Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Wójcik  19 kwietnia 2019

Polityczne barwy żydowskiego oporu

Bartosz Wójcik  19 kwietnia 2019
przeczytanie zajmie 6 min
Polityczne barwy żydowskiego oporu Centralna Biblioteka Judaistyczna (sygn. MŻIH A-1266)

Już przed wojną Żydzi stanowili najmocniej obok Polaków zróżnicowaną politycznie społeczność Rzeczpospolitej. W tragicznych warunkach niemieckiej okupacji specyfika ta nie uległa zmianie, a życie żydowskiej konspiracji nadal biegło wieloma, często skrajnie odległymi nurtami. Ta różnorodność dała o sobie znać również wiosną 1943 roku podczas powstania w warszawskim getcie.

19 kwietnia 1943 r. miał przejść do historii jako pierwszy dzień ostatecznej akcji likwidacyjnej  największego w okupowanej Europie skupiska Żydów. Tak się jednak nie stało. Wchodzące na teren odizolowanej dzielnicy oddziały pacyfikacyjne przywitane zostały ogniem. Rozpoczęło się „pierwsze z warszawskich powstań”. Obok bardziej znanej, lewicującej Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB) do zrywu przystąpił także, na ogół pozostający w jej cieniu, Żydowski Związek Wojskowy (ŻZW) – organizacja zbrojna uchodzących za skrajną prawicę syjonistów-rewizjonistów.

Pamięć o tamtych tragicznych dniach i ich bohaterach na przestrzeni lat ulegała różnym zniekształceniom. Wpływ na to miały z jednej strony uwarunkowania polityczne, z drugiej – enigmatyczność wielu epizodów zbrojnego wystąpienia warszawskich Żydów, stwarzająca pole zarówno do krzywdzących przemilczeń, jak i efektownych manipulacji, pozwalających wzbogacić niejeden okupacyjny życiorys.

Szeroka lewica

Znajdujące się w szczególnie trudnym położeniu warszawskie getto nie odbiegało stopniem „rozpolitykowania” od „aryjskiej” części krnąbrnego miasta. W przeludnionym „rezerwacie przedpogrzebowym”, jak określiło tamtejsze realia życia jedno z czołowych pism Polski Podziemnej, swoje konspiracyjne struktury zorganizowały niemal wszystkie przedwojenne nurty ideowe. Na łamach nielegalnej prasy toczyły się ostre dyskusje, pojawiały wzajemne oskarżenia i odmienne oceny sytuacji.

Głównym graczem na szczególnie barwnej lewicy był socjalistyczny Bund, zwłaszcza w schyłkowym okresie dwudziestolecia międzywojennego blisko współpracujący z Polską Partią Socjalistyczną (PPS). Opowiadał się za pozostaniem Żydów na terytorium Polski, koniecznością radykalnego odrzucenia kapitalizmu i odbudową suwerennego państwa jako socjalistycznej republiki zapewniającej równość wszystkim – bez względu na narodowość – obywatelom i autonomię kulturalną zamieszkującym ją mniejszościom.

Bundowcy, nastawieni przede wszystkim na zwalczanie rasistowskiego totalizmu niemieckiego, na ogół krytycznie odnosili się także do modelu sowieckiego. O znaczeniu partii świadczyć może fakt, że od 1942 r. dysponowała ona własnym przedstawicielem przy Radzie Narodowej RP w Londynie. Funkcję tę pełnił Szmul Zygielbojm. Latem 1943 r., zdruzgotany bezczynnością „Wolnego Świata” wobec zagłady polskich Żydów, ale także niedostateczną – w jego przekonaniu – determinacją władz RP w upominaniu się o ich los, manifestacyjnie popełnił samobójstwo.

Na lewo od bundowców swą obecność zaznaczali znacznie słabsi, niemniej dość aktywni trockiści oraz rosnący na znaczeniu szczególnie po ataku Niemiec na ZSRR komuniści z montowanej również na terenach dzielnic żydowskich Polskiej Partii Robotniczej (PPR). Ci ostatni wiosną 1942 r. podjęli nawet próbę zjednoczenia ogółu żydowskiej konspiracji w ramach prosowieckiego Bloku Antyfaszystowskiego. Inicjatywa dość szybko zakończyła się fiaskiem, choć udało się do niej przyciągnąć drugą siłę żydowskiej lewicy – łączące marksizm z syjonizmem, w dłuższej perspektywie dążące do utworzenia na terytorium Palestyny socjalistycznego państwa żydowskiego, ugrupowanie Poalej Syjon-Lewica oraz jego prawicową, bardziej umiarkowaną społecznie odnogę. Ewenementem były struktury Polskich Socjalistów (PS) – współpracującej z Bundem, opozycyjnej wobec głównej organizacji wytworzonej przez PPS działającej pod szyldem „Wolność – Równość – Niepodległość” (WRN), konspiracyjnej odsłony pepeesowskiej lewicy. Był to jedyny nurt polskiego podziemia niepodległościowego posiadający w getcie swoje „oficjalne” komórki.

Charakterystyczną cechą żydowskiej mozaiki organizacyjnej była bardzo silna – choćby na tle polskiej konspiracji – pozycja młodzieżówek. Szczególną rolę odgrywały one właśnie po lewej stronie. To łączące radykalizm społeczny z syjonizmem „firmy” skautowsko-wychowawcze, takie jak Ha-Szomer Ha-Cair czy Dror szczególnie parły do utworzenia własnej organizacji zbrojnej; to bundowski Cukunft – również bliski podobnym tendencjom – prowadził jedno z silniej rezonujących, także poza granicami getta pism, polskojęzyczne „Za Naszą i Waszą Wolność”.

Znikające centrum

Znamienny dla silnie spolaryzowanego podziemia żydowskiego był swoisty brak wyraźnie zarysowanego centrum. O ile po „stronie aryjskiej” rolę tę przez większy okres okupacji pełnił bardzo silny ruch ludowy, o tyle w getcie, wobec anemii znaczącego przed wojną – ciągle reprezentowanego również w Radzie Narodowej RP za sprawą dr. Ignacego Schwarzbarta; pod okupacją zaangażowanego jednak raczej w życie społeczno-kulturalne niż polityczne – centroprawicowego ruchu ogólnosyjonistycznego, do wykrystalizowania takiego czynnika nie doszło. Działały natomiast ciągle aktywne niemarksistowskie ugrupowania młodzieżowe, takie jak Gordonia czy Akiba. Ta ostatnia, we współpracy z młodzieżą lewicową, optowała za utworzeniem organizacji zbrojnej.

Silna prawica

Dość eklektyczna była szeroko rozumiana prawa strona żydowskiego podziemia. Żydzi ortodoksyjni, przed wojną skupieni wokół bardzo popularnej, konserwatywno-religijnej partii Agudat Israel, nie podjęli szerszej działalności. Na tle aktywistycznie usposobionej lewicy oraz dynamicznej konspiracji młodzieżowej pozostawali nurtem raczej biernym. Pojedyncze numery zachowanych, pochodzących z tego kręgu nielegalnych pism wskazują, że koncentrowano się tu przede wszystkim na mistycznym wymiarze tragedii przeżywanej przez naród żydowski, swoiste ukojenie dostrzegając w pogłębieniu życia religijnego.

Zupełnie odmienne – aktywistyczne – podejście prezentowali syjoniści-rewizjoniści wywodzący się z uchodzącej za żydowską radykalną prawicę Nowej Organizacji Syjonistycznej (NOS). W obliczu wzmiankowanej erozji ugrupowań bardziej umiarkowanych, środowisko to wysunęło się na czoło prawej strony żydowskiego podziemia. W dłuższej perspektywie ruch – jego twórca, Ze’ev Żabotyński, odwoływał się tu wyraźnie do dzieła Józefa Piłsudskiego i legendy „czynu legionowego” – postulował dynamizację starań i zradykalizowanie środków w walce o utworzenie w Palestynie suwerennego, narodowego państwa żydowskiego. Inne nurty syjonistyczne uznawał za zbyt bierne i nieskuteczne.

Także syjoniści-rewizjoniści dysponowali bardzo aktywną młodzieżówką – Betarem. Wychowankowie organizacji za cel stawiającej sobie „stworzenie typu Żyda, którego naród najbardziej potrzebuje dla jak najskuteczniejszej i jak najrychlejszej odbudowy Państwa Żydowskiego”, od pierwszych dni w jej szeregach przygotowywani byli do służby wojskowej. Stanowiło to poważny atut rewizjonistów  – inne nurty syjonizmu przez lata koncentrowały się raczej na przygotowaniu swoich członków do pracy na roli bądź opanowaniu niezbędnych rzemiosł. Wśród grup młodzieżowych zbliżone przeszkolenie mieli na koncie jedynie wychowankowie bundowskiego Cukunftu.

O osobliwości Betaru najlepiej świadczy fakt, że w ostatnich latach przed wybuchem wojny utrzymywał on stosunki z nastawionym wyraźnie antysemickim polskim ruchem narodowo-radykalnym, a także Oddziałem II – wywiadowczym – Sztabu Głównego Wojska Polskiego, który szkolił jego członków oraz wspierał struktury materialnie.

Tak jak na lewicy swoistym ewenementem byli Polscy Socjaliści, na prawej uznać za taki można grupę asymilatorów z zapewne nielicznej, jednak dość aktywnej organizacji „Żagiew” – często, jak się jednak zdaje niesłusznie, uznawanej za prowokacyjną. Choć zamknięci w getcie, prezentowali oni na ogół polski, momentami mocno krytyczny wobec społeczności żydowskiej, punkt widzenia. Wywodzili się najprawdopodobniej – wskazywać na to mogą pojawiające się w ich publicystyce nawiązania do „Polski mocarstwowej” – z przedwojennych kół prawicy sanacyjnej.

Razem czy osobno?

Stale pogarszająca się sytuacja, początkowo wyniszczanej głównie ekonomicznie, od przełomu lat 1941/1942 jawnie eksterminowanej społeczności żydowskiej sprawiła, że w łonie poszczególnych nurtów coraz popularniejsze stały się tendencje zjednoczeniowe. Rozwiązanie takie sugerowała również Komenda Główna AK, sama – po drugiej stronie muru – dążąca do koordynacji podziemnej akcji wojskowej.

W takich okolicznościach, w lipcu 1942 r. – podczas rozpoczętej przez Niemców kilka dni wcześniej Wielkiej Akcji mającej kosztować życie blisko 300 tysięcy mieszkańców getta – staraniem młodzieżowych organizacji Ha-Szomer Ha-Cair, Droru i Akiby powołano Żydowską Organizację Bojową (ŻOB). Dopiero w październiku do ŻOB zdecydował się przystąpić socjalistyczny Bund – początkowo, ze względu na fundamentalną niezgodność z programem syjonistów, deklarujący marsz „własną drogą”.

W tym samym czasie ustanowiono także zaplecze polityczne nowo powołanej formacji w postaci Żydowskiego Komitetu Narodowego (ŻKN). Obok syjonistów ogólnych, syjonistów-marksistów oraz lewicowo-syjonistycznych młodzieżówek weszli tu także – przed AK zakamuflowani pod szyldem rzekomej Lewicy Związkowej – pepeerowcy. Bundowcy, uznając się za podmiot de facto równorzędny Komitetowi, pozostali na zewnątrz, próbując współpracować z nową organizacją na zasadach partnerskich.

Wobec fiaska prób nawiązania współpracy, poza porozumieniem aż do wybuchu powstania pozostali natomiast syjoniści-rewizjoniści, dysponujący własną organizacją o charakterze militarnym – Żydowskim Związkiem Wojskowym (ŻZW). Przez istotną część środowisk tworzących ŻOB odbierani byli wręcz jako „żydowscy faszyści”. Do walki z oddziałami pacyfikacyjnymi stanęły zatem formacje o zupełnie odmiennym rodowodzie ideowym i wizjach politycznych. Bliskie prawdy będzie stwierdzenie, że jedynym, co – poza żydowskim pochodzeniem – je łączyło, była nienawiść do okupanta, realizującego zbrodniczy plan Endlösung der Judenfrage.

„Nierówna” pamięć. Syjoniści-rewizjoniści w cieniu lewicy

Niewątpliwie stroną, która zdominowała narrację o tragicznym zrywie, stała się lewicowa ŻOB. Złożył się na to szereg czynników – począwszy od bardziej sprzyjającego, zarówno w Polsce jak i Izraelu, klimatu politycznego, przez obiektywnie znacznie lepiej zachowaną bazę źródłową, po relacje samych bojowców, którym udało się przeżyć hekatombę getta oraz „drugie z warszawskich powstań”. Choć po wojnie pomiędzy socjalistami i syjonistami miała miejsce rywalizacja o rolę odegraną w ŻOB, kwestie zasadnicze raczej nie budzą większych kontrowersji.

Zdecydowanie bardziej złożona jest sprawa ŻZW, którego rolę od lat podkreślają polskie i żydowskie środowiska prawicowe. Paradoksalnie, choć w przeciwieństwie do eklektycznego ŻOB-u tworzyło go konkretne, w miarę jednolite środowisko, ustalenie losów organizacji jest dużo bardziej problematyczne. Zasadniczym czynnikiem jest tu fakt, że zdecydowana większość rewizjonistów walczących w getcie na czele z dowódcami Związku, Pawłem Frenklem i Leonem Rodalem, nie przeżyła wojny. Ponadto organizacja niemal nie występuje w dokumentach AK. Pojedyncze, acz marginalne wzmianki o niej pojawiają się we wspomnieniach ludzi ŻOB-u, z reguły negatywnie nastawionych do rewizjonistów. Nieco informacji zawarł w swych zapiskach legendarny kronikarz getta, Emanuel Ringelblum, który miał nawet odwiedzić konspiracyjną siedzibę ŻZW, będąc pod wrażeniem zgromadzonego przez organizację uzbrojenia. W rzeczywistości wiadomo o niej bardzo niewiele.

Ta enigmatyczność losów drugiej spośród formacji walczącego getta niewątpliwie przyczyniła się do zepchnięcia rewizjonistów w cień konkurencyjnego ŻOB-u. Równolegle jednak, otworzyła pole do jeszcze bardziej zaciemniającego rzeczywisty obraz kreowania efektownych, a przy tym pożytecznych politycznie wariacji na temat ŻZW.

Najbardziej sensacyjna z nich wypłynęła na światło dzienne w latach 60., kiedy pod organizację podpinać zaczęła się grupa osób podających się za polskich współpracowników, a z czasem wręcz współzałożycieli Związku. Na jej czele stali rzekomy major Henryk Iwański oraz Tadeusz Bednarczyk, mający wywodzić się z dość enigmatycznego Korpusu Bezpieczeństwa (KB). Choć w swych potęgujących pomoc Polaków dla getta „świadectwach” zdarzało im się popadać w wątki kuriozalne, do pewnego momentu swoją rolę odgrywali całkiem wiarygodnie.

Narracja, pożądana przez zaskakująco różne środowiska – od żydowskiej prawicy, przez łaknące politycznego paliwa do „dawania odporu” władze PRL, dyskretnie przemilczające nacjonalistyczny charakter ŻZW, po sławiącą dorobek Polski Podziemnej emigrację – uwiarygodniona została przyznanym przywódcy grupy medalem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że kreśląc kolejne wersje wydarzeń, jednocześnie rozpracowywał on na potrzeby peerelowskiej bezpieki środowisko Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH).

O skali niejasności i trwałości konfabulacji wyrosłych wokół ŻZW najlepiej świadczy fakt, że w 2004 r. jednemu z warszawskich skwerów nadano imię Mieczysława Apfelbauma. Według relacji wzmiankowanej grupy, Apfelbaum miał być dowódcą powstańczych oddziałów rewizjonistycznych. Problem w tym, że postać taka – co wykazali historycy związani z ŻIH – najprawdopodobniej nigdy nie istniała.

***

Zasadnicze spory nadające kształt i dynamikę życiu politycznemu polskich Żydów okazały się bardzo trwałe. W kwietniu 1943 r. znalazło to wyraz szczególnie symboliczny. Do walki z oddziałami mającymi ostatecznie zlikwidować warszawskie getto stanęli nie tylko Żydzi jako tacy, ale także, a może przede wszystkim – dwie diametralnie sobie odległe pod względem ideowym organizacje. Dramat polegał na tym, że biły się nie o zwycięstwo własnych wizji. Biły się – używając określenia bardzo mocno osadzonego w rzeczonym sporze bundowca, Marka Edelmana – „o godną śmierć”.