Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Paradoks Kidawy. Wymiana kandydata Platformy zwiększa szansę na reelekcję Andrzeja Dudy

Paradoks Kidawy. Wymiana kandydata Platformy zwiększa szansę na reelekcję Andrzeja Dudy Twitter Małgorzaty Kidawy Błońskiej

Trwa gorąca dyskusja na temat zmiany kandydata Koalicji Obywatelskiej w prezydenckim wyścigu. Według pierwszych medialnych doniesień wciąż największa partia opozycyjna ma wycofać Kidawę-Błońską i przedstawić nową kandydaturę. Paradoks tej decyzji polega na tym, że partia Borysa Budki musi zdecydować: czy uciec przed groźbą utraty dominującej pozycji w obozie anty-PiS czy… zwiększyć szansę na to, że do reelekcji Andrzeja Dudy nie dojdzie. Należy podejrzewać, że zwycięży partyjny interes, a nie kalkulacja, która pozwoliłaby na zrealizowanie teoretycznie najważniejszego celu Platformy – ograniczenia władzy Zjednoczonej Prawicy.

Prawu i Sprawiedliwości nie przytrafiło się po 2015 r. nic lepszego, niż utrzymująca się polaryzacja. Tak długo, jak niemal jedyną alternatywą dla rządów Zjednoczonej Prawicy była skompromitowana w oczach wielu Polaków Platforma Obywatelska – PiS powiększał swoją przewagę. Im więcej pojawiło się wyłomów w duopolu – tym większe kłopoty partii Jarosława Kaczyńskiego.

Dwubiegunowa organizacja sceny politycznej przynosiła PiS relatywnie rekordowe wyniki. Tak było w 2015 r. zarówno w wyborach prezydenckich, jak i parlamentarnych. Tak było w wyborach samorządowych na poziomie sejmików, które w masowej wyobraźni również poza stolicą zorganizowane były wokół warszawskiego, skrajnie spolaryzowanego pojedynku Patryka Jakiego i Rafała Trzaskowskiego. Tak było wreszcie w wyborach do Parlamentu Europejskiego, gdzie wobec konfrontacji z jednolitym frontem opozycji w postaci Koalicji Europejskiej PiS zwyciężyło bezprecedensowym nokautem.

Szczyty polaryzacji przeplatały się z momentami rozhermetyzowania oferty politycznej. PiS miało sondażowe kłopoty, gdy kosztem Platformy rosła Nowoczesna. Jakkolwiek brzmi to dziś groteskowo, to warto pamiętać, że były momenty, gdy partia Ryszarda Petru nawet wychodziła na czoło sondaży wyprzedzając Zjednoczoną Prawicę. Tak było też w wyborach parlamentarnych 2019 r., gdy zróżnicowana oferta przy jednocześnie ograniczonej liczbie komitetów (wszystkie ogólnopolskie przekroczyły próg wyborczy) sprawiła, że wynik partii rządzącej był znacznie niższy od sondażowych oczekiwań.

Wniosek z tych doświadczeń wydaje się prosty – wypalająca się dziś narracja o „ośmiu poprzednich lat” i strachu przed restytucją „systemu Tuska”, jak swego czasu nazywano to w PiSowskich programach, przynosiła partii rządzącej przewagę. Zjednoczona Prawica ma o wiele większe kłopoty, gdy oferta opozycji jest zróżnicowana i nieograniczona do dominacji jednej formacji.

Szanse Kosiniaka-Kamysza i Hołowni

Jeszcze zanim pandemiczna dynamika sondażowa odwróciła trendy wskazywaliśmy, że paradoksalnie największą szansą Andrzeja Dudy na reelekcję jest właśnie kandydatura Kidawy-Błońskiej. „Jeżeli Kidawa-Błońska straci drugą lokatę na rzecz któregoś z aspirujących czarnych koni, Władysława Kosiniaka-Kamysza albo Szymona Hołowni, o zwycięstwo będzie mu dużo trudniej. Otoczenie Andrzej Dudy powinno modlić się, by to Kidawa-Błońska weszła do drugiej tury” – pisałem w połowie lutego. Wówczas scenariusz „mijanki” wydawał się pozostawać w sferze political fiction – i być może pozostałby w niej, gdyby nie pandemiczne okoliczności i pogłębiające się zagubienie Kidawy-Błońskiej i sztabu Platformy. Dziś – Kidawę prześcignęli nie tylko aspirujący do walki o drugą turę Hołownia i Kosiniak-Kamysz, ale też Robert Biedroń i Krzysztof Bosak.

Dlaczego pojedynek z kandydatem PSL albo kandydatem obywatelskim będzie dla Dudy trudniejszy, niż walka z nominatem Platformy? W obu przypadkach działają nieco inne mechanizmy.

Kosiniak-Kamysz – bodaj jako jedyny w stawce  poza Krzysztofem Bosakiem – ma dziś realne szanse, by zagospodarować część byłych wyborów Andrzeja Dudy i Zjednoczonej Prawicy.

Polskie Stronnictwo Ludowe, o czym pisaliśmy na naszych łamach kilkukrotnie, po zerwaniu współpracy wyborczej z postkomunistami i liberałami, w formule Koalicji Polskiej odnalazło klucz do odzyskania części dawnego, umiarkowanie konserwatywnego elektoratu ludowego, który sukcesywnie w minionych latach odpływał do formacji Jarosława Kaczyńskiego. Równolegle Koalicja Polska, po dołączeniu z jednej strony Pawła Kukiza, a z drugiej Marka Biernackiego, stała się ofertą dla wyborców Platformy zirytowanych ideowym dryfem w lewo. Tak zaczęła zagospodarowywać część miejskiego elektoratu centroprawicowego , klasycznych sierot po PO-PiSie, które nie odnajdywały się w spolaryzowanym sporze dawnych, radykalizujących się faworytów. Spadki popularności Kidawy-Błońskiej lider PSL już w istotnym stopniu wykorzystał. Ewentualnie spadki poparcia Andrzeja Dudy – właśnie kandydatowi Koalicji Polskiej mogą przynieść najwięcej nowych wyborców.

Szanse Hołowni wynikają z czego innego. Kandydat obywatelski, jak chce być nazywany, przeszedł w ostatnich tygodniach w cieniu pandemii znaczną metamorfozę. U progu swojej kampanii był, podobnie jak Kosiniak-Kamysz, kandydatem poszukiwania narodowego porozumienia i stawiał się w roli przyszłego „bezstronnego arbitra” w wojnie zwaśnionych plemion. W czasie pandemii jednak mocno zradykalizował przekaz i za pomocą sprawnej, profesjonalnej kampanii internetowej zaczął zagospodarowywać emocje niezadowolonych z działalności rządzących. Czy to w sprawie wyborów, czy walki z pandemią, czy wreszcie w sprawach gospodarczych – Hołownia poruszał, dla wielu wiarygodnie, a na pewno emocjonalnie, każdy z tych tematów. Szybko przejął część elektoratu opozycji niechętnego wezwaniom do bojkotu. Przekształcając się w kandydata protestu – zbudował potencjał do wywołania niespodzianki. W ten sposób zaczął być atrakcyjny nie tylko dla wyborców Kidawy-Błońskiej, ale też lewicy.

Co więcej – jak każdy „pozapartyjny” kandydat ma szansę na pozyskanie głosów niezdecydowanych, a nawet „letnich” wyborców PiS, którzy w ostatnich latach głosowali na tę formację z racji transferów socjalnych i ogólnej satysfakcji z dobrej koniunktury. To te osoby, politycznie i wyborczo zaktywizowane w ostatnich latach w ramach „republikańskiego przebudzenia”, jak słusznie przypomniał ostatnio na naszych łamach Konstanty Pilawa, mogą jako pierwsze przerzucić swój głos na nieskompromitowanego kandydata „spoza polityki”.

Na czym polega przewaga obu „aspirujących” nad potencjalnym kandydatem Platformy? Po pierwsze, mają mniejszy bagaż win. Po drugie, choć sztab Dudy próbuje atakować Kosiniaka-Kamysza, to nie tak łatwo skleić ich ze źle wspominanymi rządami Tuska. Po trzecie, mniej polaryzując mogą zdemobilizować wyborców prawicy, którzy nie będą widzieli w ich ewentualnym zwycięstwie fundamentalnego zagrożenia dla tych zmian, w uznaniu których Zjednoczoną Prawicę popierają. Po czwarte, obaj aspirujący mają najpewniej dużo niższy elektorat negatywny, niż dowolny kandydat Platformy. I Kosiniak-Kamysz, i Hołownia mogą nie tylko wzajemnie zagospodarować w drugiej turze swoje elektoraty, ale też będą oczywistym wyborem dla dotychczasowych wyborów Platformy. Także dla lewicy i części prawicy (tak wahających się niedawnych wyborców Zjednoczonej Prawicy, jak i jakiejś części wyborców Konfederacji) – mogą tworzyć ofertę akceptowalną i ciekawszą, niż solidarnie atakowany przez wszystkich urzędujący prezydent. Osadzeni w centrum sceny politycznej – Kosiniak-Kamysz bliżej jej prawej, a Hołownia lewej flanki – to klasyczni catch-all candidates.

Dodatkowo, niespodziewane jeszcze kilka tygodni temu wejście któregoś z nich do drugiej tury może wywołać inne nieprzewidziane reakcje społeczne. Najprostsze pojedynki polityczne to te, w których się już trenowało. Gdy zmienia się konkurent – stare metody mogą już nie gwarantować zwycięstwa.

Paradoks Kidawy to nadzieja opozycji, ale kłopoty PO i… PiS

Tak dochodzimy do „paradoksu Kidawy”. Utrzymanie jej kandydatury oznacza, że Andrzej Duda będzie musiał walczyć z dużo trudniejszym dla siebie przeciwnikiem. Bardzo trudno dziś chyba sobie wyobrazić – choć ostatnie dwa miesiące przypomniały nam dosadnie, że w polityce nie ma pewnych scenariuszy – że była marszałek Sejmu odbuduje swoje poparcie na tyle, by wejść do drugiej tury. Pozostawienie jej w stawce – to scenariusz, w którym jeśli tylko do ponownego głosowania dojdzie, prezydent będzie miał pod górkę.

Dużo łatwiej będzie kandydatowi Platformy wrócić na drugie miejsce wyścigu, jeżeli partia zdecyduje się na kampanijny „restart” z nowym kandydatem. „Liberalne dinozaury” trzymają się mocno, ale rozpierzchły się nieco w ostatnich tygodniach w wyniku informacyjnego chaosu w swoim mateczniku. Nowe otwarcie, nowa kandydatura – to raczej pewne prześcignięcie Kosiniaka-Kamysza i Hołowni. I jednocześnie –prawdopodobna reelekcja Andrzeja Dudy, który będzie mógł szybko powrócić na dobrze znane koleiny sporu z „Polską za Tuska”.

Wybór Koalicji Obywatelskiej ma coś z politycznej tragedii. Jeśli zachowa kandydata – być może osiągnie swój kluczowy od pięciu lat cel, czyli przyłoży się do kolejnego po Senacie uszczerbku w monolicie władzy PiS ponosząc jednocześnie wysoce prawdopodobną cenę partyjnej marginalizacji i otwierając drogę do głębokiego przemeblowania opozycyjnej części sceny politycznej. Jeśli go zmieni – może wrócić do dominacji na opozycji niczym po słynnej „wyprawie Ryszarda Petru na Maderę”, ale raczej nie odbierze prezydentury Andrzejowi Dudzie.

Oczywiście, w kalkulacji jest jeszcze parę innych czynników. Z jednej strony sytuacja jest dynamiczna i nastroje pro-rządowe czy zaufanie dla Dudy zdają się – trudno dziś wciąż o wiarygodne badania – topnieć. Być może wystarczająco, by nawet kandydat Platformy miał w wyborach na przełomie czerwca i lipca jakieś szanse.

Z drugiej, zgodnie z procedowanymi przepisami wyborczymi, nowy kandydat będzie dysponował mniejszą pulą środków, niż Kidawa-Błońska. Jeżeli na koncie jej komitetu pozostały jakieś pieniądze (a wydaje się to bardzo prawdopodobne i mogą to być środki niemałe) – będą musiały być przekazane zgodnie z art. 138 § 3 Kodeksu Wyborczego na organizację pożytku publicznego. Gdyby tę kandydaturę zachowano – zgodnie z art. 14 ust. 10 nowej ustawy wyborczej czekającej na prace w Senacie – te środki mogłyby być dalej wydatkowane. Dodatkowo, zgodnie z tymi przepisami nowy kandydat Platformy będzie potencjalnie dysponował trzy razy mniejszymi środkami, niż mogłaby dysponować Kidawa-Błońska i które najpewniej wyda komitet Andrzeja Dudy.

***

Gdy piszę te słowa czekamy na potwierdzenie, czy rzeczywiście dojdzie do rezygnacji Kidawy-Błońskiej i podmiany kandydata. Każdy z potencjalnych nowych kandydatów – Rafał Trzaskowski, Radosław Sikorski, Tomasz Grodzki – ma duże szanse, by przywrócić polaryzację na linii PiS-PO, ustawić „czarne konie” w znanym nam dobrze szeregu i wejść do drugiej tury. Każdy z nich ma wizerunkowe obciążenia, których eksponowanie dla sztabu prezydenta Dudy i medialno-politycznego aparatu obozu rządzącego będzie dużo prostsze, niż stawanie w szranki z konkurentem spoza Platformy.

Kolejny raz okazuje się, że wybory prezydenckie to ten z politycznych wyścigów, gdzie niespodzianki i zaskakujące sploty zdarzeń są niemal chlebem powszednim.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.