Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jarosław Pucek  7 maja 2019

To oni ratują polskie kluby. Kibice to nie tylko fanatycy

Jarosław Pucek  7 maja 2019
przeczytanie zajmie 6 min

Fani w różnych sytuacjach biorą na swoje barki ciężar ratowania klubu poprzez przejęcie kontroli nad całością jego funkcjonowania albo nad jakimś jego wymiarem. Dzieje się tak, gdy wiarygodność tracą „wyalienowani” względem klubu dotychczasowi zarządcy – wykwalifikowani menedżerowie albo doświadczeni biznesowi administratorzy. W ich miejsce pojawiają się osoby o mniejszych kompetencjach, ale silniej identyfikujące się z drużyną i skłonne więcej dla niej poświęcić. Konsekwencją takich działań ratunkowych jest zatem także wymiana „elit symbolicznych” polegająca przede wszystkim na zastąpieniu reprezentantów biznesu przez reprezentantów wspólnoty. Socjologowie badający środowiska kibiców wyróżnili ich kilka podgrup: fundamentalistów, ortodoksów, kibiców małej wiary, „wierzących-niepraktykujących”, dewotów oraz ateistów. Drogą do sukcesu zarządzających klubem piłkarskim jest umiejętność komunikacji i opracowania strategii wobec każdej z nich.

Gdy socjolodzy patrzą na kibiców

W przerwie zimowej o wiele więcej i głośniej mówiło się o perypetiach Wisły Kraków, niż o polityce kadrowej czy wynikach sparingów jakiejkolwiek z polskich drużyn. Powód był oczywisty – jeden z najbardziej rozpoznawalnych klubów piłkarskich chylił się ku upadkowi. Mimo że widmo ostatecznej kompromitacji i upadku w sportową otchłań zdaje się opuszczać stadion na Reymonta, to na kanwie tego przykładu warto zatrzymać się nad jednym z ważniejszych aspektów całej sprawy. I to nie dlatego, żeby przykład Wisły w tym przypadku był chwalebny Wręcz odwrotnie – właśnie po to, aby nie utożsamiać tego co się tu wydarzyło z całym środowiskiem. Mam na myśli bowiem rolę kibiców w kształtowaniu wizerunku klubu, ich roli w jego codziennym funkcjonowaniu i last but not least – relacji pomiędzy zarządzającymi klubami piłkarskimi, a fanami poszczególnych klubów.

Relacje te są coraz lepiej rozpoznawane. Wcale nie dlatego, że media tym tematem się coraz mocniej interesują – tu akurat uważam, że większość tekstów czy reportaży prześlizguje się po spektakularnym, ale jednak jedynie wierzchu tematu. Jeśli spojrzeć głębiej, można dostrzec skąd biorą się katastrofalne w skutkach błędy zarządów klubu, głośne konflikty z kibicami, czy ostateczne rozejście się tych najbardziej fanatycznych kibiców z przedstawicielami „ich” klubów. Ani cudzysłów, ani sformułowanie „fanatyk” nie są tu przypadkowe.

Nad zjawiskiem kibicowania i kibiców socjologowie na całym świecie, szczególnie na Wyspach Brytyjskich, głowią się od lat. Coraz więcej i to coraz ciekawszych opracowań można napotkać i w polskiej nauce. Początkowo zainteresowanie socjologii budziło zjawisko rodzącej się i szybko rozprzestrzeniającej się kultury chuligańskiej. Prym w tym wiedli kibice na wspomnianych już Wyspach Brytyjskich. Spróbujmy przyjrzeć się polskiej scenie kibicowskiej, która ma już swoją renomę i doczekała się własnych, często wręcz fenomenalnych opracowań.

Kibice idą pod prąd indywidualizmu

Pierwszą rzeczą, nad którą warto się zastanowić jest podstawowe pytanie: co czyni ruch kibicowski tak atrakcyjnym, że zarówno magazynier, lekarz, prawnik czy ksiądz dają się mu porwać? Dlaczego zwykli na co dzień obywatele w trakcie meczu przeobrażają się w zbiorową masę, która za swój klub i dla swoich barwy odda czas, pieniądze, a nie rzadko też i zdrowie?

Wydaje się, że kluczowym pojęciem jest tu tożsamość. Na ten aspekt zwrócili uwagę socjologowie – m.in. Przemysław Nosal i Radosław Kossakowski – którzy stawiają wprost tezę, iż „w przypadku kibiców piłkarskich sferą ich mitycznej działalności jest przede wszystkim troska o klub, któremu dopingują. Tym samym bazę stanowi kwestia identyfikacji, a więc jeden z klasycznych elementów budowania tożsamości”. Autorzy podkreślają, że jest to niezwykle silnie jednoczący element – szczególnie w dobie kryzysu tożsamości, jakie niesie ze sobą globalizacja.

Mało tego, jak twierdzą obaj socjologowie, „kibice to niezwykle ciekawy temat, ponieważ kibice stanowią specyficzną grupę w świetle teorii tożsamości zbiorowej. Szczególnie w odniesieniu do tez o indywidualizacji życia społecznego kibice jawią się jako formacja »idąca pod prąd« współczesnym trendom, prezentując mechanizmy życia zbiorowego o tradycyjnej wręcz proweniencji”.

Jest to o tyle cenna uwaga, że osobiście miałem okazję wielokrotnie przekonać się o jej autentyczności. Decydująca o sile fenomenu zdaje się być możliwość tworzenia wspólnoty, która bez względu na różnice pomiędzy jej członkami, ma jeden, niekwestionowany i wspólny fundament tożsamościowy, jakim jest właśnie klub piłkarski. Mało tego, wśród członków tej wspólnoty istnieje silne przekonanie o jej wyjątkowości. Uważana jest przez jej członków jako idąca wbrew modom i aktualnym upodobaniom, ostatnia zbiorowość będąca nośnikiem szlachetnej idei, jaką jest wspieranie ukochanego klubu bez całej niszczącej, komercyjnej otoczki.

Często zarówno tworząca się wspólnota, jak i wszelkiego rodzaju przejawy jej aktywności, są przyrównywane do grup religijnych. Opisywana jest przez terminologię czy dość oczywiste analogie z życiem religijnym, a w konsekwencji różnego rodzaju atrybuty czy miejsca nabierają charakteru niemal sakralnego. Jak wskazuje Barbara Kulesza-Gulczyńska, wydaje się, że ten proces zaszedł już dalej. Nie tylko nastąpiła sakralizacja życia klubów piłkarskich, ale w obecnych czasach mamy do czynienia z fazą kolejną – z fazą desakralizacji tego życia. Albo inaczej, z jej zeświecczeniem, laicyzacją.

Jak pisze autorka „podczas gdy wśród piłkarzy obserwowalny jest stopniowy zanik sakralizowanej idei piłkarskiej – tak idei sportu jako szlachetnej rywalizacji, jak i idei i kultu piłkarskiej drużyny, wśród kibiców bardzo wyraźnie zauważalna jest cześć oddawana abstrakcyjnej jednostce jaką pozostaje klub piłkarski.” Jak wskazuje zarówno niektóre zachowania kibiców podczas meczu piłkarskiego, jak wspólny śpiew, tańce czy choreografia mają wiele cech wspólnych z liturgią obrzędów religijnych. Również i zachowania poza meczem piłkarskim noszą takie znamiona. Zawiązywane sojusze (tzw. zgody), jak i antagonizmy (tzw. kosy) są łudząco podobne do strategicznych decyzji, jakie podejmują większe zbiorowości. Autorka dopatruje się w tym kontynuacji sakralnej aktywności ze stadionu wskazując, że często sojusze i podziały przebiegają wokół irracjonalnych dla przeciętnego obserwatora przesłanek. Co więcej, wzajemna niechęć kibiców poszczególnych klubów ma swoje korzenie w zdarzeniach, które często są już zapomniane, a pamięć o nich przechowywana jest w formie mitów religijnych. Często sami kibice uważają, że tylko oni są w dzisiejszych czasach powiernikami i strażnikami dawnych ideałów. Często uważają tak całkiem słusznie. Dla kibiców zawodnicy i trenerzy są jedynie przemijającym, niedoskonałym oraz grzesznym urzeczywistnieniem świętej, nieskazitelnej i nieśmiertelnej idei klubu.

Klub się zmienia, kibice zostają

Takie postawy nie mogą dziwić. Bardzo plastycznie opisali to zjawisko wspomniani już przeze mnie badacze Nosal i Kossakowski. Przyrównali oni dzisiejszą sytuację klubów piłkarskich i stosunku do nich ich własnych kibiców do paradoksu statku Tezeusza. Oddajmy głos badaczom.

„Przypomnijmy, że statek, którym Tezeusz powrócił wraz z młodymi ateńczykami, miał trzydzieści rzędów wioseł i został zachowany przez ateńczyków aż do czasów Demetriusza z Faleronu. Gdy stare deski gniły, zastępowali je nowymi, z twardszego drewna – tak że statek stał się wśród filozofów sztandarowym przykładem problemu istnienia rzeczy, które ulegają zmianie. Jedna strona utrzymywała, że statek pozostał ten sam, a druga upierała się, że nie był tym samym. Przekształcenia, którym (kluby – przyp. JP) są poddawane w dobie modern football (np. przejęcia właścicielskie, rola sponsorów, relacje klubów z kibicami, zmiany lokalizacji klubów, rebranding w zakresie nazw, barw czy herbu) sprawiają, że coraz bardziej złożona staje się ich tożsamość oraz kwestia relacji z historią i tradycją. W tym kontekście niezwykle ważna staje się właśnie rola kibiców. Kibice zapewniają bowiem historyczną ciągłość danego klubu. Najwierniejsi fani towarzyszą drużynie, mimo że zmieniają się trenerzy, zawodnicy, sponsorzy, barwy, obiekty czy poziomy rozgrywek na którym ona występuje. Często wręcz stanowią oni jedyny historycznie trwały element funkcjonowania klubu”. Jako kibicowi piłkarskiemu pozostaje mi jedynie stwierdzić – nic dodać, nic ująć.

Jeżeli zatem zgodzimy się, że wspólnota kibiców nosi sporo cech wspólnoty religijnej, przejdźmy zatem do fundamentalnej w mojej ocenie publikacji Dominika Antonowicza i Łukasza Wrzesińskiego pt. Kibice jako wspólnota niewidzialnej religii. Dokonali niezwykle barwnego, ale co więcej, niezwykle adekwatnego do rzeczywistości podziału samej grupy kibiców na poszczególne kategorie. Znajomość tej publikacji powinno się zapisać do kanonu lektur dla każdego, kto zarządza klubem piłkarskim.

Aby nie uronić nic z cennego dzieła, pozwolę sobie przywołać obszernie główne tezy tego artykułu. Badacze zaproponowali podział kibiców na kilka kategorii.

Ortodoksi, fundamentaliści, dewoci

Autorom udało się wyodrębnić sześć zasadniczych typów idealnych kibiców:

(1) fundamentaliści, (2) ortodoksi, (3) małej wiary, (4) wierzący niepraktykujący, (5) dewoci oraz (6) ateiści.

Fundamentaliści to grupa, która zazwyczaj jest najbliżej jądra stadionowych wydarzeń (Żyleta na stadionie Legii, Kocioł na stadionie Lecha, itp.). To oni odpowiadają za „liturgiczną oprawę” całego wydarzenia. To też najbardziej fanatyczna i dobrze zorganizowana część środowiska kibicowskiego.

Ortodoksi – są to kibice „głęboko wierzący”, bardzo mocno zaangażowani emocjonalnie we wszystko co dotyczy ich klubu, który uważają za wspólnotę posiadającą własną „teologię”, gotowi bronić świętych barw, ale jednocześnie nie odmawiający innym prawa do współistnienia na stadionie.

Małej wiary to kibice, którzy cechują się znacznie mniejszą gorliwością i nie są już tak skorzy przypisywać klubowi, barwom i tradycji cech sakralnych, czy quasi religijnych. Dla tej grupy kibiców o wiele łatwiejsze do zaakceptowania byłaby np. zmiana barw klubowych, czy też nazwy klubu na nazwę sponsora, czy jakiegoś produktu.

Wierzący, ale niepraktykujący to kibice, którzy o ile bardzo mocno identyfikują się z klubem, tradycją, przez co jest to grupa dość podobna do ortodoksów, ale z jakichś powodów -życiowych, czy rodzinnych, nie uczestniczą już w bieżącym funkcjonowaniu społeczności, nie chodzą też regularnie na mecze.

Piątą kategorią są kibice dewoci, a więc grupa, która jak wskazuje nazwa – swoje zaangażowanie demonstrują poprzez bardzo powierzchowne atrybuty uczestnictwa w życiu kibicowskim. Zatem będą to osoby posiadające niezliczone ilości gadżetów, szalików, czy koszulek, ale ograniczający swoją „wiarę” do czysto zewnętrznych aspektów, bez większego zaangażowania emocjonalnego. Swoją drogą, to najbardziej nielubiana grupa przez ortodoksów.

Ostatnią wyodrębnioną kategorią kibiców są ateiści. Najkrócej rzecz ujmując to kibice, którzy lubią sport, oglądają relacje, ale z równym zaangażowaniem kibicują pływakom, hokeistom na trawie, czy kolarzom. Nie angażują się emocjonalnie po żadnej stronie.

Uniwersalne problemy

Nie jest tajemnicą, że nie wszystkie środowiska przyjęły cytowaną publikację entuzjastycznie. Sami badacze zostali nawet przez niektórych publicystów nazwani „socjologami chuliganów” – co o było zarzutem o tyle niezasadnym, co zwyczajnie głupim.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że w niektórych krajach taki podział jest już nieaktualny, jednak, gdy przyjrzeć się bliżej, to okaże się to pomyłką często powielaną przez publicystów zajmujących się sportem. Wielu z nich uważa na przykład, że na Wyspach Brytyjskich dokonano skutecznie „wymiany kibiców” i niepożądane zjawiska już tam nie występują. Nic bardziej mylnego.

Czołowe ligi brytyjskie odnotowały znacznie więcej wtargnięć na boisko (pitch invasion) niż nasz rodzimy PZPN. Inne zjawiska, jak starcia kibiców zwaśnionych klubów przeniosły się ze stadionów poza zasięg kamer monitoringu, ale bynajmniej nie zniknęły.

Wracając jednak do sedna – samych kibiców. W sposób oczywisty wyszczególnione ich kategorie w różnych klubach występują z różną intensywnością. Dlatego kluczowe dla budowania relacji z kibicami jest próba diagnozy tego, do jakiej grupy i jaki przekaz chcemy kierować. A także odpowiedzi na pytania: w jaki sposób budować strategię komunikacji z kibicami oraz jakie programy marketingowe będziemy kierować do jakiej grupy.

Strategia dla „fanatyków” inna niż dla „Januszy”

Pierwsza z brzegu sprawa – frekwencja na meczach. Na stadionie obecni będą zawsze jedynie najbardziej fanatyczni kibice. Oni przyjdą na mecz bez względu na formę sportową piłkarzy, jakość przeciwnika, pogodę czy miejsce rozgrywania meczu (u siebie czy na wyjeździe). Dla tej grupy nie trzeba tworzyć zachęt i programów lojalnościowych, które mają ich zmotywować do przyjścia na stadion. Ta grupa będzie oczekiwała, że władze klubu będą szanowały ich sferę sacrum, a piłkarze nie będą „przechodzić obok meczu” i rzetelnie będą wykonywać swoje obowiązki. Czytaj – będą walczyć o każdą piłkę, w każdym meczu i będą walczyć do ostatniej sekundy – wówczas nawet przegrana może zostać nagrodzona uznaniem za ambitne podjęcie walki na boisku.

Ta grupa nie zniesie jednej rzeczy – fałszu. „Gra” o autentyczność jest jednym z kluczowych motywów kreowania tożsamości kibiców w skomercjalizowanym futbolu, a ma to związek z opisaną już powyżej zmianą relacji kibiców do klubu.

Kibice „małej wiary” i „niepraktykujący” będą wymagali zupełnie innej zachęty. Oni będą zwracać uwagę na jakość infrastruktury, pogodę czy poziom sportowy przeciwnika. Nierzadko też udział w meczu, jeżeli w ogóle się zdecydują, uzależniać będą od aktualnej formy sportowej swojej drużyny. Przez fanatyczną część widowni tacy kibice są nazywani kibicami sukcesu lub bardziej pogardliwie – „Januszami”.

Podobne rozróżnienia można wprowadzać w innych aspektach działalności klubu. Niemniej jednak znajomość tej tematyki i środowiska własnych kibiców wydaje się kluczowa.

Ratunkowa (samo)organizacja

Wracając jednak na chwilę do ostatnich wydarzeń w Wiśle Kraków, nie sposób pominąć wątku próby przejęcia klubu przez kibiców, a konkretnie ich skrajną, chuligańską część. Ponieważ nie jest to istota niniejszego artykułu, to jednak dostrzegając to co się stało w Krakowie przy Reymonta, przestrzegałbym przed tworzeniem wrażenia, że takie zaangażowanie kibiców w klub piłkarski ma tylko i wyłącznie wady.

W ostatnich kilkunastu latach mamy wiele przykładów na to, że gdyby nie kibice, to kluby będące dzisiaj w czołówce polskiej ekstraklasy zniknęłyby na zawsze z piłkarskiej mapy Polski. Zjawisko to wchodzi wręcz do historii klubu i współtworzy później jego tożsamość. Jest to tzw. mit (samo)organizacji ratunkowej. W nim zawierają się te formy kolektywnego zaangażowania kibiców, które sprawiają, że ich klub nie upadł, mimo że istniało takie poważne zagrożenie.

Fani w różnych sytuacjach biorą zatem na swoje barki ciężar ratowania klubu poprzez przejęcie kontroli nad całością jego funkcjonowania albo nad jakimś jego wymiarem (np. organizacyjnym, finansowym, politycznym). W świetle zaistniałego strategicznego fiaska wiarygodność tracą bowiem „wyalienowani” względem klubu dotychczasowi zarządcy – wykwalifikowani menedżerowie albo doświadczeni biznesowi administratorzy. W ich miejsce pojawiają się natomiast osoby o mniejszych kompetencjach, ale silniej identyfikujące się z drużyną i skłonne więcej dla niej poświęcić. Konsekwencją takich działań ratunkowych jest zatem także wymiana „elit symbolicznych” polegającą przede wszystkim na zastąpieniu reprezentantów biznesu przez reprezentantów wspólnoty (Nosal i Kossakowski). Choć w przypadku Wisły Kraków mieliśmy do czynienia z wynaturzeniem tego zjawiska, to jednak nie odbierajmy mu romantyzmu, ale też i słuszności w innych przypadkach.

Niniejszy artykuł jest jedynie próbą zaakcentowania pewnych zjawisk. Jest swojego rodzaju spacerem po jedynie kilku wybranych, najbardziej znaczących publikacjach i artykułach. Niektóre wątki doczekały się swego rozwinięcia. Wszystkim zainteresowanym tą tematyką polecam lekturę książkowej wersji opisu tego zjawiska, a mianowicie książki autorstwa wspomnianych już Dominika Antonowicza i Radosława Kossakowskiego ze współautorstwem Tomasza Szlendaka pt. Aborygeni i konsumenci. O kibicowskiej wspólnocie komercjalizacji futbolu i stadionowym apartheidzie.