Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Przekleństwo wynalezienia Europy Wschodniej

Przekleństwo wynalezienia Europy Wschodniej autor ilustracji: Marek Grąbczewski

Polska jest jak Norwich City albo Bruk Bet Termalica Nieciecza – kluby piłkarskie od lat balansujące między pierwszą a drugą ligą. Często za silne dla konkurentów na niższym poziomie rozgrywek, ale jednocześnie niezdolne do rywalizacji z najlepszymi. Są niczym polskie państwo – za duże, aby pokornie stanąć w drugim szeregu europejskiej polityki, a jednocześnie zbyt słabe, żeby rozdawać karty przy głównym stole. Nic więc dziwnego, że nie potrafimy pogodzić się z peryferyjnym statusem w ramach geografii wyobrażonej Europy. „Potrójne wynalezienie” Polski jako części Europy Wschodniej to nasze narodowe przekleństwo.

A co jeśli ukrytym wymiarem polityczności jest sztuka tworzenia i snucia opowieści? Nie same słupki PKB, wielkość eksportu, miejsce w globalnych łańcuchach wartości, bagaż historycznych przewag i sukcesów ani nawet geopolityczny potencjał danego państwa. To wszystko dostarcza tylko wątków do budowania unikalnej, narodowej narracji. Mobilizuje do pracy wyobraźni, łączenia fantazji ze światem rzeczywistym, tworzenia niepowtarzalnych opowieści o samych sobie.

W ten sposób powstaje geografia wyobrażona – dziedzina łącząca wysiłki filozofów i kartografów, polityków i literatów, historyków i eseistów. Dziedzina balansująca między zmyśleniem, ambicją, manipulacją a empirycznym konkretem dostarczającym uzasadnień bądź też alibi dla naszych narodowych pragnień.

Geografia wyobrażona pozwala na jeszcze jedno, być może najważniejsze – tworzenie opowieści o innych przy jednoczesnym pozbawianiu ich suwerennego głosu. Snując te opowieści, możemy zamykać innych w klatce naszych własnych wyobrażeń, oczekiwań i własnego politycznego interesu.

Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najbardziej cywilizowany na świecie?

W XVIII w. doszło do Wielkiego Przebiegunowania Europy. W miejscu dotychczasowego podziału kontynentu na protestancką Północ i katolickie Południe pojawiła się horyzontalna oś Wschód-Zachód. Od teraz głównym kryterium kreślenia wyobrażonej mapy Europy nie była już religia, lecz cywilizacja, pojęcie łączące w sobie kulturę i życie społeczne narodów. Tak powstała nowa kartografia naszego kontynentu autorstwa oświeceniowego Zachodu.

W tej nowej, wyobrażonej opowieści pojawiły się zachodnie kraje cywilizacyjnego centrum oraz peryferyjny Wschód. Rozwinięci i zacofani, modernizatorzy, a także ci, którzy dopiero tej kulturowo-społecznej modernizacji będą potrzebowali. Po jednej stronie znalazły się takie państwa, jak Wielka Brytania, Francja, Niderlandy i Prusy, a po drugiej tracąca stopniowo na politycznym znaczeniu Rzeczpospolita Obojga Narodów oraz nabierająca politycznej mocy imperialna Rosja.

Kluczowa dychotomia w ramach nowej osi zakładała podział na cywilizację i barbarzyństwo. Larry Wolff, skrupulatny kronikarz procesu Wielkiego Przebiegunowania Europy, w swojej monumentalnej pracy Wynalezienie Europy Wschodniej przytacza symboliczną historię dodania hasła „cywilizacja” do niezwykle popularnego Słownika języka angielskiego autorstwa Samuela Johnsona, pisarza i światowego pioniera leksykografii.

Wolf cytuje słowa porady Jamesa Bosswela dla autora Słownika: „Nie chciał dopuścić civilisation, a jedynie civility. Przy całym moim wielkim szacunku dla niego uznałem, że «cywilizacja», od «cywilizować» jest lepsza w sensie przeciwstawnym do barbarzyństwa”. Język, logos, dyskurs mają ujarzmić i nadać formę rzeczywistości poza sobą. Niczym wiedza-władza z pism Michela Foucaulta, która poprzez nazywanie rzeczy pozwala zdobyć nad nimi pośrednią kontrolę. Ten, kto nadaje imiona, ten zyskuję władzę.

„Wynalazcy” Europy Wschodniej stworzyli dla jej mieszkańców prawdziwie starożytną genealogię uzasadniającą ich barbarzyńską naturę. Wolff przytacza symptomatyczny i symboliczny zarazem cytat z dziennika jednego z zachodnich arystokratów-podróżników. Czytamy: „Uboga, zniewolona ludność; brudne wioski; chatynki niewiele się różniące od szałasów dzikich ludów; wszystko to składa się poczucie, że cofnęliśmy się o dziesięć wieków, że znajdujemy się pośród Scytów, Wenedów, Słowian i Sarmatów”.

Autor Wynalezienia Europy Wschodniej w następujących słowach podkreśla specyficzny charakter podróżniczych spostrzeżeń: „Widać Ségur przeżył swoją podróż jako coś znacznie wykraczającego poza przejazd z jednego królestwa do następnego. Zostawił za sobą udoskonaloną cywilizację, całkowicie opuścił Europę, odbył nawet podróż w czasie i porzucił XVIII wiek. […] Dokąd podróżował? W swojej ocenie nie do Europy, ale również nie do Azji, Orientu. Była to jakaś pośrednia przestrzeń geograficzna, bez określonego umiejscowienia w czasie czy historii”.

Ségur przeżył więc coś na kształt doświadczeń bohaterów popularnego serialu Dark. Wyrzucony poza ustabilizowany porządek czasu i przestrzeni trafił do cywilizacyjnego limba, do swoistej ziemi niczyjej, a więc terytorium płynnego, plastycznego, podatnego na zewnętrzne ukształtowanie i wydobycie go z barbarzyńskiej bezforemności.

W tym ambitnym modernizacyjnym przedsięwzięciu oświeceniowy Zachód znalazł sobie geopolitycznego partnera w postaci imperialnej Rosji. Państwo carycy Katarzyny było integralną częścią nowo wyobrażonego Wschodu, lecz na specjalnych zasadach. Pełniło w jego ramach funkcję Wielkiego Cywilizatora Narodów.

Dla Woltera i jego intelektualnego towarzystwa rosyjskie ziemie były niczym literackie wyobrażenia Miasta Słońca Campanelli lub wyspy Utopia Thomasa Morusa. Z jednej strony uwodziły swoją egzotyczną dzikością, z drugiej stanowiły cywilizacyjną forpocztę Zachodu na barbarzyńskim Wschodzie. Pozwalały łączyć oświeceniowe ambicje z utopijną, modernizatorską fantazją snutą w wygodnych zaciszach arystokratycznych gabinetów.

W tym miejscu dochodzimy do podwójnego charakteru wynalezienia Europy Wschodniej. W jego ramach zachodnie centrum dostarczało teoretycznego i filozoficznego uzasadnienia dla modernizacyjnych wysiłków, stworzyło cywilizacyjny software w postaci geografii wyobrażonej. Natomiast Imperium Rosyjskie w tym geopolitycznym partnerstwie było odpowiedzialne za hardware, czyli państwową moc i militarną dominację.

W ten sposób niedawne Wielkie Księstwo Moskiewskie było stopniowo „wciągane” do Europy, legitymizowane poprzez swoje modernizacyjno-imperialne obowiązki wobec barbarzyńskiego Wschodu. Zachód mógł napawać się swoim poczuciem rzekomej cywilizacyjnej wyższości, przeglądać się w konstrukcie Europy Wschodniej niczym w zwierciadle. Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie, kto jest najbardziej cywilizowany na świecie? Mieszkańcy wschodniej części kontynentu mimowolnie zostali bohaterami bajki o oświeconych paniczach i orientalnych barbarzyńcach. Elity Zachodu opowiadały ją samym sobie.

Polska „warzywem Europy”

A gdzie w tym wszystkim jest Rzeczpospolita? Lary Wolff notuje w Wynalezieniu Europy Wschodniej jedną próbę symbolicznej kontrofensywy w ramach geografii wyobrażonej, podjętą przez ostatniego polskiego monarchę.

W tym samym czasie, kiedy zachodni filozofowie i arystokratyczni podróżnicy-intelektualiści kreślili nową oś podziału Europy, Stanisław August Poniatowski sprowadził z tego samego Zachodu do Polski kartografów, aby samodzielnie nanieść na mapy naszą ojczyznę. Niestety proces był na tyle długi i żmudny, że nigdy nie udało się go zakończyć. Ambitne przedsięwzięcie zostało przerwane przez rozbiory.

Rozbiory, które w ramach nowego wyobrażonego porządku Europy oraz konstruowanej osi Wschód-Zachód były czymś oczywistym, wydarzeniem z porządku deterministycznego losu. Tak po prostu być musiało, bo barbarzyńska I RP wymagała „parcelacji” między dojrzałych dziejowo modernizatorów-cywilizatorów.

Wolf komentował tę kwestię w następujących słowach: „Pojęcia niedojrzałości i niedoskonałości dodatkowo podkreślały słabszy rozwój Europy Wschodniej w stosunku do Zachodniej. Jaucourt zostawił Węgry Marii Teresie, a artykuł o Polsce zakończył apelem o «wielkiego króla». Przytoczył opinię Coyera w kwestii tego, jakiego króla potrzebuje Polska: kogoś «kto zobaczywszy wokół siebie płodną ziemię, piękne rzeki, Morze Bałtyckie i Morze Czarne, da swojemu królestwu statki, manufaktury, handel, finanse i ludzi», kogoś kto likwidując poddaństwo, może przynieść Polsce «dobre wzory, przemysł, umiejętności, nauki, honor i dostatek. Mając przed sobą obraz położenia geograficznego Polski, król taki przedsięwziąłby projekt rozwoju, który przekształciłby fakty geografii w artefakty cywilizacji”.

Oczywiście szybko znalazł się taki chętny w postaci władcy Prus, Fryderyka, autora pełnego poetyckiego polotu wierszyka o Polsce. Odnajdziemy w nim odwołania do bogini głupoty. Oto fragment tego utworu:

Z przyjemnością zobaczyła Polskę

Tę samą co w czas stworzenia

Prymitywną, głupią i bez oświaty,

Starosta, Żyd, chłop, pijany wojewoda,

Same warzywa, które żyją bez wstydu.

Kawałek dalej Wolff przytacza słowa Woltera, które pokazują, jak poezja, fantazja i wyobraźnia mogą łączyć się z empiryczną rzeczywistością polityczną oraz co dzieje się, kiedy tuż za sztuką opowiadania podążają polityczna moc i militarna sprawczość. Jak czytamy, „to, co pan robi w rzeczywistości, absolutnie dorównuje pańskiemu wierszowi o konfederatach. To przyjemne zniszczyć naród i śpiewać o nim”.

Często mówi się, jak fatalną okolicznością dla naszej państwowości była utrata niepodległości w okresie, kiedy cała Europa przechodziła przez rewolucję przemysłową oraz towarzyszące jej zmiany polityczne, społeczne i kulturalne. Tak samo fatalne dla naszego kraju było wymazanie z politycznej mapy kontynentu w momencie Wielkiego Przebiegunowania Europy. Tytułowe wynalezienie Europy Wschodniej z książki Larry’ego Wolffa oznaczało bowiem podwójną niewidzialność, a wręcz podwójne zniknięcie Polski.

Po pierwsze, jako kraj staliśmy się częścią nowego, wyobrażonego regionu, czyli właśnie Europy Wschodniej. Po drugie, nawet w ramach tego geograficzno-intelektualnego tworu pełniliśmy funkcję podrzędną wobec rodzącego się wówczas Imperium Rosyjskiego. To oznacza, że w 1795 r. Rzeczpospolita zniknęła już potrójnie, utraciła suwerenność ideową, niepodległość polityczną oraz geograficzne terytorium.

Kiedy geografia wyobrażona spływa krwią milionów

„Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje” – pamiętacie jeszcze ten fragment kultowej piosenki zespołu T.Love? Tych kilka słów doskonale oddaje los nie tylko tytułowej Warszawy, nie tylko Polski jako takiej, ale całego regionu Europy Wschodniej wymyślonego przeszło 200 lat wcześniej przez zachodnich intelektualistów.

To właśnie w trakcie II wojny światowej doszło do drugiego „wynalezienia” Polski Wschodniej. I tak jak przewodnikiem po pierwszym „wynalezieniu” był Larry Wolff i jego monumentalna praca Wynalezienie Europy Wschodniej, tak kronikarzem drugiego „wynalezienia” jest Timothy Snyder i jego nie mniej gargantuiczna książka Skrwawione ziemie.

Ziemie obejmujące swoim zasięgiem to samo terytorium, które w XVIII w. nakreślili kartografowie oświecenia. Mimo upływu 2 wieków nigdzie się nie ruszyliśmy, wciąż pozostajemy w obrębie tej samej geografii wyobrażonej i tej samej wynalezionej przez salonowych intelektualistów Zachodu Europy Wschodniej.

Skrwawione ziemie rozpoczynają się następująco: „«Już będziemy żyli!» – powtarzał głodny młody Polak, idąc poboczami opuszczonych dróg bądź przez puste pola. Jedzenie, które widział, istniało jednak tylko w jego wyobraźni. Całą pszenicę zabrano podczas bezdusznej kampanii rekwizycji, zapoczątkowującej erę masowych mordów w Europie. Był rok 1933 i Józef Stalin celowo głodził sowiecką Ukrainę. Młody mężczyzna umarł wraz z ponad trzema milionami innych ludzi”.

Powyższy cytat doskonale łączy się z przytoczonym wcześniej utworem zespołu T.Love, ale przede wszystkim pozwala metaforycznie zderzyć 2 rodzaje wyobraźni. Egotyczne fantazjowanie filozofów oświecenia o nadaniu Europie Wschodniej cywilizacyjnej formy istnienia ze zwodniczym mirażem wyobraźni tego bezimiennego mężczyzny. To geografia wyobrażona zrodzona w innym miejscu i w innym czasie pośrednio stworzyła ten obraz w umyśle młodego Polaka, śmiertelnej ofiary oświeceniowej osi Wschód-Zachód.

Czy nie idziemy za daleko z oskarżeniami? Jeśli uznać za autorytet Zygmunta Baumana i jego książkę Nowoczesność i Zagłada, można stwierdzić, że nie ma takiego zagrożenia. Polski filozof argumentował w swojej pracy, że obozy koncentracyjne i Holocaust były logiczną konsekwencją filozoficznych założeń, jakie legły u fundamentów epoki nowoczesnej.

Polityka imperialno-eksterminacyjna III Rzeszy stanowiła kulminację długiego procesu zapoczątkowanego w trakcie oświecenia i rozwijanego następnie przez figury Wielkiego Racjonalizatora, Wielkiego Planisty i Wielkiego Modernizatora. Duch Woltera, duch wynalezienia Europy Wschodniej, cywilizacyjno-modernizacyjny zapał XVIII-wiecznych intelektualistów z Zachodu to ten sam rodzaj energii, która napędzała niemiecki imperializm w trakcie II wojny światowej.

Zacytujmy ponownie Larry’ego Wolffa. „Uboga, zniewolona ludność; brudne wioski; chatynki niewiele się różniące od szałasów dzikich ludów; wszystko to składa się poczucie, że cofnęliśmy się o dziesięć wieków, że znajdujemy się pośród Scytów, Wenedów, Słowian i Sarmatów”.

To właśnie tych Słowian w ramach logiki zagospodarowania lebensraum mieli cywilizować i podporządkować sobie arcykulturalni dziedzice Goethego i Wagnera. Tak jak w XIX w. kolonizowali Afrykę, tak teraz pragnęli przejąć ziemie dawnej I Rzeczpospolitej. Wydarzenia nadal rozgrywają się na tej samej wyobrażonej mapie Europy Wschodniej.

Snyder we wstępie do swojej pracy zwraca uwagę na jeszcze jedną niezwykle istotną kwestię, a mianowicie na fakt, że „niemieckich Żydów przed zastrzeleniem lub zagazowaniem deportowano do miast na skrwawionych ziemiach: Łodzi, Kowna, Mińska czy Warszawy. Mieszkańców kwartału w dziewiątej dzielnicy Wiednia, gdzie piszę te słowa, wywieziono do Auschwitz, Sobiboru, Treblinki i Rygi – bez wyjątku na skrwawione ziemie. Niemcy dokonywali masowych mordów na Żydach w okupowanej Polsce, na Litwie, Łotwie i w Związku Radzieckim, ale nie w samych Niemczech”.

Ten cytat obrazuje fundamentalną logikę działania oświeceniowego Zachodu – eksport przemocy poza cywilizacyjne centrum. Podobnie jak przed I wojną światową, kiedy przemoc i śmierć eksportowane były do kolonizowanych terytoriów Afryki, tak w trakcie II wojny światowej to skrwawione ziemie stały się przestrzenią do ludobójczego outsourcingu.

Miejsca XVIII-wiecznych chatynek i szałasów dzikich ludów na mapie wynalezionej Europy Wschodniej w połowie dwudziestego stulecia zastąpiły obozy koncentracyjne oraz miejsca masowych zbrodni na potomkach barbarzyńskich Scytów. Ludobójcza rzeź Woli w trakcie Powstania Warszawskiego to tylko kolejne ogniwo metapolitycznego łańcucha zapoczątkowanego 200 lat wcześniej w trakcie rzezi Pragi dokonanej przez Moskali. Polska Wschodnia została uwięziona niejako poza czasem i przestrzenią, znajdująca się w pułapce cywilizacyjnego limba, półbarbarzyńskiej ziemi niczyjej czekającej na swoich pseudomodernizatorów z oświeceniowych czytanek.

To wszystko przez cholerną granicę na Łabie

Wielkie Przebiegunowanie Europy poprzedził jeszcze jeden istotny proces, na który zwrócił uwagę Larry Wolff. Badacz zaznaczał, że „w okresie od epoki renesansu do Oświecenia europejskie ośrodki kultury i finansów przeniosły się ze skarbów i skarbnic Rzymu, Florencji i Wenecji do bardziej dynamicznych miast, takich jak Paryż, Londyn i Amsterdam”. W wymiarze gospodarczym XVIII-wieczna oś Wschód-Zachód zaczęła się kształtować już w epoce nowożytnej.

Trzecie „wynalezienie” Europy Wschodniej dotyczy właśnie ekonomii. Tak jak za pierwsze, przeprowadzone w czasie narodzin oświeceniowej nowoczesności, odpowiedzialna była symboliczna figura filozofa, za drugie zaś metaforyczna postać polityka-generała, tak trzecie „wynalezienie” odbyło się już po II wojny światowej w akademickich gabinetach. Odpowiedzialną za nie była zaś figura historyka, a konkretnie historyka gospodarczego. Za przewodnika po ostatnim wynalezieniu Europy Wschodniej może nam posłużyć Anna Sosnowska, autorka monografii Zrozumieć zacofanie. Spór historyków o Europę Wschodnią. 

Badaczka wskazywała, że „zaproponowany […] zasadniczy podział na Wschód i Zachód Europy, chociaż opiera się na danych historycznych o charakterze przede wszystkim ekonomicznym i dotyczy przełomu średniowiecza i nowożytności, przebiega dokładnie wzdłuż politycznej linii jałtańskich podziałów kontynentu.

Obszar objęty badaniem «rozciąga się od Bałtyku po Adriatyk i Morze Czarne, zajmując dużą część Półwyspu Bałkańskiego. Od zachodu sięga granic Niemiec, od wschodu zaś przekracza Ural»”. Sosnowska zrekonstruowała obszar badawczy jednego z bohaterów książki, Mariana Małowista. Niezmiennie pozostajemy na tym samym miejscu naszej wyobrażono-konkretnej mapy.

Z tego miejsca zasadniczo się nie ruszamy, i to bez względu na historyka, którego poglądy Sosnowska w danym momencie książki omawia. Stosowana terminologia – czy to Europa Wschodnia, czy to Europa Środkowo-Wschodnia – nic nie zmienia, nadal pozostajemy w tym samym obszarze terytorialnym. Nie ma znaczenia także to, czy akurat omawiamy autora zagranicznego, czy polskiego, wspólny mianownik ich poglądów pozostaje zasadniczo ten sam.

Dla słynnego Immanuela Wallersteina Europa Wschodnia funkcjonowała jako 1 z 2 najstarszych peryferii kapitalistycznego systemu światowego. „Zasadnicza teza teorii Wallersteina jest, powtórzmy, następująca: kapitalizm powstał w Europie Północno-Zachodniej, w ciągu XVI w., rozwijał się przez kolonialny lub quasi-kolonialny wyzysk kolejnych obszarów, aby stać się w XIX w. systemem prawdziwie ogólnoświatowym” – pisze Sosnowska. Fernand Braudel był ostrożniejszy w ostrości diagnozy, a stworzony przez niego obraz Europy Wschodniej bardziej zniuansowany, ale nawet on pisał o regionie Europy Wschodniej jako przestrzeni „spenetrowanej” przez kapitalizm.

Najmocniej uderzał Perry Anderson. W jego wizji nad Europą Wschodnią wisiało deterministyczne fatum gospodarczej podrzędności i podporządkowania. Źródeł tej peryferyjności historyk szukał głęboko w dziejach, wyprowadzał jej korzenie (w ramach kategorii „długiego trwania”) aż z epoki rzymskiej i podziałów europejskiego kontynentu w wyniku upadku Cesarstwa Rzymskiego. Europa Wschodnia to po prostu barbarzyńska Słowiańszczyzna pozbawiona modernizacyjnych wpływów starożytnego Rzymu.

Marian Małowist lokalizuje strukturalne korzenie gospodarczo-społecznego podziału Europy na Zachód i Wschód w okolicach XV w. Sosnowska, rekonstruując poglądy historyka, określa je mianem modelu rozwoju kolonialnego. Zaznacza, że „poglądy Małowista składają się na domyślny model rozwoju społeczeństw wschodnioeuropejskich jako gospodarczej kolonii Zachodu.

Model ten wiąże pojawienie się i rozwój refeudalizacji na Wschodzie Europy z intensywnymi kontaktami handlowymi z bardziej zaawansowanym gospodarczo Zachodem. Wskazuje na negatywny dla rozwoju strukturalny wpływ poddaństwa i pańszczyzny oraz regresywny charakter folwarku i innych form gospodarczych już od XVI w.”.

Z tak zarysowanym modelem łączy się istotnie wizja autorstwa Jerzego Topolskiego. W jego poglądach także pojawia się kwestia refeudalizacji czy też wtórnego poddaństwa chłopów. Co istotne, Topolski podnosi najbardziej znane w dzisiejszej debacie argumenty o dualizmie gospodarczym Zachodu i Wschodu Europy.

Przede wszystkim pisze o fundamentalnej „granicy na Łabie”, która tworzy 2 gospodarcze połówki naszego kontynentu, gdzie Wschód dostarcza przede wszystkim żywność i surowce, a Zachód przekształca je w wyższej jakości produkty. I tak lądujemy we współczesnej dyskusji o gospodarczym statusie Polski jako „montowni Europy” oraz miejscu naszej gospodarki w globalnym łańcuchu wartości.

Zegary na Zachodzie pokazują inną dziejową godzinę

Czy istnieje tajna historia Unii Europejskiej? Za wprawkę do takiego konspiracyjno-spiskowego dzieła może posłużyć książka Wielkie złudzenie? Esej o Europie autorstwa słynnego historyka, Tony’ego Judta. Rzecz opublikowana w 1996 r. w toku procesu stopniowego włączania państw dawnego bloku komunistycznego do europejskiej wspólnoty tę przyszłą wspólnotę niejako kwestionowała. Judt wskazywał w eseju na strukturalne różnice między Zachodem i Wschodem, podważał prostą logikę „powrotu do Europy” niedawnych krajów Układu Warszawskiego, podkreślał nierówny status polityczny obu „połówek” naszego kontynentu.

Judt zadał pytanie: Gdzie znajdują się stolice Europy, w których zlokalizowane są najważniejsze instytucje kontynentu? Dalej wymienił parami: Komisja Europejska to Bruksela, Parlament Europejski obraduje w Strasburgu i Luksemburgu, Europejski Trybunał Sprawiedliwości rezyduje w Hadze, słynny traktat z 1992 r. podpisano całkiem niedaleko – w Maastricht.

Najważniejszy wniosek z tej instytucjonalnej wyliczanki jest następujący: „Tak więc Unia Europejska sercem (niektórzy dodaliby, że i duszą) odzwierciedla z dokładnością niemal co do kilometra pierwsze zachodnioeuropejskie imperium […]. Nie ma w tym nic złego, przeciwnie- jest coś satysfakcjonującego w myśli, że Karol Wielki i jego spadkobiercy czuliby się w Unii Europejskiej jak w domu, ale to instynktowne , atawistyczne (i politycznie wyrachowane) umieszczenie tych współczesnych stolic «Europy» powinno przypominać, że to, co przedstawia się jako nowe, być może niezupełnie jest takie”.

Refleksja Judta przypomina wnioski przytaczanego wcześniej Perry’ego Andersona. U Andersona pojawiało się deterministyczne fatum strukturalnego zacofania Europy Wschodniej lokowane w „długim trwaniu” rzymskiej spuścizny, natomiast Judt kreśli starodawne korzenie UE sięgające państwa karolińskiego, dziedzica Cesarstwa Rzymskiego. Tak można by rozpocząć szkicowanie innego dzieła: Wynalezienia Europy Zachodniej.

Do kolejnego pytania o metrykę prowadzi nas 12 stuleci metapolitycznej historii Unii Europejskiej. Ile lat ma Polska? Z polskiej perspektywy odpowiedź jest raczej oczywista i niebudząca kontrowersji: nasza ojczyzna przyszła na świat wraz z chrztem Mieszka i jego świty. Problem polega na tym, że ludzie na Zachodzie niekoniecznie muszą podzielać to przekonanie.

Brian Porter-Szűcs, autor pracy Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii, najpierw wyciąga informacje wielce pokrzepiające nasze polskie serduszka. To jeden z przykładów: „W praktycznie każdym poważniejszym anglojęzycznym podręczniku uniwersyteckim poświęconym historii Europy (a także w całkiem licznych podręcznikach licealnych) omawia się rozbiory Polski”.

Mina może nam jednak ździebko zrzednąć, kiedy przeczytamy dalsze tłumaczenie Portera-Szűcsa. Nie chodzi bowiem o płakanie nad dziejową niesprawiedliwością odebranej nam niepodległości, lecz fakt, że Rzeczpospolita zniknęła z map w momencie, kiedy na historyczną scenę wchodziły pojęcia narodu i ludu.

Zdaniem historyka Konstytucja 3 maja to dokument rodzącego się właśnie (i szybko złożonego do grobu) polskiego państwa narodowego. Z tego wszystkiego Porter-Szűcs wyciąga kluczowy wniosek: dla ludzi Zachodu Polska przyszła na świat w 1918 r. jako państwo narodowe.

Łącząc perspektywy Judta i Szűcsa, dostrzegamy paradoksalną pułapkę, w jakiej znalazła się „potrójnie wynaleziona” Polska. Z jednej strony jej własne narodziny są umieszczane w zachodniej perspektywie raczej w nowoczesności. Polsce bliżej więc do młodszego kuzyna niż pełnoprawnego dorosłego.

Z drugiej strony sama współczesna Europa Zachodnia stanowiąca centrum Unii Europejskiej swoje korzenie wyprowadza aż z czasów monarchii Karola Wielkiego. Polska funkcjonuje więc niejako w sprzecznych porządkach czasowych. Metapolityczne zegarki naszego państwa i europejskiego Zachodu nie są ze sobą zsynchronizowane, a ich cyferblaty pokazują różne godziny.

Ćwiczenie wyobraźni z nieistnienia państwa polskiego

Istnieje ryzyko i niebezpieczeństwo pójścia na łatwiznę, powiedzenia sobie, że zarówno odzyskanie niepodległości w 1918 r., jak i narodziny III Rzeczpospolitej ponad 70 lat później to coś oczywistego. Przecież utraciliśmy wolność i niepodległość w wyniku dziejowej niesprawiedliwości. Nasz „powrót do Europy” to powrót do normalności, geopolitycznego bussines as usaul. Nie ma o czym dywagować, robota wykonana, teraz fajrant, czas na CS-a.

Gdy zajmujemy się kwestią polskiego przekleństwa „potrójnego wynalezienia” Polski jako europejskiego Wschodu nie może spotkać nas nic gorszego niż błogie i bezrefleksyjne myślenie. Musimy wybudzić naszą polityczną wyobraźnię z drzemki samozadowolenia. Z perspektywy Zachodu jednocześnie jesteśmy i nie jesteśmy częścią Europy. W ramach geografii wyobrażonej i konstruktu Europy Wschodniej funkcjonujemy nadal jako „wspólnota kwestionowanej europejskości”, jak celnie określiła to Anna Sosnowska.

Ostatnie 30 lat to nie żaden koniec polsko-europejskiej historii. To jej nowy początek. W II Rzeczpospolitej Adolf Bocheński pisał o Polsce jako państwie rewizjonistycznym. Naszym narodowym interesem było kwestionowanie geopolitycznego status quo w Europie. Dziś niewiele się w tej materii zmieniło. O nasze miejsce w Europie wciąż musimy się szarpać i walczyć.

Naszym powołaniem jest bycie państwem rewizjonistycznym, podważającym dziedzictwo „potrójnego wynalezienia” Polski jako Wschodu Europy; wyobrażonego statusu Polski jako kulturowych barbarzyńców, gospodarczego peryferium oraz “przedpokoju Europy”, gdzie mocarstwa mogą swobodnie toczyć swoje militarne i imperialne boje. Walka na opowieści i polityczne bajki nie została bynajmniej zakończona.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.