Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Państwo zredukuje prywatne zadłużenie – szalony wymysł czy dziejowa konieczność?

Państwo zredukuje prywatne zadłużenie – szalony wymysł czy dziejowa konieczność? Mufid Majnun/unsplash.com

Pomysł wydaje się szalony. Dr Johnna Montgomerie proponuje w swojej książce Should We Abolish Household Debt („Czy powinniśmy znieść dług gospodarstw domowych”) odgórną redukcję prywatnego zadłużenia pod postacią kilku prostych programów i regulacji. Jeszcze 15 lat temu nikt by czegoś takiego nie wziął na serio. Dziś jednak doświadczenia kryzysu 2008 roku i niestandardowej polityki pieniężnej stanowiącej odpowiedź na niego, a także dekady stagnacji gospodarczej i rosnących nierówności, zmieniają perspektywę ekonomistów.

Słownik świata finansów

Problem poruszany przez Mongomerie sięga kryzysu z 2008 roku. Jeśli chcemy go zrozumieć, musimy wpierw zdefiniować kilka kluczowych pojęć z dziedziny finansów. Pierwszym z nich jest sekurytyzacja, której banki używają w celu pozyskania kapitału. Polega na wyizolowaniu z bilansu (zestawienia majątku firmy i źródeł jego finansowania) pewnych aktywów, np. grupy kredytów hipotecznych, z których tworzy się papier wartościowy – aktywa te stanowią jego zabezpieczenie. Jest on sprzedawany następnie inwestorom, którzy w ten sposób przejmują prawo do przepływów pieniędzy od dłużników. W ten sposób bank de facto pozbywa się ze swojego majątku paczki kredytów i ryzyka ich niespłacenia przez konsumentów, uzyskując zarazem kapitał, na który dawniej musiałby czekać (tj. pochodziłby on z faktycznej ratalnej spłaty zadłużenia). Natomiast dzięki sekurytyzacji bank zarobił już na prowizjach i opłatach okołokredytowych.

Drugim kluczowym terminem jest NPL – non-performing loan, czyli niespłacany kredyt (czasem też kredyt spłacany nieterminowo) lub innymi słowy kredyt przeterminowany, który stanowi utopioną inwestycję ze strony banku. Z czasem następuje jego default, czyli ostateczne uznanie kredytu za niespłacalny na skutek niewypłacalności gospodarstwa domowego. Jak wskazuje Montgomerie, w 2008 r. NPL-e stanowiły malutki odsetek całego zadłużenia, ale rosnąca stopa ich defaultu w końcu doprowadziła do załamania całego systemu finansowego – zsekurytyzowane aktywa stały się bezwartościowe, kredyty coraz częściej stawały się niespłacalne, a instytucje rynku finansowego (często posiadaczami ich akcji były firmy gospodarki realnej) stanęły na skraju bankructwa.

Wtedy konieczne stały się operacje bail-out, czyli finansowane z pieniędzy publicznych ratowanie płynności (zdolności do terminowego regulowania zobowiązań) banków i innych instytucji finansowych, uznanych za „zbyt duże, by upaść” (too big to fail). Przybierały one najczęściej formę wykupu (za pieniądze z budżetów państwowych) toksycznych kredytów oraz papierów wartościowych nimi zabezpieczonych z aktywów banków.

Po trzecie, istotna jest też rola pieniądza fiducjarnego, czyli takiego, za którym nie stoi żadne dobro materialne, np. złoto. Cała gotówka krążąca dziś w obiegu gospodarczym stanowi w zależności od kraju kilka procent całej sumy pieniądza (Montgomerie podaje liczby 2-4%). Dominuje pieniądz bezgotówkowy, czyli wirtualne zapisy stanów kont w bankowych bazach danych. W takich warunkach ilość udzielanego przez bank kredytu ogółem nie jest ściśle powiązana z wielkością sumy złożonych depozytów. Oczywiście nie jest to zupełna samowolka. Istnieją regulacje określające minimalny stosunek wielkości całej akcji kredytowej banku do sumy jego depozytów, choć jej faktycznym głównym determinantem jest polityka monetarna banku centralnego, która steruje całą podażą pieniądza w gospodarce. Dość jednak powiedzieć, że banki, których źródłem zarobku jest przecież kredyt, mają dziś i miały przed kryzysem o wiele większe możliwości udzielania kredytu niż w systemie waluty kruszcowej.

Gospodarka zależna od długu

Dla niektórych zapewne pomysł radykalnego obniżenia zadłużenia gospodarstw domowych poprzez fiskalną politykę państwa brzmi populistycznie. Czytając książkę dr Montgomerie takie wrażenie szybko mija. Autorka jest bowiem naukowczynią, obecnie wykładającą na King’s College London, nie zaś polityczką czy aktywistką ruchów społecznych. Jej wywód oraz wnioski, które wyciąga, wynikają z wieloletnich obserwacji oraz dogłębnego zrozumienia działania świata finansów. Rozważania o neoliberalnej ideologii czy propagandzie lub lobbingu pochodzących ze strony banków i instytucji finansowych to margines, ułamek treści tej i tak krótkiej książki. Główną jej zawartość można wyrazić w dwóch myślach.

Po pierwsze, cała gospodarka działa źle, a źródłem niestabilności jest sektor finansowy – wiemy o tym od 2008 roku, ale dotychczasowe narzędzia polityki monetarnej i bail-outy instytucji finansowych stanowiły raczej próby ożywienia trupa niż faktyczną naprawę. To gospodarcze zombie już dziś jest przecież w tak słabej kondycji, że prędzej czy później znów przestanie działać.

Po drugie, kluczowa rola dużego, trudnego do spłaty prywatnego zadłużania, które jest zarazem przyczyną i skutkiem wydarzeń z roku 2008, każe nam stanąć przed antygońskim dylematem: albo następny kryzys finansowy wymusi kolejne bail-outy instytucji „zbyt dużych by upaść”, albo dziś dokonamy quasi-bail-outu gospodarstw domowych, czyli umożliwimy im, jako państwo, redukcję długu. Z tych dwóch opcji druga wydaje się dalece lepsza. Nie tylko bowiem likwiduje źródło problemu (lub istotną jego część), nie tylko według szacunków autorki jest o wiele tańsza, lecz także silniej ożywi gospodarkę, stanowiąc spory impuls popytowy.

Przed tym dylematem stawia nas fakt, że źródło poprzedniego kryzysu nie zostało w żaden sposób zablokowane. Chcąc to wyjaśnić, Montgomerie używa pojęcia gospodarki uzależnionej od długu (debt-dependent). Nie chodzi jej o rozmiary długów publicznych państw czy jedynie o samą skalę zadłużenia prywatnego. Autorka ma raczej na myśli bezprecedensowy wzrost znaczenia banków oraz to, że coraz częściej zwykli ludzie muszą korzystać z kredytów. Banki, które do tej pory były biznesem o raczej niskiej marży, stały się jednym z głównych graczy w gospodarce. Wzrósł także ich wpływ na regulacje państwowe i międzynarodowe.

Źródłem tej potęgi jest zadłużenie prywatne. Wynika to z opisanego wcześniej poszerzenia możliwości robienia wielkich akcji kredytowych i finansjalizacji gospodarki. Z kolei zwykli ludzie, konsumenci czy mniejsi przedsiębiorcy coraz częściej muszą z kredytu korzystać, aby mieć dostęp do kluczowych dóbr. Jest to w dużej mierze efektem obserwowanej stagnacji płac i innych negatywnych trendów, a także ogólnego spowolnienia gospodarczego w przeciągu ostatniej dekady. Taki splot czynników sprawia, że według Montgomerie już teraz da się rozpoznać zarzewie kolejnego kryzysu – właśnie w zadłużeniu prywatnym – i prędzej czy później kryzys ten nadejdzie. Wtedy zapewne znów bail-outy będą konieczne, i to pewnie w jeszcze większej skali. Nie jest jednak żadnym rozwiązaniem powiedzieć: dług jest zły i po prostu go zlikwidujmy – temat jest bardziej zniuansowany.

Kredyt a ekonomia moralna

Dla Montgomerie kluczowe jest wyróżnienie złego długu – takiego, który jest destrukcyjny dla funkcjonowania gospodarstwa domowego. Ten rodzaj zadłużenia negatywnie oddziałuje na gospodarkę, m.in. dlatego, że w celu spłacania rat ograniczona musi zostać konsumpcja. Gdyby nie kredyt, to na konsumpcję wydawalibyśmy pieniądze, co napędziłoby koniunkturę.

Należy jednak w tym punkcie oddzielić dwie rzeczy. „Zły dług” niekoniecznie zaciągany jest przez „złego dłużnika”. Pojęcia te należy rozróżnić, ponieważ w dzisiejszych czasach, jak podkreśla autorka, posiadanie dużego brzemienia finansowego nie świadczy o nieracjonalności zadłużonego.

Przykładowo, krótkoterminowe, wysokooprocentowane kredyty, tzw. chwilówki, nie są zaciągane w wyniku głupoty czy lenistwa, lecz raczej przyparcia do ściany, niepowodzenia w pracy i wpadnięcia w pułapkę biedy – słowem, bierze się je w takiej sytuacji, w której chwilówka jest de facto najbardziej racjonalną opcją. Podobnie z kredytem studenckim w krajach anglosaskich, który pociąga za sobą nie tylko dodatkowy stres na studiach. Obciąża on też portfel koniecznością spłacania odsetek przez długie lata. Wielu Amerykanów spłaca długi studenckie jeszcze po czterdziestce. Co więcej, jest to bodaj jedyny typ kredytu, którego nie umarza nawet ogłoszenie bankructwa konsumenckiego. Jak zauważa Montgomerie, dziś zadłużenie się jest sposobem – dla wielu jedynym dostępnym – realizowania konsumpcji podstawowych dóbr, takich jak mieszkanie, edukacja, opieka medyczna, samochód (w USA – kraju o nierozwiniętym transporcie publicznym – bywa to dobro niemal pierwszej potrzeby, umożliwiające dostanie się do pracy) i wielu innych. Nasze gospodarki są więc zależne od długu.

Opisane powyżej zmiany w funkcjonowaniu banków i rynków finansowych, wzrost kosztów zdobycia wykształcenia, wzrost cen nieruchomości, negatywne trendy na rynku pracy (w szczególności stagnacja płac – nawet dla grup z wyższym wykształceniem) – połączenie tych czynników sprawia, że skala prywatnego zadłużenia bije rekordy. Dla anglosaskiego świata najnowsze dane są następujące: dług gospodarstw domowych w 2020 r. w Zjednoczonym Królestwie wynosi ponad 160 miliardów funtów, prawie 85% PKB. W USA jest to ponad 14 bilionów dolarów – ok. 75% PKB (na marginesie, w Polsce liczby te kształtują się odpowiednio na poziomie ok. 750 mld zł, ok. 35% PKB – nie jest to więc u nas aż tak duży problem, choć mechanizm jest taki sam). Dominującym składnikiem tego zadłużenia są kredyty hipoteczne. Widać wyraźny stopniowy wzrost zadłużenia prywatnego już od lat 90., z lekkim spadkowym trendem po 2008 roku, który szybko znikł. W rezultacie dług na przestrzeni XXI wieku wzrósł dwu-, a nawet trzykrotnie.

Problem stanowi ogromne nawarstwienie szkodliwego długu. Zlikwidowanie tej góry zadłużenia z pewnością przyniosłoby ulgę ogromnej liczbie gospodarstw domowych i ożywiłoby gospodarkę, dając impuls popytowy – już z tych powodów byłoby warte docenienia. Jednak nie mielibyśmy gwarancji, że po jakimś czasie znów nie należałoby wdrożyć takiej reformy.

Omawiane rozwiązanie nie likwiduje w pełni źródła problemu: pogarszających się warunków na rynku pracy, wysokich cen wynajmu lub kupna mieszkania, rosnących do niebotycznej skali nierówności dochodowych i majątkowych, płatnej edukacji itd. Mimo to zniesienie prywatnego zadłużenia stanowiłoby bardzo dobry pierwszy krok do dalszych reform i ogromną pomoc dla ludzi z klasy niższej i średniej. W tym sensie Montgomerie wydaje się realistką. Jej krótko opisane rozwiązanie jest dość proste i teoretycznie nie ma przeszkód we wprowadzeniu go już dzisiaj, w ramach istniejącego prawa,w odróżnieniu od całego pakietu reform zmieniających fundamentalnie działania mnóstwa gałęzi gospodarki. W tym sensie reforma zadłużenia jest mniej utopijna.

Rozwiązania niepozorne w środkach, rewolucyjne w skutkach

Książka zawiera dość jasny program reform, który można wyłożyć w kilku punktach. Po pierwsze, trzeba refinansować istniejący dług do równowartości mediany rocznych zarobków (np. w Wielkiej Brytanii jest to 25 tys. funtów). Problemem nie są niskie stopy procentowe czy ekspansywna polityka pieniężna, które wprowadzane są w celu ratowania upadającego sektora finansowego i podtrzymywania go potem przy życiu, lecz to, że te ustalane przez publiczne instytucje regulacje nie przekładają się bezpośrednio na gospodarstwa domowe.

Cytując badania Banku Anglii z 2012 roku, Montgomerie wskazuje, że jedynie 5% najbogatszych gospodarstw domowych na Wyspach faktycznie zyskało na bail-outach czasów kryzysu (zyskało w sensie porównania opcji, tj. realnie gorzej byłoby im, gdyby bail-outów nie było). Dla dobrobytu pozostałych 95% były one negatywne. Z kolei z najniższych stóp procentowych (czyli taniego kredytu) cieszą się banki, wielcy inwestorzy i najbogatsi, a to, na jaki procent zadłuży się Kowalski, zależy od decyzji banku, oceniającego czasem w dość niejasny i częściowo arbitralny sposób zdolność kredytową klientów.

Stąd pomysł wyrównania „zasad gry” pomiędzy gospodarstwami domowymi i prywatnymi firmami rynku finansowego. Miałby on się realizować poprzez stworzenie z puli środków publicznego funduszu oferującego tani kredyt (na zero procent) do wielkości rocznej mediany zarobków. De facto każdy mógłby w ten sposób refinansować swój stary dług (zamieniając wierzyciela – np. z banku na tenże fundusz) w celu obniżenia stopy oprocentowania, zmniejszenia odsetek, wydłużenia okresu spłaty (autorka proponuje do 7 lat), itd. Wprowadzenie tego projektu w życie oznaczałoby zmianę naszego myślenia. Montgomerie wskazuje bowiem, odwołując się po części do ekonomii moralnej, że taka reforma oznaczałaby uznanie dostępu do taniego kredytu za dobro publiczne.

Drugi filar reformy to faktyczne umorzenie długu. Obecnie banki sprzedają wierzytelności typu NPL do firm wyspecjalizowanych w cesji należności (na marginesie, słynących z brutalnego niekiedy egzekwowania spłaty przejętych zobowiązań). Opłaca się to obu stronom, a banki dodatkowo zyskują, gdyż prawo umożliwia im obniżenie płaconego podatku poprzez zmniejszenie podstawy opodatkowania o wartość całego NPL-a. Autorka proponuje powiązanie tej obniżki podatków z umorzeniem, nie zaś sprzedażą długu. Chodzi o postawienie wierzyciela przed następującym wyborem: możesz jak dotychczas sprzedać swoje należności prywatnej firmie skupującej NPL-e, ale bez zmniejszenia podatku, albo możesz obniżyć podatek, ale wtedy kredyt musi zostać umorzony. W wielu przypadkach prawdopodobnie druga opcja byłaby dla banków bardziej opłacalna.

W praktyce powołany zostałby fundusz, zarządzany przez bank centralny, który realizowałby dwa powyżej opisane rodzaje działalności. Odpowiednio duży zasób środków na gwarancje kredytowe pozwoliłby na oferowanie długookresowych operacji refinansowania – te skierowane byłyby w długi powstałe w 2009 roku lub później. Są to głównie kredyty hipoteczne i konsumenckie, które stały się lub mogą łatwo stać się NPL-ami. Z kolei przeważnie żywą gotówkę fundusz przeznaczałby na realizację drugiego filaru, czyli na faktyczne zlikwidowanie sumy wszystkich typów złych kredytów sprzed 2007 roku poprzez wykup ich od banków i umorzenie. Montgomerie wyróżnia tu m.in. kredyty studenckie, część kredytów hipotecznych, NPL-e (również te już sprzedane przez banki), długi sprzed 2007 roku, za które banki dostały już zapłatę w postaci bail-outów.

Mówimy więc o naprawdę potężnym zastrzyku środków dla gospodarstw domowych. Ale nie jest to przepływ pochodzący z budżetu państwa, lecz z ich pracy – po prostu zostanie im znacznie więcej w kieszeni na koniec każdego miesiąca. W tym wypadku osiągnąć da się „czysty” impuls popytowy – potrzebny nie tylko z powodu kryzysu 2008 roku, lecz także teraz, w związku z rozmiarami kryzysu pandemicznego.

Czy są dobre powody, żeby nie redukować zadłużenia?

Montgomerie argumentuje bardzo przekonująco i próbuje też przewidywać, co odpowiedzą na jej pomysł krytycy. Na przykład mógłby ktoś powiedzieć: „dlaczego publiczne pieniądze miałyby iść na pomaganie jedynie grupie obywateli – ja przecież nie mam kredytu, a będę musiał za to płacić!”. Owszem, mówi autorka, ale przez ogromną skalę zadłużenia żyjesz w „gospodarce zombie”, którą ożywi jedynie radykalne zdjęcie finansowego brzemienia z wielu gospodarstw domowych, co ostatecznie i tobie się przysłuży. Analogicznie, możesz jeździć elektrycznym samochodem i korzystać z energii słonecznej, ale na ciebie również działa smog – ograniczenie go jest w interesie wszystkich.

Przedstawienie współczesnych warunków działania finansów wyklucza też argument, zgodnie z którym na umorzeniu długów stracą ludzie oszczędzający w bankach. Byłoby tak może w dawnych czasach, kiedy istniało bezpośrednie powiązanie między wielkością sumy depozytów osób oszczędzających a możliwością kredytowania osób w potrzebie.

Oszczędności zwykłych ludzi to de facto gotówka (jeśli mowa o kontach, z których można pobrać pieniądze na żądanie) lub lokaty długoterminowe, które także są kroplą w morzu. Pamiętajmy, że nie chodzi o likwidację całego długu albo o wyzerowanie całego bilansu aktywów banku. Celem jest pozbycie się szkodliwych kredytów – jest to duża porcja, ale bankom spokojnie wystarczy środków na pokrycie zobowiązań wobec oszczędzających.

Książka Montgomerie ma zdecydowanie publicystyczny charakter. Zapewne autorka byłaby w stanie bardziej naukowo uzasadnić swoje tezy, jednak w tym dziele posłużyła się co najwyżej wywodem popularnonaukowym. Nie ma tu modelu ekonomicznego, nie ma też szacunków co do siły prognozowanego ożywienia gospodarczego. Aby przekonać ekspertów, trzeba byłoby takie badania naukowe przeprowadzić. Niemniej Montgomerie wyliczyła prognozowany koszt.

Ogółem wprowadzenie w życie proponowanych pomysłów kosztowałoby połowę tego, co przeznaczono na ratowanie prywatnego sektora finansowego w kryzysie. W tej perspektywie to mało, jednak wciąż jest to suma rzędu 500 miliardów funtów w gotówce i kolejnych 2 bilionów funtów w gwarancjach zapewnianych przez fundusz w Zjednoczonym Królestwie oraz odpowiednio 2 biliony i 8 bilionów dolarów w USA.

Kryzys popandemiczny, który i tak wymusza zwiększenie wydatków państwowych i długu publicznego, może skutecznie odłożyć na później dyskusję nad implementacją pomysłów Montgomerie. Choć trzeba też przyznać, że jest to być może czas, w którym złagodzenie brzemienia zadłużenia byłoby dla gospodarstw domowych największą ulgą, biorąc pod uwagę rosnące bezrobocie i koszty opieki zdrowotnej.

Dr Montgomerie ewidentnie ma talent retoryczny. Swoje tezy ilustruje barwnymi i trafiającymi w sedno porównaniami, pełnymi garściami czerpiąc z kultury i historii. To rzadka umiejętność wśród ekonomistów. Proponowane rozwiązania problemu długu opisuje jako przecięcie węzła gordyjskiego. Swoją pozycję nazywa heretycką, a zwolenników braku zmian kapłanami ortodoksyjnego myślenia. To ewidentne i bardzo trafne odwołanie do reformacji. Trzeba przyznać, że rzeczywiście jej pomysły są równie jasne i rewolucyjne jak 95 tez Lutra, a współczesne bail-outy dla nieodpowiedzialnych banków mają w sobie coś ze sprzedawania odpustów. Wszystkie te zabiegi są jednak celowe. Mają sprawić, że herezja Montgomerie łatwiej trafi czytelnikowi do przekonania. Być może warto w nią popaść?

Portal klubjagiellonski.pl istnieje dzięki wsparciu Darczyńców indywidualnych i Partnerów. Niniejszy tekst opublikowany został w ramach działu „Architektura społeczna”, którego rozwój wspiera Orange Polska.

Tym dziełem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.