Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Nie lubimy już Facebooka, Twittera i Google’a? W debacie publicznej technooptymizm już umarł

Nie lubimy już Facebooka, Twittera i Google’a? W debacie publicznej technooptymizm już umarł https://unsplash.com/photos/Skf7HxARcoc

Po latach przesadnego technologicznego optymizmu nadszedł czas krytyki. Dziś coraz mniejszym zaufaniem darzymy wielkie firmy technologiczne. Patrzymy ze sceptycyzmem na sztuczną inteligencję, obawiając się, że pozbawi nas pracy. Wreszcie coraz wyżej cenimy sobie prywatność naszych danych. To dobrze, że w końcu zaczęliśmy dostrzegać drugą stronę technologicznych przemian. Jednak potępienie technologii byłoby dla Polski równie złe, co bezrefleksyjna wiara wyłącznie w jej zalety. Desperacko potrzebujemy zdefiniować pozytywną rolę technologii w rozwoju, który będzie korzystny dla społeczeństwa.

Ostatnie parę lat to okres gwałtownej zmiany w dyskusji wokół technologii. W 2015 r. media zastanawiały się, czy „cudowne dziecko” amerykańskiej przedsiębiorczości, Mark Zuckerberg, wystartuje jako kandydat na prezydenta USA. Google czy Facebook były dumnymi symbolami Ameryki: nowoczesnej, opartej na wysokich technologiach, chcącej zmieniać świat. My w Polsce odbywaliśmy niezliczone dyskusje o tym, jak stworzyć naszą własną Dolinę Krzemową – wówczas postrzeganą jako przedsiębiorczy raj, w którym powoli przechadzający się hipisi tworzą startupy mające odmienić ludzkość – a jedynie przy okazji zarabiają jakieś pieniądze. Teraz przenieśmy się o sześć lat w przód.

Dziś nikt nie pomyśli, aby prezesa Facebooka, Amazona, Google’a czy Twittera wybrać na prezydenta USA. Wręcz przeciwnie – Elizabeth Warren, oskarżająca technologicznych gigantów o bycie monopolistami i wzywająca do podzielenia tych firm, przez długi czas była typowana jako jedna z kandydatek na bycie wiceprezydentem USA. Dolina Krzemowa wciąż jest atrakcyjnym miejscem – ale jej wyobrażenie odarte zostało ze złudzeń. Nie oszukujemy się już, że wielkie technologiczne spółki powstają, aby zmieniać świat na lepsze, czy choćby po to, aby „nie czynić zła”. Czytamy raczej reportaże o rosnących kosztach życia w San Francisco, widzimy protesty przeciw busom Google’a dowożącym inżynierów do pracy, oglądamy prześmiewczy wobec start-upowej kultury serial Silicon Valley na HBO. Nad Pacyfikiem z kolei rozgorzał technologiczny konflikt chińsko-amerykański.

Czarne chmury nad technologią

W debacie publicznej umarł technooptymizm, według którego technologia miała połączyć cały glob, zażegnać konflikty społeczne, pomóc nam stawać się lepszymi ludźmi, wspierać biednych i pominiętych w podnoszeniu jakości życia. Aplikacje nie naprawiły świata. Okazało się, że – cóż za zaskoczenie – wielkie i błyskawicznie rosnące biznesy, z których codziennie przez długie godziny korzystają miliardy użytkowników, mają skutki uboczne: promują agresję w internecie, zwielokrotniają efekt baniek informacyjnych, mają deprymujący wpływ na naszą psychikę.

Dziś w nastawieniu społeczeństwa zaczyna dominować techlash – to skrót od „technology backlash”, czyli po polsku: antytechnologiczna reakcja. Pod tym pojęciem kryje się krytyka BigTechu za jego monopolistyczną pozycję, wypieranie się społecznej odpowiedzialności, ignorowanie negatywnych skutków ubocznych nowych platform i aplikacji.

Ta krytyka to pewnie powód do radości dla osób, które przez lata oskarżały technologiczne firmy, między innymi o ograniczania naszej prywatności. Ja sam często pisałem krytycznie na te tematy. Oczywiście cieszy mnie, że zwracamy uwagę na drugą stronę technologicznej medalu.

Wąska droga pomiędzy utopią a antytechnologiczną rozpaczą

A jednak wcale nie skaczę z radości – bo boję się, że jako społeczeństwo przesadzimy w drugą stronę. W 2015 r. modne było rozwiązywanie dowolnego problemu społecznego aplikacją – „there’s an app for that”. Dziś modne staje się potępianie technologii w czambuł. Niedofinansowane media? Wina Facebooka, niech zapłaci australijskim wydawcom. Sztuczna inteligencja? Zabierze nam pracę i wolną wolę. Spis powszechny? Bezczelna kradzież mojej prywatności, służby chcą znać moje wyznanie!

Tego tematu dotykam w tekście Zanurzeni w hiperaktywnej zupie w magazynie „Plus Minus”. Piszę tam o moim przesadnym zaufaniu do nawigacji samochodowej, która wyprowadziła mnie do lasu, ale też trochę o wolnej woli i algorytmach, które dziś nami kierują. Możemy stawiać algorytmom korzystne dla nas cele – i wtedy będą one wspierać naszą wolną wolę, a nie działać przeciw niej.

Zamiast za pomocą taniego clickbaitu przykuwać nas do ekranu i zabierać ochotę na rozwój, algorytm mógłby dostarczać nam artykułów na interesujące nas tematy. Technologia jest tylko narzędziem: szkodliwość lub jej brak zależą od tego, jakie jej postawimy cele. Sądzę, że to lepsze podejście niż zanegowanie technologii w ogóle i wyprowadzka do lasu.

Techlash uderzy w Polskę?

Problem w tym, że szczególnie nas – Polek i Polaków – nie stać na odrzucenie technologii. Jesteśmy państwem, które od 30 lat goni gospodarki rozwinięte, ale wciąż dzieli nas od nich duży dystans.

Jeśli utracimy zaufanie do jakichkolwiek rozwiązań technologicznych, to nasze państwo z czasem spadnie do ogona państw rozwijających się, nasza administracja będzie coraz bardziej niewydolna, a my sami nie będziemy zarabiać więcej – bo zawody wysokotechnologiczne będą nam coraz bardziej uciekać.

Utrata wzajemnego zaufania społeczeństwa, firm i państwa w kwestii technologii to wyrok śmierci dla rozwoju kraju. Przestaniemy się szczycić dobrze wykształconymi pracownikami i zabraknie nam przełomowych technologii opracowanych w Polsce. W rozmowach o innowacjach czasem mówi się o „dolinie śmierci” pomiędzy eksperymentem w laboratorium a rynkowym produktem. To miejsce, w którym wiele nawet najlepiej rokujących pomysłów umiera. Mam poczucie, że Polska też może utknąć w „dolinie śmierci”, jeśli odwrócimy się od technologii. Co więc możemy zrobić, żeby tak się nie stało?

Dwanaście scenariuszy

W ubiegłym tygodniu ukazał się raport Foresight cyfrowy 2035: 12 scenariuszy dla Polski. Miałem przyjemność pracować nad nim wraz z Heleną Chmielewską-Szlajfer z Akademii Leona Koźmińskiego i LSE, tworzącym własny fundusz inwestycyjny Mikołajem Firlejem, Jackiem Grzeszakiem i Ignacym Święcickim z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Dzieło powstało wspólnie z kilkudziesięcioma ekspertami i praktykami z różnych dziedzin, firm i organizacji. Dzięki temu udało nam się stworzyć dwanaście scenariuszy, którymi może potoczyć się dalszy los polskiej e-gospodarki, e-państwa i e-społeczeństwa.

Po wszystkie 12 scenariuszy zapraszam do tekstu raportu, który można pobrać ze strony Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Polecam, bo czyta się go wyjątkowo lekko. Tu streszczę trzy najkorzystniejsze i trzy najmniej korzystne scenariusze w sferach e-gospodarki, e-państwa i e-społeczeństwa.

Polski skok rozwojowy dzięki nauce i technologii

Jak wygląda najlepszy scenariusz dla Polski? Przenieśmy się do roku 2035. W sferze gospodarki cyfrowej kluczową rolę odgrywa zaufanie do państwa i sytuacja geopolityczna między USA a Chinami. Wysoki poziom zaufania pozwala w 2035 r. Polsce stać się podmiotowym, ważnym państwem na globalnej mapie. Nie jesteśmy mocarstwem, ale zdajemy sobie sprawę, że możemy odgrywać ważną rolę w europejskiej rodzinie państw.

W sferze e-państwa najważniejszymi czynnikami okazały się również zaufanie do administracji oraz poziom inwestycji prorozwojowych. Dzięki temu zaliczamy awans rozwojowy: obywatele chętnie korzystają z wysokiej jakości e-usług, administracja przestała się nam kojarzyć z pachnącymi linoleum korytarzami pełnymi kolejek do okienek.

Przeciwnie, administracja stała się zwinna i otwarta: obywatele angażowani są w testowanie nowych usług przed ich wdrożeniem, każdy ma swojego administracyjnego opiekuna, który pomaga załatwić wszystkie nasze sprawy w relacji z różnymi urzędami, nie musimy już wielokrotnie podawać tych samych danych. Zresztą o tej koniecznej zmianie pisaliśmy również w raporcie Jak wydamy ponad 100 miliardów? Ocena projektu KPO wydanym przez Klub Jagielloński.

Na tym jednak zmiany na plus się nie kończą. W kwestii e-społeczeństwa zaliczamy ogromny zwrot: obywatele stają się współrządzącymi. Dzięki zaufaniu wzrasta poziom partycypacji obywatelskiej, a polityczne decyzje zapewniły szeroki dostęp do informacji dobrej jakości. Dzięki temu – oraz przy pośrednictwie również cyfrowych narzędzi – obywatele mają realny wpływ na poczynania swojego burmistrza, sejmiku czy posła.

Zapóźniony poddostawca z niesprawną administracją i pod zarządem BigTechowo-mocarstwowym

A jak wygląda pesymistyczna wizja? Niski poziom zaufania społecznego powoduje, że stajemy się krajem-poddostawcą albo dla globalnych potęg, albo dla BigTechu. Wielkie globalne firmy zajmują w Europie Środkowo-Wschodniej rolę tak dominującą, że w swoich branżach zachowują się jak dzisiejszy Gazprom: rozdają karty, grożąc „zakręceniem kurka” swoich usług, co może spowodować zastoje w działaniu dziesiątek firm całkowicie zależnych od dostarczanych przez nie technologii. Karty rozdają też wielkie mocarstwa, umiejętnie rozgrywające brak zaufania społecznego, żeby w zależności od potrzeb wzniecać i wygaszać konflikty społeczne.

Nasze e-państwo na skutek braku inwestycji i braku zaufania obywateli do administracji jest e-papierowe. Polacy są nieufni wobec technologii – choć obficie korzystają z internetowej rozrywki i streamingu, to rzadko mają umiejętności i chęć korzystania z e-usług. Są też przerażeni utratą prywatności, co uniemożliwia administracji wykorzystanie danych, nawet statystycznych, do koordynacji swoich działań. Niechęć do technologii skutkuje też niechęcią do pozyskiwania umiejętności cyfrowych – więc nasz pracownik jest coraz mniej ceniony na rynku.

Natomiast w kwestiach społecznych jesteśmy e-cynikami: władza jest niechętna aktywności obywatelskiej, bo nie lubi jak wyborcy wtrącają się w jej decyzje, zaś obywatele wzruszają ramionami i powtarzają, że „i tak się nie da nic z tym zrobić”. Pozbawieni umiejętności cyfrowych Polacy często tracą pracę albo nie mogą dostać awansu, powoli stając się tak zwanymi „ludźmi zbędnymi” – grupą, która nie ma nic do stracenia i tylko czeka na sygnał, aby przemocą zrobić porządek.

Wielka gra o zaufanie

W raporcie znajduje się jeszcze kilkadziesiąt innych czynników istotnych według nas i kilkudziesięciu innych ekspertów. Oczywiście istotne są inwestycje, umiejętności, wysoko wykształceni specjaliści oraz sytuacja polityczna. Niemniej zaufanie jest elementem łączącym wszystkie scenariusze. Bez zaufania i umiejętności trudno założyć start-up, trudno pozwolić państwu gromadzić dane potrzebne do zarządzania, trudno zacząć korzystać z nowej cyfrowej usługi, niezależnie od tego, jak bardzo firma będzie starała się nas przekonać, że działa w naszym interesie.

Zaufanie do abstrakcyjnej „technologii” jest jedynie efektem wzajemnego zaufania społecznego, zaufania obywatela do administracji czy też do danej firmy. Polska w porównaniu do innych krajów ma z tym zaufaniem problemy – we wszelkich rankingach wypadamy dosyć blado. Stawia nas to w kiepskiej sytuacji startowej w momencie, w którym to właśnie zaufanie może zdecydować o „być albo nie być” Polski w nadchodzących dekadach.

Ani państwo, ani firmy, ani społeczeństwo nie są w stanie samodzielnie stworzyć tego zaufania. Potrzebujemy działań po każdej ze stron. Administracja musi tworzyć technologie w sposób jak najbardziej otwarty. Konsultacje społeczne nie mogą być traktowane jako „zawalidrogi” procesu legislacyjnego. Powinniśmy się wreszcie pożegnać z e-państwem, w którym liczy się ilość, a nie jakość e-usług. Te muszą być budowane we współpracy z obywatelami, którzy mają ich używać. My, obywatele, z kolei musimy zdawać sobie sprawę, że działanie administracji bez danych nie będzie w XXI wieku możliwe. Powinniśmy oczekiwać dobrej ochrony informacji o nas i transparentności ich wykorzystania, ale musimy też zgodzić się na to, że bez danych państwo nie będzie mogło działać.

Przez lata wydawało się, że postęp technologiczny będzie realizował jeden utarty modelem, wzorowany na Dolinie Krzemowej i uczelniach takich jak MIT. Obecnie postęp przechodzi perturbacje, bo zorientowaliśmy się, że cyfrowy świat niesie ze sobą również skutki uboczne. Na tym chaosie wygrają te społeczeństwa i państwa, które pierwsze znajdą swoją narrację budującą zaufanie do społecznie korzystnych technologii.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.