Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Integralne pojęcie ludzkiej pracy

Integralne pojęcie ludzkiej pracy Autorka ilustracji: Magdalena Milert

Współczesny kapitalizm ma jeden szczególnie wkurzający fetysz: instrumentalnie traktowaną produktywność. W konsekwencji mamy dzisiaj problemy z właściwym pojmowaniem ludzkiej pracy, w zamian redukując ją do aspektu zarobkowego. Tymczasem praca ludzka rozumiana integralnie składa się z trzech wymiarów: materialnego, duchowego i relacyjnego. A bez zmiany pojęcia pracy trudno będzie nadać kapitalizmowi bardziej ludzką twarz.

Trzy główne problemy z pracą w późnym kapitalizmie

Opozycja praca – odpoczynek stanowi główną oś naszego czynnego odniesienia do świata. Człowiek jako podmiot działający albo odpoczywa, albo pracuje, i w zasadzie nie ma w tej układance miejsca na trzeci element. Stąd można wysnuć wniosek, że wspomniana opozycja stanowi integralną część ludzkiej natury.

Życie, które nie jest przeplatane pracą i odpoczynkiem, nie byłoby życiem ludzkim: albo byłoby ono nam niedostępne z powodu konieczności zaspokajania własnych potrzeb, albo byłoby deprawujące. Absolutna wolność od potrzeb jest dostępna tylko Bogu. Natomiast całkowicie realnym zagrożeniem pozostaje drugi człon tej alternatywy. Nasza natura może bowiem doświadczać zniekształceń pod wpływem uwarunkowań społeczno-ekonomicznych. Można dziś wciąż znaleźć przynajmniej trzy takie obszary pracy ludzkiej, które nastręczają powodów do pogłębionej refleksji.

Po pierwsze, praca coraz bardziej rozlewa się na wszystkie obszary naszego życia. Proces ten ma zarówno swój wymiar przestrzenny, jak i czasowy. Moment wyjścia z domu do firmy, w której jesteśmy zatrudnieni, dość klarownie dzieli przestrzeń naszego funkcjonowania. Mamy miejsce pracy oraz miejsce odpoczynku. Popularność pracy zdalnej, która dodatkowo wzrosła w trakcie pandemii, skutecznie zaburza ten podział. Dla wielu osób własny pokój stał się tożsamy z biurem, a całą różnica przestrzenna sprowadza się do przeniesienie się z fotela przy biurku na sofę oddaloną o kilka metrów.

Jednak znacznie większym problemem niż aspekt przestrzenny jest rozlewanie się pracy w znaczeniu czasowym. Będąc ciągle podłączonymi do Internetu, poczty elektronicznej i telefonu, coraz częściej pozostajemy podpięci do zadań, które otrzymujemy od pracodawcy. Powrót do domu w piątek o 18:00 lub 19:00 nie jest już gwarancją fajrantu i dwóch dni odpoczynku. Szef może przecież zadzwonić lub napisać w każdej chwili.

Taki stan rzeczy w praktyce zamazuje pojęcie odpoczynku, gdyż nigdy nie wiadomo, czy już nastał ten moment, w którym mam pewność, że wykonałem wszystko, co do mnie należało, i nastał czas na relaks. Szkodliwość bycia ciągle podłączonym do pracy została zauważona przez francuski rząd, o czym pisał Bartosz Paszcza w eseju „Techno-republikanizm”: „W 2015 r., na zamówienie francuskiego Ministerstwa Pracy, powstał raport na temat wpływu technologii na pracę. Konkluzja była jednoznaczna: ciągłe bycie podłączonym do pracy może prowadzić do przeładowania emocjonalnego i kognitywnego. Jak podają inne badania, ponad jedna trzecia pracowników używa narzędzi cyfrowych poza godzinami pracy do komunikacji w sprawach zawodowych, aż 62% z kolei chciałoby mieć większą kontrolę nad taką komunikacją”.

Po drugie, wbrew obiegowej opinii o sektorze prywatnym, który działając w logice rynkowej przynajmniej w teorii nie może sobie pozwolić na marnotrawstwo zasobów, obserwuje się powstawanie coraz większej liczby stanowisk, które nie pomagają w funkcjonowaniu przedsiębiorstw. Zjawisko to opisał obszernie David Graeber w książce Praca bez sensu.

Głównym materiałem dowodowym, z którego korzysta Graeber, są liczne świadectwa pracowników. Ochroniarz w wyłączonej z użytku sali muzealnej, recepcjonistka w zupełnie zbędnej recepcji korporacyjnej lub absolwent studiów historycznych, któremu zlecono, żeby pracował nad oprogramowaniem koordynującym pracę różnych biur tej samej firmy – w każdym z tych wypadków tworzono posady, które są bezcelowe i nie są w stanie współuczestniczyć w wytwarzaniu wartości dodanej.

Czy jednak taka „praca bez sensu” miałaby wiązać się z deprawacją? To pytanie stawia sobie Graeber, próbując wyjaśnić, dlaczego wielu ze zgłaszających się do niego ludzi twierdziło, że są nieszczęśliwi, choć przeważająca większość z nich nie robiła w pracy nic i dobrze zarabiała. Odpowiedź leży w konstrukcji naszej psychiki, która już w wieku dziecięcym premiuje sprawczość. Cytowany przez Graebera niemiecki psycholog Karl Groos nazwał to „radością z bycia przyczyną”, którą dziecko odczuwa, gdy zdoła jakoś wpłynąć na otaczającą nas rzeczywistość. Wszystko wskazuje na to, że ten mechanizm nie znika w dorosłości.

Co więcej, jeśli zostaniemy wychowani w tradycji etosu pracy, która zakłada pożyteczność, produktywność i konieczność otrzymania wynagrodzenia proporcjonalnego do włożonego trudu, wykonywanie zajęcia pozbawionego w naszym odczuciu sensu może być dla nas podwójnym cierpieniem: doświadczeniem bezcelowości oraz niesprawiedliwości związanej z faktem otrzymywania nieadekwatnej pensji. Psychologiczne konsekwencje takiego stanu rzeczy są dla pracownika zawsze negatywne. Dla jednego z rozmówców Graebera skończyło się to nawet uzależnieniem od narkotyków.

Po trzecie, niszcząco na człowieka może działać sam trud pracy. Co prawda obrazki z pierwszych lat istnienia taśm produkcyjnych, przy których robotnik wykonywał jedną, żmudną czynność przez osiem lub więcej godzin, należą zasadniczo do przeszłości. Dziś robotnik został w tym procesie zastąpiony w dużej mierze przez maszyny. Wciąż jednak da się bez problemu znaleźć zawody, które opierają się na wykonywaniu monotonnej, fizycznej pracy, której końca nie widać.

Wspomniany David Graeber nazywa je „gównianymi pracami”. Sprzątaczka, śmieciarz, kurier – te zawody niewątpliwe należą do społecznie użytecznych, jednocześnie jednak znojnych, słabo opłacanych i cieszących się niskim prestiżem. Gdyby śmieci nie wywożono przez, powiedzmy, tydzień, skończyłoby się to katastrofą –  z tym zgodzi się chyba każdy z nas. Jednak z równą pewnością każdy z nas przyzna, że nie jest to – delikatnie rzecz ujmując – praca jego marzeń. Weronika Bruździak-Gębura opisywała na łamach „Newsweeka” warunki pracy sprzątaczek. Nieodłączną częścią tego zawodu są niemoralne propozycje, z którymi spotykają się pracowniczki, oferty sprzątania topless, a przede wszystkim ciągłe funkcjonowanie w szarej strefie – bez praw pracowniczych, ubezpieczenia zdrowotnego lub prawa do urlopu.

Z kolei praca śmieciarza wiąże się z bardzo dużym wysiłkiem fizycznym i nieustannym narażeniem na kontakt z nieczystościami. Do tego sama nazwa „śmieciarz” wiąże się ze społeczną i symboliczną stygmatyzacją. Choć trudno przebić się z lepszym terminem, taka etykieta skutecznie podmywa szacunek do ludzi, dzięki którym nasze mieszkania nie toną w odpadach. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że błąd tkwi po stronie ludzi, którzy odnoszą się do sprzątaczek bądź śmieciarzy z lekceważeniem. Choć to prawda, to próżno oczekiwać, że nastąpi jakaś moralna rewolucja, która załatwi problem pogardy raz na zawsze. Znacznie łatwiej zrobić coś ze sposobem wykonywania tych zawodów.

Nietrudno będzie wykazać, że każdy z tych trzech elementów, tj. wchłanianie czasu wolnego przez pracę, wykonywanie bezsensownych zawodów lub uwikłanie w „gówniane zajęcia”, jest wprost lub pośrednio sprzeczny z którąś z cech konstytuujących nas jako ludzi.

Jeśli odpoczynek i  praca są wpisane w naszą naturę jako dwie strony tego samego medalu, to nieustanne podłączenie do sieci i komunikacji z pracodawcą w praktyce skutkuje wchłanianiem odpoczynku przez czas pracy. Tak zorganizowany system zaburza równowagę na osi praca – odpoczynek i premiuje pracę, czyniąc odpoczynek de facto czymś, co ma zagwarantować, że pracownik wciąż będzie czynny i wydajny.

Z kolei wykonywanie pracy pozbawionej sensu jest sprzeczne z wpisaną w naszą naturę rozumnością. Działanie rozumne z definicji nakierowane jest na osiągnięcie celu. Podejmowanie się zatem zajęcia, które z takich czy innych powodów nie przynosi żadnego dobra, a istnieje, na przykład, jedynie jako przykrywka dla wadliwych procedur w przedsiębiorstwie, musi być dla człowieka niszczące. Tak samo niszczące jest każde wepchnięcie w bezsens.

Natomiast problem z graeberowskimi „pracami gównianymi” polega na tym, że ich charakter oraz status skutecznie gwarantują, że człowiek, który je wykonuje, pozostanie na bardzo niskim szczeblu drabiny społecznej. Jeśli praca ma rozwijać nasze człowieczeństwo, trudno w tym kontekście mówić o jakichkolwiek szansach rozwoju. Trud, niska płaca i niski prestiż, które nieodłącznie są związane z wykonywaniem zawodu sprzątaczki lub śmieciarza, są odwrotnością tego, co praca zarobkowa powinna dawać.

Trzeba tutaj zaznaczyć, że tym, co czyni te prace „gównianymi”, nie jest wystąpienie jednej ze wspomnianych cech, ale ich skumulowanie w odniesieniu do jednego zajęcia. Istnieją zawody, które są obarczone ciężką pracą fizyczną – jak to się dzieje w rolnictwie – ale nie są ani nisko płatne, ani uważane za pozbawione prestiżu. Z kolei bycie pisarzem jest szanowane jako zawód twórczy, jednak zarobki z nim związane są bardzo zróżnicowane, a fizyczny trud raczej niewielki.

Choć łatwo można wykazać, że „gówniane prace” pełnią ważną funkcję społeczną, jest bardzo wątpliwe, że ich obiektywna sensowność wystarczy człowiekowi do uzasadnienia sobie, że wykonywanie zajęcia, które jest zarazem wyczerpujące, niskopłatne i nieszanowane, daje mu spełnienie i satysfakcję. O ile w wypadku „prac bez sensu” problem leżał w bezcelowości tych zawodów jako takich, o tyle „prace gówniane” dostarczają bezcelowości na poziomie ludzkiego doświadczenia. W pierwszym wypadku bezsensowność jest czymś, z czym trzeba zerwać tu i teraz. W drugim wypadku bezsensowność jest czymś, co w procesie rozwoju społecznego trzeba przekroczyć.

Nieznośny fetysz nowoczesnej produktywności

Budowa sprawiedliwego ładu ekonomicznego powinna zmierzać w kierunku przywrócenia właściwego miejsca odpoczynkowi jako takiemu, który nie będzie już odpoczynkiem sfunkcjonalizowanym. Można bowiem wskazywać, że człowiek bardziej zrelaksowany jest lepszym pracownikiem, który pracuje efektywniej i popełnia mniej błędów. Choć taką tezę dość łatwo poprzeć badaniami, to z punktu widzenia analizy filozoficznej przyjęcie takiej perspektywy jest obarczone redukcją człowieka do rangi narzędzia w procesie produkcji.

Tymczasem jeśli mamy tworzyć świat pracy, który jest zgodny z całością natury ludzkiej, trzeba odrzucić tę wąską logikę, która podsunęła nam nowożytność. Tylko w ten sposób można przerwać myślenie w kategoriach paradygmatu wydajności na rzecz paradygmatu odpoczynku.

Nowożytność dała początek bardzo ograniczonemu pojmowaniu ludzkiej racjonalności. Jak to odnotował Max Horkheimer w Krytyce instrumentalnego rozumu, gdybyśmy przypadkowego przechodnia chcieli zapytać, co to znaczy być człowiekiem rozumnym lub racjonalnym, najpewniej jego odpowiedź oscylowałaby wokół takich kategorii jak „pożyteczność”, „praktyczność”, „użyteczność”. Jakieś działanie lub czynność mogą zyskać miano rozumnej tylko wtedy, gdy da się wykazać, że ich wykonywanie niesie ze sobą praktyczne rezultaty.

Jakkolwiek można by w takiej ulicznej ankiecie otrzymać bardzo różne odpowiedzi, nie zmienia to faktu, że prymat tak rozumianej praktyczności w kulturze trudno dzisiaj zakwestionować. Horkheimer szuka źródła tego sposobu myślenia w nowożytnym przejściu od rozumu obiektywnego do rozumu subiektywnego. Ten pierwszy zakłada, że istnieje niezależna od podmiotu poznającego rozumność świata, którą człowiek ma zadanie poznać i dostosować się do niej. W rozważaniach poszczególnych myślicieli racjonalność obiektywna przyjmowała rozmaite formy: obiektywna natura ludzka, chrześcijański Logos czy idee Platona. Za każdym razem sens wszelkich działań człowieka był podporządkowany temu, co stanowi o racjonalności całego świata.

Stąd kontemplacja teoretyczna, o której pisał Arystoteles, jest najwyższym aktem człowieczeństwa, gdyż najbardziej odpowiada temu, co specyficznie ludzkie – zdolności do rozważania pojęć in abstracto. W tym świetle logika praktyczności była właściwa sferze konieczności i przeznaczona dla niewolników. Tylko niewolnik bowiem podejmuje się działań, które są dobre ze względu na coś innego. Człowieka wolnego natomiast stać na to, żeby oddać się działaniu, które jest dobre samo w sobie.

Nowożytny zwrot do podmiotu odwrócił ten sposób myślenia. Z chwilą uznania przez Kartezjusza, że jedyną rzeczą, która w gąszczu mętnych teorii naukowych i poglądów jest pewna, pozostaje nasze „ja”, to podmiot stał się warunkiem rozumności świata poza nim. Oznaczało to zrelatywizowanie wszelkich cech przedmiotu poznania do wspomagania funkcji życiowych człowieka: wartość etyczna zostaje zredukowana do doświadczenia przyjemności bądź przykrości, dobry utwór muzyczny to taki, którego mile się słucha, godna szacunku wiedza to taka, którą da się zamienić w wynalazki.

Ta sama zsubiektywizowana racjonalność doskonale wpasowała się w logikę kapitalizmu, pracy produkcyjnej, matematycznych wskaźników i ciągłego podnoszenia wydajności. Rozumiana w tych kategoriach praca staje się dobrem samym w sobie. Natomiast odpoczynek istnieje wyłącznie po to, żeby jeszcze efektywniej pracować. Czas wolny i relaks również zostają sfunkcjonalizowane. Jak to ujął sam Horkheimer, człowiek przestaje pracować, żeby móc odpocząć, a zaczyna odpoczywać, żeby mógł lepiej i wydajniej pracować.

Trzy wymiary integralnego pojęcia pracy

Pojęcia i tradycje podlegają zmianom w czasie. Zestawienie z momentem, który możemy uznać za początkowy dla rozwoju danego sposobu myślenia o świecie, jest jednym z narzędzi krytyki tego systemu. Jeśli więc jest prawdą, że odpoczynek sfunkcjonalizowany to postawienie świata na głowie, wówczas najprostszą metodą odzyskania naturalnej dla człowieka relacji między pracą a odpoczynkiem jest sprawdzenie, jak wyglądała ona wcześniej. Być może pozwoli to skonstruować alternatywę wobec modelu opartego na ciągłym podnoszeniu wydajności. Krokiem następnym będzie sformułowanie takich propozycji rozwiązań, dzięki którym będzie można ten model urzeczywistnić.

Odwołanie się do tradycji filozofii greckiej nie będzie tutaj dobrym wyjściem. Grecy postrzegali pracę fizyczną i trud jako rzeczy, które są właściwe sferze prywatnej, zarezerwowanej dla troski o dobra konieczne ze względu na naszą biologię. Tego jednak, co konieczne biologicznie i tym samym współdzielone ze zwierzętami, nie uważano za ludzkie. W tej perspektywie jedynie „wolne zawody”, takie jak polityk, nauczyciel, filozof zyskiwały prawdziwe uznanie. Bycie rzemieślnikiem bynajmniej nie było nobilitującym zajęciem, czego świadectwem jest włączenie rzemieślników do najniższej kasty społecznej w Państwie Platona.

Tym samym próba przeniesienia greckiego pojmowania pracy na dzisiejsze warunki skutkowałaby stworzeniem hierarchii zawodów, w której części prac zostałaby odmówiona wartość z uwagi na jej fizyczny charakter. Bycie piekarzem, fryzjerem lub mechanikiem może dawać satysfakcję, a owoce ich pracy są społecznie użyteczne. Trudno powiedzieć to samo, na przykład, o brokerze zajmującym się forexem, którego praca, owszem, wymaga specyficznej dla człowieka aktywności umysłowej. Z uwagi jednak na to, że inwestowanie w kursy walut raczej niewiele się różni od hazardu, jest rzeczą dyskusyjną społeczna przydatność tego zawodu.

Znacznie bardziej obiecujące rozwiązanie podsuwa Pismo Święte i nauczanie społeczne Kościoła. Zawarte w Biblii intuicje dotyczące pracy i odpoczynku znajdują się w dwóch pierwszych rozdziałach Księgi Rodzaju. Czytamy tam, że „gdy Pan Bóg uczynił ziemię i niebo, nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi, ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła – bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby” (Rdz 2, 5-6). W biblijnym opisie świat przed stworzeniem człowieka jest pustkowiem. Dopiero pojawienie się Adama umożliwia rozkwit ogrodu rajskiego. W ten sposób praca jest działalnością na rzecz przekształcania i przystosowania świata w taki sposób, żeby człowiek mógł w nim żyć i mieszkać. Na tym jednak cały proces się nie kończy.

Kontynuacją biblijnego uzdalniania świata do zamieszkania jest akt nazywania rzeczy wokół siebie. Adam czuł się samotny, więc Bóg przyprowadził mu wszystkie zwierzęta, żeby człowiek nadał im imiona (Rdz 2, 18-19). Ten akt nazewnictwa w metaforyce biblijnej oznacza tak naprawdę akt poznania. Nadać czemuś lub komuś imię to znaczy poznać jego istotę, odgadnąć jego tożsamość w najgłębszym tego słowa sensie. W odniesieniu do samotności Adama proces nazywania oznaczał tym samym wychodzenie z izolacji. Poznanie i zrozumienie danego przedmiotu sprawia, że przestaje on być obcy ludzkiej świadomości. Dopiero na końcu, gdy świat został już przygotowany i zrozumiany, pojawia się Ewa, czyli żyjąca.

Biblijną opowieść o stworzeniu można czytać na kilku poziomach. Warstwa literalna to po prostu opis stwarzania kolejnych bytów: od tych nierozumnych aż do tych, które są obdarzone rozumem. Schodząc jednak głębiej i nie tracąc z oczu tematu pracy, w tych kilku wersetach drugiego rozdziału Księgi Rodzaju można dostrzec dwojaki sens pracy i odpoczynku.

Pierwszy aspekt to zawiązanie relacji. Pojawienie się drugiej osoby i przełamanie samotności człowieka następuje dopiero wtedy, gdy została wykonana praca, która polegała na uczynieniu dookolnej rzeczywistości zdatną do zamieszkania i zrozumiałą. Drugi aspekt opiera się na interpretacji osobowej. Zgodnie z nią cały drugi opis stworzenia nie opowiada o powstaniu dwojga ludzi, lecz wskazuje Adama jako osobę, która odkrywa swoją duszę – Ewę. Wówczas cały proces – począwszy od kopania rowu dla doprowadzenia wody do Edenu, a skończywszy na pojawieniu się Ewy – opowiada tak naprawdę o pracy duchowej. Człowiek nadaje światu bliską jego potrzebom i zrozumiałą dla niego formę. Dzięki temu jest w stanie dostrzec duchowy element, który jest w nim zawarty, a wróciwszy do samego siebie może w akcie kontemplacji cieszyć się owocami swojego działania.

Z tego opisu dowiadujemy się, że praca ma kilka wymiarów. Pierwszym z nich jest wymiar materialny, dzięki któremu pozyskujemy środki do życia. Następne to wymiar poznawczy i racjonalny. W wyniku pracy rzeczywistość wokół nas staje się zrozumiała i przestaje być obca. Na końcu jest wymiar społeczny. Praca zawsze jest dla kogoś i dzieje się między ludźmi. Ostatecznie zatem „czynienie sobie ziemi poddaną” nie polega na dominacji i eksploatacji wszystkiego, co istnieje. W tej perspektywie bowiem świat istnieje jako przestrzeń, którą człowiek ma doprowadzić do stanu pełnej żywotności, biorąc jedynie część z tego dla własnych potrzeb. To samo panowanie oznacza także, że w procesie przemiany świata za pomocą pracy człowiek będzie tworzył coraz rozumniejsze otoczenie społeczne, tj. takie, w którym będą coraz lepsze warunki do realizacji pełni potencjalności osoby ludzkiej.

Wyznaczanie granicy między pracą a odpoczynkiem

Wszelkie próby rozgraniczenia pracy i odpoczynku muszą spalić na panewce, jeśli rozważa się aktywność człowieka wyłącznie w odniesieniu do zaprzestania wysiłku lub subiektywnego stosunku do wykonywanej pracy. W szczególności jest to niemożliwe dziś, gdy praca coraz częściej przemieszana jest z hobby i coraz częściej jest wykonywana z domu. Tym samym przestrzeń oraz fascynacja przedmiotem działania nie są w stanie w satysfakcjonujący sposób zdefiniować, czym jest praca, a czym odpoczynek.

Nie można również definiować istoty pracy oraz in contrario odpoczynku w kategoriach trudu lub jego braku. Sport jako forma odpoczynku i rekreacji jest aktywnością dającą istotne doświadczenie trudu i zmęczenia, jednak nikt nie nazwie go z tego powodu pracą. Sytuacja będzie wyglądała zgoła odmiennie, gdy zaczniemy mówić o profesjonalnym sportowcu, dla którego ćwiczenia fizyczne stanowią chleb powszedni i źródło utrzymania.

Wreszcie, nie da się zdefiniować pracy i odpoczynku w odniesieniu do działalności zarobkowej. Jest zupełnie zasadne używanie pojęcia „praca” w odniesieniu do wielu form czynnego wolontariatu, takich jak gotowanie zupy dla bezdomnych, opiekowanie się chorymi etc., jednak z definicji będzie to aktywność, za którą nie otrzyma się ani grosza. Na tym przecież polega wolontariat.

Tak samo zasadne jest mówienie o pracy domowej lub opiekuńczej, chociaż zajmowanie się dziećmi (głownie przez matki), pranie, sprzątanie, gotowanie nic przynoszą ani grosza. Bez nich jednak jakiekolwiek życie stricte gospodarcze nie byłoby możliwe. Rację mają feministki, że liberalizm zarówno w ujęciu politycznym, jak i ekonomicznym z powodu swojego proceduralizmu jest ślepy na realną sytuację wielu grup ludzkich. W tym wypadku ta ślepota padła na kobiety i odmowę uznania ich trudu, który podejmują w zaciszu swoich domów.

Błąd powyższych prób zdefiniowania pracy i odpoczynku polega na ograniczeniu się do relacji między samym podmiotem działającym a przedmiotem działania. Wspomnianą relację ujmuje się bądź to w kategoriach jej zewnętrznych własności (sposób zorganizowania lub obiektywny cel ekonomiczny) bądź to w kategoriach własności podmiotowych (subiektywne doświadczenie trudu). Bez wypracowania odpowiedzi na pytanie, jaki jest sens naszej aktywności w świecie, nie zrozumiemy, po co pracujemy i czemu w związku z tym służy odpoczynek.

Tymczasem praca ze względu na podmiot jest jedna, choć ze względu na przedmiot istnieją jej rozmaite odmiany: zarobkowa, charytatywna, społeczna, duchowa, etc. Za każdym razem będzie można wskazać trzy wskazane powyżej wymiary pracy: materialny, poznawczo-racjonalny i społeczny. Wymiarem materialnym pracy zarobkowej będzie pozyskiwanie środków do życia. Wymiarem poznawczym będzie celowe współorganizowanie przestrzeni, usługi lub produktu. Dzięki udziałowi człowieka w zakładzie pracy całe miejsce zyskuje racjonalną formę, w której zaczynają obowiązywać zasady, prawa i celowość. Wymiar społeczny pracy realizuje się w odpowiedzi na pytanie, kto korzysta z owoców aktywności człowieka. Są to mianowicie rodzina, współpracownicy oraz społeczeństwo. Oczywiście sposób uczestnictwa każdej z tych zbiorowości w owocach pracy będzie inny. Nie zmienia to jednak relacyjnego odniesienia pracy człowieka, która jest wykonywana dzięki środkom dostarczanym przez innych ludzi oraz dla dobra innych ludzi. Na tę ostatnią relację, czyli działanie ze względu na dobro drugiej osoby, nauczanie społeczne Kościoła ma swój własny termin. To miłość.

Na podstawie tych rozważań możemy zatem powiedzieć, że praca jest rozumnym przekształcaniem rzeczywistości, dzięki któremu będzie możliwy rozwój osoby ludzkiej. Takie celowościowe ujęcie pracy pozwala również łatwo zdefiniować odpoczynek i uniknąć jego sfunkcjonalizowanego pojmowania, o którym była mowa wyżej. Odpoczynek bowiem polega przede wszystkim na radości z owoców pracy w relacji z drugą osobą.

Prawdziwość tej formuły potwierdza się w realnym doświadczeniu świętowania sukcesu ze współpracownikami, czasie spędzonym razem z rodziną, która dzięki pracy jest pewna swojego materialnego bytu, lub wdzięczności, którą obdarowany okazuje osobie wykonującej pracę charytatywną. Nawet praca duchowa lub praca nad sobą może wydać swoje owoce dopiero w spotkaniu z drugim człowiekiem.

Jednak za każdym razem człowiek odpoczywający musi spełnić podstawowy warunek, którym jest przejście od koncentracji na efektach dostarczanych przez pracę do współdzielenia radości z tych efektów. Oczywiście, nie zawsze to przejście będzie możliwe na podstawie naszego aktu woli. Niekiedy tak rozumiany odpoczynek stanie się rzeczywisty dopiero wtedy, gdy umożliwi to sam system organizacji pracy. W innym wypadku ruch w kierunku odpoczynku będzie wymagał nomen omen pracy nad sobą, dzięki której człowiek przełamie szkodliwe nawyki nieustannego zajmowania się czymś, co jest związane z jego życiem zawodowym.

W kierunku świata odpoczynku

Wymienione na początku tego eseju zlewanie się pracy z życiem prywatnym, „prace bez sensu” oraz „prace gówniane” – to właśnie przykłady problemów, które należy rozwiązywać systemowo, żeby móc urzeczywistnić paradygmat odpoczynku.

Odpowiedź na pierwszy z nich wskazywał cytowany już Bartosz Paszcza. Francuski ustawodawca znowelizował kodeks pracy, ustanawiając obowiązek ustalenia odpowiedniego regulaminu na linii pracodawca-pracownik. „Regulamin nie podpowiada, kiedy pracownicy nie muszą odbierać telefonów czy odpisywać na maile. Dokument ma określać, kiedy firma nie ma prawa kontaktować się z pracownikiem, a to znacząca różnica”.

Zacznie trudniejszym problemem jest istnienie „prac bez sensu”. Nie da się odgórnie zakreślić kryteriów użyteczności posad i zakazywać tworzenia bezsensownych zajęć. Sam Graeber w swojej książce rozważał powszechny dochód podstawowy jako możliwe rozwiązanie tej kwestii. Choć pomysł ten zyskuje systematycznie coraz większą liczbę zwolenników, to na razie wprowadzenie powszechnego dochodu gwarantowanego raczej samo jest kwestią do zbadania niż rozwiązaniem dla innych problemów.

Natomiast częściowym ograniczeniem destrukcyjnego wpływu bezsensownych prac jest po prostu skrócenie czasu pracy. W podobnym kierunku poszły ostatnio firmy w Nowej Zelandii. Pilotażowe testy przeprowadził także w Japonii tamtejszy oddział Microsoftu. Jak podaje portal businessinsider.com.pl: „Microsoft przeprowadził eksperyment z czterodniowym tygodniem pracy – 2300 pracowników dostało wolne piątki, a w pozostałe dni pracowali standardowe 8 godzin. Okazało się, że produktywność wzrosła o 40 proc. w porównaniu do tego samego okresu w 2018 roku. W czasie trwania testu w japońskim oddziale spadło też zużycie energii elektrycznej – o 23 proc. oraz ilość zużytego papieru do druku – o 59 proc. Eksperyment trwał miesiąc, odbył się latem – w sierpniu”. Jak widać, więcej odpoczynku nie oznacza strat dla gospodarki, a dla pracodawcy, który tworzy bezsensowne stanowisko pracy, jeden dzień wolnego dla pracownika więcej nie pociągnie za sobą spadku wydajności. Tej ostatniej przecież pracodawca i tak nie oczekiwał.

O ile problem „prac bez sensu” można próbować rozwiązać za pomocą zmian legislacyjnych, to rozwiązanie problemu „gównianych prac” już tak proste nie jest. Wydana w 1981 r. encyklika Jana Pawła II Laborem exercens jedynie odnotowuje trud i mozół niektórych zawodów, nie podając jednak konkretnych rozwiązań.

Dziś jednak z pomocą może przyjść robotyzacja, która w przyszłości powinna umożliwić zastąpienie człowieka w wykonywaniu co bardziej niewdzięcznych zawodów. Trud pracy, owszem, może uszlachetnić człowieka, jednak gdy jest on strukturalnie związany z niskimi płacami oraz brakiem prestiżu, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mu przeciwdziałać. Dlatego uważam, że robotyzacja powinna wręcz stać się praktycznym postulatem nauczania społecznego Kościoła.

Papież Jan Paweł II pisał w Laborem exercens: „Jeśli biblijne słowa o » czynieniu sobie ziemi poddaną«, skierowane do człowieka na początku, mają być rozumiane w kontekście całej epoki nowożytnej, epoki przemysłowej i postprzemysłowej – to niewątpliwie kryją one w sobie także stosunek do techniki, do owego świata mechanizmów i maszyn, które same są owocem pracy ludzkiego umysłu i historycznym potwierdzeniem panowania człowieka nad przyrodą” (por. Laborem exercens, 5).

Czy można sobie wyobrazić lepsze historyczne potwierdzenie panowania człowieka nad przyrodą, niż trwałe zastąpienie sprzątania lub wynoszenia śmieci za pomocą robotów? W ten sposób człowiek realizuje najgłębszy sens pracy, który polega na przekształcaniu rzeczywistości w miejsce spotkania z drugim człowiekiem. Eliminacja zbędnego znoju i trudu jest z tego punktu widzenia niewątpliwym postępem.

***

Wszystkie te rozwiązania mają na celu wyrwanie człowieka z logiki rynku, wydajności i podporządkowania produkcji. W encyklice Redemptor hominis Jan Paweł II pisał: „Czy wszystkie dotychczasowe i dalsze osiągnięcia techniki idą w parze z postępem etyki i z duchowym postępem człowieka? Czy człowiek jako człowiek w ich kontekście również rozwija się i postępuje naprzód, czy też cofa się i degraduje w swym człowieczeństwie?”.

Te same wątpliwości można zgłosić pod adresem współczesnego rozumienia pracy i sposobu jej organizacji. W moim przekonaniu za każdym razem odpowiedź będzie negatywna. Stąd potrzeba ciągłego namysłu nad nieustannie zmieniającymi się warunkami społeczno-ekonomicznymi i kwestionowanie ich pod kątem ludzkiego wymiaru pracy i ludzkiego wymiaru odpoczynku. Gdy tylko zdamy sobie sprawę, że usiłuje się zabrać nam możliwość odczuwania satysfakcji z owoców naszej pracy –  a to poprzez organizację stanowiska pracy lub kulturowe potępienie kontemplacji – wówczas trzeba powiedzieć jasno, że taki świat nie jest godny człowieka.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.