Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Liberalne dinozaury trzymają się mocno

przeczytanie zajmie 11 min

Adam Hofman dwa tygodnie przed wyborami stwierdził, że polską scenę polityczną czeka prawdziwa rewolucja. Realną przeciwwagą dla Prawa i Sprawiedliwości miała stać się Lewica w miejsce Platformy Obywatelskiej pogrążonej w tożsamościowym kryzysie. Finalne wyniki niedzielnego głosowania negatywnie zweryfikowały tę tezę. Koalicja Obywatelska przez następne cztery lata nadal będzie najpoważniejszą siłą opozycji. To nie oznacza jednak, że Grzegorz Schetyna i spółka mają coś ciekawego do zaproponowania. Prawda jest dużo bardziej prozaiczna: niemal 30% osób, które głosowały w niedzielnych wyborach do Sejmu na KO to rozmydleni wyborcy rozmydlonej partii. Dopóki liberalizm oznacza w Polsce apolityczne filisterstwo, nostalgię za utraconym światem oraz groteskową anty-PiS-owość niewiele może się zmienić.

Z perspektywy „prawicowego umysłu” – a Hofman jako były rzecznik PiS-u jest takowego posiadaczem – trudno przełknąć fakt, że partia bez przekonującego lidera, bez umiejętności komunikowania się z wyborcami, bez wyraźnej tożsamościowej narracji, a do tego po bardzo słabej kampanii zdobywa głosy ponad 5 milionów wyborców. Dla prawicowego analityka silny „wódz plemienia” oraz retorycznie atrakcyjna opowieść o Polsce to warunki konieczne, aby cokolwiek ugrać we współczesnej polityce. Okazało się jednak, że te zasady nie obejmują każdego – anachroniczni liberałowie spod szyldu „Nie róbmy polityki. Budujmy mosty” stanowią wyjątek od tej politycznej reguły.

Jarosław Kaczyński objaśnia mi świat

Skupmy na chwilę uwagę na politycznych mitach. Dlaczego tak mobilizująco na elektorat Prawa i Sprawiedliwości wpłynęła retoryka stosowana przez Jarosława Kaczyńskiego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Parafrazując lidera Zjednoczonej Prawicy: „W Polsce jest albo katolicyzm, albo nihilizm” i wszystko jasne. To prawdziwy majstersztyk wśród mitotwórczych haseł! Dla katolika, umiarkowanego konserwatysty czy po prostu zachowawczego wyborcy to również nad wyraz czytelny komunikat: albo zagłosuję na PiS, albo zliberalizują mi prawo aborcyjne, wprowadzą związki partnerskie, a szkołę mojego dziecka zaczną odwiedzać homoseksualni edukatorzy. Podkreślana w programie prawicy oraz wielokrotnie przedstawiana na kolejnych konwencjach programowych alternatywa zmobilizowała najpewniej dużą część niezdecydowanych wyborców. Wyborców, którzy mają twardą polityczną tożsamość, a jednocześnie takich, którzy prostej, podsyconej emocjami narracji po prostu potrzebowali.

Kaczyński nazwał zagrożenie, zbudował łatwy układ odniesienia, a jednocześnie prostą motywację wyborczą – wybierz nas albo po 13 października obudzisz się na „lewackim niby-Zachodzie”.

Tak powstają polityczne mity – upraszczają rzeczywistość, oferują jasne kryteria, zapewniają poznawcze bezpieczeństwo. Dla bardziej wysublimowanego prawicowego wyborcy Kaczyński razem z Glińskim – a więc główni autorzy opasłego programu wyborczego PiS-u – zaproponowali efektywną egzegezę najnowszej historii Polski, w której to dopiero ekipa z Nowogrodzkiej przełamała układ i ostatecznie wykopała epokę „późnego postkomunizmu” na śmietnik historii. Właśnie tak robi się politykę dla ludzi, którzy oczekują od szeregowych posłów jednoznacznej opowieści na temat skomplikowanej politycznej rzeczywistości.

Lewica zajmie miejsce Platformy?

Dlaczego prawicowi analitycy z lękiem patrzyli na poczynania trzech lewicowych tenorów? Bo koalicja Razem, Wiosny i Sojuszu Lewicy Demokratycznej zaczęła grać w prawicową grę. Wielkomiejscy wyborcy wyrwani ze snu o końcu historii uzyskali w końcu rzeczywistych reprezentantów. Wygłodniała lewica zaproponowała silną narrację emancypacyjną. Wiarygodni po czterech latach nieobecności, prowadzili swoją kampanię z wiecowym dynamizmem, inspirując się skandynawskim modelem państwa dobrobytu z równością jako regulatywną ideą dla całego społeczeństwa. „Polska może być drugą Szwecją” – można przeczytać w minireportażu Sebastiana Klauzińskiego o partii Razem w „Gazecie Wyborczej” jeszcze w 2015 r. I do dziś ta wrażliwość jest silnie obecna w ekipie Zandberga i spółki. Młodzi buntownicy – depozytariusze interesów prekariatu walczą o prawa pracownicze, z wykluczaniem mniejszości, z dyskryminacją kobiet, proponują konkretne pomysły na politykę mieszkaniową, filozofię państwa jako sprawnego usługodawcy, a także mityczny rozdział państwa od Kościoła.

To wszystko spowodowało, że Adam Hofman mógł, nie bez słyszalnego entuzjazmu dla tej tezy na prawej stronie, stwierdzić: „Platforma, o dziwo, z tego sporu wypadła. Dlatego jest tylko kwestią czasu, kiedy wyniki PO i Lewicy się skrzyżują. Dojdzie do tego albo niedługo po wyborach, albo nawet jeszcze w trakcie kampanii”.

Otóż nie dojdzie. A to przede wszystkim dlatego, że typowy wyborca Koalicji Europejskiej jest niereformowalnym, rozmydlonym liberałem, który jest w stanie głosować wyłącznie na innych niereformowalnych, rozmydlonych liberałów.

Na ekipę Grzegorza Schetyny zagłosowało ostatecznie 5 milionów Polaków, czyli prawie 30% ogółu wyborców, którzy w niedzielę udali się do urn. Lewica zdobyła tych głosów ponad dwukrotnie mniej . I to pomimo sprawnej kampanii, efektu świeżości, programowej wyrazistości oraz Adriana Zandberga – charyzmatycznego lidera dobrze radzącego sobie w bezpośrednich starciach. Jeśli dodamy do tego jeszcze możliwość wystąpienia dość nerwowych zatargów wewnątrz koalicji Razemowców, SLD oraz ludzi Wiosny, to przepowiednia Hoffmana o przejęciu pałeczki największej opozycyjnej partii przez Lewicę wydaje się dziś mało prawdopodobna, jeśli nie niemożliwa. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę dalszy kryzys w Platformie związany z walką o nowe przywództwo.

Mimo wszystko jednak utrzymanie bezdyskusyjnej pozycji lidera opozycji przez Koalicję Obywatelską jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Spodziewałem się o wiele gorszego wyniku. Co spowodowało, że aż tylu Polaków znów oddało na Platformę swój głos, mimo wszystkich kryzysów, które nią targają? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba określić najpierw, kim jest typowy wyborca KO.

Co socjologia mówi nam o partii Grzegorz Schetyny

Z perspektywy socjologicznej to raczej dość prosta odpowiedź. W tym przypadku stereotyp jest bliski rzeczywistości. Z badań przeprowadzonych przez Przemysława Sadurę i Sławomira Sierakowskiego wynika, że twardy elektorat Platformy nadal odznacza się raczej wyższym wykształceniem, odczuwa satysfakcję z posiadanego statusu społecznego, mieszka w większych miastach, chce zmian przede wszystkim w służbie zdrowia, walczy o lepsze powietrze, chętnie odchodziłby od węgla na rzecz OZE, a co najzabawniejsze – nie wierzy w pokonanie PiS-u. Mimo deklarowanego liberalizmu gospodarczego postuluje też w dużym stopniu przywiązanie do 500+ i trzynastej emerytury, no bo jak już wprowadzili, to niech zostanie. Nie trzeba tutaj być zawodowym socjologiem, żeby zauważyć w tak skonstruowanym obrazie wyborcy KO materiał na wyborczą porażkę. Jak łatwo się domyśleć, jedyna silna emocja jest negatywna – „PiS to emanacja zła”.

Cóż, okazuje się, że tego typu wyborców nadal w Polsce jest bardzo wielu, a nawet wciąż ich przybywa. Podajmy jeszcze raz oficjalne wyniki. W porównaniu z 2015 rokiem na Platformę zagłosowało w niedzielę prawie o 1,4 mln wyborców więcej, co nawet z dużo wyższą frekwencją, przyniosło procentowo lepszy wynik – cztery lata temu 24%, teraz ponad 27%. Tradycyjnie Platforma wygrywa zdecydowanie w wielkich miastach: Warszawie, Gdańsku, Poznaniu czy Łodzi. Wypromowana w ostatniej chwili na liderkę Małgorzata Kidawa Błońska uzyskała w skali całego kraju najlepszy indywidualny wynik – ponad 416 tysięcy głosów. Na KO, zgodnie z przewidywaniami Sadury i Sierakowskiego, głosowali najczęściej wyborcy z wyższym wykształceniem, w przedziale wiekowym 40-49 lat, dyrektorzy i właściciele firm. Prawie 1/3 głosujących Polaków to niewyraziści światopoglądowo, zachowawczy i pesymistyczni wielkomieszczanie.

Trzy typy „platformersa idealnego”

Tożsamość Platformy tworzą dziś łącznie trzy archetypiczne postaci: apolityczny filister, nostalgiczny estetyk oraz PiS-owiec à rebours.

  1. Apolityczny filister

Badacze z Krytyki Politycznej podają bardzo emblematyczny przykład dialogu, jaki przeprowadzili z typowym reprezentantem twardego elektoratu Platformy:

„– Trochę się zastanówcie i jakby tak każdy od serca powiedział: Polska marzeń za 20 lat. Co by musiało się zmienić, żeby Polska była Polską państwa marzeń?

– Żeby ludzie byli uśmiechnięci.

(…)

– Żeby byli uprzejmi dla siebie, żeby byli łagodni, żeby byli… żeby się nie tak śpieszyli, jak się śpieszą, nie wpadali na siebie.

– A to się śpieszą po Warszawie.

– Żebyśmy nie narzekali. – No dobra, uśmiechnięci ludzie, co jeszcze? – Żebyśmy widzieli plusy, żeby nie było mobbingu w pracach, żeby dzieci nie cierpiały na różne depresje. – No i, chyba, żebyśmy nie byli tak podzieleni.

– Żeby nie było polaryzacji w poglądach politycznych.

– Tak, jesteśmy bardzo, bardzo podzieleni.”

Perspektywa dwudziestu lat to doskonała szansa, żeby roztoczyć jakieś wielkie romantyczne wizje, i to najlepiej o szczególnie istotnym geopolitycznym znaczeniu – tak pomyślałby twardy wyborca prawicy. PiS-owiec wystrzeliłby zapewne na temat planów budowy nowej wersji Centralnego Okręgu Przemysłowego, uniezależnienia energetycznego, nowoczesnego sprzętu wojskowego kupionego od Amerykanów. A to wszystko po to, aby z Polski uczynić w sferze marzeń regionalne mocarstwo niezależne od Niemiec i nadające ton całej środkowoeuropejskiej polityce. Za 20 lat – jak będziemy mocno pracować – Polska może wyrwać się z peryferyjnej pułapki, w którą wprowadziły nas post-komunistyczne elity. A do tego nie wpuścimy islamskich uchodźców, utrzymamy pozycję Kościoła i nie popuścimy nikomu w kwestiach światopoglądowych – mówi stereotypowy zwolennik Jarosława Kaczyńskiego. A wśród wielkomiejskiego i liberalnego wyborcy? Tam marzenia sprowadzają się do świętego spokoju od wielkiej polityki – no żeby ludzie uśmiechnięci byli, dzieci bez depresji i w ogóle, żebyśmy się jakoś tak bardziej wszyscy lubili. Trzeba więcej uśmiechu i mniej narzekania.

Nic nowego pod słońcem, chciałoby się rzec. Marcin Napiórkowski nazwał te dość ckliwe, trzeba przyznać, wynurzenia apolitycznych filistrów softpatriotyzmem. Symbolem tej postawy jest słynny czekoladowy orzeł, który w 2013 r. stał się główną atrakcją obchodzonego wówczas Święta Flagi. Akcja zorganizowana przez dziennikarzy radiowej Trójki oraz „Gazety Wyborczej”, przy uczestnictwie wesołego prezydenta Bronisława jest dla Napiórkowskiego symbolem końca czasów Platformy. Właśnie wówczas softpatriotyzm został uznany za obciach. Wyrazistość symboliki Powstania Warszawskiego i Żołnierzy Wyklętych całkowicie zdominowała wyobraźnię Polaków na temat tego, czym właściwy patriotyzm być powinien. Jednak wyborcy Platformy nadal nie zbudzili się ze snu o wielkomiejskim szczęściu.

Co to za wymysł chorego prawicowego czy lewicowego umysłu, żeby postulować stworzenie polskiej wersji państwa dobrobytu? A czy tego dobrobytu u nas nie ma? Przecież są autostrady, orliki, piękne deweloperskie osiedla. Tylko te kolejki do lekarza przydałyby się mniejsze i Polska bez PiS-u – ot i cały pomysł. Nic nie wskazuje na to, że liberałowie w końcu zauważą, że ich czekoladowy orzeł już dawno się roztopił.

  1. Nostalgiczny estetyk

Drugim typem idealnym „platformersa” jest towarzyska śmietanka ludzi sztuki: aktorów, pisarzy, muzyków. Całkiem solidna rzesza takich wyborców, a jednocześnie ich duża rozpoznawalność, utrzymuje cały elektorat w ryzach. Jak można nie lubić Jerzego Stuhra, Andrzeja Seweryna czy Daniela Olbrychskiego? Wspaniali aktorzy, legendy polskiej sceny teatralnej i filmowej, a jednocześnie nieznośni nostalgicy. Całe to pokolenie twarzy-symboli, które nadal kształtuje estetyczny smak polskiego widza, jest mocno wyalienowane z rzeczywistej polityki. To charakterystyczny portret liberalnego wyborcy. Aktorzy w tysiącach życiowych ról, traktują politykę jak teatr, który został przejęty cztery lata temu przez obsceniczną trupę żałosnych prymitywów, co ani Hamleta, ani nawet Reymonta już nie znają.

Jaka jest ich reakcja na stopniową utratę rządu dusz? Za wyjątkiem kilku happenerów w rodzaju Krystyny Jandy czy Andrzeja Mleczki, jedynym odruchem jest nostalgia. Bo łamane są dogmaty, bo artystom przestaje być wygodnie, bo w narodzie nic tylko nienawiść. To pokolenie reprezentujące estetyczny stosunek do rzeczywistości i dążące do „pepikizacji” polskiego społeczeństwa. Na półkach Kundera i Hrabal, w dłoniach dobre brandy i fajka, i stópka w skórzanych butkach kołysząca się do wieczornego jazzu. A nade wszystko umiłowanie czeskiego narodu z jego normalnością. Czechy jako Zachód na naszą miarę: Bez traum, martyrologii, zbędnych podziałów i rodzinnych kłótni o wielka politykę.

Całą tę świadomość dobrze oddają słowa naszej nowej noblistki z książki Prowadź swój pług przez kości umarłych: „W półsnach rozmyślam o Czechach. Pojawia się granica, a za nią piękny, łagodny kraj. Wszystko jest tam oświetlone Słońcem, pozłacane światłem. Pola oddychają równo u podnóża Gór Stołowych, które powstały chyba tylko po to, żeby być ładne […] Ludzie nie spieszą się i nie gonią za mrzonkami. Podoba im się, kim są i co mają”.

Ten stan liberalnej geografii wyobrażonej przypomina postać Stiepana Trofimowicza z Biesów Dostojewskiego. Akcja powieści, przypomnijmy, dzieje się w prowincjonalnym rosyjskim miasteczku w 1870 r. Stiepan reprezentuje stare pokolenie liberałów, którzy miłują ideały oświeceniowej edukacji oraz – nade wszystko – klasycystycznej sztuki. Życiowo niezaradny, domorosły i nostalgiczny liberał nie zauważa, że jego syn Piotr Stiepanowicz Wierchowieński to rewolucyjny nihilista pragnący całą starą Rosję wysłać do czorta. Jakie są reakcje ojca na tę oczywistą dla czytelnika pokoleniową zmianę? Analogiczne do reakcji polskich tuzów świata sztuki: nostalgia, nieustanne przypominanie z dawna minionej przeszłości, a w końcu – pogodzenie z przegraną.

  1. Symulakrum PiS-u bez PiS-u

Konsekwencją tych dwóch dominujących wrażliwości wśród elektoratu Platformy jest dogmatyczna anty-PiS-owość, a przy okazji kopiowanie psychologicznych mechanizmów charakterystycznych dla wyborców… PiS-u.

Ten schizofreniczny konflikt jest w gruncie rzeczy dość logiczny. Obie partie mają przecież taki sam, post-solidarnościowy rodowód. Nic więc dziwnego, że ich wyborcy często zachowują się podobnie. W poprzedniej kadencji analogie narzucały się szczególnie intensywnie, kiedy aktywny kolektyw wyborców Platformy, najczęściej w wieku średnim, był widoczny w wielu polskich miastach na wiecach anty-rządowych.

Kopiowanie mechanizmów charakterystycznych dla PiS-u najwyraźniej można było zauważyć w 2017 r., kiedy cała opozycja protestowała przed Pałacem Prezydenckim przeciwko reformie Sądu Najwyższego. Wówczas I prezes SN, Adam Strzembosz, 89-letni emerytowany sędzia, przemawiał do zgromadzonego na Krakowskim Przedmieściu tłumu: „Dzisiaj, parę godzin temu w Sejmie widzieliśmy, że komuna chce wrócić, że komuna próbuje wrócić do Polski. Nie pozwolimy na to”. Wówczas wzruszony tłum zaczął krzyczeć: „Cześć i chwała bohaterom!”, co podchwycili bez zastanowienia Schetyna, Petru i cała polityczna wierchuszka Platformy oraz .Nowoczesnej.

Abstrahując od tego czy Strzembosz miał rację, czy nie – epitety, których użył, a także hasło, które podchwycili momentalnie politycy i wyborcy opozycji, zdzierają polityczną maskę. Przecież to język charakterystyczny dla prawego skrzydła Zjednoczonej Prawicy, które nadal – pomimo czterech lat rządów – zapowiada w swoim programie walkę z epoką „późnego post-komunizmu”. Język protestu Koalicji Europejskiej, a więc język najsilniejszych politycznych emocji, którym trzeba wykrzyczeć swoje polityczne postulaty, jest tym samym językiem, który możemy usłyszeć na Marszach Niepodległości czy w trakcie Dnia Żołnierzy Wyklętych.

***

Platforma Obywatelska pozostaje zakładnikiem własnych wyborców: apolitycznych filistrów oraz nostalgicznych estetyków. Dlatego skazana była przez ostatnie lata wyłącznie na anty-PiS-owość. Bardziej wyrazista polityka nie przekona elektoratu, ale bez prawdziwie wyrazistej polityki nie sposób wyobrazić sobie nowego liberalizmu, o jakim marzą choćby redaktorzy Kultury Liberalnej. KO jest w stanie wytrzymać następne cztery lata w tak charakterystycznym „międzyczasie”. Jednak czy w takich warunkach można ponownie wymyślić siebie i – analogicznie do PiS-u – po ośmiu latach przejąć władzę? Bardzo w ten scenariusz wątpię.

Esej pochodzi z czwartego numeru elektronicznego czasopisma idei „Pressje”. Zachęcamy do bezpłatnego pobrania całego numeru w formatach PDF, EPUB lub MOBI.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.