Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  17 lutego 2020

„Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi”. Jeśli Andrzej Duda przegra, to przez PiS-owski beton

Piotr Trudnowski  17 lutego 2020
przeczytanie zajmie 6 min
„Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi”. Jeśli Andrzej Duda przegra, to przez PiS-owski beton Źródło: flickr.com

Andrzej Duda wciąż pozostaje faworytem wyborów prezydenckich. Sobotnia konwencja pokazuje jednak, że walka o reelekcję będzie dla niego naprawdę ciężkim bojem. Najbardziej zagrażają prezydentowi wcale nie kontrkandydaci, ale najtwardsze jądro polityczno-medialnego ekosystemu „dobrej zmiany”. To „przyjaciele” robią dziś wiele, by Andrzej Duda w drugiej turze poległ.

Kampania dopiero się zaczyna

Znajdujemy się dopiero na starcie politycznego wyścigu. Według sondaży z drugiej połowy lutego 2015 r. Bronisław Komorowski był jeszcze na granicy zwycięstwa w pierwszej turze, Andrzej Duda z trudem stabilizował poparcie, zbliżające się do poziomu poparcia jego własnej partii, a Paweł Kukiz mógł liczyć na maksymalnie pięć procent głosów. Przed pierwszą turą prezydenckiego starcia sprzed pięciu laty nie opublikowano ani jednego sondażu, który przewidywał przewagę Dudy nad Komorowskim, która ostatecznie stała się faktem już w pierwszej turze, o poparciu co piątego z głosujących dla Kukiza nie wspominając. To dobrze pokazuje, że nie powinniśmy traktować wyników majowego głosowania za rozstrzygnięte.

W tym kontekście specjalnie nie dziwi, że na sobotniej konwencji zabrakło obietnic-fajerwerków. Po pierwsze – jest jeszcze za wcześnie, bo przed nami prawie trzy miesiące trudnej kampanii, na której końcówce nie będziemy pamiętać o tym, co działo się na jej początku. Po drugie  – PiS ma problem z inflacją. Nie tylko tą notowaną w gospodarczych wskaźnikach, ale przede wszystkim – z inflacją własnych obietnic. Dość szeroko rozpowszechniona jest opinia, że kilka punktów procentowych poparcia dla PiS, które zniknęło w ostatnich dniach przed wyborami parlamentarnymi – to właśnie głosy „chłodnych” sympatyków „dobrej zmiany”, którzy na ostatniej prostej przerzucili głosy na Polskie Stronnictwo Ludowe i Konfederację, mocno artykułujących interes przedsiębiorców. Dlaczego? Bo przestraszyli się efektów obietnicy radykalnego podwyższenia płacy minimalnej. Nie jest przypadkiem, że po wyborach ta monstrualna przecież zapowiedź… właściwie zniknęła z rządowo-partyjnych przekazów. Odpowiedź na pytanie, czy wróci przed wyborami prezydenckimi, nie jest wcale oczywista. Sztabowcy Andrzeja Dudy mogą się obawiać, że kolejne „piątki” bardziej zaszkodzą zaufaniu do prezydenta-kandydata, niż mu pomogą.

Jednocześnie – pamiętajmy, że to PiS w ostatnich latach wprowadzał zupełnie nowe standardy komunikacji z wyborcami i wykonywał ruchy, na które nikt wcześniej się nie odważył. Taki charakter miały właśnie obietnice realizowane nie po, ale przed wygranymi wyborami, co pozwoliło na skuteczną mobilizację wyborców dotąd nieregularnie aktywnych. W konsekwencji umożliwiło to co zwiększenie bazy wyborczej PiS z 5,7 mln wyborców 2015 do ponad 8,05 mln cztery lata później. Nie można zatem wykluczyć, że i tym razem spece od politycznego marketingu z Nowogrodzkiej zaskoczą nas wszystkich i konkurencję jakimiś nowatorskimi pomysłami, dzięki którym „ustawią” kampanię w sposób nieosiągalny dla przeciwników.

Bratobójczy ogień

Co jest zatem największym zagrożeniem dla reelekcji Andrzeja Dudy? Nie brak pomysłów, kondycja samego kandydata czy brak świeżości, która rzeczywiście przed pięcioma laty była jego największym atutem. Duda wciąż jest młodym i energicznym politykiem, ma znaczne zaufanie społeczne, szereg mniej lub bardziej dyskusyjnych sukcesów, wreszcie – i to duża przewaga nad konkurencją – konsekwentnie prezentowaną wizję wspólnoty politycznej, o której pisał już na naszych łamach Piotr Kaszczyszyn.

Największym zagrożeniem dla Dudy są dziś działania PiS-owskiego aktywu, medialno-politycznego twardego jądra ekosystemu „dobrej zmiany”. To bracia Karnowscy, Joanna Lichocka, Zbigniew Ziobro i Jacek Kurski mogą odebrać mu szanse na reelekcję. A i sam prezes Kaczyński może prezydentowi bardziej przeszkodzić, niż pomóc.

Pamiętajmy – prezydent, inaczej niż ma to miejsce w przypadku partii rządzącej, potrzebuje przekonać do siebie co najmniej połowę wyborców. Tu nie da się wygrać „żelaznym elektoratem”, ale trzeba mieć zdolność do pozyskania istotnej części tych, którzy w wyborach parlamentarnych nie zagłosowali na Zjednoczoną Prawicę.

W drugiej turze wyborów 2015 r. Andrzej Duda zyskał ponad 8 630 000 – wciąż o blisko 600 tys. więcej, niż PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych, gdy partia Jarosława Kaczyńskiego pobiła historyczny dla III RP rekord liczbowego poparcia dla jednej listy. Jeżeli w maju frekwencja będzie taka jak była w październiku – będzie potrzebował ponad 9 340 000, a więc prawie 1,3 mln głosów więcej niż PiS jesienią i 700 tys. więcej, niż przed pięcioma laty. A to wciąż ostrożne szacunki – bo historycznie w III RP zawsze rekordy frekwencyjne pobijano właśnie w drugiej turze wyborów prezydenckich. Jeżeli aktywność wyborcza Polaków utrzyma wzrostowy trend z ostatnich lat, to do sukcesu w drugiej turze niezbędne może okazać się nawet 10 mln głosów. Naprawdę trudno wyobrazić sobie, że takie poparcie może zyskać kandydat, z którym kojarzone będą wszystkie najbardziej kontrowersyjne działania obozu władzy z ostatnich czterech lat.

Co tymczasem sufluje prezydentowi wspomniane medialno-polityczne jądro „dobrej zmiany”? Jarosław Kaczyński dał przykład w przemówieniu otwierającym sobotnią konwencję. Wśród głównych zasług Andrzeja Dudy wymienił: zdanie „testu” w tragicznym czasie katastrofy smoleńskiej, kluczową rolę w wojnie o Trybunał Konstytucyjny i… zatrzymanie rzekomego opozycyjnego „zamachu stanu”, który miał mieć miejsce najpewniej pamiętnego grudnia 2016 r., gdy doszło do okupacji sali sejmowej.

Jakkolwiek trudno polemizować z faktem, że rzeczywiście zachowanie Dudy jako prezydenckiego ministra w kwietniu 2010 r. należy traktować mu „na plus”, to jednocześnie nie sposób uznać, że osadzanie zalet głowy państwa w triadzie haseł „Smoleńsk – przejęcie Trybunału – walka z totalną opozycją” może mu pomóc w pozyskaniu bardziej umiarkowanych wyborców. To zdecydowany sygnał dla PiS-owskiego aktywu, że „prezydent Duda, choć momentami fikał, wciąż jest nasz”. Konsekwencje takiego sygnału są zaś niebagatelne.

Rzućmy okiem na okładkę najnowszego numeru tygodnika braci Karnowskich. „Sieci” jej bohaterem czynią sędziego Macieja Nawackiego, który drze „projekt bezprawnej uchwały”. Co na fotomontażu robi prezydent Andrzej Duda? Klaszcze Nawackiemu.

Tymczasem przypomnijmy – według niedawnego badania „Dziennika Gazety Prawnej” w sporze między Sądem Najwyższym a władzą wykonawczą mniej niż połowa wyborców PiS przyznaje rację rządowi i prezydentowi, a nawet co piąty wyborca Zjednoczonej Prawicy  uważa, że to Sąd Najwyższy ma rację. Wśród wyborców innych formacji, których pozyskanie jest niezbędne dla sukcesu w drugiej turze, interpretacja „na korzyść” obozu rządzącego właściwie się nie zdarza.

Kolejny problematyczny front to media publiczne. Wedle różnych badań TVP INFO odrzuca istotna grupa wyborców „dobrej zmiany”, przerzucając się na inne, „wrogie” ponoć kanały informacyjne. Co zaś w programie Ewy Bugały na antenie TVP INFO mówi o prezydencie lider zespołu Bayer Full? Że prezydentowi „miód z ust kapie, on ma pyłek kwiatowy na ustach”, co momentalnie staje się przedmiotem żartów i trafia za pośrednictwem Internetu do tych, którzy na co dzień z siermiężną propagandą mediów publicznych nie obcują.

Kiedy na sali rozległy się w czasie przemówienia Andrzeja Dudy najgłośniejsze oklaski? Gdy mówił o kontynuowaniu zmian w wymiarze sprawiedliwości i gdy perorował o odebraniu bezpodstawnych przywilejów ludziom poprzedniego systemu. To, co wzbudza entuzjazm partyjnego aktywu, raczej nie przekona do głosowania na Dudę tego miliona „nie-PiS-owskich” wyborców, których 24 maja bezwzględnie będzie potrzebował do sukcesu.

W 2015 r. Andrzej Duda wiekiem, wizerunkiem, wykształceniem i energią stanowił spełnienie marzeń sztabowców PiS, którego potrzebowali do długo wyczekiwanego sukcesu – PiS-owcem w treści, nie-PiS-owcem w formie. To pozwalało pozyskać nowych wyborców i przełamać działającą przez osiem poprzednich lat skuteczną klątwę „straszenia PiS-em”. Dziś, gdy ośrodki „PiS-owskiej formy” są dużo potężniejsze, bardziej pewne siebie i przekonane do swoich racji, klątwa może znów zacząć działać. Zwłaszcza w tych szczególnych wyborach wymagających poparcia połowy głosujących.

Pułapka Kidawy-Błońskiej

Co jest zatem największą nadzieją Dudy? Słabość kandydatury głównej konkurentki, Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Jeżeli to z nią będzie walczył w drugiej turze – szanse Dudy wciąż są spore.

Jeżeli Kidawa-Błońska straci drugą lokatę na rzecz któregoś z aspirujących „czarnych koni”, Władysława Kosiniaka-Kamysza albo Szymona Hołowni, o zwycięstwo będzie mu dużo trudniej. Otoczenie Andrzej Dudy powinno modlić się, by to Kidawa-Błońska weszła do drugiej tury.

Problem w tym, że i tutaj – działania „twardego jądra” niekoniecznie służą prezydentowi. Próba sklejenia kandydatki z żenującym tłumikiem w Pucku i Wejherowie to raczej przedwczesne osłabianie jej pozycji. Pomysł sejmowej uchwały w tej sprawie – ostatecznie przykryty słynnym już „gestem Lichockiej”, nota bene sprawozdawczyni projektu – jednoznacznie wskazywał, że w takim kierunku planowała iść partia rządząca.

Jeżeli wpadki wicemarszałek Sejmu będą przez obóz PiS i jego medialnych towarzyszy przesadnie nagłaśniane – może to stworzyć sytuację, w której… Kidawa-Błońska osłabnie na tyle, że Andrzej Duda będzie miał w drugiej turze o wiele poważniejszego przeciwnika.

Wówczas za niespodziewaną porażkę będzie mógł winić przede wszystkim swoich formalnych sojuszników. Raz jeszcze potwierdzi się przypisywane kardynałowi Richelieu powiedzenie: „Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam”.