Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Hołownia jest dziś bliżej Leppera niż premiera. Ale to wciąż od niego, a nie Tuska, zależy zwycięstwo opozycji

Hołownia jest dziś bliżej Leppera niż premiera. Ale to wciąż od niego, a nie Tuska, zależy zwycięstwo opozycji Zdjęcie z Oficjalnego Profilu facebookowego Szymona Hołowni

Szymon Hołownia może się w ostatnich tygodniach przekonać, jak pstry jest koń, na którym jeździ nie tyle łaska samych opozycyjnych wyborców, co przede wszystkim – łaska salonowego komentariatu, „wajchowych” wolnych mediów i sondażowych macherów. Polska 2050 jest dziś największą ofiarą „antysymetrystycznego” kursu Donalda Tuska i jego medialnych pomagierów, którzy chcą zabetonować manichejski podział na „platformerskie” dobro i „pisowskie” zło czyniąc z niego fundament kolejnego, być może przełomowego, sezonu wyborczego. Z perspektywy jednak zwolenników odsunięcia PiS od władzy to strategia szalona i przeciwskuteczna. Jeśli opozycja ma zwyciężyć PiS, to kluczem do jej sukcesu jest właśnie zdrowy symetryzm Polski 2050. Z perspektywy niepartyjnego konserwatysty zaś – dużo lepiej dla Polski, by dzisiejsza opozycja i być może przyszła władza miała też twarz Hołowni i Kosiniaka-Kamysza, a nie tylko Tuska i Trzaskowskiego.

Głowa, serce i ręce łączą przeciwieństwa

Zorganizowany w pierwszy wrześniowy weekend kongres ruchu Polska 2050 Szymona Hołowni należy uznać za wydarzenie świeże, ciekawe i ponadprzeciętnie dopracowane.

Po pierwsze, jego organizatorzy celnie wskazywali największe konkurencyjne przewagi swojego ruchu i robili to co do zasady – w innowacyjny i atrakcyjny sposób. Umiejętnie podkreślali wielonurtowość. Konfrontowali na scenie dwa skrzydła: „lewe” (wywodząca się z Klubu Lewicy, współpracująca z Biedroniem, z korzeniami w „Zielonych”, Krytyce Politycznej i ruchach miejskich, Hanna Gil-Piątek) i „prawe” (wywodzący się z obozu Zjednoczonej Prawicy, związany przez lata z Jarosławem Gowinem, wreszcie były minister zdrowia w rządzie Jerzego Buzka, prof. Wojciech Maksymowicz). Wskazywali na zdolność do „ucierania perspektyw”,analogicznie eksponując skrzydło ekologiczne (była liderka polskiego Greenpeace’u Katarzyna Jagiełło) i „rynkowe” (wywodzący się z Nowoczesnej senator-przedsiębiorca Jacek Bury). Zgrabnie pokazali też „głowę, serce i ręce” swojego ruchu.

Serce – to stowarzyszenie gromadzące lokalnych, niekoniecznie „partyjnych”, aktywistów prowadzących akcje obywatelskie, charytatywne, edukacyjne. Uczciwie mówiąc – filar, którego większość środowisk politycznych w Polsce winna Hołowni zazdrościć. Głowa – to think tank Strategie 2050. Osobiście na wiele propozycji formułowanych przez ekspertów instytutu patrzę ze sporym dystansem, niemniej bez wątpienia – w przeciwieństwie do znacznej części politycznej konkurencji – po prostu je mają i formułują na dość wysokim poziome, co samo w sobie znów jest godne pochwały.

Trzeci filar to ręce, czyli koło poselskie. To pewnie dotąd najmniej spektakularny obszar działania Hołowni i większość bohaterów sejmowych transferów trudno uznać za wiarygodne twarze politycznej „nowej jakości”. Niemniej całość zwieńczył znów dobrze zaprojektowany obrazek trzech liderek – szefowej stowarzyszenia Agnieszki Buczyńskiej, kierującej think-tankiem Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz i reprezentującej parlamentarne koło Joanny Muchy – który zapewne miał rodzić skojarzenia z trzema liderkami białoruskiej opozycji.

Hołownia walczy o prawo do inności

Po drugie, przemówienie samego Szymona Hołowni można uznać za udane. Błyskotliwy był dobór pierwszej z ogłoszonych przez dawnego prezydenckiego kandydata nowych obietnic. Zapowiedział cel, jakim ma być zlikwidowanie do 2030 roku domów dziecka i wsparcie systemu rodzin zastępczych. Jakkolwiek nie jest to temat „z pierwszych stron gazet”, to dość dobrze wskazujący na specyfikę ruchu Hołowni – zdolność do przyglądania się mniej „upartyjnionym” tematom, proponowanie rozwiązań nieantagonizujących na osi prawicy i lewicy czy PiSu i anty-PiSu, wreszcie podkreślenie charytatywno-społecznikowskiej genezy części liderów ruchu. To plusy tego środowiska, które dobrze uwypuklono.

W krytyce rządzących nie przekroczył Hołownia normy anty-PiSowskiej demagogii. W przeciwieństwie do Tuska, który od swojego come-backu wskazuje konsekwentnie, że w dyscyplinie na manipulacje, cyniczne kłamstwa i podkręcaniu konfliktu konkuruje de facto nie z Jarosławem Kaczyńskim, ale Jackiem Kurskim.

Wśród prezentowanych propozycji znalazło się oczywiście też sporo tych budzących wątpliwości, jak choćby pomysły prawa głosu dla 16-latków czy likwidacja Trybunału Konstytucyjnego na rzecz rozproszonej kontroli konstytucyjności sądów, jeden z dwóch wariantów „sprzątania” po PiS w tym obszarze. Warto pamiętać, że to na szczęście raczej kierunkowe, populistyczne sygnały dla podgrup wyborców, a nie zapowiedzi realnej zmiany. Obie sprawy wymagają wszak zbudowania większości konstytucyjnej, co trudno sobie w przyszłym Sejmie wyobrazić.

Trzecia kwestia – to opowieść o „zielonej demokracji” jako głównej ofercie środowiska dawnego celebryty dla Polski. Tu konkretne zapowiedzi przysłoniła konfrontacja Hołowni z zielonymi aktywistami, którzy – jak to mają w zwyczaju – wtargnęli na scenę i próbowali „podkręcić ambicje” postulatem odejścia od węgla już za 9 lat. Celnie w szerszej perspektywie napisał o tym w przedrukowanym na naszym portalu facebookowym komentarzu Krzysztof Mazur. Sądzę jednak, że w zdecydowanym i merytorycznym dialogu z aktywistami Greenpeace’u lider Polski 2050 wypadł całkiem nieźle i sytuacja mu nie zaszkodziła.

Po czwarte wreszcie,w przeciwieństwie do większości komentatorów, pozytywnie oceniam sam koncept „gościa specjalnego” i jego rozegranie. Hołownia w ostatnich tygodniach pierwszy raz musiał grać z mediami nie na zasadach „pupilka”, ale ubiegającego się o cień uwagi. Kilkutygodniowe show ze spekulacjami o tym „kto będzie gościem specjalnym” pozwoliło mu po prostu utrzymać zainteresowanie nadchodzącym Kongresem.

Natomiast sam komunikat można czytać znów jako esencjonalny dla obietnicy „innej polityki”, którą wciąż próbuje Polska 2050 suflować. To nie żaden „gość specjalny”, jeździec na białym koniu może zmienić politykę – ale mogą to uczynić dopiero zaangażowani obywatele i ich partycypacja w politycznych decyzjach. Temu służyć ma aplikacja Jaśmina 2050.

Znów – należy to ocenić jako jasny punkt na tle krajobrazu zabetonowanych i ignorujących opinie aktywu i sympatyków konkurencyjnych formacji. Inna rzecz, że nie ustrzegł się ruch Hołowni przed wpadką techniczną – mnie, mimo komunikatów o wdrożonych poprawkach, wciąż w kilka dni po wydarzeniu nie udało się skutecznie zainstalować i uruchomić apki.

Hołownia zrobił swoje, Hołownia może odejść?

Tyle subiektywnej oceny Kongresu oczami politycznego krytyka „z prawej strony”. Mam świadomość, że jest ona dużo bardziej pozytywna od większości dziennikarsko-publicystycznych komentarzy w ostatnich dniach. Po Kongresie dominowało w nich bowiem rozczarowanie. „Skoro nie pokazał Obamy, Owsiaka ani Prokopa, to znaczy, że nic z tego nie będzie” – tak można krótko je podsumować.

Ale opinie do Kongresu to właśnie jedynie skondensowany obraz tego, w jakiej sytuacji w stosunku do opiniotwórczych salonów znalazł się Hołownia ze swoich ruchem. Hołownia był potrzebny, kiedy na opozycji panowała totalna flauta, Platforma Obywatelska pogrążała się w kryzysie, a anty-PiSowi potrzebny był powiew świeżości. W praktyce więc – wkraczając na scenę polityczną „zamknął” nieudaną kampanię Kidawy-Błońskiej, postawił wysokie oczekiwania nowego otwarcia narracyjnego przed Rafałem Trzaskowskim, wreszcie dając wyborcom sondażową alternatywę, doprowadził w Platformie Obywatelskiej do przesilenia, które obrodziło długo wyczekiwanym przez część opozycyjnej opinii publicznej powrotem Donalda Tuska.

Mówiąc dosadnie – z perspektywy dawnego głównego nurtu medialnych salonów jego rola dobiegła końca. Hołownia zrobił swoje, Hołownia może odejść. A jego nowy język, w jakiejś części autentycznie obywatelski ruch, wreszcie niezbyt spektakularne, ale jednak podejmowane próby depolaryzacji polskiej polityki? Okazują się w najlepszym razie trzeciorzędne.

Szymon Hołownia może się w ostatnich tygodniach przekonać, jak pstry jest koń, na którym jeździ łaska salonowego komentariatu, „wajchowych” wolnych mediów i sondażowych macherów. Polska 2050 jest dziś największą ofiarą „antysymetrystycznego” kursu Donalda Tuska i jego medialnych pomagierów, którzy chcą zabetonować manichejski podział na „platformerskie” dobro i „pisowskie” zło, czyniąc z niego fundament kolejnego, być może przełomowego, sezonu wyborczego.

Trudno inaczej zinterpretować krytyczne komentarze do sobotniego wydarzenia czy pielęgnowany sondażowy zjazd, którego punktem kulminacyjnym było opublikowane na moment przed Kongresem badanie, w którym zyskał poparcie rzędu Konfederacji – 8%, niemal dwukrotnie słabszy od swojej średniej sondażowej. Nie tylko daleko za Koalicją Obywatelską, ale też za Lewicą.

TUP TUP, tu eklektyczny elektorat protestu

A przecież jeszcze niedawno przez kilka miesięcy to właśnie Polska 2050 była formacją „numer dwa” na polskiej scenie politycznej. Wedle zagregowanych danych serwisu Politico od przełomu lutego i marca do końca czerwca formacja Hołowni cieszyła się poparciem w przedziale 22-25% ankietowanych i wyprzedzała Koalicję rekordowo nawet o 8 punktów procentowych. Podobną historię w polskiej polityce przeżywaliśmy dobrych kilkanaście lat temu.

Była wiosna 2004 roku, jeden z najczarniejszych momentów historii III RP. Rekordowe bezrobocie oscylujące od dłuższego czasu na poziomie 20% spadło dopiero, gdy pozbawieni perspektyw Polacy w efekcie wejścia do Unii Europejskiej „zniknęli” z tych statystyk. Afera Rywina wyjaśniania była od ponad roku i pokazywała skalę patologicznych powiązań i praktyk elit politycznych, biznesowych i medialnych. Rząd Leszka Millera był już gabinetem mniejszościowym, a kilka tygodni później, dzień po wejściu Polski do Unii Europejskiej, premier podał się do dymisji. Na półtora roku steru kraju objął najdziwniejszy gabinet w historii z Markiem Belką na czele.

Marzec 2004 roku to moment, w którym dziwne rzeczy działy się też w sondażach. W związku z kumulacją społecznego niezadowolenia na czoło sondaży wyszła Samoobrona Andrzeja Leppera. Partia chłopsko-populistyczna, o podejrzanej genezie i kontaktach. W badaniu CBOS chęć głosowania na formację Leppera deklaruje 29% badanych. Kolejne sondaże w tym czasie pokazują podobne wyniki: IPSOS w kwietniu daje Samoobronie pierwsze miejsce i 25% poparcia, PBS – pierwsze miejsce i 29% poparcia.

Sondaże nie utrzymują się, podobnie jak w przypadku Polski 2050 dziś, na długo. W wyborach jesienią 2005, a więc półtora roku po sondażowej zwyżce, Samoobrona dostaje ostatecznie jedynie 11,5%. W wyborach prezydenckich mniej więcej w tym samym czasie sam Lepper zdobywa 15% głosów. Ze względu na rekordową przepaść między frekwencją w obu głosowaniach to o 1,5 punktu procentowego więcej niż Hołownia piętnaście lat później, ale w liczbach bezwzględnych – kilkaset tysięcy głosów mniej.

Przypominam tę historię, bo choć w polityce żadna analogia historyczna nie jest dokładna, to w tej mamy kilka ciekawych podobieństw do sytuacji, w której się znajdujemy. Do wyborów w konstytucyjnym terminie jeszcze dwa lata. Rząd ma niestabilną większość i w każdej chwili może stać się mniejszościowym, choć raczej niemożliwym do obalenia. Co prawda formacja rządząca trzyma się, zwłaszcza na tle ówczesnej sytuacji SLD (w tamtym czasie sondaże dawały postkomunistom jednocyfrowe poparcie) bardzo mocno, ale już dalej widać podobieństwa. Formacja Szymona Hołowni cieszyła się dopiero co podobnym poparciem jak Lepper przed siedemnastu laty – i podobnie szybko je utraciła.

Oczywiście, i różnice są niebagatelne. Hołownia to nie autentyczny lider narastającego buntu społecznych nizin, ale rzadki przypadek intelektualisty-celebryty, który postanowił podjąć próbę zmiany oblicza polskiej polityki. Samoobrona rosła dzięki coraz bardziej bezpardonowym atakom i krytyce całej klasy politycznej, transformacji, rządzących postkomunistów i konkurentów z postsolidarnościowej opozycji. Polska 2050 próbuje budować nową jakość przez program i tematy. Choć słów krytyki nie szczędzi ani rządzącym, ani konkurentom, to porównywanie jej w tym wymiarze do formacji Leppera nie ma sensu.

Zupełnie inny elektorat? To już wcale nie tak oczywiste. Rzecz jasna, znaczna część aktywu i wyborców Szymona Hołowni to osoby ponadprzeciętnie „oświecone”. Ekologia, Konstytucja, nauka, tolerancja, praworządność, obywatelskie zaangażowanie. Ale ma również Polska 2050, na co rzadko zwraca się uwagę, spory segment elektoratu, który gdyby deklarował wsparcie prawicy – byłby od dawna nazywany w głównym nurcie komentatorsko-medialnym „populistycznym”.

Przykłady? Badania wskazują, że dotychczasowy elektorat Polski 2050 czuje się najmniej podmiotowy, najbardziej pozbawiony wpływu na sprawy kraju. Frustracja może nie dziwić, ale jednak nie licuje to z wizją oddolnie budowanego energią sympatyków ruchu politycznego. Szczególnie, że ten brak sprawczości wyborcy Hołowni odczuwają na wyższym poziomie niż wyborcy innych partii opozycyjnych (z Konfederacją włącznie) też na poziomie samorządów, gdzie trudno odmówić działaczom PL2050 rzadkiego, obywatelskiego zaangażowania.

Inny, bardziej obrazowy przykład? Wyborcy ugrupowania Hołowni są elektoratem najbardziej spolaryzowanym, gdy chodzi o kwestie zarządzania epidemią. To drugi, najbardziej „antyszczepionkowy” elektorat, obok Konfederacji – liczba osób zdecydowanie odrzucających szczepienia jest nawet wyższa niż wśród jej zwolenników. Równocześnie jest też bardzo wielu radykalny zwolenników szczepienia przeciw COVID-19.

Według CBOS na początku roku (luty, marzec, kwiecień) w elektoracie Polski 2050 przeważali też ci, którzy uznawali obowiązujące wówczas restrykcje za zbyt duże. Ich odsetek znów sytuował tę formację na drugim miejscu za elektoratem Konfederacji. Ale znów – widać tu polaryzację, bo i oceniających obostrzenia jako zasadne było więcej, niż w elektoratach innych formacji opozycji.

Źródło: CBOS, Obawy przed zakażeniem koronawirusem i ocena działań rządu w marcu,

Można więc w uproszczeniu przyjąć, że istotna grupa rozważających w minionym roku głosowanie na Polskę 2050 to elektorat typowy dla „TUP”, czyli – jak określił to autor akronimu prof. Jarosław Flis – tymczasowego ugrupowania protestu.

W największym skrócie chodzi o to, że wyborcy o skłonności do wkurzenia na polityków, szukania nowej nadziei i odczuwający deficyty sprawczości regularnie dają kolejnym „nadziejom” szansę i… dość szybko się rozczarowują. Część z nich dość dynamicznie zmienia sympatie – niektórzy wyborcy lewicowego Palikota łatwo, w pewnej części, przerzucili się na prawicowego Korwin-Mikkego. Niektórzy wyborcy Pawła Kukiza z wyborów prezydenckich w części już parę miesięcy później oddali głos na Nowoczesną Ryszarda Petru.

Można założyć, że dziś istotna część takich wyborców – wędrujących od Leppera do Palikota, od Palikota do Kukiza, od Kukiza do Petru – lokuje swoje sympatie właśnie u Hołowni. Z pewnością utrzymanie obu grup wyborców, umownie nazwijmy je „jaśnieoświeconą/entuzjastyczną” i „chłopskorozumową/sceptyczną” może być w dłuższej perspektywie wyzwaniem dla Polski 2050. Badania w najbliższych miesiącach pokażą, czy odpływy elektoratu po powrocie Tuska obniżyły sumę, a jednocześnie  utrzymały spolaryzowaną strukturę wyborców,czy raczej stał się on w efekcie odpływów bardziej spójny.

Bez podmiotowego Hołowni nie będzie ani zmiany władzy, ani lepszej opozycji

Są dwa zasadnicze powody, dla których warto przyglądać się politycznej przyszłości ruchu Hołowni. Pierwsza to, mnie osobiście dość odległa, perspektywa skuteczności opozycji w dziele przejęcia władzy od PiS. Druga – to kwestia jakości samej opozycji i ewentualnego kształtu przyszłych rządów. Tę trudno już bagatelizować.

Z pierwszej z perspektyw „dołujący” dziś Hołownia powinien być przez anty-PiS postrzegany jako potężne zmartwienie. Jako jedyne ugrupowanie od sześciu lat, obok Konfederacji i krótkotrwałego epizodu zwyżki ludowców w sojuszu z Kukizem, ma zdolność mobilizacji nowych wyborców i chociaż częściowego przejmowania dawnych wyborców Prawa i Sprawiedliwości i Andrzeja Dudy, zapewne głównie tych z 2015. Wynika to właśnie z niedostrzeganego, eklektycznego i niepoprawnego politycznie charakteru tego elektoratu. Część deklaratywnych wyborców Hołowni to też wyborcy rzeczywiście oczekujący nowej nadziei, alternatywy, elektorat „anty-PO-PiSu”.

Ci wyborcy znikną – zdemobilizują się lub zaczną szukać „jeszcze nowszej nowości” – jeżeli Polska 2050 skończy w sojuszu z Donaldem Tuskiem. Z perspektywy zwolenników odsunięcia PiS od władzy to strategia szalona i przeciwskuteczna. Jeśli opozycja ma zwyciężyć PiS, to kluczem do jej sukcesu jest bowiem zdrowy symetryzm Polski 2050. Bez poczucia, że głos na którąś z formacji opozycyjnych w 2023 roku będzie głosem protestu wobec dotychczasowej polaryzacji Kaczyńskiego i Tuska – kilka procent wyborców bądź to zrezygnuje z oddania głosu, bądź to wzmocni Konfederację lub poprze kolejną z formacji protestu, do której to roli chyba coraz wyraźnie aspiruje AgroUnia.

Zwolennicy utrzymania PiS przy władzy powinni kibicować wspólnej liście z Tuskiem i Hołownią. Przeciwnicy rządów Kaczyńskiego – liczyć na to, że Hołownia utrzyma pozycję „drugiego płuca” opozycji i będzie w stanie powalczyć, być może z nowymi sojusznikami na pokładzie, o wynik w granicach wysokich kilkunastu, może nawet 20% poparcia.

Jest jednak i ta druga, ważniejsza perspektywa, którą podzielać powinni wszyscy bez względu na stosunek do rządów prawicy. To kwestia jakości opozycji, standardów polskiej polityki i, w razie wyborczego zwycięstwa przyszłej opozycji, poziom dalszej polaryzacji politycznej w kraju. Z tej perspektywy – podmiotowość i żywotność Polski 2050 należy uznać za obiektywnie pożądane.

Po prostu wobec intelektualnego i strukturalnego uwiądu polskich partii Hołownia wpuścił do polskiej polityki trochę świeżego powietrza. Zaangażował w życie publiczne szereg sensownych, ponadprzeciętnie republikańskich w swoich życiowych postawach aktywistów. Jego pomysły programowe po pierwsze istnieją, a po drugie – przy wszystkich zastrzeżenia są ciekawsze i konkretniejsze niż oferta starych partii opozycji. Opozycja z Hołownią jest lepsza niż bez niego, a przecież jakość opozycji powinna leżeć na sercu wszystkim, nie tylko jej zwolennikom. To jej słabość w ostatnich latach pozwala PiSowi nieustająco obniżać standardy. Również jeśli ewentualny przyszły rząd dzisiejszej opozycji zaistnieje – choć nie sposób wykluczyć, że niegramotność anty-PiSu zagwarantuje Kaczyńskiemu trzecią kadencję – to lepszy będzie z podmiotowym udziałem Polski 2050, niż bez niej lub z osadzoną w roli „kwiatka do kożucha”, uzależnionej od dobrej woli platformerskiej centrali.

Koalicja Polska 2050?

Podsumowując więc, jeśli Hołownia wystartuje w jednym bloku z Tuskiem, to najpewniej nie zmieni w Polsce na dłuższą metę nic: ani władzy, ani jakości opozycji, ani wreszcie samej polityki na lepsze. Jaką ma więc alternatywę? Widać dwie, konkurencyjne wobec współpracy z Tuskiem, ścieżki i trzy warianty.

Pierwsza ścieżka to ta, w której Hołownia utrzymuje samodzielność i co najwyżej obudowuje swoje dotychczasowe struktury pojedynczymi transferami politycznymi, współpracą z samorządowcami czy nowymi aktywistami i ekspertami wchodzącymi na bardziej polityczną drogę. Tu jednak istnieją duże zagrożenia. Hołowni może zabraknąć pieniędzy. Struktury dynamicznego ruchu mogą być niewystarczające na samodzielność w bliskich czasowo wyborach samorządowych i parlamentarnych. Wreszcie – wynik Hołowni w wyborach parlamentarnych może okazać się nieoptymalny. Na dziś scenariusz wyniku na granicy jedno- i dwucyfrowego wyniku wydaje się najbardziej prawdopodobny. Taki scenariusz ratuje co prawda opozycję przed wizją „zmarnowania” części wyborców i utraty głosów buntu zniechęconych współpracą z Platformą i Tuskiem, ale w realiach obowiązującej ordynacji – nie przekłada się na optymalną liczbę głosów w Sejmie.

Druga ścieżka to współpraca z jedną z mniejszych koalicji opozycyjnych. Na dziś – wciąż pewnie Hołownia ma możliwość dogadania się zarówno z Lewicą (lub jej częścią, bo wciąż współtworzą ją jednoczące się w bólach SLD i Wiosna Biedronia oraz pozostające poza tym układem zjednoczeniowym Razem, a ich koalicja ta w tej formie może do jesieni 2023 roku nie dotrwać), jak i Polskim Stronnictwem Ludowym i tworzącą się wokół niego Koalicją Polską.

Kluczowy dla podjęcia decyzji będzie pewnie światopoglądowy wybór samego Hołowni i przynajmniej części jego aktywu. Wielokrotnie na łamach Klubu Jagiellońskiego punktowaliśmy polityczne działania Hołowni. Największym jego grzechem jest w tym kontekście, że próbując prezentować się jako „kandydat dla wszystkich”,w praktyce porzucił szansę na bycie twórcą oferty akceptowalnej również dla konserwatystów. Pisał o tym obszernie u progu jego kampanii Paweł Musiałek, ja zaś krótko po udzieleniu przez Hołownię poparcia Trzaskowskiemu wskazywałem, że wobec takich wyborów trudno będzie mu pozyskać rozczarowanych wyborców PiSu. W „formie” i narracji w wielu kwestiach jest mu zwyczajnie bliżej do lewicy.

Z drugiej strony – katolickie korzenie sytuują go dużo bliżej ludowców. Próba snucia opowieści o bardziej koncyliacyjnej polityce zbliża go pewnie nie do przeciętnej peeselowskiego aktywu, ale z całą pewnością do samego Władysława Kosiniaka-Kamysza. Dość dobrze było widać to na debacie obu liderów, którą organizowaliśmy wiosną.

Gdyby zaś kierować się głównie polityczną kalkulacją – to właśnie współpraca Polski 2050 z ludowcami i ich sojusznikami tworzy największy potencjał synergii. Ludowcy mają dwie rzeczy, których Hołowni może zabraknąć – ogólnopolskie, karne i liczne struktury oraz pieniądze. Dziś notują rekordowo słabe wyniki sondażowe, ale pewnie po instytucjonalizacji i lepszej ekspozycji współpracy z innymi środowiskami (potencjalnie: kolejni poplatformerscy konserwatyści, Porozumienie Gowina, koło „Polskie Sprawy”) – będą oscylować na granicy progu wyborczego. Ich porażka w razie startu w wąskiej formule, historycznie raczej mało prawdopodobna, oznaczać będzie najpewniej kolejną kadencję rządów PiS.

Sojusz Koalicji Polskiej z Polską 2050 zaś niemal gwarantuje dwucyfrowy wynik takiej listy. Więcej, przy odpowiedniej ekspozycji efektu świeżości – daje szansę na „premię za współpracę”. Tę przynieść może stworzenie nowej, poważnej oferty i, co najważniejsze, realnej alternatywy dla części dotychczasowych wyborców PiSu. Taki obrót spraw przyniósł z jednej strony sukces (niespodziewane 8,55% poparcia) PSL-Kukiz-Koalicja Polska w 2019 roku, z drugiej – stworzył wyborczy potencjał Konfederacji po nawiązaniu współpracy prawicowych liderów.

Wreszcie, taki układ przy odrobinie szczęścia i dobrej kampanii mógłby pozwolić konkurować nie tylko o wyborców PiS, ale również walczyć o wynik porównywalny z Koalicją Obywatelską. Wtedy zaś to reprezentanci hipotetycznej „Koalicji Polskiej 2050” mogliby aspirować do roli tego środowiska, które wskaże premiera po ewentualnie wygranych z PiS-em wyborach. Zarówno z perspektywy potrzeby deeskalacji PO-PiSowskiego konfliktu, jak i interesu opozycji, mogłoby to mieć znaczenie przełomowe. Wskazanie kandydata, który „zdemobilizuje” wątpiących zwolenników PiS może zadziałać na wyborczy efekt podobnie jak „schowanie się” Jarosława Kaczyńskiego za Andrzejem Dudą i Beatą Szydło w 2015 roku. Największy potencjał do pełnienia takiej roli ma zaś Władysław Kosiniak-Kamysz, który konsekwentnie w rozmaitych sondażach notuje rekordowo niskie wskaźniki nieufności Polaków. Znów – domniemane premierostwo Donalda Tuska to największy prezent dla PiS przybliżający Kaczyńskiego do trzeciej kadencji. Ewentualny sojusz ruchu Hołowni z Koalicją Polską i innymi środowiskami centroprawicy – czynnik najbardziej sprzyjający zmianie władzy po 2023 roku.

Dziś to wciąż scenariusz trudny do wyobrażenia, choć nie bardziej abstrakcyjny, niż potencjalny sojusz ludowców z Pawłem Kukizem, gdy pisaliśmy o nim bodaj jako pierwsi u progu 2019 roku.

Wymagałby oczywiście wcześniej czy później ideowej decyzji Hołowni i jego otoczenia. A także, a może przede wszystkim, ich świadomości, że powiewające na ubiegłotygodniowym kongresie partii tęczowe flagi nie powinny przysłaniać obietnicy budowy formacji, która będzie komunikować się ze wszystkimi grupami Polaków, obniży poziom polaryzacji i doprowadzi do końca PiSowsko-platformerskiego chocholego tańca.

Czy Hołownia i jego ruch się na to zdecydują – wciąż trudno ocenić. Na pewno jednak dziś, po sondażowo-medialnej ścieżce zdrowia wywołanej „efektem Tuska”, jest to na pewno bardziej prawdopodobne niż pół roku temu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.