Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Koniec iluzji „pokolenia luksmedów”

Koniec iluzji „pokolenia luksmedów” Autorka: Magdalena Karpińska

Czy można przejść przez życie na samozatrudnieniu, ze służbowym pakietem zdrowotnym i stopniowo wzrastającymi limitami na karcie kredytowej? Koranawirus powiedział brutalne „sprawdzam” złudzeniu samowystarczalności generacji z korporacyjnych szklanych biurowców. Na beztroskim konsumpcjonizmie i niechęci do ZUS-u nie da się w dłuższej perspektywie wiele ugrać.

Oczywiście, szkicując pokoleniowe obrazy nie uciekniemy od pewnej dozy generalizacji. W wywiadzie na naszych łamach Jakub Sawulski, autor książki Pokolenie ’89. Młodzi o polskiej transformacji stwierdził, że w transformacyjnym pokoleniu możemy wyróżnić dwie główne grupy osób: „Pracownicy korporacji uważają, że największym problemem polskiego rynku pracy jest właśnie trudność utrzymania work-life balance, a ci pracujący w małych firmach myślą, że wszędzie rynek pracy wygląda jak u nich – część pensji wędruje pod stołem, a często wyłącznie od woli pracodawcy zależy los pracownika”. Jako że dr Sawulski swoje tezy oparł na przekrojowych wywiadach, które stanowiły punkt wyjścia dla jego książki, daje mi to pewne pole manewru do postawienia konkretnej tezy.

W istocie wiele patologii polskiego rynku pracy zostało przez tę pierwszą grupę nie tylko zaakceptowane, ale dobrze wpisało się w swoisty „tryb Piotrusia Pana” – skupionego na teraźniejszości konsumpcyjnego modelu życia. Modelu, który w czasie kryzysu okazuje się bardzo ulotny i kruchy.

ZUS i tak przecież zbankrutuje

Oczywiście, wielu ekspertów i publicystów od dawna zwracało uwagę na palące problemy wymuszania na pracownikach samozatrudnienia, braku ubezpieczeń zdrowotnych czy  stabilności pracy. Dowodzili, że faktycznie są to bolączki dzisiejszych 20- i 30-latków. Z pełnym przekonaniem mówili, że grupa dotknięta tymi problemami bardzo gorąco chce z nimi walczyć. Wydaje się jednak, że walka ta ograniczała się głównie do poziomu słusznych diagnoz i ekonomicznej publicystyki niż sfery politycznej.

Postulaty naprawy polskiego rynku pracy czy szerzej – korekty „polskiego kapitalizmu” stały za powstaniem partii Razem, którą stworzyli przede wszystkim prawdziwi prekariusze – młodzi pracownicy naukowi pracujący za naprawdę żenujące pieniądze w drogich, jak na ich możliwości, dużych polskich miastach. Mimo to w wyborach 2015 r. partia otrzymała zaledwie 550 tys. głosów, a tym samym znalazła się poza parlamentem. W swoim bazowym, jak się zdawało, elektoracie – grupie wiekowej 18-29 – uzyskała niewiele ponad 5% poparcia, podobnie zresztą jak w grupie 30-39 – w obu z nich partia stanowiła dopiero piąty wybór. Czy w 2019 r. partia Razem, startując samodzielnie, uzyskałaby dużo lepszy rezultat? Szczerze wątpię. Dlaczego?

Pracownicy korporacji oraz duża część przedstawicieli wolnych zawodów zwyczajnie odnalazła się w życiu „poza państwem”. Powszechne przekonanie o złudnej gwarancji emerytury, prywatyzacja świadczeń zdrowotnych poprzez korporacyjne pakiety (które dziś na nie wiele się zdają), wreszcie zwyczajne przekonanie, że państwo „zabierając” (relatywnie) wiele, nic nie daje – bo przecież skończyliśmy już „darmowe” studia, a wszystko inne załatwiamy prywatnie, spowodowało, że umowa o pracę i poczucie bezpieczeństwa zapewniane przez państwo nie stoi wysoko w hierarchii potrzeb.

Z postulatami Razem walczyli ci, którzy zdążyli wspiąć się na korporacyjno-medialnej drabinie, oraz ci, którzy głęboko wierzyli, że na tę półkę szybko wskoczą. Najwięcej o opresyjnym państwie słychać było ze strony młodych pracowników IT i białych kołnierzyków, którzy – trzeba to przyznać – z usług publicznych w tym momencie korzystali niewiele.

Zadłużony jak 20-latek: boomerzy vs millenialsi

Zamiast pieniędzy odprowadzonych w ramach oskładkowanych umów, można je było przeznaczyć w dużej mierze na konsumpcję. Weekendowy wypad do Berlina, modna knajpa, markowe ciuchy i pudełkowa dieta zapełniały sporą część budżetu. W wynajmowanym mieszkaniu (42 m2)  myślano raczej o zwiększeniu limitu na karcie kredytowej niż o zabezpieczeniu się na przyszłość. Oczywiście, można uznać, że to niesprawiedliwe klisze, ale jeśli spojrzymy na dane dotyczące zadłużenia młodych Polaków, zdamy sobie sprawę, że normą stało się życie ponad stan.

Chociaż problemy polskiego rynku mieszkaniowego są już oczywistością, to Polska w 2018 r. zajmowała dalekie, bo 21. miejsce w Unii Europejskiej pod względem relacji sumy kredytów do PKB, a 4. (sic!) w przypadku kredytów konsumpcyjnych. Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w zeszłym roku osoby między 18. a 24. rokiem życia zalegały z różnego rodzaju płatnościami na ponad 1 mld zł.

Co więcej, według badań BIK „7 na 8 osób we wspomnianym wieku przyznaje, że wydaje więcej, niż może sobie na to pozwolić, a co 4 do życia ponad stan. Blisko 10% osób do 24. roku życia traci miesięcznie ponad 1/5 swoich dochodów, kupując zbyt drogie rzeczy”.

Prawdziwą pauperyzację mogliśmy obserwować w czasach politycznej transformacji i reform Leszka Balcerowicza. Jednak to wtedy, po raz ostatni, polskie społeczeństwo doświadczyło nagłej utraty pracy, obniżenia jakości życia, niepewności i prawdziwego życia „do pierwszego”. Ludzie, którzy w latach 90. nie zrobili wielkiego biznesu, ale walczyli o przetrwanie, do dziś noszą w sobie pamięć tamtych wydarzeń. Z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej wynika, że najlepiej z płatnościami radzą sobie… osoby powyżej 56. roku życia. Okazuje się, że „boomerzy” działają zdecydowanie dojrzałej i poważniej niż pokolenie millenialsów.

Egoiści z „Mordoru na Domaniewskiej”

Dziś wiele mówi się o solidarności międzypokoleniowej, ale w dużej mierze polskim „młodym” zabrakło solidarności w ramach własnej generacji. Ci, którym udało się w dużym mieście złapać dobrze płatną pracę w przeszklonym biurowcu, szybko zapomnieli o swoich koleżankach i kolegach. A tamci, dzięki wyborze innej drogi i wykształcenia, zostali lekarzami-rezydentami, początkującymi nauczycielami, pielęgniarkami, diagnostami laboratoryjnymi czy ratownikami medycznymi.

Być może wybuch pandemii sprawi, że w tym pokoleniu młodych dorosłych pojawi się świadomość, że państwo jednak do czegoś może się przydać, że bez wysokiej jakości usług publicznych trudno będzie wrócić do normalności, że „luksmedy” i inne korporacyjne pakiety nie rozwiążą realnych egzystencjalnych problemów.

Do Zachodu wciąż nam daleko

Pandemiczny kryzys, to nie tylko szansa na pokoleniowy zwrot w kierunku budowy sprawnego państwa. To także nadzieja na otrzeźwienie i koniec bajki o „doganianiu Zachodu”, który serwowała nam Zjednoczona Prawica, a w którą zdało się uwierzyć wielu – także młodych Polaków. W swoim głośnym tekście Paweł Musiałek słusznie przestrzegał, że „Prawo i Sprawiedliwość unieważniło w Polsce paradygmat wysiłku, jaki społeczeństwo musi dokonać, aby poprawić swój los”.

Jeszcze w zeszłym roku cieszyliśmy się, że „Polska jest bogatsza od Portugalii” pod względem PKB. Niestety, jak Paweł stwierdził w wystąpieniu w trakcie V Kongresu Klubu Jagiellońskiego, nie oznacza to wcale, że jesteśmy nawet „tak samo bogaci” jak Portugalia, nie mówiąc o innych państwach Europy Zachodniej. Dysponujemy bowiem zaledwie połową majątku przeciętnego Portugalczyka i pięciokrotnie mniejszym od przeciętnego Włocha, a to majątek w momentach kryzysowych jest kluczowy, nie słupki gospodarczego wzrostu.

Niestety, jeżeli okaże się, że polskiej gospodarce nie uda się uciec spod pandemicznego topora, to paski w „Wiadomościach” TVP mówiące o „zazdroszczących nam Niemcach” staną się nie żartem, ale tragifarsą. Lotnicze bilety mogą być tanie, ale nie zmienia to faktu, że młodym Polakom wciąż bliżej do pokolenia ich rodziców niż rówieśników z Zachodu. Koronawirus może więc okazać się gorzką, generacyjną nauczką. Obyśmy nie musieli zapłacić za nią zbyt wysokiej ceny.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.