Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  4 marca 2020

Szymon Hołownia. Ciekawy zawodnik, jednostronny arbiter

Paweł Musiałek  4 marca 2020
przeczytanie zajmie 8 min
Szymon Hołownia. Ciekawy zawodnik, jednostronny arbiter Kate Ter Haar/flickr.com/CC

Szymon Hołownia słusznie wskazuje, że w aktualnym punkcie kulminacyjnym wojny polsko-polskiej powinniśmy szukać nie kolejnych napastników na boisku, ale bezstronnego arbitra, który będzie cywilizował rywalizację między partiami i stworzy przystań dla państwowców, którzy nie chcą dać się zmielić partyjnym machinom. Okazuje się jednak, że nie da się być jednocześnie stroną sporu i arbitrem.

Dziś celem kandydata zdaje się po prostu bycie lepszą opozycją, a nie politykiem gotowym szukać tego, co dobre we wrażliwości obu dominujących grup wyborców. Kolejne gesty i wypowiedzi Hołowni zdradzają, że jest zbyt zdystansowany wobec prawicy, żeby uznać prawomocność jej emocji i potrzeb. Opowieść bezpartyjnego kandydata o Polsce nie jest niestety opowieścią próbującą skleić w jedną dwie przeciwstawne narracje.

Kandydatura Szymona Hołowni to bez wątpienia jedno z najciekawszych zjawisk na polskiej scenie politycznej w ostatnim czasie. Wbrew stereotypom o zabetonowaniu polskiej sceny partyjnej nowe inicjatywy polityczne pojawiają się regularnie. Jednak ta kandydatura z kilku przyczyn jawi się szczególnie interesująco.

Po pierwsze, jest niepartyjna. Jak wskazuje dzisiejszy doradca kandydata – prof. Rafał Matyja – Hołownia nie ma żadnego kredytu systemowego do spłacenia partyjnemu zapleczu. Nie tylko nie jest członkiem żadnej partii i nie dźwiga związanego z tym balastu, ale też nie jest związany z żadnym obozem politycznym. W teorii mogłoby to wprowadzić do polskiej polityki jakże potrzebną szczyptę pozytywnego szaleństwa. Choć prezydent nie ma w Polsce szerokich uprawnień, to możliwość umeblowania własnej kancelarii wedle uznania, a nie z konieczności zagospodarowania partyjnych kolegów, jest niebłahą zaletą kandydatury Hołowni.

Po drugie, kandydat jest nowy. Wchodzi na scenę niezużyty, z energią, bez doświadczenia polskiego „niedasizmu”. Jednocześnie nie jest tzw. nołnejmem. Choć swoją rozpoznawalność zawdzięcza nawet nie karierze publicystycznej, ale medialno-celebryckiej rozpoznawalności, to jego intelektualne CV można bez problemu zrekonstruować, czytając teksty publikowane w mediach na przestrzeni wieloletniej kariery. Z drugiej strony warto zauważyć, że kilkuletnia przygoda z TVN-em pozwoliła Hołowni utrwalić swoje nazwisko i twarz w pamięci milionów Polaków, ale jest także jednym z jego najważniejszych wyzwań. Jako kandydat musi pozbyć się skojarzenia z tanią rozrywką i zbudować prezydencki format.

Po trzecie, Hołownia jest świeży. Na poziomie języka, komunikacji lub nawet sposobu finansowania jawi się jako kandydat innego pokolenia. Świeżość spojrzenia na wiele spraw publicznych i inny od tradycyjnego dla kandydatów partyjnych sposób działania mogłyby być haustem rześkiego powietrza w zatęchłym pomieszczeniu.

Po czwarte, kandydat jest profesjonalny. Zazwyczaj autentyczność lub świeżość nie idzie w parze z jakością. Tym razem jest inaczej. Sztab pokazuje, że za Hołownią stoją osoby z dorobkiem i doświadczeniem, nie tylko politycznym. Forma prowadzenia kampanii jest atrakcyjna, nowoczesna, dopracowana i odpowiadająca na potrzeby ludzi młodszego pokolenia.

Dziś sondaży nie pokazują wysokiego poparcia, ale wyniki zbliżające się do poziomu około 10% są niezłym kapitałem na wejściu. Wskazują, że kandydat jest w grze. W przypadku tzw. goniących kandydatów kluczową dla nich kwestią, a więc decydującą o wyniku, będzie nie tylko poprowadzona kampania, ale przede wszystkim błędy kandydatów największych obozów – Andrzeja Dudy i Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.

Jeśli na skutek błędów Kidawy-Błońskiej któremuś z owych „goniących” – w tym Hołowni – udałoby się wejść do drugiej tury, to ostateczny wynik może być zaskakujący. Tam bowiem istotna jest zdolność pozyskania wyborców głosujących w pierwszej turze na innych kandydatów. Tu bez wątpienia przewagę nad urzędującym prezydentem będą mieć zarówno Hołownia, jak i Kosiniak-Kamysz. Potwierdza to niedawny sondaż wykonany przez United Survey, który w sytuacji wejścia do drugiej tury Kosiniaka-Kamysza właśnie kandydatowi PSL-u daje zwycięstwo.

Czy niepartyjna prezydentura ma sens?

Najciekawszym pytaniem, jakie należy postawić przy okazji kandydatury Hołowni, jest to, które dotyczy modelu prezydentury. Hołownia proponuje wizję niepartyjnej głowy państwa. Z racji powszechnej w Polsce niechęci do ugrupowań politycznych dla wielu wyborców niepartyjny prezydent brzmi jak najlepsze wyjście zawsze i wszędzie. Nie sposób nie dostrzec jednak istotnych zagrożeń wynikających z tego pomysłu.

Doświadczenia bezpartyjnych prezydentów miast pokazują, że brak szyldu nie jest gwarancją ochrony przed tworzeniem systemu koterii, rozdawnictwem stanowisk, gierkami personalnymi. Nie oznacza też z definicji, że polityk będzie respektował postulaty obywatelskie. Nie powinno to zresztą dziwić – ludzkie ambicje i potrzeba wpływu nie pojawiają się wraz z partyjną legitymacją.

Prezydent niepartyjny to też gwarancja swoistej kohabitacji, która w Polsce dotąd się nie sprawdzała. Zamiast roztropnych mechanizmów checks and balances obserwowaliśmy ciągłe wojny podjazdowe. Najbardziej spektakularnym przykładem były relacje prezydenta Kaczyńskiego z premierem Tuskiem, ale przecież i wcześniej stosunki prezydenta Kwaśniewskiego z obozem AWS lub prezydenta Wałęsy z różnymi partiami obozu postsolidarnościowego naznaczały rywalizację, a nie współpracę.

Problemem kohabitacji nie jest tylko rywalizacja pałaców, ale również kwestia odpowiedzialności. W systemie współdzielenia władzy naturalną tendencją jest wzajemne obwinianie się za niepowodzenia. Przejęcie przez jeden polityczny obóz kontroli nad władzą ustawodawczą i wykonawczą sprawia, że odpowiedzialność jest klarowna, a nie rozmyta.

Należy także mocno podkreślić inny, mniej intuicyjny argument – w sytuacji dużej niesprawności polskiego państwa i tępych narzędzi, jakimi dysponują politycy, dążenie do dalszego ograniczania wpływu na rzeczywistość partii, która objęła władzę po wyborach parlamentarnych, będzie odbijać się na skuteczności rozwiązania problemów, której od polityków oczekujemy.

Prezydentura niepartyjna jest więc nie tylko mało realną, ale i mało roztropną propozycją podszytą marzeniem o demokracji bezpartyjnej, która nigdzie się jeszcze nie zmaterializowała. Czy w związku z tym projekt „Szymon Hołownia prezydentem” jest nietrafiony? Niekoniecznie.

Powyższe argumenty wskazywały, że bezpartyjny prezydent nie powinien być opcją docelową w systemie demokratycznym. Nie znaczy to jednak, że nie istnieje sytuacja, w której taka wizja mogłaby odegrać pozytywną rolę. Wiele na to wskazuje, że takie okoliczności w Polsce AD 2020 zachodzą.

To przede wszystkim wejście w bardzo niebezpieczną fazę konfliktu dwóch politycznych plemion, która jest coraz bardziej destrukcyjna tak dla państwa, jak i wspólnoty politycznej. Choć rywalizacja międzypartyjna jest czymś naturalnym w demokracji, to jednak poziom polaryzacji i emocji zdaje się przekraczać w Polsce dopuszczalne normy. Co więcej, nie widać na horyzoncie scenariusza, w którym poziom wzajemnej wrogości miałby być wyhamowany. Wydawać się mogło, że wojna polsko-polska po Smoleńsku sięgnęła zenitu. Polska po czterech latach „dobrej zmiany” pokazała, że niekoniecznie. Wręcz przeciwnie, tendencja wydaje się klarowna – wraz z upływem czasu jest tylko gorzej.

Antypaństwowe konsekwencje tego procesu świetnie przedstawił Hołownia w swoim programie. Trzymając się konwencji Matyi, kandydatura Hołowni ma być swoistym „wyjściem awaryjnym” z gangreny, która trawi polskie państwo i wspólnotę. Hołownia, definiując rolę prezydenta jako „bezpiecznika” w systemie, słusznie zwraca uwagę, że partyjna rywalizacja weszła dziś w fazę, w której najlepszym wyjściem jest prezydent niepartyjny, który nie będzie zakładnikiem rządu lub opozycji. Jednocześnie może on stanowić istotny punkt odniesienia dla pozostałych graczy, nawet jeśli po wyborach nie zdecyduje się powołać partii będącej wsparciem jego prezydentury. Hołownia wskazuje, że powinniśmy szukać nie kolejnych napastników na boisku, ale bezstronnego arbitra, który będzie cywilizował rywalizację między partiami i stworzy przystań dla państwowców, którzy nie chcą dać się zmielić partyjnym maszynom.

Prezydent niestety nie dla wszystkich

Dla wszystkich, dla których Hołownia jest nadzieją na zmianę zasad gry, pojawia się jednak istotny problem. Dotychczasowe sygnały, jakie płyną ze strony byłego publicysty, nie wskazują, że realnie chce on odgrywać rolę, o której napisał w programie.

Rola arbitra, która pozwalałaby szukać, identyfikować i powstrzymywać faule obu stron, wymaga wiarygodności dla obu elektoratów, a więc pewnej dawki dobrze pojętego symetryzmu. Z tym Hołownia ma problem, ponieważ bez problemu możemy znaleźć wiele sygnałów wysyłanych w stronę wyborców antypisowskich, a prawie żadnych dla wyborców konserwatywnych.

Epatowanie hasłami tolerancji, pedantyczna konsekwencja w posługiwaniu się feminatywami (best of – podatnicy i podatniczki) czy mocny sprzeciw wobec „ideologicznej nagonki na osoby nieheteronormatywne” pokazują, że Hołownia bezbłędnie zdał test mainstreamowej poprawności politycznej. W programie przeczytamy, że głównymi wyzwaniami Polski są, obok klimatu, różnego rodzaju wykluczenia, co jest oczywistym puszczeniem oka w stronę progresywnych wyborców.

Rozczarowane mogą być osoby, które znały dotychczasowy dorobek Hołowni nie tylko z TVN-u. W swojej publicystycznej karierze zdarzało mu się pisać pod wiatr, ale też podejmować odważne decyzje zawodowe.

Opuścił „Newsweek” z powodu antykościelnej retoryki. Zakończył też współpracę z „Wprost”, gdzie redakcja nie opublikowała jego tekstu krytykującego dofinansowanie in vitro z państwowej kasy. Odchodząc podkreślił, że „mainstream relegował go ze swoich szeregów”, co może dowodzić, że nie są mu obce doświadczenia konstytuujące prawicę w Polsce i nie tylko.

Ci, którzy oczekiwali przełożenia jego felietonowych poglądów i dotychczasowych postaw na program polityczny, mogą czuć się zawiedzeni. Kandydat wyraźnie dystansuje się wobec swoich wcześniejszych pozycji. Niegdyś pisał o tym, że aborcja powinna być zakazana. Dziś zapowiada, że nie tylko nie będzie składał ustawy zmieniającej kompromis aborcyjny, ale także ogłosił, że zawetuje próbę zmiany przepisów w jakimkolwiek kierunku. W wywiadzie z Moniką Olejnik podkreślał, że zmienił swoje zdanie także o metodzie in vitro, którą niegdyś określał jako nieetyczną, a jej finansowanie ze środków publicznych nazywał „przemocą wobec ludzi, których życie zależy od będącej w opłakanym stanie służby zdrowia”. Zapowiada podpisanie ustawy o związkach partnerskich, a przecież jeszcze kilka lat temu pisał, że „dla sekty postępowców konkubenci to tylko strategiczny etap, oczy już mają wpatrzone w inny cel, z nimi sobie nie pogadam, bo o czym tu gadać z rozpędzonym walcem”.

Był gorący, nie jest nawet letni

Hołownia w programie poświęcił trochę miejsca szczególnej trosce o osoby ze środowiska LGBT+. Nie ma w nim niestety nawet symbolicznego wsparcia dla katolików, którzy mają poczucie, że ich deklaracje wiary czy przywiązanie do zasad życia prywatnego i społecznego zgodnych z nauczaniem Kościoła są często traktowane przez główny nurt debaty tak, jak gdyby ktoś zepsuł powietrze w salonie. W kampanijnych wypowiedziach Hołowni nie widać zrozumienia dla konserwatywnych katolików, którzy, szanując wolność religijną, wyrażają oczekiwanie podkreślenia szczególnej roli chrześcijaństwa dla polskiej tożsamości.

To właśnie z tych powodów rozpętała się medialna burza po deklaracji poparcia Hołowni przez znanego youtubowego kaznodziei– Adama Szustaka. W setkach komentarzy pod jego filmami wielu katolików wyrażało żal do dominikanina nie z tego powodu, że otwarcie mówi na kogo zagłosuje, ale właśnie z tego powodu, że zagłosuje na kandydata, który nie tylko nie wspiera katolickiej agendy, ale wręcz przeciwnie – zapowiada działania na rzecz rozdziału Kościoła od państwa i szereg decyzji trudnych do zrozumienia dla osób wierzących.

Charakterystyczna była odpowiedź Hołowni na pytanie dziennikarzy Onetu o pigułkę „dzień po”. Hołownia tak bardzo nie chciał podpaść, że powiedział, że stanowisko w tej sprawie wyrobi sobie… po rozmowie z osobami, których dotyczy ten problem. Po fali krytycznych głosów ze strony feministek i lewicy przyznał, że „niezależnie od własnych poglądów podpisałby ustawę” dopuszczającą środki wczesnoporonne dostępne bez recepty dla pełnoletnich kobiet.

Dotychczasowe wypowiedzi Hołowni wskazują, że w większym stopniu chce on dostosować katolików do współczesnego świata niż współczesny świat do zasad wynikających z Katechizmu Kościoła Katolickiego. Nie ma powodów, by kwestionować wiarę Hołowni na poziomie osobistym, ale w sferze publicznej w tej kampanii jego katolicyzm jest nie tyle „letni”, co po prostu bezobjawowy.

Może wynikać to z faktycznej ewolucji jego poglądów w kierunku katolewicy, która powinności katolików w sferze publicznej definiuje bardzo wąsko, jeśli w ogóle. Ale zapewne nie jest to jedyny powód.

Nowa opozycja, a nie nowa jakość

Bardziej postępowy kurs i adresowanie przekazu do wyborców wielkomiejskich wynika zapewne z politycznej strategii. Hołownia i jego doradcy wiedzą, że najłatwiej łowić wyborców na lewo od centrum. Zakładają, że Kidawa-Błońska może nie przekonywać wyborców PO, nie mówiąc o tych, którzy jakiś czas temu rozczarowali się Platformą i dziś nie mają naturalnego lidera. Po prawej stronie łowić trudniej, bo Andrzej Duda wciąż cieszy się wysokim poparciem społecznym, a elektorat Konfederacji zdaje się poza zasięgiem Hołowni.

Strategię Hołowni potwierdza wywiad, jakiego cytowany już wcześniej Rafał Matyja udzielił „Polsce The Times”. Politolog i doradca kandydata na prezydenta wyjaśnia, że główną motywacją dla nowego ruchu była porażka opozycji w ostatnich wyborach, czyli niezdolność odebrania władzy PiS-owi. To dlatego w programie nie odnajdziemy co do zasady polemiki z opozycją, za to dużo krytycznych fragmentów o reformach „dobrej zmiany” i firmującym je Andrzeju Dudzie. Podkreślmy – fragmentów zasadniczo celnych i emocjonalnie dobrze skalibrowanych, bez zbędnego nadęcia charakterystycznego dla opozycji totalnej, ale mimo wszystko jednostronnych.

Nie można winić Hołowni za strategię, która wyborczo może i jest racjonalna. Problem polega jednak na tym, że podważa to, co Hołownia obiecuje w swoim programie, a także to, co wcześniej deklarował jako zaangażowany publicysta.

Hołownia jako kandydat nie realizuje w praktyce wizji bezstronnej prezydentury, w której widzi najwyższą wartość swojego projektu politycznego. Okazuje się, że nie da się być jednocześnie stroną sporu i arbitrem. Rola arbitra będzie nie do udźwignięcia, dopóki głównym celem kandydata jest po prostu bycie lepszą opozycją, a nie politykiem gotowym szukać tego, co dobre we wrażliwości obu dominujących grup wyborców. Tymczasem kolejne gesty i komentarze zdradzają, że Hołownia jest kulturowo zbyt zdystansowany wobec prawicy, żeby uznać prawomocność jej emocji i potrzeb.

Hołownia, choć nie wskazuje winnego palcem, daje do zrozumienia, że współczesna Polska tak naprawdę nie jest „fajna” z powodu prawicowych fobii. Problemem nie jest jedynie stosunek do nauczania Kościoła, który także wśród wyborców i polityków prawicowych bywa wybiórczy. Hołownia wyraźnie krytycznie odnosi się do całego konserwatywnego imaginarium i prawicowej diagnozy III RP.

***

Sukces Hołowni z pewnością będzie pożyteczny z punktu widzenia potrzeby odświeżenia, także pokoleniowego, polskiej polityki. Nie sądzę jednak, że kandydat okaże się systemowym game-changerem. Hołownia wbrew powierzchownym deklaracjom nie adresuje swojego przekazu do wszystkich zmęczonych plemiennym konfliktem. Nie skłania go do tego ani taktyka polityczna obliczona na przejmowanie elektoratu anty-PiS-u, ani chyba poglądy kandydata, które dryfują w stronę progresywnego mainstreamu. To świetny kandydat, ale nie dla umiarkowanych konserwatystów i ludzi o centroprawicowej tożsamości, którzy stanowią w Polsce wciąż dominującą grupę wyborców i często nie odnajdują oferty dla siebie w politycznej praktyce „dobrej zmiany”.

Choć wybory dopiero w maju, już dziś wydaje się, że Polska wciąż musi poczekać na politycznego arbitra, którego głównym zadaniem będzie zbliżenie dwóch skonfliktowanych plemion, które dziś rozrywają Polskę. Dużą część pracy dla przyszłego „zszywającego” być może już wykonał Hołownia. Świetnie zdefiniował tę potrzebę i argumentację, dlaczego taka niestandardowa prezydentura mogłaby być w interesie nas wszystkich. Teraz czas na kogoś, kto wiarygodnie ją wypełni.

Hołowni zaś pozostaje życzyć powodzenia. Polacy zasługują na lepszą opozycję.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.