Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Manifestacja Tuska, lęk przed polexitem i KOD-reaktywacja. Czego opozycja wciąż nie rozumie?

przeczytanie zajmie 12 min
Manifestacja Tuska, lęk przed polexitem i KOD-reaktywacja. Czego opozycja wciąż nie rozumie? Print screen from https://www.youtube.com/watch?v=vfQM_3-zd_o

Plan był taki: Donald Tusk wysyła jeden tweet, zmienia realny układ sił, Jarosław Kaczyński nie wytrzymuje, wpada na sejmową mównicę, zaczyna krzyczeć i dochodzi do przesilenia – tak można złośliwie podsumować „przełomową”, w opinii akolitów szefa Platformy Obywatelskiej, niedzielną manifestację opozycji przeciwko polexitowi. Koncentracja na metropoliach i przekrój wiekowy manifestantów sugerują raczej reaktywację KOD-u, niż nowe otwarcie. Zamiast stawiać chochoła polexitu potrzeba wiarygodnej, konserwatywnej i realistycznej krytyki poczynań PiS na froncie europejskim. Takiej, która nazwie największy paradoks rządów Kaczyńskiego – wspieranie przez politykę PiS szkodliwej dla Polski i innych państw narodowych ewolucji Unii Europejskiej.

Dla Tuska polexit jest lepszy niż granica

Zacznijmy od tego, co bez wątpienia było sukcesem Donalda Tuska i zwołanej przez niego niedzielnej manifestacji. Otóż Tusk skutecznie odciąga opozycję i opinię publiczną od tematu granicy, który, co do zasady słusznie, szef Platformy ocenia jako pułapkę dla swojego obozu politycznego.

Opozycja w sprawie granicy co najmniej jeszcze przez jakiś czas będzie miała problem ze zdobyciem sympatii większej części opinii publicznej. Polacy najpewniej dość celnie dekodują dosłownie tragiczny dylemat stojący przed władzą w sprawie migrantów. W uproszczeniu wygląda on tak: albo wpuszczamy wszystkich, idących w tysiące, szturmujących już dziś granice, a w efekcie Łukaszenka ściąga kolejne dziesiątki tysięcy, za których ponosimy moralną współodpowiedzialność, albo kontynuujemy push-backi, budujemy mur, pozwalamy na związaną z pogodą eskalację dramatycznej sytuacji tych ludzi i ponosimy moralną współodpowiedzialność za tych, którzy najbliższe tygodnie i miesiące będą cierpieć i umierać na mrozie.

Mając tak zarysowaną alternatywę, Polacy w większości wciąż akceptują stan wyjątkowy i politykę rządu skoncentrowaną na ochronie granicy. Nie jest wykluczone, że wraz z eskalacją sytuacji nastroje się odwrócą, ale na dziś – Tusk ma rację, oceniając, że polityka rządu przynosi, gdy chodzi o nastroje społeczne, oczekiwane przez PiS efekty. Proces „jednoczenia wokół flagi” wciąż trwa. Kluczowe znaczenie w epoce infotainmentu ma tu oczywiście informacyjna blokada pracy dziennikarskiej, którą przy okazji wprowadzenia stanu wyjątkowego krytykowaliśmy. Jak pokazuje brutalna praktyka – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Tak jak społecznie prześniliśmy „niewidzialne” zgony nadmiarowe dwóch ostatnich fal COVID-19, tak i dziś jesteśmy zdolni do „prześnienia” różnych stron dramatu na granicy. Taka już nasza ułomna, ludzka natura wspierana obrazkową kulturą, w której przychodzi nam budować swoje polityczno-moralne postawy, o czym celnie pisała na naszych łamach Daria Chibner.

Tusk przed kilkoma tygodniami na konwencji w Płońsku pokazał propozycję alternatywnej wobec kryzysu migracyjno-granicznego „ramy” narracyjnej, która ma generować kłopoty dla obozu rządzącego.

To właśnie rama polexitowa. Pierwotnie miała być oparta o propozycję zmiany konstytucji gwarantującej „sztywne” i trudne do osiągniecia zasady ewentualnego opuszczenia Unii. Niedzielna manifestacja okazała się jednak dużo solidniejszym szkieletem tej ramy.

Co ważne, warto dostrzec, że Tusk trafnie dekoduje podstawowe paliwo politycznej aktywizacji współczesnej demokracji. Tym paliwem jest strach – nieważne, czy uzasadniony, czy wyobrażony. PiS pielęgnuje i podsyca, momentami ostro przegrzewając, strachy związane z migrantami i granicą. Opozycja pod batutą Tuska – próbuje pielęgnować, podsycać i również momentami ostro przegrzewa strachy związane z wyobrażonymi polexitowymi planami Kaczyńskiego.

Daleko od przełomu

Najlepszym podsumowaniem niedzielnej manifestacji są tweety Romana Giertycha. Były polityczny lider polskich przeciwników wejścia do Unii Europejskiej widzi w niedzielnym proteście przeciwko wyjściu z Unii „największą manifestację w historii III RP”„zmianę realnego układu sił”. I Giertych, i pozostali akolici Tuska – Bartłomiej Sienkiewicz, Krystyna Szumilas oraz pozostali – upatrują sukcesu manifestacji przede wszystkim w fakcie, że została ona zwołana „jednym tweetem Tuska”.

Pomijając już fakt traktowania demonstrujących jak stada baranów, którzy rzekomo czekają na twitterowy sygnał pasterza, warto przyjrzeć się temu, na ile symbolicznie zwieńczony niedzielną mobilizacją powrót Tuska rzeczywiście „zmienił realny układ sił”.

Po trzech miesiącach od powrotu nowemu-staremu szefowi Platformy Obywatelskiej udały się trzy rzeczy. Po pierwsze – uratował Platformę przed totalną sondażową katastrofą, przywracając ją na poziom poparcia mniej więcej z czasów przywództwa Ewy Kopacz. Po drugie – odebrał „tlen” Szymonowi Hołowni. Nie na taką skalę, jak wcześniej Grzegorz Schetyna sprowadził do parteru Ryszarda Petru, ale jednak – zauważalnie osłabił głównego konkurenta do roli opozycyjnego hegemona i zapewne nie powiedział w tej sprawie jeszcze ostatniego słowa. Po trzecie – wywołał uliczną mobilizację opozycji mniej więcej na poziomie (choć raczej nie w chwili „piku” popularności opozycyjnych manifestacji, gdy mówiono o mobilizacji 250 000 ludzi na jednej z manifestacji) Mateusza Kijowskiego.

Dlaczego zatem część opozycyjnych liderów opinii spinuje niedzielne wydarzenie jako przełomowe? Bo wciąż spór o hegemonię na opozycji, tę swoistą „kolejność dziobania” w obozie anty-PiSu, jest dla nich istotniejszy niż rzeczywiste przybliżanie krytycznej wobec rządów Kaczyńskiego części opinii publicznej do sondażowej przewagi.

Charakterystyczne są tu przepychanki między opozycyjnymi liderami. Negatywnymi bohaterami platformerskiej bańki komentatorskiej byli politycy Polski 2050 Szymona Hołowni i Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy w niedostatecznym stopniu podporządkowali się oczekiwaniu na stanięcie u boku Tuska.

Warszawocentryzm trzyma się mocno

Kuriozalnym tego przykładem jest wpis byłej minister szkolnictwa wyższego w rządzie Tuska.

Pal licho, że Kudrycka nie chce zaakceptować prawa Hołowni do zachowania dystansu wobec Platformy Obywatelskiej. Przymknijmy oko na niezrozumienie, że dla anty-pisowskiej opozycji istnienie w jej ramach formacji z mniejszym elektoratem negatywnym niż ten Tuska jest po prostu opłacalne.

Najciekawsze, że doświadczona polityk – minister, dwukrotnie eurodeputowana, posłanka – naprawdę uważa, że ważniejsze dla polityka opozycji jest dziś przekonywanie najbardziej przekonanych w stolicy, a nie próba dodawania otuchy znacznie mniej licznym protestującym w takim ośrodku, jak Białystok.

Jeżeli coś powinno być dla opozycji lekcją z ubiegłorocznej mobilizacji po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, to właśnie to, że na fenomen tamtego wzmożenia składał się jego rozproszony charakter i obecność również poza pięcioma największymi aglomeracjami.

„Jeżeli zestawić liczbę protestujących do liczby zameldowanych mieszkańców, to Warszawa wypada słabiej niż Garwolin, Końskie czy Gorlice. Gorzej niż bastiony PiS” – zauważał wówczas celnie Ludwik Dorn. To tam opozycja powinna szukać swoich szans i budować masę. Jak zauważał przy tej samej okazji na naszych łamach Bartosz Brzyski: „Symbolicznym punktem na mapie konfliktu jest Warszawa, gdzie kultura wielkiego miasta zderza się z kulturą peryferii, emanacją której jest polityka Prawa i Sprawiedliwości. Miejsce sprawowania władzy przy ulicy Wiejskiej staje się wręcz symbolem narzucenia ram kulturowych przez prowincję – obcą kosmopolitycznemu, otwartemu miastu. Bez kulturowej hegemonii zarówno Warszawa, jak i pozostałe wielkie ośrodki nie mogą pogodzić się z brakiem pełnej podmiotowości” – przekonywał.

Tymczasem koncentracja na „totalnej mobilizacji” w Warszawie, a w najlepszym razie też w Poznaniu czy Krakowie, zwiększa jedynie szansę, że z aktualnego polexitowego wzmożenia wyjdzie co najwyżej sprawna rekonstrukcja Komitetu Obrony Demokracji, czyli rzeczona próba obrony kulturowej hegemonii „Polski europejskiej” i, we własnej optyce, „uśmiechniętej”.

Szczególnie, że wedle licznych relacji przekrój wiekowy manifestantów przypominał bardziej właśnie manifestacje KOD-u pod unijnymi sztandarami niż międzypokoleniowe czy wręcz zdominowane przez młodych protesty z lipca 2017 czy jesieni 2020 roku.

Rama polexitu nie wystarczy na zmianę władzy

Rekapitulując dotychczasowy wywód: rama polexitu ma szanse być skutecznym narzędziem do cynicznego „odciągania” opozycyjnej opinii publicznej od trudnego sondażowo tematu tragedii na granicy. Konsoliduje najtwardszy anty-PiSowski aktyw wokół Tuska, bazując na wyborczo wdzięcznej emocji lęku. Czy może zatem być skuteczną narracją do osłabiania partii rządzącej? Sądzę, że raczej nie ma potencjału uruchomienia jakichś „rezerw strategicznych” społecznego sprzeciwu wobec polityki Kaczyńskiego.

Wciąż większość Polaków po prostu w żaden polexit nie wierzy. W opublikowanym w poniedziałek badaniu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” największą grupą (27%) pozostaje ta, która „zdecydowanie się nie zgadza”, że ubiegłotygodniowe orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego to początek polexitu. Lęk w twardym elektoracie opozycji udaje się rozpalać, ale niespecjalnie wychodzi „zaprószenie” go w pozostałych grupach wyborców, a szczególnie – wśród wyborców PiS i Konfederacji.

Nie czas i miejsce, by tłumaczyć, dlaczego z jednej strony sceptycyzm badanych wobec narracji polexitowej ma zdrowe podstawy w politycznej analizie, a z drugiej – paradoksalnie ewentualna porażka PiS w kolejnych wyborach wcale niekoniecznie służyć musi cementowaniu dotychczasowego, żywego również po 2015 roku, euroentuzjazmu Polaków. Na łamach Klubu Jagiellońskiego obszernie tłumaczyli to w ostatnich tygodniach nasi kluczowi eksperci.

Marcin Kędzierski celnie wskazywał, że w Unii toczą się procesy, które pogłębiają strukturalne różnice między „starą” a „nową” Unią i każą dostrzec, że nie wystarczy pozbyć się Ziobry z Kaczyńskim, by polską pozycję we Wspólnocie radykalnie poprawić. Paweł Musiałek przekonywał z kolei, że klucz do zdetonowania bomby eurosceptycyzmu w Polsce leży nie na Nowogordzkiej, lecz w Brukseli.

Wydaje się, że liderzy niedzielnych manifestacji tych procesów nie widzą. Ryzykują tym samym, że związanie politycznego wyboru z alternatywą „w Unii lub nie” może się w dłuższej perspektywie obrócić przeciwko nim – po prostu kierując dotychczasowych wyborców eurorealistycznych w objęcia radykałów dużo bardziej niechętnych Unii niż politycy głównego nurtu partii Kaczyńskiego.

Paradoks całej sytuacji polega zaś na tym, że kolejne porażki i dezercje PiS w relacjach z Unią rzeczywiście odsłaniają miękkie podbrzusze pisowskiego impozybilizmu i dają opozycji potencjał mądrego punktowania rządzących. Z jakichś powodów – jej liderzy nie chcą tego zauważyć.

Potrzebujemy nowego eurorealizmu

Raz jeszcze powtórzmy– polityka partii Kaczyńskiego wobec Unii jest wprost naznaczona łatwymi do wypunktowania porażkami, szczególnie bolesnymi dla jego ideowych sojuszników. Kolejne tygodnie przynoszą kolejne dezercje. Celnie wskazali na to zresztą w ostatnich dniach autorzy onetowskiego „Stanu po burzy”: „Może być też tak, że orzeczenie Przyłębskiej to zasłona dymna, prężenie przez PiS muskułów na użytek własnego elektoratu. Po cichu bowiem przygotowywane są projekty ustępstw wobec Brukseli. Często się zdarza tak, że kiedy obóz władzy zamierza zrejterować — przed Unią, Ameryką czy Izraelem — wcześniej robi raban”.

Na kontrskuteczności owego rabanu, miast straszenia polexitem, winni się skoncentrować politycy opozycji. W praktyce bowiem prawda o relacjach PiS z Brukselą jest zatrważająca – Kaczyński podporządkowując politykę zagraniczną i europejską polityce krajowej tylko wzmacnia ewolucję Unii w kierunku, który w teorii chce blokować.

Zamiast nowego traktatu europejskiego – mamy kolejne pozatraktatowe uzurpacje unijnych organów. Zamiast pielęgnowania fundamentalnych dla Unii i korzystnych dla Polski swobód – coraz zuchwalsze jej ingerencje w sprawy światopoglądowe. Zamiast umacniania sprzeciwu krajowych sądów konstytucyjnych wobec aktywizmu TSUE i utrwalania w polskiej doktrynie wyższości polskiego porządku konstytucyjnego nad prawem unijnym – mamy werdykt Trybunału, który nawet osoby przekonane co do słuszności jego litery oceniają jako element politycznej rozgrywki, a nie kontynuację dotychczasowej linii polskiego sądu konstytucyjnego. Zamiast troski o wspólnotową solidarność – coraz bliższe widmo „głodzenia” niesubordynowanych państw wstrzymywaniem kroplówki ze wspólnego budżetu.

Tym wszystkim procesom polityka Kaczyńskiego sprzyja, a nie je hamuje. To sprawia, że w miejsce suwerennościowej tromtadracji PiS potrzebujemy dziś naprawdę rzetelnego eurorealizmu. Takiego, który wypunktuje te błędy i zaproponuje, jak w zmieniającej się niekorzystnie z polskiej perspektywy Unii prowadzić skuteczną politykę i przeciwdziałać tendencjom niebezpiecznym dla Polski i innych państw narodowych.

Co kluczowe – na taką krytykę wrażliwi, a na alternatywę podatni, byliby dotychczasowi wyborcy PiS. Ci wszyscy mieszkańcy Polski poza wielkimi aglomeracjami, którzy po „piątce dla zwierząt” z jednej, a po orzeczeniu TK w sprawie aborcji z drugiej strony, zawiesili swoje poparcie dla rządzących i dziś powoli, przynajmniej czasowo, do niego powracają. Ci, od których zależą losy kolejnych wyborów.

Zamiast tego – dostają zbiorowe, wielkomiejskie uniesienia pod unijnym sztandarem. I w efekcie, jeśli kiedykolwiek odpłyną od PiS, to do Solidarnej Polski i Konfederacji, a nie do dzisiejszej opozycji głównego nurtu. Nie z powodu skrzętnie ukrywanego eurosceptycyzmu, ale z braku alternatywy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.