Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Polski Ład, czyli nadchodzi nowa fala optymalizacji podatkowej

przeczytanie zajmie 9 min
Polski Ład, czyli nadchodzi nowa fala optymalizacji podatkowej Kancelaria Premiera/flickr.com

Rząd Zjednoczonej Prawicy zaprojektował podatkową część Polskiego Ładu tak, by w pierwszym momencie trudno było zorientować się, że planowana jest znaczna podwyżka podatków dla niektórych podatników. Tymczasem planowane zmiany opodatkowania niosą za sobą mnóstwo negatywnych konsekwencji, nie tylko tak bezpośrednich i prostych, jak wzrost podatków płaconych przez niektórych. Jedną z najpoważniejszych jest likwidacja formy prawnej pozwalającej łatwo zacząć działalność i rozwinąć ją w fazie start-up oraz wprowadzenie faktycznej degresywności w systemie opodatkowania dochodów z działalności gospodarczej. Zmiany będą potężnym impulsem do optymalizacji podatkowej. Jednocześnie nastąpi dalsze pogorszenie jakości systemu podatkowego, już obecnie jednego z bardziej pracochłonnych pod kątem rozliczeń w państwach OECD.

Można odnieść wrażenie, że ogłaszając Polski Ład, politycy Zjednoczonej Prawicy liczyli na reakcję w postaci bezwarunkowej aprobaty. Kto nie poparłby pomysłu podniesienia kwoty wolnej od podatku do 30 000 zł? Jednak już w dniu ogłoszenia szczegółów programu dostępne były dokładne wyliczenia pozwalające przedsiębiorcom i pracownikom oszacować, czy i ile więcej zapłacą.

Efektów tych wyliczeń nie będę przytaczał: kto ciekaw, niech odwiedzi strony firm doradczych, które prezentują dokładne dane. W tym miejscu chciałbym jednak zwrócić uwagę na brak zaufania rządzących do Polaków, wyrażający się „ukryciem” zmiany, która przeprowadzona transparentnie oznaczałaby dla niektórych znaczną podwyżkę stawek PIT. Taki sposób wprowadzania poważnych modyfikacji systemu podatkowego niesie za sobą konsekwencje.

Progresja ≠ sprawiedliwość

Z komentarzy bardziej przychylnych pomysłom rządu Morawieckiego przebija myśl, że pożądana jest likwidacja degresywności systemu podatkowego (czyli sytuacji, w której mniej zarabiający są obciążeni podatkami proporcjonalnie, tj. w %, bardziej niż lepiej wynagradzani).

Czy degresywny system podatkowy jest sprawiedliwy? Nie. Jednak system progresywny jest również niesprawiedliwy, dokładnie z tych samych przyczyn, co degresywny. Tak samo jak niesprawiedliwie jest karać wyższymi podatkami kogoś za to, że zarabia mniej, z jakichkolwiek przyczyn by się to nie działo, tak samo nie można karać wyższymi podatkami osób, które zarabiają więcej. I nie zmienia tego pusty argument, że w większości państw rozwiniętych tak progresywnie jest. Nie zawsze liczba popierających dane rozwiązania automatycznie czyni je sprawiedliwym. Gdyby tak było, już dawno w Polsce przywrócono by karę śmierci, skoro liczba popierających to rozwiązanie przewyższa liczbę jego krytyków.

Zakładając, że efekty pracy własnych rąk czy własnego umysłu powinny być w ogóle opodatkowane, można przekonująco i zgodnie z logiką bronić przekonania, że to podatek liniowy (i tak jest w ocenie autora), a jeżeli dwie osoby zarabiające różne kwoty płacą podatki określone liniowo (termin „podatki” w rozumieniu niniejszego tekstu obejmuje również wszelkie daniny, składki itp., narzucone na wynagrodzenia; jakiej retoryki nie stosowaliby politycy i prawnicy, jeżeli coś kosztuje i jest przymusowe, jest to podatek), to postulat progresji, a więc wyższego obciążenia „bogatych”, jest również zrealizowany.

Nie ma racji premier Morawiecki, mówiąc, że „bogaci korzystają z dróg i szkół, a nie łożą na to odpowiednio”. Kasjerka pracująca na pensji zbliżonej do minimalnej (powiedzmy 3 000 zł brutto, „na rękę” daje to 2221 zł przy koszcie pracodawcy 3614 zł, zakładając, że nie płaci na PPK) i specjalista zarabiający brutto 6 000 zł (netto 4327 zł, koszt pracodawcy 7229 zł) płacą w podatkach procentowo mniej więcej taką samą część wynagrodzenia. Jednak w wartościach bezwzględnych różnica jest ogromna (1393 zł vs. 2902 zł).

Czy za tę różnicę specjalista zarabiający lepiej dojedzie drogami (tymi samymi, co zarabiający mniej) do celu szybciej niż kasjerka? Może będzie mieć jeden pas więcej na tych drogach? Czy jego dzieci otrzymają w szkole więcej uwagi od nauczyciela, przyjdzie on dodatkowo do domu dać im korepetycje, skoro rodzic więcej płaci na edukację? Albo czy sam pracownik, o którego podatkach od wynagrodzenia mówimy, otrzyma w szpitalu lepszą opiekę? Dopóki korzysta z usług zapewnianych przez państwo – nie.

W tym realizuje się progresja, którą można uznać za sprawiedliwą: płacąc w kwotach bezwzględnych więcej, otrzymujemy to samo, a dyskusja powinna dotyczyć tego, na co decydujemy się płacić wspólnie, a co jednak ludzie powinni kupować sobie i swoim rodzinom sami. Do realizacji tego stanu rzeczy (równości w korzystaniu z usług publicznych) brakuje głównie emerytury obywatelskiej, jednak już obecnie stopa zastąpienia (wysokość emerytury w relacji do otrzymywanego przed przejściem na nią wynagrodzenia) w przypadku lepiej zarabiających jest niższa. Przyjmując ten punkt widzenia, można stwierdzić, że nawet obecny system (degresywny co do stawki, ale nie wobec obciążeń w liczbach bezwzględnych) jest bardziej sprawiedliwy od projektowanego, radykalnie progresywnego. I żadna retoryka „sprawiedliwego” i „słusznego” opodatkowania „bogatych” nie zmieni faktu, że Polski Ład zakłada systemowe uregulowanie korzystania z usług państwa przez jednych kosztem innych.

Doświadczenie zawodowe doradcy podatkowego pozwala mi postawić tezę, że nic tak nie motywuje do kombinowania z podatkami, jak skomplikowany, a w szczególności progresywny, system. Prosty, liniowy system opodatkowania dochodów osób fizycznych innych niż prowadzące „rzeczywistą” działalność gospodarczą (o tym niżej) zniechęca do poszukiwania metod optymalizacji podatkowej. Kształt zmian proponowanych w Polskim Ładzie – przeciwnie.

Już obecnie dochody osób fizycznych mogą być opodatkowane na kilkanaście (!) sposobów. Polski Ład nie zakłada uproszczenia zasad, przeciwnie – zapowiedziano wprowadzenie ulg, które dodatkowo skomplikują system już dziś będący jednym z najbardziej pracochłonnych pod względem rozliczeń podatkowych w państwach OECD (miarodajny w tym względzie jest np. ranking Paying Taxes 2020, w którym Polska zajęła 77. miejsce z wynikiem 334 godzin, które trzeba średnio poświęcić rocznie na sprawozdawczość podatkową).

Tendencja do komplikowania systemu podatkowego zachęci do poszukiwania metod optymalizacji podatkowej przez reklasyfikację dochodów do źródła korzystniej opodatkowanego, prób skorzystania z ulg przez możliwie szerokie grono osób. Doradców podatkowych czekają żniwa, a całą resztę – płacenie za ich usługi jak za zboże. Stanie się tak tym bardziej, że uruchomione zostały także pozaekonomiczne „motywatory” optymalizacji podatkowej.

Zaoranie nie tylko samozatrudnionych

Laureat Nagrody Nobla z ekonomii w 1992 r., Gary Stanley Becker, w dziele Ekonomiczna teoria zachowań ludzkich dowodzi, że ludzie zawsze podejmują decyzje w oparciu o kalkulacje, nawet jeśli nie robią tego świadomie. Samozatrudnienie w Polsce stało się masowym mechanizmem uniknięcia wysokich podatków, jakimi obciążone są dochody osiągane w ramach umowy o pracę. Czy należy potępiać korzystających z takiego rozwiązania, skoro było legalne i (przeprowadzane umiejętnie, nie zawsze tak się działo) bezpieczne? Byłaby to po prostu krytyka ludzkiej natury.

Wróćmy na chwilę do wątku optymalizacji podatkowej. Dla wielu samozatrudnionych, zwłaszcza tych zarabiających lepiej (pow. 13 000-15 000 zł miesięcznie), może się wręcz okazać, że powołanie do życia spółki z o.o. spowoduje obniżkę opodatkowania dzięki mnogości tytułów, na podstawie których można z takiej spółki „wyprowadzać” pieniądze w sposób podatkowo korzystny, podczas gdy przy działalności gospodarczej osoby fizycznej dochód jest opodatkowany na jednolitych zasadach (wcale nie najkorzystniejszych i dostępnych w polskim systemie podatkowym). Zapewne część specjalistów wybierze emigrację, choć skala tego zjawiska nie będzie znaczna, ponieważ zerwanie z krajową rezydencją podatkową wymaga de facto przeniesienia poza Polskę centrum interesów życiowych, a więc co do zasady miejsca faktycznego przebywania danej osoby i jej rodziny. Na większą skalę niż to zjawisko pojawi się zapewne działalność „doradców”, którzy będą zarejestrowanie firmy za granicą proponować i „zapomną” poinformować, że może to być nieskuteczne. Tu akurat zgodzę się z tezą Marcina Kędzierskiego, że apokaliptyczne prognozy niektórych komentatorów są przesadzone. Przeniesienie miejsca płacenia podatków poza Polskę nie jest tak proste, jak może się wydawać po lekturze niektórych komentarzy.

Samozatrudnienie w porównaniu z etatem nie ma tylko plusów (majątkowa odpowiedzialność przy samozatrudnieniu jest nieograniczona, podczas gdy na etacie co do zasady odpowiadamy za szkody maksymalnie do wysokości 3 pensji), jednak zagorzali krytycy samozatrudnienia zapominają często, że nie wszyscy pracujący na samozatrudnieniu to „uciekinierzy z etatu”.

Znaczna część samozatrudnionych to osoby budujące „prawdziwe” firmy – inwestujące w ludzi, sprzęt, ponoszące rzeczywiste ryzyko związane z działalnością gospodarczą. Żeby sobie przypomnieć, że takie firmy istnieją, można np. wejść na stronę dowolnej, specjalnej strefy ekonomicznej udzielającej tzw. decyzji o wsparciu (kryteria wsparcia wykluczają „uciekinierów z etatu”).

Na stronie tarnobrzeskiej SSE decyzji o wsparciu wydanych dla takich osób (licząc łącznie ze spółkami cywilnymi i jawnymi, gdzie każdy wspólnik jest także osobą fizyczną osiągającą dochody z działalności gospodarczej – ich też dotknie wyższe opodatkowanie) jest 24 z 60 ogółem. Statystyka ta pokazuje, że ci, którzy faktycznie prowadzą „prawdziwą” działalność gospodarczą jako osoby fizyczne, nie są wyrzuceni poza margines – mają swoje miejsce w gospodarce. Jak oddzielić ich od etatowców, którzy wybrali samozatrudnienie, by uniknąć wysokich podatków na umowie o pracę? Na pewno nie jest to łatwe. W projekcie nie ma jednak o tym mowy, nie jest komunikowany chociażby zamiar podjęcia takiej próby, ustalenia kryteriów – po kieszeni mają dostać wszyscy prowadzący działalność gospodarczą. „Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”, jak miał rzec legat papieski przed zdobyciem jednego z miast podczas krucjaty przeciw Katarom.

Jaki będzie efekt? Radykalny spadek atrakcyjności pozarolniczej działalności gospodarczej osoby fizycznej jako formy prowadzenia biznesu (obciążenie podatkiem dochodowym może wzrosnąć do 140% obecnego), co przy skali korzystania z tej metody w Polsce oznacza spadek atrakcyjności prowadzenia działalności w ogóle.

Spadek skokowy (z projektu nowelizacji wynika, że zmiany mają obowiązywać od 1 stycznia 2022 r.) nie uwzględnia długoterminowej perspektywy planowania, charakterystycznej dla działalności gospodarczej (będące dziś w mocy umowy najmu, leasingu itp. mogą obowiązywać na lata do przodu i w momencie ich zawierania nie było uwzględniane ryzyko tak radykalnego wzrostu opodatkowania dochodów). W efekcie skurczą się wydatki zmienne, w tym tak pożądane nakłady na prace badawczo-rozwojowe i wzrost wynagrodzeń. Dojdzie także do sytuacji paradoksalnej: najwyżej opodatkowani (podatek 19% + 9% składki od dochodu) będą przedsiębiorcy najmniejsi (to wyliczenia po uśrednieniu skali biznesu prowadzonego jako pozarolnicza działalność gospodarcza). Co ciekawe, chęć wspierania ich oficjalnie deklarują rządzący i przedstawiciele chyba wszystkich opcji politycznych. Znacznie niżej będą opodatkowane największe korporacje typu Orlen, właściciele Lidla czy Biedronki. Jeżeli chodzi o opodatkowanie działalności gospodarczej, to będzie istniał system charakteryzujący się degresywnością, a więc tą samą cechą, z którą proponowane zmiany miały walczyć w ramach opodatkowania osób fizycznych.

Myliłby się ten, kto prognozuje, że najlepiej zarabiający (także ci na etacie; już od pensji ok. 6 000 zł brutto miesięcznie wynagrodzenia netto mają nie wzrastać względem obecnych, a od ok. 12 000 zł brutto spadać) poniosą w całości koszty wzrostu wynagrodzeń. Będą i tacy, którzy dzięki wykorzystaniu mechanizmów optymalizacyjnych nie zapłacą więcej, martwić nie będą się musieli również najbardziej pożądani przez rynek specjaliści (np. informatycy, których zarobki, jak podaje Business Insider, wzrosły w lutym 2021 rok do roku o 503 zł miesięcznie).

Ryzyko utraty osób, których zastąpienie jest najtrudniejsze, będzie dla pracodawców silnym motywatorem do „pokrycia” wzrostu kosztów ich opodatkowania. Jednak budżety wynagrodzeń nie są z gumy i wzrost nakładów jednego rodzaju zostanie skompensowany spadkiem innych. Można spodziewać się co najmniej spadku tempa wzrostu wynagrodzeń na stanowiskach niższych, a więc tych pracowników, których łatwiej jest zastąpić. Wreszcie na stanowiskach opłacanych na tyle nisko, że wzrost kwoty wolnej spowoduje największy (ok. 15%; 17% podatku minus odliczenie składek) wzrost wynagrodzenia netto, będziemy prawdopodobnie mogli zaobserwować tendencję do zwalniania pracowników. „Nowemu” pracownikowi niewykwalifikowanemu można bowiem zapłacić mniej. Podsumowując, za Polski Ład w części zapłacą ci, którym miał pomóc – zarabiający poniżej lub niewiele powyżej mediany wynagrodzeń. Ponieważ łatwiej wymienić dwóch specjalistów niższego szczebla na zarabiających mniej niż zatrudnić nowego Java developera.

Państwo kombinuje, czyli daje przyzwolenie na kombinowanie

Wreszcie ostatnia obserwacja, w której może wyjdę poza swoje kompetencje, ale kto czasem, oglądając mecz piłkarski, nie komentuje decyzji selekcjonera, niech pierwszy rzuci kamieniem. Obserwujemy zjawisko „ukrywania” podwyżek podatków poprzez zabiegi techniczne (zamiast zmiany stawki PIT liniowego z otwartą przyłbicą zmiana zasad kalkulacji i odliczania składki zdrowotnej). Oczywiste jest, że takie zabiegi mają na celu zmylenie potencjalnego oceniającego (którym dla rządzących jest naród), z czego wynika równie logiczny i oczywisty wniosek, że nie traktuje się narodu jak partnera, z którym można szczerze rozmawiać.

Jeżeli taki, a nie inny kształt zmian nie jest czystym przypadkiem, to trzeba odnotować, że autorzy Polskiego Ładu podjęli karkołomną próbę „sprzedania” pomysłu zmian w taki sposób, by nikt nie czuł się poszkodowany (przynajmniej w momencie jego ogłaszania), choć oczywiste jest, że będą takie grupy. Dosadniej mówiąc, rządzący założyli, że Polacy nie umieją liczyć lub nie potrafią tego robić szybko.

Już w raporcie Rząd pod lupą: ranking polityk publicznych 2020 zwracaliśmy uwagę na to, że nastąpiło obniżenie zaufania do państwa. Widać to w badaniach OECD, gdzie w 2019 r. 49% Polaków odpowiedziało pozytywnie na pytanie o zaufanie do rządu Polski. W badaniu za 2020 r. było to już tylko 27%. Gdyby podobne badanie dotyczyło zaufania np. do marki, każdy menadżer, który nie chciałby wylecieć z pracy, wdrożyłby radykalny program naprawy zaufania – zwiększyłby transparentność działań, poprawił komunikację z pracownikami, klientami (jako obywatele jesteśmy jednymi i drugimi). Co otrzymaliśmy? Próbę radykalnego zwiększania obciążeń podatkowych w możliwie nietransparentny sposób.

To oblany test reformowania, który prowadzić może wyłącznie do dalszej utraty wiary w państwo. Niezłym probierzem tego zjawiska są pracownicze plany kapitałowe (PPK), których wprowadzeniu towarzyszyła retoryka odzyskiwania zaufania po klęsce OFE. Znów trudno mi dodać tu coś odkrywczego do oceny Łukasza Baszczaka, wyrażonej w artykule Pracownicze Plany Kapitałowe – do ogłoszenia sukcesu jeszcze daleko, może poza tym, że sukces oddalił się właśnie znacznie – być może tak, że jest już nie do osiągnięcia. Rację ma mój imiennik, który twierdzi, że zasadniczym problemem PPK jest wiarygodność. Ta wiarygodność państwa właśnie otrzymała kolejny potężny cios od rządzących, przynajmniej w oczach tych grup, które mają zostać przez Polski Ład poszkodowane.

Jeżeli choć część z prognoz, które przedstawiam wyżej, sprawdzi się, drogo jeszcze za to wszyscy zapłacimy. Łatwiej byłoby tego uniknąć, gdyby zmiany wprowadzano transparentnie (z uwzględnieniem uwag środowisk zainteresowanych, w szczególności przedsiębiorców) i przede wszystkim, bo mleko jeszcze się nie rozlało, otwarciem rządzących na wszystkie możliwe scenariusze, rezygnacją z części zmian i zmniejszeniem niektórych wydatków państwa zamiast podnoszenia opodatkowania włącznie. Pozostaje tylko trzymać kciuki za to, by tak się ostatecznie stało.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.