Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Jesteśmy na początku drogi do oczyszczenia

Przyczyny wykorzystywania seksualnego w Kościele są takie same jak w społeczeństwie. Nie ma żadnych innych powodów. Zawsze odnoszą nas do osobistej historii danej osoby. O skali wykorzystywania małoletnich w Kościele i o sposobach walki z kryzysem z O. Adamem Żakiem SJ, koordynatorem ds. ochrony dzieci i młodzieży przy Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Kamil Sikora. 

W mediach pojawiają się kolejne teorie wskazujące, co może być przyczyną wykorzystywania seksualnego nieletnich przez duchownych. Dlaczego właśnie Kościół stał się „bezpieczną przystanią” dla tego typu nadużyć?

Przyczyny wykorzystywania seksualnego w Kościele są takie same jak w społeczeństwie. Nie ma żadnych innych powodów. Zawsze odnoszą nas do osobistej historii danej osoby. Wszystkie teorie wskazującego na jedną przyczynę tego zjawiska to prymitywny wyraz tęsknoty za poszukiwaniem prostych rozwiązań w mocno skomplikowanym świecie. Więc nie celibat jako taki ani skłonności homoseksualne. Teza ta znajduje przekonujące dowody w badaniach klinicznych uwzględnionych przez amerykański raport John Jay College.

Wśród księży sprawców wykorzystywania seksualnego małoletnich mamy do czynienia z problemami związanymi z niedojrzałością psychoseksualną. Na te deficyty wpływa oczywiście: społeczeństwo, kultura, środowisko i relacje z innymi osobami. Niemały wpływ ma także doświadczona w przeszłości przemoc, w tym również przemoc seksualna. Trudno podważyć wnioski z tego raportu, bo dotyczył on ponad 10 tysięcy sprawców w przeciągu 52 lat. Sam miałem możliwość odwiedzenia dwóch klinik, w których były diagnozowane i leczone setki księży sprawców. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie informacja, przekazana przez kierownika jednej z nich, który stwierdził, że większości z tych księży można było skutecznie pomóc, zanim popełnili przestępstwo.

Skoro można było pomóc, to dlaczego tego nie zrobiono?

Kryzys, którego obecnie jesteśmy świadkami, jasno wskazuje na jedną, bardzo ważną okoliczność. Zawiodła formacja duchownych. Nie jest to wniosek specjalnie odkrywczy, wystarczy sięgnąć do diagnozy papieża Benedykta XVI zawartej w liście do Kościoła irlandzkiego z 19 marca 2010 roku. Emerytowany papież podkreśla tam, że formacja kapłańska zawiodła we wszystkich istotnych wymiarach: ludzkim, intelektualnym, moralnym i duchowym. Papież Benedykt XVI ma rację. Świat się zmieniał– byliśmy świadkami rewolucji obyczajowej, seksualnej, kulturowej – a formacja seminaryjna nie podlegała żadnym istotnym zmianom.

Poza tym sprawcy tych przestępstw, głównie w latach 70. XX w., to byli księża, których formacja miała początek w niższych seminariach, gdzie nie było żadnej edukacji seksualnej. Z kolei w wyższych seminariach rządził regulamin sprzyjający postawom konformistycznym zamiast uwewnętrznieniu wartości. Właśnie dlatego tak istotna jest porządna formacja w seminarium, aby na jak najwcześniejszym etapie diagnozować problemy emocjonalne przyszłych księży i im pomóc zintegrować podstawowe wymiary osobowości ze światem wyznawanych wartości w dojrzałym projekcie życia, nie kierując się przy tym oczekiwaniem, by jak najwięcej z nich doszło do święceń.

Często wskazuje się, że głównym problemem jest celibat. To prawda?

Celibat przeżywany przez niedojrzałego człowieka będzie oczywiście zwiększał poziom ryzyka. Z drugiej strony, jeśli popatrzymy na skalę pedofilii w przekroju całego społeczeństwa, okazuje się, że są to najczęściej mężczyźni mający regularne relacje seksualne – z żonami czy konkubinami. Osoby zobowiązane do przestrzegania celibatu to ledwie ułamek. Po drugie, gdyby rzeczywiście celibat stanowił największy problem, to kościoły protestanckie byłyby wolne od nadużyć seksualnych. A nie są – co więcej, w części z nich skala jest podobna. Wystarczy podać przykłady pochodzące z Niemiec, Australii czy Stanów Zjednoczonych.

Typowo polskim problemem wydaje się klerykalizm. Ksiądz – szczególnie na prowincji – pełni często specyficzną rolę. Przestaje być namiestnikiem Chrystusa, a zaczyna funkcjonować jak główny organizator życia społecznego. Czy autorytet wiejskiego proboszcza to duży problem?

Kościół musi przeprowadzić poważną refleksję nad tym zagadnieniem. To nie jest tylko i wyłącznie jakaś łatka przyklejona przez osoby nieprzychylne Kościołowi. To również diagnoza papieża Benedykta XVI. W społeczeństwach zawsze istniały osoby o uprzywilejowanej pozycji. Do tej grupy oczywiście zaliczali się, i nadal się zaliczają, księża. I to nie tylko w Polsce.

Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że ta kwestia jest związana z teologią kapłaństwa, czyli z wiarą. Żaden sakrament nie uświęca automatycznie. Sakrament to łaska i od człowieka zależy, jak on z tą łaską będzie współpracował. Ponadto samo przyjęcie kapłaństwa nie powinno przekładać się automatycznie na autorytet i status społeczny. Na to trzeba sobie zapracować. Jeśli najpierw jest instytucja, a potem człowiek, to łatwo pojawia się skaza na wierze.

I mamy później do czynienia z takimi skandalami jak na przykład w Irlandii, gdzie miejscowi notable, a więc ksiądz, policjant i prokurator stworzyli sitwę – kryli się nawzajem i strzegli swoich pozycji. Dość powiedzieć, że kilkanaście zakonów w tym kraju, które mierzyły się z problemem nadużyć, zebrało między sobą duże pieniądze na odszkodowania dla ofiar, ale pod warunkiem, że ofiary te nie będą mogły podawać nazwisk sprawców i – uwaga – także urzędników państwowych. Tylko pod takim warunkiem mogły otrzymać odszkodowanie. Wszyscy mieli świadomość skali nadużyć, a mimo to do końca chronili się nawzajem. Właśnie tak wyglądają skutki klerykalizmu i z takim klerykalizmem, który jest nadużyciem władzy i sumienia,trzeba walczyć, również w Polsce.

Stolica Apostolska oraz polski Episkopat dysponują jasno określonymi procedurami. Są niewystarczające, czy po prostu nie działają? 

Możemy mieć najlepsze procedury, ale same w sobie nie gwarantują rozwiązania problemu. Potrzebna jest jeszcze dobra wola i spory wysiłek. Z drugiej strony można powiedzieć, że procedury się sprawdzają, ponieważ są stosowane. Jednak w tego typu sytuacjach mamy do czynienia z osobami skrzywdzonymi, zranionymi i to wymaga nie tylko znajomości prawa i jego procedur, lecz także  empatii, dużego zrozumienia człowieka. Tego nie da się zadekretować.

Jest jeszcze inny problem – odpowiedzialność przełożonych. Prawo tworzone przez Stolicę Apostolską jest wprowadzane i przestrzegane (mniej lub bardziej skutecznie) przez lokalnych przełożonych kościelnych. W niedawnej historii mieliśmy przypadek dużego kraju, w którym skuteczne procedury prewencji i karania sprawców zostały uchwalone w taki sposób, aby chronić biskupów przed odpowiedzialnością. To przykład Stanów Zjednoczonych z początku XXI w. Za wzór można uznać Kościół w Irlandii, gdzie nie ma już ani jednego biskupa ordynariusza z tamtego okresu. Wszyscy zostali zdymisjonowani lub poproszeni o ustąpienie z urzędu.

Jak wytłumaczyć liczne przykłady biskupów, którzy tolerowali takie zachowania?

Ludzie, którzy wówczas byli u władzy i wdrażali te procedury, sami mieli solidnie obciążone sumienia. Głośnym przykładem jest były arcybiskup Waszyngtonu, Theodore Edgar McCarrick, który został w lutym tego roku wydalony ze stanu kapłańskiego przez papieża Franciszka. W Stanach Zjednoczonych wiele zawdzięczamy raportowi ławy przysięgłych Pensylwanii, który bazował na kościelnych dokumentach. Dokument ten ujawnił szeroką skalę rażących zaniedbań, czasem naiwności, głupoty czy wręcz stosowania fałszywej interpretacji teologicznej. Niektórzy biskupi sądzili, że przyjmując księdza-pedofila do następnej diecezji, ratują jego kapłaństwo. Ale czyim kosztem? Oczywiście,w nowym miejscu problem najczęściej się powtarzał. Symbolem tego typu zachowań jest kardynał Bernard Law, który przez lata kierowania archidiecezją bostońską ukrywał przestępstwa seksualne wielu księży, przyjmując ich wcześniej z innych diecezji i z zakonów.

Czego polski Kościół może nauczyć się z doświadczeń innych państw, gdzie wybuchały skandale związane z wykorzystywaniem nieletnich przez duchownych?

Trzeba wymagać. Pierwsze skandale miały miejsce w krajach anglosaskich (USA, UK, Irlandia), później wybuchały również na kontynencie europejskim, następnie w Australii  i w Afryce. Myślę, że opór, który wciąż w Polsce jest widoczny, stopniowo będzie topniał. Ignorancja jest pewną formą uprzedzenia – pomniejsza się skalę problemu i doszukuje jakichś ukrytych zamiarów, zwłaszcza tego, że ofiarom chodzi o pieniądze. Faktycznie, w końcu zaczyna chodzić o pieniądze – pamiętajmy o skali wypłacanych odszkodowań w Stanach Zjednoczonych (do 2009 r. tylko ofiarom molestowania przez amerykańskich księży wypłacono 2,6 mld dolarów – przyp. red.). Przełożeni tych Kościołów są sobie sami winni, bo wcześniej to oni w trakcie prywatnych negocjacji z adwokatami ofiar ustalali rynkowe ceny, żeby „kupić” ich milczenie i w ten sposób uniknąć skandali.

Po obejrzeniu filmu Sekielskich miałem wrażenie, że część naszych biskupów może nie wierzyć w Boga. Tuszują zło, przekładają swoje interesy nad dobro Ludu Bożego, chronią siebie nawzajem. Dlaczego żaden z nich nie doczekał się jeszcze dymisji?

Myślę, że są wierzący. Natomiast niektórzy mogą nie wierzyć, że poniosą jakieś konsekwencje za swoje błędne decyzje oparte na fałszywej skali wartości. W tej chwili sytuacja jest już klarowna (od 1 czerwca wchodzą w życie nowe przepisy – przyp. red.). Po raporcie z Pensylwanii i po skandalu w Chile papież zdał sobie sprawę, że ustanowione w 2016 r. procedury są niewystarczające. Te obecne rozwiązania zostały zaproponowane przez kard. B. Cupicha już w trakcie watykańskiego szczytu, jaki odbył się w lutym tego roku. To pokazuje, że Kościół uczy się skutecznie i zaadresował te kwestie konkretnie.

Pod koniec marca opublikowano wyniki kwerendy dotyczącej wykorzystywania seksualnego małoletnich w polskim Kościele. Wynika z niej, że w latach 1990-2018 zgłoszono 382 przypadki nadużyć. Czy dokument pokazuje skalę problemu w naszym kraju?

To tylko wierzchołek góry lodowej. I to z dwóch powodów. Po pierwsze, przestępstwa seksualne na szkodę małoletnich są bardzo ukryte i ich wykrywalność jest – delikatnie mówiąc – znacznie ograniczona. Ofiary zwyczajnie boją się i wstydzą mówić, co je spotkało. Badania pokazują dodatkowo, że największy odsetek tych przestępstw ma miejsce w rodzinach. Chodzi nie tyle o pokrewieństwo, co o więzy zaufania, którymi ofiara jest spętana. Podobny mechanizm nadużycia zaufania spotykamy w Kościele i w innych organizacjach.

Po drugie, każda instytucja stara się dbać o swoją reputację. Dominuje obawa, że skandal ją zrujnuje i zaszkodzi jej misji, jeśli zostanie ujawniony. Przykładem może być elitarna Odenwaldschule w Niemczech. Dziennikarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” w roku 2010 ujawnił trwający przez lata skandal seksualny, który został zamieciony pod dywan pod koniec lat 90. W pełni świadomie postanowiono powrócić tam do praktykowanego i teoretyzowanego w starożytnej Grecji modelu wychowania dorastających chłopców do cnót obywatelskich i żołnierskich za pomocą inicjacji seksualnej przez dorosłego „kochającego”. Niektórzy wychowawcy w internacie byli w pewnym sensie „kochankami” uczniów i uczennic. To wszystko było „naukowo” argumentowane i uzasadniane! Dopiero po ujawnieniu skandalu w 2010 r. rozpoczęło się oczyszczanie instytucji i rozliczanie jej smutnej przeszłości. Dopiero wtedy osoby pokrzywdzone ośmieliły się opowiedzieć o swoim dramacie. Ostatecznie szkoła i internat zostały zamknięte w 2015 roku.

W Polsce po premierze filmu Sekielskich może być podobnie, z tą różnicą jednak, że w Kościele nigdy nie teoretyzowano ani nie usprawiedliwiano inicjacji seksualnej małoletnich chłopców i dziewczynek przez wychowawców lub opiekunów. Ochrona instytucji kosztem osób poszkodowanych jest jednak wspólna.

Dlaczego przyjęto właśnie ten okres? Co z poprzednimi latami?

W okresie komunistycznym wiedzę o tego typu przestępstwach po otrzymaniu zgłoszenia od osoby poszkodowanej lub jej opiekunów mogli posiadać zasadniczo tylko przełożeni i jakieś bardzo wąskie grono doradców. W tamtych warunkach załatwiano te sprawy po cichu, bez rozgłosu, „produkując” jak najmniej dokumentów, ale co równie istotne: wtedy nie było też obowiązku powiadamiania Stolicy Apostolskiej, więc wszystko zostawało w gestii przełożonych lokalnych. Wprawdzie prawo istniało i takiemu duchownemu groziło nawet wydalenie ze stanu duchownego, ale prawda jest taka, że rzadko stosowano się do tych przepisów.

Skoro mamy odpowiednie prawo w Kościele, a prawo państwowe również reguluje te kwestie, to może problemu należy poszukiwać w niedoskonałej współpracy? To Kościół nie chce współpracować z prokuraturą czy odwrotnie?

Kościół zaleca współpracę z organami ścigania. W roku 2011 zapisano to w liście okólnym Kongregacji Nauki Wiary. W Wytycznych KEP zapisano obowiązek zapoznania się i uwzględnienia ustaleń państwowego wymiaru sprawiedliwości. Dzięki temu, jeśli posiada się dostęp do akt sprawy i do dowodów, to nie trzeba ponownie przeprowadzać całego postępowania, ale można je wykorzystać w trakcie procesu kanonicznego. Ta współpraca powinna być dzisiaj czymś oczywistym, co jasno wynika z wytycznych Stolicy Apostolskiej.

Problem polega na tym, że poruszamy się w tym obszarze jak słoń w składzie porcelany i to dotyczy zarówno delegatów, jak i przedstawicieli kurii oraz prokuratury – czasem zamiast współpracy spotykamy się z utrudnianiem działań. Prokurator, zamiast skontaktować się z delegatem, który ma wiedzę w danej sprawie i od niego uzyskać informacje, to przysyła policjantów, którzy mają zarekwirować akta sprawy. To nie jest przyjazna współpraca. Raczej zakłada się, że Kościół będzie się starał się sprawy tuszować. Znowu wracamy do problemu dotyczącego procedur i tego, jak będą one realizowane w praktyce. Podobnie ma się rzecz przy współpracy Kościoła z państwem. Nie należy jednak spraw demonizować. Znam osobiste relacje biskupów, którzy nie narzekają na współpracę z prokuraturą. W uzasadnionych przypadkach bez problemu otrzymują wgląd w akta sprawy. To istotne, ponieważ pomaga ominąć podwójnego przesłuchiwania ofiary, co zawsze jest bardzo dla niej trudne.

Jak wiedza naukowa na temat wykorzystywania seksualnego nieletnich wpływa na rozumienie tego problemu wśród duchowieństwa?

Dzisiejsza wiedza w zakresie wykorzystywania seksualnego jest nieporównywalnie większa niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Mimo to w Polsce nadal jesteśmy do tyłu. Ignorancja w tym temacie jest ogromna. Brakuje fachowców. Powracają u nas stare nawyki, żeby rozwiązywać problemy przez zaostrzanie prawa karnego. A przecież można zapobiegać – badania pokazały, że blisko 80% sprawców można było pomóc! Innymi słowy, można było uniknąć większości nadużyć, ponieważ były one związane z niedojrzałością psychoseksualną sprawców. My dopiero do takiej wiedzy dojrzewamy.

Ciężko jest też sądzić ludzi na podstawie tego, co dzisiaj wiemy. Pierwsze badania dotyczące syndromu dziecka krzywdzonego w sferze seksualności, to jest druga połowa lat 70. XX wieku. Dla asymilacji i rozwoju wiedzy, przeprowadzenia szerokich badań całościowych i cząstkowych czasami potrzeba wielu lat. Pamiętajmy też, że u nas, z racji obowiązującego przez dziesięciolecia systemu politycznego, wszystkie te procesy zachodziły wolniej. Nawet jeśli te problemy były opisywane, to nikt nie przejmował się ofiarami. Poza tym z zasady w systemie socjalistycznym nie było miejsca na tego typu słabości. Prawie nikt wówczas nie rozumiał, że to oznacza wpływ na całe życie ofiary. To nie jest usprawiedliwienie, lecz próba zrozumienia skali wyzwania i trudności.

Na koniec chciałbym zapytać o aspekt religijny problemu, o którym rozmawiamy. Czy w tych nadużyciach seksualnych dotykających przecież najbardziej bezbronnych można doszukiwać się też jakiegoś wymiaru teologicznego?

W tym całym kryzysie dotykającym Kościół widać jak zło spenetrowało wewnętrzny świat wiary. To diagnoza Benedykta XVI. Teologia moralna naucza: nie ma grzechu bez skutków społecznych. Tutaj, przy tym skandalu, widać bardzo wyraźnie, jak zło sprawiło, że niektórym całkowicie zmieniła się hierarchia wartości. To, co miało być na pierwszym miejscu, czyli godność człowieka, przegrywa z instytucją. Nie jest prawdą, że Kościół jest drogą dla człowieka. Drogą jest Chrystus. Oczywiście, związek Chrystusa z Kościołem jest istotny, ale to nie jest tożsamość. To jest wyznanie, które wskazuje, że zawiedliśmy w tym, co jest misją Kościoła. To bardzo głęboki problem wiary.

Irlandka, Marie Collins, która była członkinią Papieskiej Komisji ds. Ochrony Nieletnich, opisywała w 2012 r. podczas rzymskiego sympozjum „Ku Uzdrowieniu i Odnowie”, że jej świat się załamał zupełnie, ponieważ nie dość, że została skrzywdzona i wykorzystana przez księdza, to kiedy poszła z tym do miejscowego biskupa, utraciła przekonanie, że traktowanie prawa moralnego jako nadrzędnego jest nieodłączną cechą Kościoła katolickiego. Postępowanie biskupa pozbawiło ją resztek szacunku do przywódców Kościoła, bo jej oprawca był chroniony, mimo iż władze diecezji o wszystkim wiedziały. Czym to tłumaczyć? To zepsuty owoc wiary, rozumianej nie jako dar łaski, ale jako odpowiedź człowieka, któremu zło wywróciło hierarchię wartości.