stanowisko najlepszymi nawet procedurami, to decyzje moderacyjne, o które się spieramy – w rodzaju usunięcia książki Rafała Ziemkiewicza, zablokowania profili ONR-u czy Społecznej Inicjatywy Narkopolityki – są z gruntu polityczne i zależne od światopoglądu. A to oznacza, że certyfikowane organizacje mogą zyskać kluczowy wpływ na zakres wolności słowa, ponieważ zgłaszane przez nich zjawiska będą niemal natychmiast moderowane.

Kontrowersyjny jest również pomysł, aby oprzeć moderację sieci o darmową pracę w formie zgłoszeń użytkowników i certyfikowanych instytucji. Na tych zgłoszeniach – a więc poprawie jakości treści i, przede wszystkim, na usuwaniu treści bezprawnych, korzystać będą platformy. W dobie wysokich zysków dominujących platform i gromadzeniu przez nich ogromnych zapasów finansowych trudno uzasadnić intencję przeniesienia wysiłku moderacyjnego na społeczeństwo, zewnętrzne instytucje i organizacje pozarządowe bez mechanizmu wynagradzania takich aktywności.

Co więcej, powstająca legislacja w praktyce zniechęca platformy do aktywniejszych działań moderacyjnych: zwolnienie ich z odpowiedzialności może zostać uchylone, jeśli platforma prowadzi aktywną politykę przeglądania (filtrowania) treści. Chcącemu więc może stać się krzywda: jeśli któraś z platform wprowadzi aktywną, z natury niedoskonałą moderację dokonywaną przez etatowych pracowników, to może stać się odpowiedzialna za pominięcie jakiegoś bezprawnego materiału. Z jednej strony te zapisy pokazują skomplikowanie problemu moderacji, z którym w Europie próbujemy się zmierzyć. Z drugiej bowiem strony, trudno wyobrazić sobie przepis, w którym podejmujące się aktywnej moderacji firmy nie są w żaden sposób odpowiedzialne za jej skutki.

Legislacja na 3+

Unia Europejska swoimi propozycjami regulacyjnymi czyni krok naprzód. Akt o usługach cyfrowych i Akt o rynkach cyfrowych są właśnie krokiem naprzód: ani nie zapewniają dynamicznego skoku, ani też nie prowadzą na manowce. Pamiętajmy jednak, że dzisiejsze zapisy tych regulacji są obiektem aktywnej walki lobbingowej wielu stron w Brukseli. Jak bardzo pokreślony i pozmieniany projekt dostaniemy na wyjściu tego procesu – tego przewidzieć nie potrafiłaby nawet najlepsza neuronalna sztuczna inteligencja.

Kluczowe jest odejście Unii od indywidualistycznej logiki RODO na rzecz bardziej wspólnotowego spojrzenia na gospodarkę cyfrową. DSA i DMA niemal nie wprowadzają nowych „okienek o ciasteczkach”, procesów opartych o indywidualną relację obywatela z wielką platformą technologiczną. W ciągu ostatnich pięciu lat okazało się bowiem, że jednostka w starciu z gigantem w sieci ma cokolwiek mały wpływ: stąd okienka ciasteczek zatwierdzamy mechanicznie, a z mechanizmów transferu naszych danych pomiędzy platformami raczej nie korzystamy.

Dlatego dzisiaj unijni legislatorzy – wyjątkowo słusznie – proponują regulację, która przenosi więcej obowiązków na same platformy i planuje stworzyć instytucje mające reprezentować obywateli. Stąd platformy same muszą się zadeklarować jako „strażnicy bram” internetowych usług według kryteriów opisanych w Akcie o rynkach cyfrowych. Dlatego też w kwestii moderacji wprowadzane są instytucje, do których można się niezależnie odwołać.

Obydwa akty wprowadzają rozwiązania dyskutowane i postulowane od długich miesięcy. Odejście od tradycyjnej szkoły spojrzenia na monopole – oparte o udowodnienie szkody klienta poprzez wzrost cen – jest koniecznym krokiem do poradzenia sobie z dominującą rolą wąskiej grupy podmiotów oferujących darmowe usługi w sieci. Stworzenie niezależnych mechanizmów odwoławczych od banów, usuwania czy zmniejszania zasięgów postów to konieczne kroki do uczynienia internetu przestrzenią debaty publicznej, a nie dyskusji prowadzonych na kapryśnych warunkach gigantów w ich prywatnych ogródkach. Odpowiedni jest duch powstającego prawa. Przestano skupiać się przesadnie na konkretnych branżach i przeniesiono spory zakres odpowiedzialności na platformy – na przykład w kwestii samookreślenia się jako „strażnik bramy” do internetowych usług. Zbyt szczegółowa, przeładowana biurokratycznie regulacja stałaby się w tak szybko ewoluującej gospodarce cyfrowej błyskawicznie przestarzała i nieefektywna.

Mimo wszystko propozycje DSA i DMA nie są rewolucyjne, a w 2021 cyfrowa gospodarka potrzebuje przynajmniej szczypty rewolucyjności. Propozycje rozwiązań kwestii moderacji i granic wolności słowa są tylko częściowe: opierają się o rozbudowanie możliwości i zachęt do zewnętrznego zgłaszania łamania prawa. Co prawda, zachowują konieczną do istnienia gospodarki cyfrowej w obecnej postaci klauzulę braku odpowiedzialności platform za zamieszczone przez użytkownika treści. Jednak uchylenie jej w przypadku aktywnej działalności platform na rzecz „sprzątania swojego podwórka” być może pomoże uniknąć ograniczania wolności słowa, ale z pewnością nie poprawi egzekucji prawa wobec treści nielegalnych.

Wreszcie w powstających regułach jest jeden wielki nieobecny, w którym wielu (w tym autor) widzi potencjalne prawdziwy klucz do zbudowania konkurencyjności w gospodarce cyfrowej. To interoperacyjność – zdolność systemów, aplikacji i platform do bieżącej „rozmowy” między sobą w formie wymiany danych czy usług. Prawdziwą nadzieję na przełamanie dominującej roli paru firm byłoby właśnie regulacyjne wymuszenie np. możliwości odbierania wiadomości tekstowych, postów, czy gromadzenia ofert w zewnętrznych wobec platform aplikacjach.

Dzięki temu wiadomości z Facebooka posty z Twittera i oferty z Amazona moglibyśmy odczytać w innych aplikacjach. Co więcej, moglibyśmy wymieniać się wiadomościami i ofertami pomiędzy różnymi platformami. Dziś niewyobrażalny jest powrót do droższych stawek za minutę połączenia do innej sieci komórkowej. Interoperacyjny internet również niesie nadzieję nie tylko okiełznania „strażników bram” do grodzonych ogrodów w Sieci, ale po prostu zniesienia murów tych ogrodów.

Unia Europejska jednak idzie drogą zmian ewolucyjnych, nie rewolucyjnych. Możemy żałować, że choćby zalążki budowania interoperacyjności nie znalazły się w tym procesie. Jednak warto pamiętać, że zbyt odważna regulacja nowej i wciąż nie do końca poznanej gospodarki cyfrowej mogłaby doprowadzić do jej zapaści. Być może więc kontynuacja metody małych kroków, rozpoczętych przez RODO, połączona z jednoczesną korektą niedziałających mechanizmów (np. w postaci oparcia się o indywidualne zgody) jest odpowiedzialnym podejściem do problemu. Nauczmy się chodzić, zanim zaczniemy biegać – mówią nam DSA i DMA.

Wyrażone w tekście opinie nie są stanowiskiem uczestników seminarium ani instytucji, które reprezentują. Autor chciałby podziękować za udział oraz podzielenie się wiedzą uczestnikom seminarium:

Bartłomiej Biga (Centrum Analiz KJ), Bogusław Wieczorek (Centrum Analiz KJ), Jan Zygmuntowski (Akademia Leona Koźmińskiego), Karol Tokarczyk (Polityka Insight), Katarzyna Chojecka (Uniwersytet Warszawski), Katarzyna Szymielewicz (Fundacja Panoptykon), Krzysztof Izdebski (Open Spending Coalition EU), Maciej Bernatt (Centrum Studiów Antymonopolowych i Regulacyjnych), Magdalena Piech (Allegro), Marta Mikliszańska (Allegro).

Artykuł powstał w efekcie spotkania ekspertów w formule okrągłego stołu na temat europejskich regulacji platform internetowych zorganizowanego przez Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Projekt jest realizowany we współpracy z firmą Allegro.

Tym dziełem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.