Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Joe Biden, Andrzej Duda i cztery minuty w korytarzu. Czy rząd PiS zepsuł nam już całkowicie relacje z USA?

Joe Biden, Andrzej Duda i cztery minuty w korytarzu. Czy rząd PiS zepsuł nam już całkowicie relacje z USA? NATO North Atlantic Treaty/flickr.com

Zamieszanie wokół zdjęcia Andrzeja Dudy z Joe Bidenem, bardziej emocjonujące niż wczorajszy mecz polskiej kadry ze Słowacją, jest jedynie elementem szerszej debaty toczonej już od kilku miesięcy. Czy po zmianie warty w Białym Domu Polska, która tak blisko współpracowała z Trumpem, nie została zepchnięta na margines amerykańskiej polityki? Czy polski rząd nie płaci dziś ceny za to, jak przyjął wiadomość o zwycięstwie Bidena w wyborach?

Andrzej Duda i Joe Biden, obydwaj w maskach, zderzają się łokciami. W tle, za szklanymi drzwiami, widać pusty korytarz i szyby wind. Takie zdjęcie zamieścił na Twitterze Krzysztof Szczerski, by potwierdzić, że doszło do spotkania pomiędzy polskim prezydentem a przywódcą USA. Fotografia sprowokowała lawinę komentarzy.

Spekulowano, że do spotkania w ogóle nie doszło, a Andrzej Duda jedynie zaczepił przechodzącego Bidena. Ktoś nawet starał się udowodnić, że zdjęcie powstało przy okazji grupowej fotografii wszystkich przywódców zgromadzonych na szczycie NATO, a polski prezydent jedynie sprytnie ustawił się obok amerykańskiego.

Sprawę postanowił zweryfikować Paweł Żuchowski, korespondent RMF FM, który zapytał o spotkanie w biurze prasowym Białego Domu. Jakiś czas później pojawiła się krótka notka potwierdzająca, że do spotkania Biden-Duda rzeczywiście doszło i że rozmawiano o wschodniej flance NATO oraz nadchodzącym spotkaniu amerykańskiego prezydenta z Władimirem Putinem.

Jednak od innego źródła wspomniany korespondent dowiedział się, że waga tego spotkania nie musiała być wielka: „Rozmowa trwała około 3 – 4 minut, na stojąco, w miejscu, gdzie zrobiono zdjęcie – przyznaje anonimowo w rozmowie ze mną osoba z kręgów polskiej dyplomacji. Bezpośrednio po jednym z zaplanowanych spotkań Joe Bidena z innym przywódcą.” – napisał Żuchowski na Twitterze.

Wygląda więc na to, że żadne poważne spotkanie nie było planowane, a zespół prezydenta Dudy jedynie sprytnie wykorzystał okazję, by wysłać komunikat: USA wciąż są ważnym sojusznikiem Polski, a polskie władze nie są izolowane na arenie międzynarodowej. Komunikat tym ważniejszy, że wcześniej tego dnia Biden spotkał się z przywódcami państw bałtyckich, by rozmawiać o zagrożeniu rosyjskim i sytuacji na Białorusi. Polski, która wydawałaby się naturalnym głosem w podobnej dyskusji, na tym spotkaniu zabrakło.

Wszystko co złe przez popieranie Trumpa?

Całe te zamieszanie wokół prezydenckiego zdjęcia, bardziej emocjonujące niż wczorajszy mecz polskiej kadry ze Słowacją, jest jedynie elementem szerszej debaty toczonej już od kilku miesięcy. Czy po zmianie warty w Białym Domu Polska, która tak blisko współpracowała z Trumpem, nie została zepchnięta na margines amerykańskiej polityki? Czy polski rząd nie płaci dziś ceny za to, jak przyjął wiadomość o zwycięstwie Bidena w wyborach?

Pamiętamy przecież niejasne gratulacje Andrzeja Dudy – w momencie, kiedy amerykańskie media ogłosiły sukces demokratycznego kandydata, a z całego świata popłynęły depesze, polski prezydent postanowił pogratulować Bidenowi „udanej kampanii wyborczej”. Był to gest nie bez znaczenia, bo właśnie wtedy przetaczała się przez Amerykę fala oskarżeń o fałszerstwa wyborcze wysuwanych przez Donalda Trumpa. Można więc było uznać, że Duda, polityk, któremu Trump okazywał sporo sympatii, postanowił udzielić sprzymierzeńcowi pewnego kredytu zaufania i zobaczyć jak się sprawy rozwiną.

W tym czasie wiele osób kojarzonych z obecnym obozem władzy wprost powtarzała przekaz Donalda Trumpa o sfałszowanych wyborach. W kolejnych wywiadach mówił o tym na przykład były minister spraw zagranicznych, Witold Waszczykowski. Tego rodzaju sygnały na pewno zostały dostrzeżone przez amerykańskich dyplomatów w Polsce i przekazane do Waszyngtonu.

Trzeba powiedzieć jasno: ze strony Polski to był błąd. Wiedzieliśmy już wcześniej, że demokraci nie są przychylni obecnym polskim władzom. Wiedzieliśmy, że nasz rząd uchodził w świecie za jednego z wierniejszych sojuszników znienawidzonego przez nich Donalda Trumpa. Wiedzieliśmy wreszcie, że zmiana administracji w USA pociągnie za sobą zwrot w polityce zagranicznej tego kraju: nastąpi ponowne ocieplenie relacji z państwami Europy Zachodniej, co pośrednio musiało oznaczać rozluźnienie związków z Polską. W najlepszym interesie Warszawy było więc głośne, a nawet przesadne manifestowanie przyjaźni dla Joe Bidena. Można się było inspirować innym bliskim sojusznikiem Trumpa, Benjaminem Netanjahu, który od razu wystąpił z gratulacjami, opublikował swoje zdjęcie z Bidenem i zaczął opowiadać o fantastycznej przyjaźni z tym politykiem.

W optyce liberalnego mainstreamu z USA Kaczyński stoi zaraz obok Putina

Taka postawa nie zlikwidowałaby, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkich potencjalnych problemów w relacjach z nowym prezydentem, ale na pewno mogła pomóc. Polski władze obrały inną drogę i za to spotyka je zasłużona krytyka. Ale trudno też nie odnieść wrażenia, że najgłośniejsi krytycy przeceniają znaczenie tego epizodu w polsko-amerykańskich relacjach.

Pewien dystans i chłód w odniesieniu do Polski z całą pewnością widać po stronie obecnej administracji: brak ambasadora w Warszawie, brak dłuższej rozmowy Biden – Duda, brak konsultacji ze stroną polską, na którą skarżył się niedawno w „Rzeczpospolitej” minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau, czy choćby symboliczny brak zaproszenia na wspomniane spotkanie poświęcone Rosji i Białorusi. Jednak przyczyny tego ochłodzenia nie leżą w potencjalnej osobistej urazie, jaką Biden mógłby czuć do polskich partnerów za spóźnione gratulacje i udaną współpracę z Trumpem.

Ostatnio Barack Obama w wywiadzie dla CNN określił Polskę i Węgry krajami, które „jeszcze 10 lat temu dobrze funkcjonowały jako demokracje, a stały się właściwie autorytarne”. Można się zżymać na używanie tego rodzaju określeń tuż po tym jak władze Białorusi porwały i publicznie znęcały się nad jednym z opozycjonistów, ale to właśnie ta wypowiedź doskonale oddaje sposób myślenia w amerykańskich kręgach liberalnych.

Polskę z Białorusią zestawił zresztą sam Biden, jeszcze podczas kampanii wyborczej. W dyskusjach o populizmie, upadku demokracji liberalnej i narastaniu autorytaryzmu nasz kraj stał się dla liberalnego mainstreamu jednym ze sztandarowych przykładów, swoistym „chłopcem do bicia”. Polski przypadek opisywała Madeleine Albright w książce Faszyzm: ostrzeżenie, Ann Applebaum w Zmierzchu demokracji, czy Timothy Snyder w Drodze do niewolności. Kaczyński, wraz z Orbanem i Trumpem znaleźli się na krótkiej liście złoczyńców, którzy dla wyborców Partii Demokratycznej niewiele różnią się od Władimira Putina.

Tu leży prawdziwa przyczyna chłodnego podejścia Waszyngtonu do Polski i najbardziej umiejętna dyplomacja nie byłaby w stanie łatwo tego zmienić. Dziś Joe Biden, chcąc pokazać, że „Ameryka wróciła”, nie tylko na swe miejsce na świecie, ale także jako reprezentant pewnych wartości, wręcz musi odwrócić się do Polski plecami – przynajmniej symbolicznie. Bo tego oczekuje jego publiczność. Musimy jednak mieć świadomość, że patrzymy jedynie na pewien teatr polityki. Niepozbawiony znaczenia, ale nie kluczowy.

Poczekajmy na konkrety, zamiast skupiać się na politycznym teatrze

Czy polsko – amerykańskie relacje rzeczywiście znalazły się na dnie, będziemy mogli ocenić dopiero wtedy, kiedy zobaczymy, że Ameryka istotnie porzuciła współpracę z Polską na jednym z kluczowych obszarów. I nie, sprawa Nord Stream 2 nie jest tutaj wystarczającym dowodem. Kształtując swoją politykę wobec tej inwestycji, Waszyngton nie kieruje się tylko dobrymi lub złymi relacjami z Polską. Nawet posunąłbym się do twierdzenia, że robi to w niewielkim stopniu.

Również za czasów administracji Trumpa jednym z kluczowych fundamentów amerykańskiego sprzeciwu wobec NS2 była kwestia niemiecka – Trump zwiększał w ten sposób swoją presję na Berlin, by zmusić Angelę Merkel do ustępstw. Wraz ze zmianą administracji, zmieniło się podejście USA do Niemiec oraz kalkulacje dotyczące Rosji i stąd przede wszystkim ostatnia decyzja w sprawie sankcji. Przypisywanie Polsce kluczowej roli w tej sprawie to niepotrzebna megalomania.

Jeśli wierzyć polskiej dyplomacji, kontakty pomiędzy Waszyngtonem a Warszawą na niższych szczeblach trwają niezakłócone. Fakt, że Biały Dom potwierdził rozmowę Dudy z Bidenem również jest pozytywnym sygnałem. Trzeba uważnie obserwować współpracę obydwu państw w zakresie obronności i energetyki, jednocześnie mając świadomość, że w przypadku kontaktów z mocarstwem państwo o wielkości i potencjale Polski zawsze będzie miało ograniczone możliwości, nawet będąc najjaśniejszą latarnią demokracji.

Pamiętajmy, że osiągnięcia Polski za czasów Trumpa również wynikały z pewnej międzynarodowej układanki (przede wszystkim trudnych relacji Trumpa z państwami Europy Zachodniej) i konkretnych interesów, które Ameryka starała się w naszym regionie realizować. Bez tej podbudowy najpiękniejsze przemówienie na placu Krasińskich, wizyty prezydenta Dudy w Białym Domu i deklaracje o Forcie Trump raczej by nie wystarczyły. Tak samo i dziś symboliczne dystansowanie się Joe Bidena od Polski nie jest kluczowe.

Na koniec warto chyba jeszcze zahaczyć o jeden wątek: o powracającą krytykę tego, że „Polska wszystko postawiła na Trumpa”. Można się zgodzić (co zresztą zrobiłem), że Warszawa mogła lepiej rozegrać kwestię wyborów w USA. Szybciej nawiązać kontakty z demokratami, bardziej entuzjastycznie gratulować. Ale czynienie zarzutu z faktu, że polski rząd starał się utrzymywać bardzo dobre relacje z Trumpem, wiedząc, że ten Polsce sprzyja, uważam za niezrozumiałe. Grając z wciąż największą potęgą, Polska musi wykorzystywać sprzyjający wiatr. Dokładnie to zrobił wspominany już wcześniej Izrael. Dane Center for Responsive Politics pokazują, że nagle, po wyborze Trumpa wydatki rządu izraelskiego na lobbing w Waszyngtonie wzrosły kilkukrotnie! Netanjahu, wiedząc, że w Białym Domu znalazł się jeden z najbardziej proizraelskich prezydentów w historii, błyskawicznie zwiększył intensywność swoich działań. I trudno powiedzieć, że mu się to nie opłaciło.

 

***

Relacje polsko-amerykańskie, mimo zdjęcia Dudy i Bidena, nie wyglądają ostatnio najlepiej. Niewątpliwie to polski rząd jest tego przyczyną, choć raczej za sprawą tego jak jest postrzegany, niż jak konstruował swoją politykę względem nowej administracji. Warto jednak pamiętać, że stosunek Waszyngtonu do Warszawy jest wypadkową całej mozaiki czynników i rola jaką może w niej odegrać polska dyplomacja jest dosyć ograniczona. Ostatecznie Barack Obama nie miał chyba wielkich zastrzeżeń do polskiej demokracji w 2009 r., kiedy ogłaszał reset w relacjach z Rosją i porzucał plany budowy tarczy antyrakietowej.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.