Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Zwierzęta nie mają praw [POLEMIKA]

Zwierzęta nie mają praw i mieć ich nie mogą – to wniosek jednoznacznie wypływający z chrześcijańskiej antropologii. Co oczywiście nie oznacza, że mają być traktowane bezdusznie i przedmiotowo. Jednak, wychodząc z konserwatywnego punktu widzenia, nie sposób zgodzić się z tezami Błażeja Skrzypulca, postawionymi w artykule Prawa zwierząt wynikają z konserwatyzmu, gdzie autor pisze o istnieniu „praw” zwierząt, a już szczególnie nie sposób zgodzić się z tym, że istnienie takich praw implikuje właśnie konserwatywny światopogląd.

Skrzypulec błędnie przyjmuje, iż istnieje jakiś stan pośredni pomiędzy dwoma stanowiskami, które określa trafnie jako antropomorficzne (stanowisko lewicy) i antropocentryczne (stanowisko konserwatystów). Zgodnie z tym pierwszym zwierzętom mają przysługiwać prawa na tej samej zasadzie, na jakiej przysługują ludziom. Zgodnie z drugim – zwierzętom prawa nie przysługują, co – według Skrzypulca – oznacza, że mogą być traktowane jak użyteczne (lub nie) przedmioty. O ile pierwsze stanowisko Skrzypulec relacjonuje rzetelnie, o tyle drugie wypacza. Stanowisko, iż zwierzęta praw nie posiadają, nie oznacza bowiem automatycznie, że pozwalamy na wszelkie wobec nich okrucieństwo i bezdusznie zadajemy im cierpienie.

Niezgoda na bezmyślne okrucieństwo nie musi wynikać z posiadania przez zwierzęta „praw”. Ludzkie powinności wobec zwierząt nie wynikają i wynikać nie mogą z faktu, że zwierzęta posiadają „prawa”. Czym innym jest przyznawania zwierzętom „praw”, a czymś całkiem innym traktowanie ich w ten lub inny sposób.

Reguły, dotyczące obchodzenia się z generalnie pojętą przyrodą, wynikają nie z tego, że ta przyroda ma „prawa”, ale z tego, że człowiek musi określić w ramach obowiązującego go systemu etycznego swój sposób postępowania ze światem, który został mu dany.

Konkluzje i metody podejścia mogą być tutaj różne – to pozostawiam na boku. Jestem świadomy debaty między koncepcją „konserwatywnej ekologii” i podejściem antropocentrycznym – opowiadam się w niej zdecydowanie po stronie tego drugiego stanowiska, ale to nie należy w pełni do obecnego tematu. Ważne jest, że kwestia „praw” zwierząt w ogóle do tej dyskusji nie należy – a tak umiejscawia ją Skrzypulec.

Kluczowy błąd Błażeja Skrzypulca dotyczy twierdzenia, iż pomiędzy stanowiskiem przyznającym zwierzętom „prawa” a tym, które ich im odmawia, istnieje jakiś stan pośredni. Takiego stanu pośredniego nie ma. Prawa w ścisłym sensie tego słowa (a nie tym postoświeceniowym) można jedynie mieć całkowicie albo nie mieć ich wcale. Nie można powiedzieć, że niektórym zwierzętom przysługują niektóre prawa.

Chrześcijańska antropologia jednoznacznie przyznaje „prawo” do posiadania duszy jedynie ludziom. To wyróżnik, który można przetransponować także na grunt antropologii „bezwyznaniowej”: tylko człowiek posiada samoświadomość, zrozumienie swojego „ja” – a to jest niezbędnym warunkiem posiadania praw. Nawet najbardziej zaangażowana ideologicznie nauka nie dowiodła dotychczas, że jakiekolwiek, choćby uznawane za najmądrzejsze, zwierzę samoświadomość posiada.

Lęk przed śmiercią, o którym wspomina Skrzypulec, który w przypadku ludzi jest naturalną obawą przed przejściem od samoświadomego istnienia ku nieistnieniu, nie ma swojego odpowiednika w przypadku zwierząt. Ich odruchy strachu w sytuacji zagrożenia są powiązane z naturalnym instynktem, automatyzmem ochrony przed zniszczeniem, a nie refleksją na temat bycia i niebycia. Prawa może mieć jedynie ktoś, kto jest sam siebie świadomy lub świadomy potencjalnie (czyli człowiek przed narodzeniem, bo z czasem tę świadomość nabędzie i to nie ulega kwestii).

Co do zasady – zakładamy, że człowiek jest obdarzony samoświadomością, niezależnie od swojego wychowania, kondycji, stanu. A to warunek korzystania z praw. Co do zasady – zwierzęta samoświadomości nie mają.

Podobnie warunkiem posiadania praw jest rozróżnianie dobra i zła na najbardziej podstawowym poziomie. Dla ludzi to cecha przyrodzona, niezależna od miejsca i czasu urodzenia. Dlatego właśnie niepoczytalność zwalnia od odpowiedzialności karnej. Kto nie odróżnia dobra od zła, nie może odpowiadać za swoje czyny. Nic nie wskazuje na to, by tę zdolność posiadało jakiekolwiek zwierzę. Ich świat rządzi się innymi prawami. Agresywny pies, zagryzający „dla zabawy” przypadkowego kota, nie ma świadomości, że czyni „źle”. Delfiny – tak chętnie stawiane jako przykład zwierząt, którym należałoby przyznać „prawa” – także nie mają świadomości czynionego „zła”, gdy masakrują własne młode. „Zła” w cudzysłowie, bo w sensie etycznym nie jest to prawdziwe zło, właśnie dlatego, że sprawcami są zwierzęta. Człowiek ma świadomość, że czyni zło, nawet jeśli jest przekonany, że wybiera „mniejsze zło” albo że skutkiem tego zła będzie ostatecznie dobro.

Skrzypulec wydaje się ignorować historyczną ewolucję pojęcia praw jednostki. Wszak dzisiejsze prawa człowieka niewiele mają wspólnego z tymi prawami człowieka, które można wywieść z klasycznej europejskiej tradycji. Mamy do czynienia ze skrajnie poszerzonym, roszczeniowym rozumieniem praw, w katalogu których znajdują się obecnie postulaty socjalne (prawo do pracy, mieszkania, zarobku) czy ideologiczne (prawo do aborcji). „Prawa” zwierząt to nic innego jak wypączkowanie koncepcji postoświeceniowych praw człowieka w nowy, ideologicznie zagospodarowany przez lewicę obszar.

Odrzucam przy tym propozycję, żeby prawica (konserwatyści) przeciwstawiali się temu, proponując w tym samym obszarze rozwiązania „kompromisowe”, co zdaje się czynić Skrzypulec, podobnie jak odrzucam koncepcję „konserwatywnej ekologii”. Jednak o ile w tym ostatnim przypadku istnieją pewne doktrynalne podstawy do dyskusji (poszanowanie przez człowieka boskiego stworzenia, którym został obdarowany), to w przypadku „praw” zwierząt takich podstaw brak.

Tu wybór jest, jako się rzekło, zero-jedynkowy – konserwatyści powinni zdecydowanie odrzucać koncepcję „praw” zwierząt, nie odrzucając zarazem dyskusji o tym, jak należy je traktować. To dwie oddzielne kwestie, które zresztą bardzo chętnie bywają w ramach prymitywnego zabiegu erystycznego łączone przez lewicę: „kwestionujesz istnienie praw zwierząt – chcesz, żeby cierpiały i pewnie sam lubisz zadawać im ból”.

Skrzypulec w swoim wywodzie zdaje się nie dostrzegać, że proponując pośrednie rozwiązania wchodzi na równię pochyłą. Jeśli – jak twierdzi – przesłanką do przyznania jakichś praw niektórym zwierzętom ma być odczuwanie przez nie cierpienia (do czego, dodajmy, nie jest konieczna samoświadomość, bo mówimy tu o mechanizmie czysto fizjologicznym, nie duchowym), to jest to otwarcie drzwi do nielimitowanych spekulacji po stronie agresywnej ideologicznie lewicy. Skrzypulec pyta, jakie formy traktowania zwierząt są zgodne z ich naturą normatywną. Lewica oczywiście natychmiast jest gotowa skorzystać z tej furtki. Co bowiem szkodzi stwierdzić, że normatywną naturą marchwi jest swobodne rośnięcie bez narażania na cierpienie, związane z wyrwaniem z ziemi i pokrojeniem? Kto zdefiniuje normatywną naturę poszczególnych zwierząt czy roślin? Czy hodowla karpi w stawie jest sprzeczna z ich normatywną naturą, a łowienie ich na wędkę w rzece – już nie? Czy może sprzeczne jest jedno i drugie? Brzmi absurdalnie? Oczywiście, ale Skrzypulec otwiera właśnie drogę do tego absurdu. Przypomnę, że zideologizowana ekologia uznaje, że cierpią również rośliny. Jeśli nie postawi się wyraźnej granicy między ludźmi a całym światem przyrody, nigdzie już jej nie wyznaczymy. Bo nigdzie indziej nie ma na nią dobrego miejsca.

Siłą rzeczy, wywód Skrzypulca prowadzi go do wniosków, które również dobrze moglibyśmy przeczytać w „Krytyce Politycznej”: że człowiek korzysta ze zwierząt niemal wyłącznie ze względu na swoją przyjemność, a nie konieczność; że częste jedzenie mięsa nie jest konieczne; że nie trzeba ubierać się w futra – i tak dalej. To nie są wnioski zaskakujące – jeśli na wstępie rezygnuje się z konserwatywnej podstawy antropologicznej, to na końcu równania muszą się znajdować konkluzje identyczne z tymi po najbardziej zaangażowanej lewej stronie. I tu znów mamy równię pochyłą. Gdyby bowiem konsekwentnie potraktować kryterium konieczności, dojdziemy do wniosku, że niekonieczne jest całe mnóstwo rzeczy. Przecież człowiek jest w stanie żywić się korzonkami – może nawet byłby wtedy zdrowszy. O ile oczywiście korzonki nie cierpią, a ich normatywną naturą nie jest spokojne dorastanie bez zagrożenia ze strony żarłocznego homo sapiens, bo wtedy trzeba by znaleźć sobie jeszcze inne źródło pożywienia. W zasadzie nie jest konieczna cała współczesna cywilizacja z jej osiągnięciami, nieuchronnie ingerującymi w przyrodę i – niestety – nierzadko dla niej szkodliwymi. Kryterium konieczności prowadzi nas na manowce.

W tym rozumowaniu brakuje człowieka jako drugiej strony równania. Weźmy podawany przez Skrzypulca negatywny przykład przemysłowej hodowli zwierząt. Jednym z jej podstawowych skutków jest niska cena mięsa i jego dostępność dla niemal wszystkich, przynajmniej w krajach rozwiniętych. Gdybyśmy mieli z niej zrezygnować, nieuchronny byłby drastyczny wzrost cen. W imię „praw” zwierząt ludzie zostaliby w znacznej części pozbawieni możliwości jedzenia mięsa. Dla prozwierzęcych ideologów to oczywiście żaden problem, ale konserwatyzm oznacza także, że bierzemy pod uwagę i roztropnie rozważamy konsekwencje naszych postulatów. Tu tego nie widzę. Stwierdzenie, że jedzenie mięsa nie jest konieczne, uznaję za niepoważny chwyt erystyczny.

Inny przykład, aktualny. Zideologizowanie hodowli kur (kury muszą mieć zapewniony „dobrostan”) wywołało już widoczne efekty. W nielicznych sklepach jesteśmy wciąż w stanie kupić jajka z chowu klatkowego. W większości wyparły je jajka z chowu „ekologicznego”, jakościowo nie lepsze, a często gorsze, ale za to wyraźnie droższe. Bujając w filozoficznych obłokach, Skrzypulec pomija całkowicie realny, życiowy kontekst takich sytuacji. A ten brutalnie kpi z pięknoduchowskich wywodów: ideologicznie motywowane postulaty są po prostu pretekstem dla przyziemnych interesów. Wolny wybieg kur to większe zyski producentów i sklepów, korzystających z emocjonalnego nastawienia klientów – proste.

Jest wreszcie element wojny kulturowej, również przez Skrzypulca pominięty. „Prawa” zwierząt są przez lewicę traktowane jako pretekst do walki z elementami tradycji i kultury.

W Wielkiej Brytanii zniknęło już tradycyjne polowanie na lisa. W Polsce skrajne ruchy prozwierzęce coraz bardziej radykalnymi metodami walczą z myśliwymi, a powstały pod egidą obecnego rządu projekt ustawy o ochronie zwierząt oznaczałby między innymi koniec zwierząt w cyrkach. To nie jest walka w imię etyki i moralności, ale – po pierwsze – nierzadko zwykły biznes organizacji „ekologicznych”, opakowany w dość prostacką emocjonalność, a po drugie – realizacja określonej ideologicznej wizji społecznej, w której nie ma miejsca na część tradycji.

„Nie ma więc ucieczki od wniosku, że żyjąc tu i teraz w wysoko rozwiniętym kraju niemal zawsze, gdy korzystamy z produktów pochodzenia zwierzęcego, bierzemy udział w czymś, co jest moralnie złe” – konkluduje Skrzypulec. To konkluzja zadziwiająca, o ile wyprowadza się ją z rzekomo konserwatywnych założeń. Możemy oczywiście rozmawiać o tym, w jaki sposób obchodzić się ze zwierzętami, ale należy zdecydowanie sprzeciwić się tego rodzaju szantażowi moralnemu. Teza, że korzystając w sposób normalny dla naszego poziomu rozwoju cywilizacyjnego z produktów zwierzęcych, wykraczamy przeciw moralności, jest nie do obrony – co wykazałem wyżej. Chyba że zasadnicze kwestie etyczne i antropologiczne ustawiamy na poziomie infantylnego sentymentu spod znaku #jesuisundzik.