Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Nadchodzi zmierzch III RP. Czas, by Polska stała się nieimperialnym mocarstwem

Nadchodzi zmierzch III RP. Czas, by Polska stała się nieimperialnym mocarstwem autor ilustracji: Marek Grąbczewski

III RP to państwo wymyślone przez starzejącego się Litwina w powojennym Paryżu. Ten sam człowiek jako 30-latek współtworzył w międzywojniu polską ideę imperialną. Skoro wszyscyśmy uznali jego dorosłe poglądy za bezalternatywną drogę dla Polski po 1989 r., to może również i on na nowo nauczy nas marzyć? Jerzy Giedroyc tworzyłby dziś ideę Rzeczpospolitej jako nieimperialnego mocarstwa, projektu zdolnego jednocześnie pobudzać naszą wyobraźnię i uczyć Polaków twardego stąpania po ziemi.

„Wizje, chodźcie do mnie, blisko, najbliżej”

Kiedy weszliśmy do NATO i Unii Europejskiej, polska polityka popadła w ideowy marazm. Opowieść dobiegła końca, można już było tylko w spokoju się starzeć, grillować i bogacić, ewentualnie czynić zajazd na sąsiada, jak od 18 lat mają to w zwyczaju 2 największe, wymieniające się władzą polskie partie.

Pokolenia w polityce liczy się nie metryką, lecz wielkimi celami przyświecającymi wspólnocie. Od 20 lat żadnej nowej, wielkiej opowieści nie byliśmy w stanie stworzyć. Donald Tusk i Jarosław Kaczyński zdominowali nie tylko nasze kartki wyborcze, ale również polityczną wyobraźnię.

Atmosfera narodowej geriatrii została brutalnie przerwana 1,5 roku temu. Najpierw pojawił się z dawna nieodczuwany lęk przed rosyjską agresją, a następnie podziw dla ukraińskiego bohaterstwa i masowa pomoc uchodźcom. Dziś dociera do nas, że po upływie 300 lat Polska znowu może zawalczyć o coś więcej.

Powoli zaczynamy marzyć o wielkości, choć jeszcze nie z pełnym przekonaniem i mocą. Pod szarzyzną rytualnego sporu uprawianego od niemal 2 dekad biją nowe siły, które chcą przekroczyć PO-PiS-owski uwiąd wyobraźni. Marek Budzisz, Marek Cichocki, Krzysztof Wojczal i Rafał Ziemkiewicz – wszyscy oni starają się dziś wejść w buty narratorów Polski przyszłości.

Wybicie się na podmiotowość, strategiczna niezależność militarna i polityczna, prometeizm wobec Ukrainy i innych państw regionu, sceptycyzm wobec UE – można wskazać wiele elementów, które łączy większość tych wizji. Od najbardziej romantycznych propozycji Ziemkiewicza z Wielkiej Polski i Budzisza z Samotności strategicznej po bardziej zachowawczych Wojczala z książki To jest nasza wojna i eseju Podmiotowość 2.0 Marka Cichockiego, który został opublikowany w tygodniku „Plus Minus” pod koniec lipca.

Polski trójkąt dramatyczny

Zgorzkniali realiści, komentując tego rodzaju publicystykę, od razu wytaczają najcięższe działa. Retoryka Budziszów i Ziemkiewiczów przypomina ich zdaniem sanacyjne rojenia o militarnej potędze i kolonizacji Madagaskaru, które bardzo szybko i wyjątkowo groteskowo się zestarzały.

Reakcje tego typu nie mogą dziwić. Polskie myślenie o podmiotowości wpadło w pułapkę trójkąta dramatycznego. Wszyscy narratorzy nowej Polski borykają się z tym samym problemem – sprzecznościami, jakie powstają między tym, co Wyobrażone, Symboliczne i Realne.

Pojęcia te zapożyczam od Andrzeja Ledera i jego Prześnionej rewolucji, ale całą tę dość zawiłą konstrukcję intelektualną proponuję uprościć. Wyobrażone w kulturowej pamięci Polaków to zestaw pragnień o wielkości. Powstają one przez odwołanie do mniej lub bardziej zmitologizowanej przeszłości, złotego okresu. Symboliczne to wszystkie znaczenia kulturowe, które odbieramy jako definiujące nasze społeczeństwo w oczach innych.

Przykładem może być poczucie niższości, jakie pojawiło się wśród Polaków, gdy polski rząd jako jedyny w UE nie zagłosował za wyborem Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. W konsekwencji przegraliśmy pamiętne głosowanie 27:1. Realne natomiast to całość rzeczywistości społeczno-politycznej, która umyka świadomości kulturowej. Jest albo ukryte, albo tak oczywiste, że aż niezauważane, niczym powietrze.

W naszej historii i części Europy dyskusja o wielkości Polski, czy chcemy tego, czy nie, ostatecznie zabierze nas do czasów XVI-wiecznej Rzeczpospolitej. Jeśli myślimy o wielkiej Polsce, zawsze mimochodem kończymy na wyobrażeniu złotego wieku – podmiotowej republiki stabilizującej geopolityczną pozycję Europy Środkowo-Wschodniej. Od tych marzeń nie potrafi uciec nawet przywiązany do endeckich tradycji Ziemkiewicz.

To, co Wyobrażone, do tej pory nie mogło rezonować szerzej, bo natrafiało na Realne. Powrót do wyobrażeń na temat wielkości nie mógł być przekonujący, gdy rzeczywistość społeczno-polityczna III RP tak bardzo z nimi kontrastowała nie tylko ze względu na zupełnie odmienny anturaż historyczny, ale przede wszystkim realne zacofanie.

Uciekając od przytłaczającego ciężaru biedy, żyliśmy wizją otwartych granic UE i obietnicą indywidualnego dobrobytu. Królowała ideologia końca historii, następnie kibicowaliśmy każdemu metrowi autostrady i nowo powstałemu orlikowi na osiedlu.

Nasze wyobrażenia kulturowe abstrahowały od tego, co swoiste dla polskiej kultury – marzenia o złotym okresie dawnej RP. Wyobrażone oprócz realnych deficytów modernizacyjnych zderzało się również z warstwą symboliczną narzucaną nam przez Zachód, a pośrednio też przez nas samych. Język, jakim byliśmy opowiadani i jakim sami siebie opisywaliśmy, nie dawał zapomnieć o cywilizacyjnej podległości. Symboliczne jest w Polsce dyscyplinujące, działa jak bat na zwierzę tresowane w cyrku.

Trzy dekady mentalu „brzydkiej panny bez posagu”, gdy „traciliśmy okazję, żeby być cicho” lub właśnie przegrywaliśmy 27:1 w Brukseli, zrobiły swoje. Polska symboliczna to kraj noszący stygmat peryferyjności.

Realne zapóźnienie gospodarcze i symboliczne „upupianie” Polski przez Zachód sprawiały, że nasze marzenia polityczne nie mogły wyjść poza bezpieczny horyzont transformacji. Transformacji będącej celem samym w sobie, żeby było tu tak jak tam – na mitycznym, doskonałym Zachodzie. Gonitwa drugiego świata za pierwszym.

Czas przestać się już wiecznie mazgaić

Dziś, kiedy można uznać polską gospodarkę za rozwiniętą, w czasie, gdy cywilizacyjnie wchodzimy na poziom państw Południa Europy, a nasze ulice są bezpieczniejsze niż Europy Zachodniej, o wielkiej przyszłości marzy się łatwiej. Najpierw zmienia się Realne.

Polskie PKB między 1990 a 2020 r. wzrosło o 857%, zostaliśmy zdystansowani jedynie przez Chiny. Nasza gospodarka okazała się antykrucha. Przetrwaliśmy kryzys w 2008 r. Zdecydowana większość Polaków przeszła suchą nogą przez COVID i ekonomiczne konsekwencje wojny na Ukrainie.

Nieco wcześniej zaczęliśmy na wielką skalę wydawać publiczne pieniądze na transfery bezpośrednie, które przecież miały zaburzyć wykresy ilustrujące bezprecedensowy w naszej historii wzrost gospodarki. Stało się inaczej. Nadal uparcie się rozwijamy.

Jeszcze dekadę temu Polacy masowo migrowali na Zachód, dziś to do Polski tłumnie przybywają migranci ze Wschodu, także tego Dalekiego. Przyjeżdżają tu po to samo, po co my wyjeżdżaliśmy na Wyspy Brytyjskie czy do Niemiec – po dobrobyt i bezpieczeństwo.

Symboliczne zmienia się powoli. Jest uparte i ugruntowane w kulturze od 300 lat. Jak zakompleksiony nastolatek potrzebujemy zobaczyć w oczach Innego szacunek do samego siebie. W tym aspekcie również pomagają nam dziś Ukraińcy i Białorusini, którzy marzą o podobnym do polskiego skoku cywilizacyjnym.

Nowi imigranci ze Wschodu mówią w Polsce językiem ukraińskiego poety, Juriego Andruchowicza: „[…] nawet gdy sami Polacy twierdzili, że ich kraj jest do dupy, to tylko kiwałem głową: oj nie widzieliście wy prawdziwej dupy”.

Potrzeba czasu, żebyśmy przestali myśleć o sobie w kategoriach wiecznych ofiar i wielkich przegranych nowoczesności. Rzeczywistość krok po kroku odbiera nam argumenty, które zakorzeniły w nas tego typu mentalność.

Zmierzch imaginarium III RP

Przez ostatnie 30 lat byliśmy społeczeństwem monoetnicznym, ubogim i katolickim, żyjącym w państwie niezagrożonym wojną. Dziś stajemy się społeczeństwem wieloetnicznym, relatywnie zamożnym, które dynamicznie doświadcza procesów sekularyzacyjnych, granice naszego państwa zaś odgradzają zachodnie struktury polityczne i gospodarcze od areny największego od II wojny światowej konfliktu zbrojnego w Europie.

Wielu ekspertów stawia tezę, że wojna Polski z Rosją jest w przyszłości bardzo prawdopodobna. Obiektywne czynniki nie pozwalają nam tkwić w mapach mentalnych III RP. Jesteśmy świadkami rewolucji.

Aby sprostać nowym czasom, potrzebujemy zupełnie innych zasobów. Czy polska klasa polityczna uwięziona w zmierzchającym imaginarium III RP jest w stanie zdobyć się na nowy wysiłek modernizacyjny? Czy pokolenie, dla którego nadrzędnym celem był powrót do Europy, jest w stanie przekroczyć własne granice mentalne? Tudno będzie uwierzyć w to, że 74-letni Jarosław Kaczyński lub 66-letni Donald Tusk mogą to uczynić.

Choć żyjemy na progu nowej epoki, to nasze struktury polityczne nie tylko tkwią w przeszłości, lecz również ulegają degradacji. Ustrój z demokracji parlamentarnej mimochodem przeobraził się w partiokrację z fasadowym parlamentem, niewydolnym Trybunałem Konstytucyjnym i niesamodzielną głową państwa. Polaryzacja polityczna pochłania kolejne przyczółki normalności. Dla Berlina i Paryża znaczymy niewiele, wbrew rozpowszechnianej retoryce nie odgrywamy także roli lidera regionu.

Zaczynając marzyć o pierwszej, w praktyce życia politycznego przypominamy coraz bardziej raczej schyłek II Rzeczpospolitej. Analogie drugiej kadencji PiS-u do rządów później sanacji są uderzające. Będą jeszcze bardziej bić po oczach, gdy Jarosław Kaczyński odejdzie z polityki, a jego obóz polityczny rozsypie się na małostkowe koterie, czego pierwsze powidoki możemy już dostrzegać.

Dzięki obecności w Unii Europejskiej i NATO zdołaliśmy przekroczyć bariery cywilizacyjne i geopolityczne, które sprawiły, że Polska zniknęła w 1939 r. Nie grozi nam nieistnienie, otwartym zostaje pytanie, czy jesteśmy gotowi, żeby powalczyć o podmiotowość.

Organizmy polityczne nie rozwijają się same z siebie. Modernizacja nabiera tempa pod wpływem wielkich stresorów i często nieoczekiwanych tąpnięć. Tym stymulatorem zmiany są dziś oczywiście geopolityczne konsekwencje wojny na Ukrainie.

Odpowiedź nie może być ani zbyt pokorna, ani zbyt megalomańska. Musi być to też plan obliczony na pokolenie, nie na kadencję. Tym celem powinna być realizacji wizji Polski jako nieimperialnego mocarstwa. Co to oznacza?

Młodokonserwatyści

W Klubie Jagiellońskim kilkukrotnie podkreślaliśmy, że nasze środowisko wykazuje daleko idące podobieństwa z przedwojennym Buntem Młodych – grupą inteligentów, której liderem był 30-letni wówczas Jerzy Giedroyc. Autorzy, tacy jak Adolf i Aleksander Bocheńscy, Mieczysław Pruszyński czy Stefan Kisielewski, szanowali dorobek Piłsudskiego, a jednocześnie byli bardzo krytycznie nastawieni do rządów późnej sanacji. Tak samo jak i my wobec szczególnie drugiej kadencji PiS-u.

Jerzy Giedroyc został uznany za prawdziwego proroka III RP. Nawet Aleksander Kwaśniewski przyznał, że jako młody aparatczyk PZPR-u czytał w latach 70. paryską „Kulturę”. Po 1989 r. polityczny program pisma został uznany za bezalternatywną drogę rozwoju Polski – wejścia do struktur zachodnich, zrezygnowania z pretensji wobec Lwowa i Wilna oraz wsparcia dla niepodległej Ukrainy, Litwy i Białorusi, tzw. obszaru ULB. Dziedzictwo ideowe Giedroycia zostało zredukowane w naszej pamięci kulturowej do powojennego Paryża.

Dziś zbliżenie geopolityczne z Ukrainą, a także szereg wyżej wskazanych zmian prowokują pokusę przyjrzenia się nie doktrynie ULB, lecz przedwojennej pracy ideowej, jaką pod kierownictwem Jerzego Giedroycia wykonało środowisko młodokonserwatystów wydających od 1931 r. do 1939 r. najpierw „Bunt młodych”, później „Politykę”.

Oni również zniechęceni mentalności legionową starzejącej się sanacji pragnęli czegoś więcej niż tylko niepodległości. Szereg ich pomysłów zapisanych w broszurze Polska idea imperialna domaga się dziś uznania i aktualizacji. Właśnie tę aktualizację nazywam nieimperialnym mocarstwem.

Polska idea imperialna

Broszura wydana 85 lat temu uderza trafnością większości diagnoz i celnością recept. Odrzuca jej język. W Polsce współczesnej z powodu posttotalitarnej traumy i barbarzyństwa współczesnej Rosji imperialny język jest nieakceptowalny. Słusznie. Jednak nawet pobieżna lektura manifestu programowego mocarstwowców nie pozostawia złudzeń – nie ma tutaj rojenia o terytorialnej ekspansji, brak też paternalizmu wobec jakichkolwiek innych organizmów państwowych.

Odnaleźć można natomiast głęboki szacunek dla mniejszości narodowych, deklarację popierania niepodległościowych dążeń Ukrainy w przyszłości oraz przepełnioną realizmem politycznym diagnozę państwa. „Nie ogniem i żelazem, ale tolerancją religijną i narodową budowała Polska swą potęgę na Wschodzie Europy” – podkreślali autorzy Polskiej idei imperialnej.

Rdzeniem ideowym całości programu jest katolicyzm, który zdaniem autorów znosi metapolityczne napięcia między jednostką a społeczeństwem oraz między państwem narodowym a wymiarem ogólnoludzkim. Jak czytamy, „katolicki światopogląd sprzeczny jest tym samym nie tylko z wszelkim egoizmem prywatnym, ale i z egoizmem narodowym i przyznając narodowi prawo do własnego państwa, nie uznaje rozszerzania własnej państwowości kosztem obcych narodów; przeciwnie pojmuje własną państwowość jako narzędzie narodowe w podnoszeniu nie tylko bytu własnego, ale i bytu całej ludzkości”.

Młodokonserwatyści traktowali państwo jak organizm, który musi sformułować swój cel istnienia – uczynienie z Polski środkowoeuropejskiego mocarstwa. Nie była to fanaberia, ale idea powstała na gruncie realistycznej diagnozy.

Polska położona między agresywnymi Niemcami a Rosją mogła przetrwać tylko jako regionalna potęga. Silna armia, praworządność, upodmiotowienie polityczne społeczeństwa, sprawny rząd działający w ramach demokracji i mądra polityka wobec mniejszości narodowych – oto najważniejsze punkty programowe tego ideowego manifestu.

Zdaniem środowiska młodego Giedroycia w naszą wspólnotę polityczną wpisany jest swoisty misjonizm. We wspomniany wyżej tekście pojawiają się następujące słowa: „Tak jak przed setkami lat zaczniemy rosnąć w siłę i znaczenie, kiedy wrócimy do czystej krynicy naszej kultury narodowej; kultury wnoszącej do atmosfery przepojonej pruską butą i rosyjskim barbarzyństwem świeży powiew wielkiego posłannictwa dziejowego; posłannictwa podlegającego na ułożeniu współżycia ludów Europy środkowo-wschodniej na podstawach chrześcijańskiej kultury narodowej”.

Kultura tolerancji i obywatelskiego nacjonalizmu ma przyciągać swoją atrakcyjnością, niczego nie można narodom naszego regionu narzucać. Konkretnymi postulatami wynikającymi z tego założenia są te skierowane do mniejszości ukraińskiej, której mocarstwowcy chcieli zagwarantować pełną autonomię i kulturowe równouprawnienie. Postulowali np. utworzenie państwowego uniwersytetu ukraińskiego oraz zrównanie statusu języka polskiego z ukraińskim.

Oczywiście nie wszystkie idee dobrze się zestarzały. Na czele z umiarkowanym jak na tamte czasy antysemityzmem, który pojawił się w broszurze z powodów taktycznych (Giedroyc chciał tworzyć szerokie środowisko młodej prawicy, a nastroje antyżydowskie wówczas były w tych środowiskach popularne). Nie chodzi jednak o to, aby pod Polską ideą imperialną się dziś podpisywać, lecz by wyciągnąć z niej treści nadające się do aktualizacji.

Czym jest nieimperialne mocarstwo?

  1. „Depolonizacja” dziedzictwa I Rzeczpospolitej

Mocarstwowcy 85 lat temu dobrze wiedzieli, że słowo nie może stać się ciałem, jeśli będzie ignorować warstwę kulturową i społeczną. Modernizacja bowiem musi być uzupełniona o ideę legitymizującą niezbędny wysiłek społeczny, który stanowi dziś konieczny warunek zmiany.

Kulturowe współistnienie państw Europy Środkowo-Wschodniej trzeba budować w oparciu o twórcze nawiązania do wspólnoty dawnej Rzeczypospolitej. W sytuacji, gdy opozycja białoruska odwołuje się dziś do Wielkiego Księstwa Litewskiego, a współczesna kultura ukraińska zmienia swoją postawę wobec naszej wczesnonowożytnej republiki, potrzebujemy odpolszczenia dziedzictwa I RP. To wspólny korzeń, z którego wyrastają nowoczesne narody i wszyscy mają prawa na równych prawach z tego dziedzictwa korzystać.

Powodowani nostalgią nie możemy popadać w kulturowy imperializm. Wręcz przeciwnie, imaginarium tolerancyjnej republiki wolności przeciwstawianej rosyjskiemu barbarzyństwu powinno stanowić podstawową płaszczyznę budowania dzisiejszych relacji kulturowych między naszymi narodami.

  1. Solidaryzm społeczny i katolicka teoria narodu

Społecznym lepiszczem Polskiej idei imperialnej jest połączenie solidaryzmu, katolickiej teorii narodu i patriotyzmu realnego. Dziś również musimy myśleć tymi kategoriami. Kosztowne decyzje o rozbudowanie armii zostały już podjęte. Będą wymagały wielkiego wysiłku, a także przemyślenia naszego modelu rozwojowego. Aby budować dziś armię będącą gwarantem środkowo-europejskiego bezpieczeństwa, rozwijać wciąż niebędące w dobrym stanie usługi publiczne, dążyć do rozbudowy infrastruktury łączącej nas z Ukrainą, a jednocześnie nie zapożyczać się poza rozsądny margines, zapewne potrzebne będą większe wpływy do budżetu państwa. Nie uciekniemy od większych podatków, które wymagają solidarnościowego wysiłku całego społeczeństwa.

A to na naszych oczach intensywnie zmienia swoją strukturę. Stajemy się bowiem społeczeństwem wieloetnicznym. Aby utrzymać rozwój, nadal będziemy potrzebować napływu obcokrajowców. W pierwszej kolejności trzeba dziś zmienić nastawienie wobec mniejszości ukraińskiej i białoruskiej. Uczciwie pracujący ludzie w Polsce bez względu na pochodzenie etnicznie, odprowadzając podatki, dokładają się do wspólnego dobra. Nie ma więc racjonalnych powodów, aby i oni docelowo nie mogli korzystać na równych prawach z naszych świadczeń socjalnych i usług publicznych. Duża część z nich to już nie goście, ale współgospodarze. Trudno nazwać gościem kogoś, kto mieszka i pracuje w Polsce na stałe.

W tym kontekście niezbędna będzie katolicka teoria narodu rekonstruowana w Polskiej idei imperialnej jako lekarstwo na nacjonalistyczny szowinizm. Nie chodzi tutaj o to, aby w sekularyzującej się Polsce wszyscy nagle zaczęli chodzić do kościoła, ale przyjęli zgodnie z tradycyjnym katolicyzmem, że naród jest wspólnotą naturalną, która powinna kształtować cnotę odpowiedzialności za wspólnotę, a jednocześnie wykluczać postawę wyższościową wobec innych zbiorowości.

Dlatego mniejszościom ukraińskim i białoruskim trzeba zagwarantować pełną autonomię kulturową, a jednocześnie tępić wszelkiego rodzaju szowinizmy. Nie możemy sobie więc pozwolić na imperialną politykę wewnętrzną wobec mniejszości narodowych. Czeka nas poważna dyskusja na temat statusu języka ukraińskiego w Polsce i kształtu edukacji powszechnej dla najbliższych nam kulturowo mniejszości.

Tak jak 85 lat temu nie jest to jednak wyraz idealizmu, ale realistycznej kalkulacji. Wodą na młyn młodego ukraińskiego nacjonalizmu będą wszelkie strategie asymilacyjne. Działanie te mogą dziś przynosić jedynie efekty odwrotne do zamierzonych. Koniecznym warunkiem utrzymania pozytywnego stosunku do państwa ukraińskiego i mniejszości ukraińskiej w Polsce jest rozliczenie rzezi wołyńskiej. Kłamstwo i niedopowiedzenie to złe fundamenty współistnienia.

Naszym największym kapitałem jest dziś bezpieczeństwo, dlatego dla pełnej wolności mniejszości i imigrantów zbliżonych do nas kulturowo należy tak kształtować polityki migracyjne, aby zachowywać spójność społeczną. Doświadczenia Francji, Niemiec i Szwecji pokazują, że multikulturalizm okazał się szkodliwą utopią, której w Polsce musimy się wystrzegać.

  1. Patriotyzm realny

Potrzebujemy patriotyzmu realnego. Sytuacja geopolityczna sprawia, że Polacy nie mogą tkwić w amoralnym familiaryzmie objawiającym się chronicznym brakiem zaufania wobec instytucji państwa. Wielka armia, którą musimy zbudować, potrzebuje całej rzeszy młodych ludzi.

Osoby te będą musiały rozumieć sens poświęcenia dla wspólnoty. Indywidualista przygotowywany przez szkołę do roli pracownika globalnej korporacji, którego w wartościach wychowuje bardziej Netflix niż polska historia, z dnia na dzień nie wejdzie w kamasze.

Oczywiście nie ma łatwych rozwiązań i potrzeba strukturalnym reform całej powszechnej edukacji. Szkoła ma tworzyć Polaków, a nie specjalistów do spraw obsługi Excela w szklanym wieżowcu. Brzmi to oczywiście jak swego rodzaju ucieczka – jeśli coś nie działa, to wróćmy do edukacji. Niestety nowoczesność nie wykształciła lepszej niż edukacja państwowa formy patriotycznego wychowania. Potrzebny jest nie sprint, ale modernizacyjny maraton.

Największym deficytem dotychczas zgłaszanych wizji polskiej przyszłości jest brak realizmu w stosunkach z Unią Europejską. W Polsce praca metapolityczna stanowi domenę prawicy. Ma to swoje niewątpliwe zalety, ale również wady. Największą z nich jest klientelistyczna postawa wobec Zachodu. Unia ma nam zapewniać wspólny rynek i tyle. Tak drogi jednak dla prawicy ideał suwerenności w zglobalizowanym świecie nie może być w pełni zagwarantowany siłą państwa średniej wielkości.

Pokutuje szkodliwe przekonanie, że suwerenność Polski jest niepodzielna i niestopniowalna, co oznacza wetowanie wszelkich inicjatyw pogłębiania integracji europejskiej. Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej skomplikowana. Potrzebujemy nowej, proeuropejskiej prawicy, która będzie w stanie rozumieć, że podmiotowość Polski jest możliwa jedynie w suwerennej Europie. Są to rzeczywistości komplementarne, a nie sprzeczne.

W naszym interesie jest dążenie do pogłębienia integracji w zakresie szeroko pojętego bezpieczeństwa. Podmiotowość oznacza możliwość samostanowienia. Skoro w Stanach Zjednoczonych pojawiają się tendencje izolacjonistyczne, a imperium to może być zaangażowane w ochronę swoich interesów na Pacyfiku w konflikcie z Chinami, to głupotą jest poleganie na infrastrukturze bezpieczeństwa – od militarnego po cyfrowe – które Europie gwarantują dziś Stany. Jeśli chcemy zawalczyć w Polsce o prawdziwą podmiotowość, to zmiana naszego nastawienia do Unii jest czymś koniecznym.

Rację miało środowisko młodego Giedroycia, kiedy stwierdziło, że misja Polski polega na zagwarantowaniu bezpieczeństwa naszemu regionowi Europy. Jeśli chcemy dorosnąć do tej roli w następnych dekadach, nie możemy polegać wyłącznie na Amerykanach i własnym potencjale. Potrzebujemy do tego również podmiotowej pozycji wewnątrz Unii.

***

Nieimperialne mocarstwo to nie strategia polityczna. To zmapowanie kilku newralgicznych intuicji wymagających pogłębionej analitycznej pracy, której nie można redukować do nadrzędnego celu, jakim jest posiadanie silnej armii zdolnej obronić Polskę przed Rosją. Refleksję geopolityczną, która rozwija się u nas najbardziej intensywnie, trzeba uzupełnić dziś o kulturową i społeczną pracę u podstaw. Wartości wspólnoty politycznej nie mierzy się jedynie liczbą czołgów, ale również skalą atrakcyjności kultury i spójnością społeczeństwa. W tych obszarach rzeczywistość stawia przed nami równie ambitne cele.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.