Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Liberałowie i nacjonaliści zdominowali pamięć o polskim Lwowie. Czas to zmienić

Kogo z nas, mających za sobą szkołę podstawową, gimnazjum i liceum, ominął Lwów? Chyba tylko tych, którzy nie chcieli słuchać. Wkład, jaki Lwów i ziemia lwowska wniosły w polską kulturę na przestrzeni dziejów, przez ponad sześćset lat będąc obok Krakowa i Warszawy najważniejszym ośrodkiem tworzenia się i rozwoju polskości, został już opisany w dziesiątkach, jeżeli nie setkach tekstów. Jednak po roku czterdziestym piątym w polskiej historiografii widnieje pusta plama zamiast poważnej refleksji na temat tego miasta. Wciąż jednak słychać tu i ówdzie hasło o polskości Lwowa – niestety, najczęściej pada ono z ust radykałów, nie mających o nim najmniejszego pojęcia. Tymczasem polskość Lwowa jest o wiele bardziej rzeczywista, niż senne rojenia wyżej wymienionych. I zupełnie odmienna od ich wyobrażeń.

Przeszczep tożsamości                                    

W pierwszych dniach listopada 1944 r. na Cmentarzu Łyczakowskim miały się odbyć coroczne Zaduszki. Tak się jednak nie stało. W krótkim czasie sześć tysięcy osób zebrało się w jeden tłum, wznosząc okrzyki „Śmierć bolszewikom!”, czyjaś ręka wypisała na transparencie hasło „Nie oddamy Lwowa ZSRR”, a ponad tłumem wyrosła mapa Polski w przedwojennych granicach. Gdzieś daleko stąd Stalin wciąż obiecywał Grabskiemu powrót do dyskusji o ziemiach południowo-wschodnich II Rzeczypospolitej, co w murach miasta pozostawało żywym tematem. Na Wałach Hetmańskich i w kamienicach Łyczakowa cały czas szeptało się o linii Curzona, że być może jeszcze nie wszystko stracone. Ktoś ze zgromadzonych na cmentarzu zaintonował „Mazurka Dąbrowskiego”. Za chwilę śpiewali wszyscy.

Trzy miesiące później do domów wielu z nich zapuka NKWD i da pięć minut na spakowanie i opuszczenie domu. Pojadą w bydlęcych wagonach na zachód, lub w gorszym wypadku – w  zimne i nieprzyjazne tajgi Sybiru. Będzie to ich początek końca, jako ludzi mieszkających w swoim mieście. Później już nigdy nie będą mieli innego miasta, choć trafią w różne ośrodki, nierzadko tętniące kulturą i życiem towarzyskim. Oni jednak do końca życia, jak chociażby Stanisław Lem, będą deklarować swoją lwowskość.

Taki był początek wielkiej operacji NKWD, zadającej ostateczny cios polskim mieszkańcom Lwowa. Wojna unicestwiła jednak nie tylko Lwów polski, w rozumieniu ludnościowym położyła także kres Lwowowi wielu kultur. Polska straciło miasto, które było ostatnią tego rodzaju emanacją dziedzictwa wieloetnicznej Rzeczypospolitej, jej fenomenu w postaci wielonarodowej i wielokulturowej mozaiki.

Z tygla kulturowego Lwów przemienił się w miasto, jakim nigdy nie było – jednonarodowe, z miażdżącą przewagą ludności ukraińskiej. Znalazło się przez to w nietypowej dla zachodnioeuropejskich miast sytuacji – straciło pokoleniową ciągłość. Po latach w grodzie Lwa nie było praktycznie nikogo, kto mógłby wspomnieć przedwojenne czasy. Z jednej strony kurtyny – we Wrocławiu, Gliwicach czy Londynie – znaleźli się Lwowiacy przedwojenni, niezmiennie czuli na punkcie honoru swojego miasta, z drugiej do ich niedawnego domu napływali już nowi, ukraińscy mieszkańcy (z początku również rosyjscy, choć ich liczba stopniowo malała). Znaczna część z nich jeszcze długo po przeprowadzce uciekała z powrotem na rodzimą wieś, gdy tylko miała ku temu sposobność.

Prawiednik na peryferiach historii

Oficjalna, szeroko znana historia polskiego Lwowa, kończy się razem z traktatem jałtańskim. Jej przewrotność tkwi jednak w tym, że poza głównym nurtem, pod powierzchnią tego, co gruntownie zbadane i opisane przez historyków, żyje historia niedopowiedziana, której ze świecą szukać w mainstreamie debaty publicznej. Taką opowieścią jest historia tych Polaków, którzy we Lwowie pozostali.

W 2010 r. wrocławska dziennikarka, Anna Fastnacht-Stupnicka, postanowiła nieco wydobyć ją na powierzchnię. W swojej książce Zostali we Lwowie  pisze: „W moim rodzinnym, wrocławskim domu od dziecka słyszałam rozmowy dorosłych o Lwowie. Wspominali studenckie lata – wtedy najczęściej wybuchali śmiechem; albo lata okupacji – wtedy dyskutowali z powagą; albo zsyłki – wtedy ściszali głos. Czasem opowiadał ojciec o swoim stryju Edwardzie Fastnachcie i kuzynce Janinie, w domu nazywanej Naną. Przy stryju Edwardzie zawsze padało zdanie: został we Lwowie na straży kultury polskiej. Ależ to działało na wyobraźnię! Romantyczny heroizm, narodowa misja”.  

Edward Fastnacht nie był jedyny. Lwowa nie opuścił także znany geniusz matematyczny, Stefan Banach. Po powtórnym zajęciu miasta przez Armię Czerwoną, Banach kontynuował swoją pracę akademicką w murach Uniwersytetu Lwowskiego. Mimo że przygotowany był jego wyjazd do Krakowa, gdzie miał zająć stanowisko wykładowcy na Uniwersytecie Jagiellońskim, przeprowadzka ostatecznie nie doszła do skutku. Banach zachorował na raka płuc i 31 sierpnia 1945 roku został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim. Pogrzeb ten przerodził się w kolejną wielką manifestację patriotyczną, tym razem polskiego środowiska akademickiego, jeszcze pozostałego w mieście.

Mówiąc o polskim Lwowie powojennym, nietaktem byłoby pominąć postać księdza doktora Henryka Mosinga. Jeśli bowiem istnieje ktoś, kto zasługuje na miano patrona lwowskiej, powojennej polskości, to jest to właśnie on. Podtrzymując na duchu i opiekując się Polakami w dobie ateizacji i wynarodowienia, zyskiwał sobie szacunek i autorytet także u innych społeczności. Rosjanie nazywali go „prawiednik” – co w języku rosyjskim oznacza człowieka prawego, żyjącego w zgodzie z zasadami moralnymi. Opiekował się także sierotami różnego pochodzenia: polskiego, ukraińskiego, żydowskiego czy rosyjskiego. Doczekał upadku ZSRR, zmarł w 1999 r, a lwowscy Polacy powołali do życia fundację jego imienia.

Jak więc wyglądają, w świetle postaci takich, jak ksiądz doktor Mosing, okrzyki osób, które hasłem polskiego Lwowa puentują swoją antyukraińskość i zwyczajną ksenofobię? Czy zdajemy sobie sprawę z konsekwencji, jakie niesie za sobą przyzwolenie na taką retorykę? Jeżeli polskiego Lwowa nie zacznie się częściej opowiadać jako historii uniwersalnej, bazującej na podstawowych, ludzkich uczuciach, nasi rodzimi nacjonaliści zrobią to za nas.

Mało tego, zrobią to tak, że za parę lat jakiekolwiek wspominanie o polskiej historii stolicy Galicji będzie w Polsce traktowane jako wyraz najgorszej formy zaściankowego nacjonalizmu. Byłaby to niewyobrażalna wprost tragedia dla polskiej kultury. Do tego samego zmierza również druga, „liberalna” strona barykady, w swojej naturze niespecjalnie zainteresowana historią Lwowa, za to pierwsza, która wyjdzie przed szereg w powielaniu frazesów o „okupacji”, ewentualnie „kolonizacji ziem ukraińskich”, co jest kolejnym uproszczeniem historycznym, żenującym wcale nie mniej, niż hasła głoszone przez tych pierwszych.

W czym tkwi problem? Polski Lwów jest ideologizowany. Przede wszystkim przez swój ładunek emocjonalny. I bardzo na tej ideologizacji cierpi, a już najbardziej cierpi pamięć o nim. Jest tylko jeden sposób, by temu przeciwdziałać – dla uzyskania możliwie pełnego obrazu Lwowa i jego dziejów, a tym samym uniknięcia ideologizacji, która niesie ze sobą izolację, potrzebne jest nowe spojrzenie na autentyczną, polską twarz miasta

A stanowią o niej nie tylko takie perły polskiej architektury jak Teatr Wielki, Kościół św. Elżbiety czy Cmentarz Łyczakowski. Są to również ci, którzy we Lwowie pozostali i podobnie jak ks. dr. Mosing, przetrwali horror stalinowskich wywózek i prześladowań. To także Polacy, którzy kontynuują swoje tradycje w granicach niepodległej Ukrainy, jak zmarły niedawno dyrektor szkoły nr. 10 we Lwowie, Ryszard Vinenc, jak załoga polskiego Radia Lwów, pisarka Beata Kost i inni anonimowi rodacy, dbający o to, by pamięć o ich mieście zachowała się w możliwie najlepszej formie. Jest to przecież walka o ich tożsamość. A ich tożsamość jest naszą tożsamością, bez której nie jesteśmy w stanie sprawnie funkcjonować.

Jeśli ludzie zdystansowani od radykalizmów nie przejmą inicjatywy, to konkurencyjne opowieść zdominują naszą zbiorową pamięć. Wspomniana już narracja o „polskiej okupacji Lwowa”, skierowana do osób podatnych na emocje i narodowe kompleksy, zjednuje sobie coraz większe rzesze zwolenników. Dlatego opowiadać trzeba również, a może przede wszystkim, Ukraińcom.

Nie chodzi tu o szukanie utopijnego świata, w którym nagle na Polaków i Ukraińców pada olśnienie, zaczynamy się wszyscy wzajemnie rozumieć, a z YouTube nikną słynne, komentarzowe wojenki. Powinniśmy raczej szukać formy przekazu, która dotrze do tamtejszych sfer inteligenckich, szczególnie do młodych, formy wyczyszczonej z uprzedzeń, ujmującej naszą opowieść z punktu widzenia ogólnoludzkich wartości. Tylko wtedy jest szansa na zrozumienie. I tylko wtedy można mieć nadzieję, że rozszerzy się ono z czasem na szersze kręgi, z potrójną korzyścią – dla Polaków, dla Ukraińców i dla samego Lwowa.

Na weekend donikąd

Czas jednak płynie nieubłaganie i siłą rzeczy coraz mniej rozumiemy sens podnoszenia tego rodzaju tematów. W odpowiedzi mojego pokolenia często można usłyszeć reakcję obronną w rodzaju „nie interesuję się polityką”, „nie znam się na historii”, lub zwyczajną deklarację, że dana sprawa po prostu „nie obchodzi”. Odpowiadający w ten sposób ludzie często bardzo lubią jeździć do Lwowa. Ale jeżeli zapytać, co kojarzy im się z tym miejscem, odpowiadają bez zastanowienia: „tani alkohol i fajne dziewczyny”.

Trudno przychodzi im znaleźć wspólny język z tymi, którzy patrzą na Lwów przez polski pryzmat, lub chociażby przez pryzmat jego historii, i pytają po kolejnym powrocie z podróży w tamte strony: „Ta Ukraina to naprawdę taka atrakcyjna? Bo ja to słyszałem, że tam może i tanio, ale bieda straszna”. Jak więc mamy się dziwić, kiedy rdzenni Polacy ze Lwowa dystansują się od przyjezdnych turystów? Pan Ryszard, wynajmujący swoje mieszkanie turystom z Polski, mówi, zaciągając wyraźnie po lwowsku: „Ta żeby ja wiedział, skąd u nich takie zachowanie. Rano normalny, grzeczny, a wieczorem jak się na mieście takiego spotka, to aż wstyd się przyznawać”.

Co ciekawe, spora część ukraińskiej młodzieży, z miast położonych bardziej na wschód, ma zadziwiająco podobne podejście. Nudzi ich, gdy słuchają tych męczących kolegów ze Lwowa, jakie to ważne dla Ukrainy miasto, że tu taka historia, taka kultura, że język ukraiński. Oni tu przyjechali się pobawić, wypić, potańczyć, wot i wsio. Lwów w tym wypadku świetnie spełnia rolę rentgena tych dwóch społeczeństw, polskiego i ukraińskiego, na pierwszy rzut oka tak dalekich, a jednak tak sobie bliskich w sferze mentalnej.

Ładunek znaczeniowy Lwowa obnaża te podobieństwa i wyciąga je na światło dzienne. Może więc warto, w gronie ludzi czujących więź nie tylko z miastem, ale i z samą Polską, pokusić się o to, by w miarę możliwości spróbować wspólnie zapisać wyrwane karty w historii Lwowa? Bez przekłamań, zacietrzewienia i nacjonalizmów? Polski Lwów, jego historia i kultura, a przede wszystkim ludzie, którzy w tym mieście przeżywali swoje dobre i złe chwile, jest zapomnianym potencjałem, który – jeśli dobrze go wykorzystany – może przynieść wyłącznie korzyści dla każdej ze stron.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.