Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jan Sadkiewicz  18 grudnia 2018

Geopolityczny germanofil? Koncepcja porozumienia polsko-niemieckiego u Stanisława Cata-Mackiewicza

Jan Sadkiewicz  18 grudnia 2018
przeczytanie zajmie 15 min
Geopolityczny germanofil? Koncepcja porozumienia polsko-niemieckiego u Stanisława Cata-Mackiewicza Józef Beck i Joachim von Ribbentrop w styczniu 1939 roku

Krótko przed dojściem Hitlera do władzy Cat-Mackiewicz postrzegał Polskę i izolowane w Europie, rozbrojone Niemcy jako równorzędnych partnerów. Przewidywał jednak niekorzystną, przynajmniej w kilkuletniej perspektywie, zmianę stosunku sił i ostrzegał, że z roku na rok będzie trudniej o kompromis szanujący polskie interesy. Charakterystycznym elementem taktyki politycznej proponowanej przez Mackiewicza było „sprzedawanie” polskiego poparcia dla różnych inicjatyw niemieckich na arenie międzynarodowej w zamian za ustępstwa w stosunkach dwustronnych. Redaktor „Słowa” ostateczne zwycięstwo narodowych socjalistów uznawał za zgodne z polską racją stanu – tym bardziej, im trudniej i później im ono przyjdzie. Przedłużająca się walka wewnętrzna w Niemczech była bowiem najsilniejszym atutem polskiej dyplomacji, wobec której Cat ponawiał postulat nawiązania bezpośrednich rozmów z Berlinem. W połowie lat 30. krytykował koncepcję równowagi między Berlinem a Moskwą, przestrzegając przed doszukiwaniem się mądrości stanu w neutralności wobec wielkich procesów dziejowych.

„Osobiście nie znoszę Niemców, ich języka, obyczajów, brutalności, nigdy nie gustowałem w ich literaturze. Osobiste najcięższe wspomnienia, najdotkliwsze upokorzenia, związane mam z epoką okupacji niemieckiej, którą przecierpiałem w Wilnie, widziałem w Warszawie”. „Nie ma we mnie nerwu, który by nie był nasycony nie tylko podziwem, lecz i miłością dla kultury francuskiej, dla Francji”. Do tych wyznań Stanisława Mackiewicza dodajmy opinię jednego z jego przyjaciół: „Mackiewicz przy swoich niesłychanych zaletach jest głęboko zrusyfikowany. Ciągle Puszkin i Dostojewski, Dostojewski i Puszkin. Przeplata to jednym, to innym carem”. Osobiste sympatie i antypatie nie przeszkodziły jednak redaktorowi wileńskiego „Słowa” zająć stanowiska chorążego idei porozumienia z Berlinem, wbrew Paryżowi i przeciw Moskwie. Co więcej, stosunku do Francji i Rosji nie sposób pominąć, jeśli mowa o genezie i rozwoju proniemieckiej koncepcji politycznej Cata.

Co prawda w czasie I wojny światowej bliżej było mu do obozu aktywistów, ale nie wynikało to z ukształtowanego systemu poglądów, a raczej z poddania się panującym wówczas nastrojom. Od 1914 roku pozostawał też pod wpływem czołowego przedstawiciela tej orientacji, Władysława Studnickiego, którego wielokrotnie wskazywał później jako swojego mistrza. Akt 5 listopada 1916 roku powitał z radością, ze zwycięstwem państw centralnych wiążąc nadzieje na wskrzeszenie państwa polskiego. Rozczarowanie sposobem realizacji aktu przyszło jednak bardzo szybko. Już po kilku dniach Mackiewicz wymyślał Niemcom od najgorszych, a po miesiącu wstąpił do POW.

Gdy po kilku latach definitywnie zamienił lancę na pióro i, w sierpniu 1922 roku, objął stanowisko redaktora naczelnego „Słowa”, udostępnił łamy pisma Studnickiemu, który, dobiegłszy w połowie Wielkiej Wojny do kresu swej długotrwałej światopoglądowej ewolucji, pozostał już do śmierci najbardziej zawziętym z nielicznych polskich „germanofilów”. Wpływ starszego o pokolenie działacza na ukształtowanie proniemieckości Mackiewicza trudno przecenić, ale w pierwszych latach „Słowa” młody redaktor nie podzielał jeszcze zasadniczej koncepcji swego mentora. Przypisywał mu jednak autorstwo pewnej reguły politycznej, w której tkwił zalążek przyszłej reorientacji. Nazywał ją „prawem polskiej polityki zagranicznej”, działającym z „przyrodniczą niemal dokładnością”, a z tytułu swych zasług dla jego propagowania nazwał je nawet prowokacyjnie „lex Mackiewicz”.

„Dola i niedola polityczna Polski – definiował je w 1937 roku – jest uzależniona od stosunków pomiędzy Niemcami a Rosją. Jeśli stosunki rosyjsko-niemieckie są dobre (…), to sytuacja Polski jest zła, katastrofalna, rozpaczliwa. Jeśli odwrotnie stosunki między Rosją a Niemcami są złe, jeśli wzbiera antagonizm lub wybucha wojna, sytuacja Polski staje się dobra, mocna, a nawet otwierająca nam mocarstwowe perspektywy”.

Z „lex Mackiewicz” wynikała więc konieczność unikania wojny na dwa fronty, ergo: utrzymywania poprawnych relacji przynajmniej z jednym z wielkich sąsiadów, szczególnie w razie konfliktu z drugim.

Nigdy z Sowietami, z Francją nie za wszelką cenę

Po zwycięstwie bolszewików w rosyjskiej wojnie domowej stało się jasne, że partnerem porozumienia nie może być Rosja – która straciła swą państwowość na rzecz Sowietów. Tych zaś Mackiewicz nie uważał za normalnego partnera gry dyplomatycznej, ale za „fanatyczny kościół wojujący” komunizmu, nazywany z kolei przez Cata „klęską gorszą niż pożar, epidemia, przestępstwem obrzydliwszym niż kradzież, rozbój, morderstwo i gwałcenie”. Do jego wyznawców miał stosunek wręcz niechrześcijański: „Bolszewicy, kiedy zawisają na szubienicach, to powinniśmy naokoło tych szubienic pląsać.(…) Litość wobec bolszewików jest anty-humanitarną, jaką byłaby np. »litość« wobec bakterii dżumy lub innych epidemii”. Dopuszczał porozumienie polsko-rosyjskie, ale kompromis polsko-sowiecki był jego zdaniem z definicji wykluczony.

Co więcej, wschód był naturalnym, jeśli pominąć Litwę Kowieńską, kierunkiem ekspansji terytorialnej, do której, jak sądził Mackiewicz, Polska ze względu na wysoki przyrost naturalny będzie prędzej czy później zmuszona.

Aspiracje terytorialne na zachodzie uważał za zaspokojone, i nie postulował aneksji żadnych terytoriów Republiki Weimarskiej nawet w okresie, w którym zajmował stanowisko antyniemieckie. W początkach publicystycznej aktywności liczył bowiem na rozwiązanie problemu zagrożenia niemieckiego metodą zaproponowaną przez swego drugiego, obok Studnickiego, ideowego mentora.

„W okresie traktatu wersalskiego – wspominał parę lat później – byłem entuzjastą tezy Bainville’a o rozbiciu Niemiec na republikańskie Prusy, socjalistyczną Saksonię, królewską Bawarię, burżuazyjne państewka nadreńskie i katolicką Austrię”. Za działaczem Action Française zarzucał zwycięzcom Wielkiej Wojny, że nie tylko nie naprawili największego w XIX wieku błędu polityki francuskiej (a osobiście Napoleona III), jakim było dopuszczenie do zjednoczenia Niemiec, ale – co gorsza – utrwalili dzieło Bismarcka, niszcząc centra odśrodkowe i wiążąc naród niemiecki zarzutem „winy za wojnę”. Sprzeniewierzyli się w ten sposób tzw. zasadzie relatywizmu politycznego, jak nazywał ją publicysta o największych (zdaniem Mackiewicza) zasługach dla jej spopularyzowania – Adolf Bocheński. Do publicystycznego repertuaru Cata reguła ta weszła na stałe w lapidarnej formie stwierdzenia, że „państwo potężne to państwo, które ma słabych sąsiadów; państwo słabe to to, które ma sąsiadów potężnych”.

Nadzieje na „naprawę” traktatu wersalskiego metodą Bainville’a wzrosły po zajęciu Zagłębia Ruhry przez wojska francuskie i belgijskie w styczniu 1923 roku. Był to zapewne szczytowy moment profrancuskich i antyniemieckich nastrojów redakcji „Słowa”. Jeszcze w tym samym roku Cat porzucił jednak koncepcję rozbicia Rzeszy, a u progu kolejnego zwrócił uwagę na niepokojącą ewolucję stanowiska Francji wobec Polski. Rozczarowanie funkcjonowaniem sojuszu polsko-francuskiego stale odtąd narastało i legło u podstaw nowej doktryny polskiej polityki zagranicznej, usystematyzowanej przez Mackiewicza w lutym 1927 roku w cyklu artykułów, opublikowanych później w broszurze „Kropki nad i”.

„Stoimy wobec niespotykanego w dziejach faktu – pisał Cat – że w sojuszu skierowanym w celu zabezpieczenia się przed jednym i tym samem państwem (Niemcy), jeden z sojuszników (Francja) proklamuje swoją wobec tego państwa politykę ugodową i pokojową i ciągnie z takiego stanu rzeczy wszelkie korzystne konsekwencje, godząc się na to, iż drugi sojusznik (Polska) odgrywa nadal rolę poskromiciela i straszaka i przyjmuje na siebie niekorzystne konsekwencje stąd płynące”. Zasadniczą przyczynę polityki Francji dostrzegał w jej niezdolności do kolejnej wojny, ale przedmiotem krytyki była przede wszystkim postawa Polski wobec tego obiektywnego stanu rzeczy: „Na czym – stawiał pytanie – opierał się sojusz franko-rosyjski, w którym stroną ciągnącą korzyści była niewątpliwie Rosja? Na stałym grożeniu [podkr. oryg.] Francji przez Rosję, że przejdzie do obozu Niemiec. Być może, że w stosunkach franko-rosyjskich tego grożenia było za dużo. Ale u nas stanowczo za dużo było deklaracji urzędowych, że »jedynym«, »jedynym możliwym«, »jedynym dopuszczalnym« sojuszem Polski jest sojusz z Francją”. Naprawę sytuacji należało więc zacząć od zwalczenia przekonania, że Warszawa jest zdana na łaskę i niełaskę Paryża.

Poparcie w zamian za spokój

Szansę na przełamanie niekorzystnej koniunktury widział w próbie złagodzenia antagonizmu polsko-niemieckiego, rzekomo wpisanego w system wersalski. Nieprzejednanie Niemiec wobec Polski uważał za hipotezę, której weryfikacji polski MSZ na razie się nie podjął, mimo że „korytarz” nie był najważniejszą sprawą niemieckiej racji stanu, a znacznie poważniejsze kwestie Austrii, kolonii i granicy zachodniej Niemiec nie przeszkodziły zbliżeniu Berlina z Paryżem.

Rezygnacja z beznadziejnej kontestacji porozumienia francusko-niemieckiego i skierowanie choć odrobiny wysiłku na wyjaśnienie spraw spornych z Berlinem mogłoby, uważał Mackiewicz, otworzyć przed Warszawą nowe możliwości na arenie międzynarodowej. Strategicznym celem tak przeorientowanej polityki powinno być porozumienie trzech najsilniejszych państw kontynentu, czyli Francji, Niemiec i Polski.

Koncepcję tę Cat nazwał „polityką Björkö”, odwołując się do, mającego w jego przekonaniu stanowić pierwszy krok ku „sojuszowi kontynentalnemu”, tajnego traktatu sojuszniczego zawartego (ale później nieratyfikowanego) w 1905 roku na wyspie Björkö przez cesarzy Wilhelma II i Mikołaja II. W realiach powojennych do zajęcia miejsca Rosji w takim trójporozumieniu w sposób naturalny – przekonywał Mackiewicz – predestynowana była Polska. Sygnatariuszom miałoby ono zapewnić supremację i, przede wszystkim, pokój wewnętrzny w Europie, pozwalający na podejmowanie śmiałych przedsięwzięć na zewnątrz (w przypadku Polski – na wschodzie).

Milowy krok na drodze ku orientacji niemieckiej wykonał Cat dwa lata później. Wobec utrzymywania się „nienormalnego” przymierza z Francją i paraliżującego potencjał państwa stanu quasi-wojny z Niemcami, zaproponował rozwiązanie radykalne – poparcie przez Polskę Anschlussu. Zdawał sobie sprawę, w jak rażącej sprzeczności postulat ten stoi z zaliczaną wszak do abecadła polityki zasadą relatywizmu. Ale – argumentował – „sztuka polityki polega […] na wiązaniu swoich planów z siłami żywymi, żywotnymi i do życia zdolnymi, a nie z nieboszczykami politycznymi”. Za przykład takiego „nieboszczyka” podawał Bainville’owską koncepcję podziału Rzeszy; nacjonalizm niemiecki i wynikające zeń dążenia unifikacyjne były już zjawiskiem zbyt silnym, by je zatrzymać lub odwrócić – można było jednak, uważał Mackiewicz, skierować je w pożądaną stronę.

Postrzegając politykę zagraniczną jako sztukę z natury podobną do wojskowości, domagał się wykonania „manewru” dyplomatycznego. „Cała sztuka dyplomacji – pisał później – polega właśnie na »oskrzydleniu« przeciwnika, na odwróceniu jego ataku od głównego teatru”. Poparcie Anschlussu miało być właśnie takim manewrem, odciągającym Niemców od polskiego „korytarza” i trwale kierującym ich zainteresowania na południe, ku Bałkanom i Konstantynopolowi, co stanowiłoby pewniejszą gwarancję zachodnich granic Rzeczypospolitej niż zakrawająca na fetyszyzm polityczny obrona traktatu wersalskiego.

Uzasadnienie dla swej nowej koncepcji Cat znalazł też w dorobku politycznym Bismarcka. Żelazny kanclerz, „z chwilą, gdy w stosunku do jakiegoś państwa swój program stuprocentowo przeprowadził, to starał się to państwo pozyskać sobie na sojusznika. Metoda niesłychanie prosta i logiczna. »Niczego więcej od ciebie nie żądam, więc i ty odżałuj to, co dla mnie straciłeś, a zwróć swoje aspiracje w inną stronę«. (…) Metoda Bismarcka, zastosowana przez politykę polską, nazywa się Anschluss”.

W porównaniu z pierwszymi wezwaniami do nawiązania bezpośrednich rozmów z Niemcami, którym przyświecała przede wszystkim chęć uzdrowienia sojuszu z Francją, nastąpiła istotna zmiana – porozumienie polsko-niemieckie nabierało w oczach Mackiewicza autonomicznej wartości. Umocniło się w nim też przekonanie, że sprawy sporne z zachodnim sąsiadem, acz niemożliwe do zbagatelizowania, nie są jednak tak istotne, aby mogły uniemożliwiać trwałe porozumienie. W początkach lat 30. ubiegłego wieku koncepcja została więc rozbudowana o dwa zasadnicze postulaty, które obok „polityki Björkö” pozostały Mackiewiczowym ceterum censeo zarówno przed, jak i po zainicjowanym wiosną 1933 roku zbliżeniu z Niemcami.

Po pierwsze, bezpośrednim następstwem odprężenia relacji powinno być kompleksowe uregulowanie wszystkich kwestii spornych, przede wszystkim rezygnacji Niemiec z roszczeń terytorialnych wobec Polski, następnie spraw mniejszości, Gdańska, tranzytu przez Pomorze. W tym okresie Cat postrzegał Polskę i izolowane w Europie, rozbrojone Niemcy jako równorzędnych partnerów – przewidywał jednak niekorzystną, przynajmniej w kilkuletniej perspektywie, zmianę stosunku sił i ostrzegał, że z roku na rok będzie trudniej o kompromis szanujący polskie interesy.

Po drugie, zbliżenie z Niemcami nie może być posunięciem doraźnym, ale wstępem do pogłębionej współpracy, trwale oddalającej groźbę nawrotu antagonizmu. Warszawa i Berlin powinny uzgodnić, na zasadzie do ut des [zasada wzajemności – przyp. red.], politykę wobec Austrii, Litwy, Ukrainy, międzynarodowej kontroli nad mniejszościami, równouprawnienia w zbrojeniach. Charakterystycznym elementem taktyki politycznej proponowanej przez Mackiewicza było „sprzedawanie” polskiego poparcia dla różnych inicjatyw niemieckich na arenie międzynarodowej w zamian za ustępstwa w stosunkach dwustronnych.

Konkretna oferta wobec Rzeszy powinna być jednak formułowana w sposób przemyślany. Wsparcia można było udzielać zabiegom o uwolnienie od pewnych nałożonych na Niemcy ograniczeń traktatowych, które na dłuższą metę i tak były nie do utrzymania (zakaz Anschlussu, rozbrojenie, reparacje wojenne) lub dążeniom nienaruszającym w niczym interesów Rzeczypospolitej (zwrot kolonii, usunięcie komisarza Ligi Narodów z Gdańska). Polska mogła też bez żalu zrezygnować z przysługujących jej w Gdańsku praw politycznych, niewiele wartych wobec narodowego charakteru Wolnego Miasta, w zamian za zagwarantowanie interesów gospodarczych, co pozwalałoby liczyć, w perspektywie kilkudziesięciu lat, na polonizację miasta. W każdym wypadku kluczowe było wyczucie chwili i decyzja o działaniu w odpowiednim momencie – poparcie polskie przestawało być warte kupna, gdy dana sprawa stawała się przesądzona.

Samotna walka „Słowem”

Mackiewicz z wielkim zainteresowaniem obserwował burzliwą scenę polityczną schyłkowej Republiki Weimarskiej, postrzegając ją jako front wojny cywilizacji europejskiej z jej największym zagrożeniem – komunizmem. Partnera do polityki porozumienia upatrywał początkowo w tamtejszej odwetowej prawicy, reprezentującej korzystniejszy z polskiego punktu widzenia, bo nieograniczający się tylko do odzyskania Pomorza, program rewizjonistyczny; z kolei jej antykomunizm mógł stanowić płaszczyznę porozumienia z Polską. Z podobnych względów wiosną 1932 roku zwrócił uwagę na wzrost popularności narodowych socjalistów, co wraz z ówczesną upokarzającą kondycją Niemiec na arenie międzynarodowej uznawał za optymalne warunki do wykonania postulowanego „manewru”.

Zadowoleniu z konfliktu wewnętrznego, absorbującego siły wszystkich ugrupowań niemieckich, towarzyszyła obawa o możliwość zwycięstwa komunistów, co musiałoby doprowadzić do najgroźniejszego dla Polski porozumienia Berlina z Moskwą. Sukces Hitlera i rozpoczęte przez niego represje antykomunistyczne Mackiewicz powitał więc wręcz entuzjastycznie. Ostateczne zwycięstwo narodowych socjalistów uznał za zgodne z polską racją stanu – tym bardziej, im trudniej i później im ono przyjdzie. Przedłużająca się walka wewnętrzna w Niemczech była bowiem najsilniejszym atutem polskiej dyplomacji, wobec której Cat ponawiał postulat nawiązania bezpośrednich rozmów z Berlinem.

„Torowania przez jego artykuły w tępych łbach naszych dyplomatów drogi do porozumienia polsko-niemieckiego nie sposób będzie pominąć w przyszłych podręcznikach historii” – podsumował ten etap publicystycznej aktywności Mackiewicza Adolf Bocheński.

Mimo tego dorobku nawet Cata zaskoczył zwrot w stosunkach Warszawa-Berlin, jaki nastąpił wiosną 1933 roku. Pojednawcze wystąpienia Hitlera uznał początkowo za posunięcie taktyczne, choć uzasadnione szeregiem problemów politycznych, przed jakimi stanął nowy kanclerz. Stosunkowo szybko nabierał jednak przekonania o szczerości niemieckiej oferty.

W nieufności, jaką musiała wywołać w Polsce, w rozczarowaniu, jakie wzbudziła w Niemczech, dostrzegał dowód determinacji Hitlera w dążeniu do poprawy relacji, co, podobnie jak ówczesną słabość i izolację Niemiec, należało wykorzystać dla wynegocjowania maksymalnie korzystnych warunków porozumienia.

Optymizmowi co do sytuacji za granicą towarzyszyła frustracja związana z brakiem zrozumienia dla oferty niemieckiej w Polsce. Cat postrzegał „Słowo” jako osamotnionego obrońcę idei porozumienia z Berlinem, stojącego naprzeciw zwartego frontu organów prorządowych, endeckich, żydowskich i socjalistycznych, różniących się jedynie natężeniem nienawiści do Niemców, którzy na przykład endekom wydali się sympatyczniejsi tylko z tego powodu, że prześladują Żydów; inne gazety pisały o Szwabach w takim tonie, jakim w czasie wojny pisze się o nieprzyjacielu: „»Cały naród niemiecki to naród podły i kwita«” – oto wrażenie, które ma co dzień czytelnik Il[ustrowanego] Kurj[era] Codz[iennego]”.

Ta nienawiść, podnoszona do rangi racji stanu, brała się, zdaniem Cata, z nieumiejętności rozpoznania procesów zachodzących w polityce międzynarodowej, skutkującej między innymi pokutującym w Polsce przekonaniem, jakoby Pomorze gdańskie było podstawowym kierunkiem niemieckiego rewanżyzmu. Nie negując samego faktu zagrożenia niemieckiego, potępiał zaliczanie do obowiązków Polski nieustanne alarmowanie o nim świata, za jedyny skutek takiej działalności uważając systematyczne obniżanie prestiżu państwa.

Przeciw prymitywnej antyniemieckości

Podpisanie polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy 26 stycznia 1934 roku wprawiło Mackiewicza w euforię, otwierając okres, bodaj jedyny taki w jego życiu, kiedy polityka zagraniczna Polski była niemal w pełni zgodna z linią jego publicystyki. Ulgę, jaką układ ten przyniósł państwu, porównywał do zakończenia wojny. Rzeczpospolita odzyskała swobodę działania i miejsce należne jej w polityce europejskiej z tytułu posiadanego potencjału (porozumienie Warszawa–Berlin jako gwarancja samodzielności polityki polskiej pozostanie do końca najsilniej akcentowanym przez Cata aspektem koncepcji proniemieckiej).

Podkreślał jednocześnie utrzymanie związku z Paryżem, który postrzegał jako punkt oparcia dla uniknięcia zdominowania przez Niemcy; „podstawą każdej dyplomacji – ujął to rok później – jest działanie w pokoju o dwóch drzwiach”. Staremu sojuszowi należało jednak przywrócić normalność, tj. skończyć z rolą „sojusznika zagrożonego”, skazanego na swego „jedynego możliwego sojusznika”, a w miarę możliwości to Francję wprowadzić w sytuację, w której to Polska będzie dla niej bezalternatywnym aliantem.

Nie zniechęcały go do tego na razie ataki prasy francuskiej, które odbierał wręcz jako potwierdzenie słuszności obranej przez Polskę drogi.

Z czasem zwracał też jednak uwagę, że podobne korzyści – swobodę ruchów na arenie międzynarodowej – porozumienie przyniosło również Niemcom. Jego zdaniem Hitler, zamknąwszy z pobudek ideologicznych drzwi sowieckie, zmuszony był otworzyć drzwi polskie – nie można jednak wykluczyć, że kiedyś wróci do polityki Rapallo. Deklaracji z 26 stycznia 1934 roku nie postrzegał więc Mackiewicz bynajmniej, mimo ogłoszonego triumfu publicystyki „Słowa”, jako końca drogi, lecz raczej jako oczyszczenie pola dla dyplomatycznej ofensywy mającej na celu zapewnienie Polsce trwalszego bezpieczeństwa.

Regularnie, zaczynając od pierwszych dni po podpisaniu układu, powtarzał podstawowe założenia swojej koncepcji: wymóg uregulowania kwestii spornych, uzupełnienia zbliżenia polsko-niemieckiego o porozumienie niemiecko-francuskie. „Byłem i jestem – pisał –zwolennikiem sojuszu z Niemcami, tak jak sojuszu z Francją, a może nawet bardziej niż sojuszu z Francją, ale obawiam się sytuacji, w której będziemy skazani na sojusz z Niemcami. Oczywiście wtedy Niemcy zaczną nas tak samo, albo co jeszcze pewniejsze, jeszcze gorzej eksploatować, niż poprzednio eksploatowali Francuzi”.

Początkowy optymizm ustępował miejsca zaniepokojeniu, w miarę jak postulaty Cata nie były spełniane a koniunktura się pogarszała: wzmacnianie się Rzeszy czyniło kompromisy w relacjach dwustronnych coraz trudniejszymi do uzyskania, a wobec prosowieckiej polityki Paryża koncepcję sojuszu kontynentalnego trzeba było odłożyć na dalszą, nieokreśloną przyszłość, tymczasem zaś gdzie indziej szukać asekuracji dla polityki zbliżenia z Niemcami. Mackiewicz krytykował koncepcję równowagi między Berlinem a Moskwą, przestrzegając przed doszukiwaniem się mądrości stanu w neutralności wobec wielkich procesów dziejowych. Za kluczowy dla wytyczenia kierunku polityki zagranicznej uważał podział Europy na obozy pro- i antybolszewicki, a od Józefa Becka domagał się jasno sformułowanej doktryny.

Adolf Bocheński zarzucił programowi Mackiewicza brak postawienia kropki nad i, czyli postulatu rozbicia ZSRS przy wykorzystaniu antysowieckiego nastawienia Hitlera. Publicysta „Buntu Młodych” nie podejrzewał Mackiewicza o taką naiwność, by wierzył w wieczny pokój, a powściągliwość redaktora „Słowa” wiązał z obawą o wpływ, jaki jego teksty mogą wywrzeć na działania polskiej dyplomacji. Niezależnie od tego, na ile domniemania Bocheńskiego były słuszne, trzeba zauważyć, że jeszcze w połowie 1934 roku Cat odżegnywał się od pomysłów wojennej kooperacji z Niemcami, a zdecydowane poparcie dla polsko-niemieckiej wyprawy na wschód zadeklarował dopiero wtedy, gdy lansowana przezeń idea współpracy z Berlinem chwiała się już w posadach, antydatując je zresztą na parę lat wstecz.

„Jesteśmy zwolennikami polsko-niemieckiego porozumienia, a przecież nie napiszemy nigdy, że Żydzi w Niemczech nie są prześladowani” – pisał Mackiewicz w 1933 roku.

Narodowym socjalistom zarzucał m.in. obłąkany nacjonalizm i poganizację Niemiec, metody ich polityki wewnętrznej potępiał a odrazy do zaprowadzonego w III Rzeszy ustroju nie czuł się zobowiązany ukrywać, podając go za przykład najdalej idącego (obok ZSRS) zniewolenia myśli i działań obywatela. Hitleryzmu, jako ideologii ekskluzywnie niemieckiej (w przeciwieństwie do mającego uniwersalne aspiracje komunizmu) nie odbierał jednak jako zagrożenia dla społeczeństwa polskiego.

Potępienie narodowego socjalizmu czy wspomniana na wstępie osobista niechęć do Niemców schodziły na plan dalszy wobec wytycznych racji stanu, które kazały zwalczać przejawy prymitywnej antyniemieckości, eksponować zdarzenia budujące atmosferę porozumienia a bagatelizować ekscesy przykre.

Na łamach „Słowa” poświęcano temu sporo uwagi; najbardziej wyrazistym bodaj przykładem była kampania przeciw Rocie Marii Konopnickiej, nazywanej przez Cata „pieśnią niewolników” i manifestacją hańbiącego programu politycznego, jakim jest „hasło wzbronienia innym narodom plucia sobie w fizjonomie”. Mackiewicz konsekwentnie domagał się też złagodzenia polityki wobec mniejszości niemieckiej w Polsce, którą postrzegał jako materiał bardzo podatny na asymilację; przewidywał też dla niej rolę dodatkowego czynnika porozumienia z Rzeszą, analogiczną do tej, jaką w stosunkach niemiecko-rosyjskich pełnili w przeszłości Niemcy nadbałtyccy.

Obawiał się z kolei działań mniejszości żydowskiej, która wpływu swej prasy na Polaków używała do prowadzenia antyhitlerowskiej propagandy, instrumentalnie wykorzystując wszelkie zadrażnienia polsko-niemieckie. Ze zrozumieniem, a nawet z podziwem zauważał, że pozbawieni własnego państwa Żydzi podejmują solidarnie działania, leżące w ich najlepiej rozumianym interesie narodowym – w obliczu podziału Europy na dwa bloki nie mogli zająć innego stanowiska, jak antyniemieckie. Ale, kontynuował Cat, III Rzesza jest największym wrogiem Żydów – największym zagrożeniem dla Polski jest ZSRS, a Polacy mają obowiązek kierować się swoim, nie żydowskim interesem narodowym, wobec czego nie mogą odrzucać porozumienia z Berlinem. Rozgrywkę z Niemcami, o ile w ogóle taka jest potrzebna, trzeba odłożyć na przyszłość, kiedy stosunek sił zmieni się na korzystniejszy dla Polski; „chwilę tej wojny powinniśmy wybrać sami i wtedy, kiedy to będzie dogadzało nam, narodowi polskiemu”.

Przed katastrofą

Z czasem coraz większe rozgoryczenie wzbudzało osamotnienie „Słowa” w publicystycznych zmaganiach o utrzymanie „linii 26 stycznia 1934 roku”, a zaniechanie wytłumaczenia społeczeństwu celowości polityki zbliżenia z Niemcami było jednym z pierwszych zarzutów postawionych przez Mackiewicza Beckowi.

Do obowiązków szefa dyplomacji Cat zaliczał podporządkowanie działań wszystkich organów administracji zasadniczej linii polityki zagranicznej. Tymczasem w Polsce koncepcja porozumienia polsko-niemieckiego nie wykraczała poza Pałac Brühlowski; nie uznawał jej ani sejm, ani zachowujący się jak udzielni książęta wojewodowie, ani trwająca w antyniemieckiej histerii prasa.

Raziło to tym bardziej w kontekście dostrzeżonego w połowie 1937 roku „szału polonofilizmu” w III Rzeszy, o którym opinia publiczna w Polsce, utrzymywana w stanie niechęci do Niemców, nie była nawet informowana. Polityka zbliżenia z Niemcami była robiona ukradkiem, „jak byśmy się jej wstydzili” – podsumowywał Mackiewicz, co nie pozwalało wyciągać z niej pełnych korzyści i było na dłuższą metę niebezpieczne.

Obawy spełniły się w roku 1938. Punktem zwrotnym był Anschluss, którego okoliczności stanowiły dla redaktora „Słowa” prawdziwy wstrząs; od tego momentu rozchodzą się drogi Mackiewicza i jego mistrza – kiedy bowiem zdaniem Studnickiego wszystko idzie zgodnie z planem, Cat stwierdza, że polityka zbliżenia z Niemcami nie daje oczekiwanych owoców. Błędu dopatrywał się jednak w wykonaniu, nie w stworzonych na łamach „Słowa” założeniach.

„Od dawna już się zastanawiam – pisał bezpośrednio po zajęciu Wiednia – […] czy to jest dobry jeździec, czy tylko dobry koń. Bo koniem jest idea współpracy pokojowej polsko-niemieckiej, ta idea tak niepopularna w naszym narodzie, jest przecież doskonała, o tyle doskonalsza od innych polskich możliwości, jak od walki na dwa fronty z Rosją i Niemcami, od przyjaźni z SSSR, od deklaracji o »niewzruszalności« traktatu wersalskiego a la pp. Stroński i Zaleski”.

O wypaczenie koncepcji oskarżał Becka; na karb jego nieudolności kładł zmarnowanie zapoczątkowanej w 1933 roku koniunktury, której nie wykorzystano ani na uregulowanie spraw spornych, ani na uzgodnienie z Berlinem stanowisk wobec kluczowych problemów regionu, w związku z czym Polska była dyplomatycznie nieprzygotowana tak na Anschluss, jak i na, stanowiące jego nieuchronne następstwo, okrojenie Czechosłowacji.

Najpoważniejszym zarzutem wobec ministra było asystowanie znaczącemu wzmocnieniu sąsiada bez odpowiedniej rekompensaty: Hitler zajął Austrię – Polska dostała… litewskiego posła w Warszawie; podobnie odebranie Zaolzia, bez uzyskania mającej strategiczne znaczenie granicy polsko-węgierskiej, nie mogło zrównoważyć korzyści, które jesienią osiągnęli Niemcy. Na domiar złego klęskom politycznym, ku irytacji Mackiewicza celebrowanym jako sukcesy, towarzyszyły „rozwarte nożyce” opinii międzynarodowej i krajowej: w Europie Polska uchodziła za sojusznika Rzeszy, w kraju szykowano Niemcom nowy Grunwald.

Bilans kilkuletniej polityki opartej na zbliżeniu z Niemcami Cat ocenił jako, przede wszystkim w świetle zasady relatywizmu, zdecydowanie ujemny, a rok 1938 jako katastrofę i zabrnięcie w ślepy zaułek. W zamyśle związanych z wileńskim „Słowem” autorów idei współpracy polsko-niemieckiej – pisał – miała ona pozwalać na równomierne wzmacnianie obu partnerów, a w perspektywie strategicznej prowadzić do rozbicia ZSRS (co na początku 1939 roku zaliczał już do zasadniczych elementów swojej koncepcji) przy życzliwej neutralności Wielkiej Brytanii i Francji. Wobec naruszenia dotychczasowego stosunku sił między Niemcami a Polską, powrotu Becka do retoryki „równowagi” między Berlinem a Moskwą, niepokojących kombinacji Rzeszy z Ukraińcami, wreszcie zwrotu Hitlera przeciw Zachodowi, koncepcja ta straciła jednak rację bytu – co Mackiewicz przyznał w rozrachunkowym tekście opublikowanym 22 marca 1939 roku. Kropkę nad i postawiły władze II RP, zsyłając go tego samego dnia do Berezy.

„Ciężko jest człowiekowi patrzeć na katastrofę, przed którą przestrzegał, która powinna być zwycięstwem, gdyby się jego plan wykonało” – pisał Cat w czerwcu 1939 roku, niemniej po wyjściu z obozu pogodził się z nową linią polskiej polityki zagranicznej. Dopiero na emigracji wrócił do krytyki Becka z dawną, a raczej z zupełnie nową werwą, przy czym z lansowanej przed wojną koncepcji chętniej przypominał postulat utrzymania przyjaznych relacji z Niemcami – odciął się natomiast zdecydowanie od pomysłu wspólnej krucjaty antysowieckiej.

Niechętnie wspominał też ostatnią próbę wskrzeszenia koncepcji porozumienia z III Rzeszą (w zupełnie innych jednak warunkach), czyli swoją inicjatywę podjęcia rokowań pokojowych z Berlinem, „ramię przy ramieniu z Francją”, głoszoną z zapałem w czerwcu 1940 roku. „Mam prawo do przemawiania w imieniu interesu publicznego – miał wywodzić przed ministrami rządu emigracyjnego – gdyż gdyby w przeszłości słuchano [moich] rad, to obecnie nie siedzielibyśmy w Libourne, ale we Władywostoku”. Próba przekonania prezydenta Raczkiewicza nie dała Mackiewiczowi nic, poza jednym więcej zarzutem w wytoczonej mu rok później sprawie przed Sądem Honorowym Rady Narodowej – obok między innymi bagatelizowania przedwojennych szykan wobec Polaków w Niemczech oraz „hymnów pochwalnych na cześć p. Wł. Studnickiego”. Wyrok nie zapadł, ale Cat nie miał wątpliwości, że byłby dla niego niekorzystny – podobnie jak osąd opinii polskiej o całej koncepcji proniemieckiej, przez wiele lat skazanej na zapomnienie lub wykpienie.

***

„W ostatnich latach – pisał Mackiewicz w lutym 1952 roku – niektórzy ludzie wysuwają moją osobę na ministra spraw zagranicznych. O 14 lat za późno”. Czy konsekwentna realizacja jego koncepcji uratowałaby Polskę przed katastrofą lat 1939–1945 lub zmniejszyła jej rozmiary?

Idea sojuszu z III Rzeszą, odkryta na nowo w XXI wieku, zyskała wielu zagorzałych zwolenników – jako przykład realizmu politycznego przeciwstawianego samobójczej drodze obranej przez władze II RP, i nie mniej zajadłych krytyków – jako ze wszech miar szkodliwa zabawa przeszłością. Ten współczesny spór, z zasady nierozstrzygnięty, trudno sobie wyobrazić bez argumentów Mackiewicza, chociaż jego powrześniowa krytyka Becka, zogniskowana wokół kwestii przyjęcia gwarancji brytyjskich, wydaje się bardziej znana niż postulaty i przestrogi formułowane na łamach „Słowa”. Te ostatnie pozostaną jednak punktem odniesienia dla każdej rzetelnej próby oceny polityki zagranicznej międzywojennej Polski, szczególnie jeśli dorobek Mackiewicza, uzupełniony o argumenty Studnickiego i Bocheńskiego, potraktujemy nie jako objawienie, ale zasób idei, z którego czerpać mógł minister spraw zagranicznych państwa stojącego przed tak poważnymi problemami.

Na tym nie kończy się jednak wartość tej koncepcji. Cat nie ma na swoim koncie takiego traktatu politycznego, jakim na przykład w dorobku Adolfa Bocheńskiego jest Między Niemcami a Rosją; redaktor „Słowa” zasady swej doktryny rozpraszał w setkach wstępniaków, komentarzy i polemik, dostępnych dziś w zasadzie tylko w kilkunastu rocznikach wileńskiego dziennika. Warto jednak przebyć wraz z Catem tę drogę, której niniejszy tekst jest tylko skromnym zarysem – od koncepcji Bainville’a, przez rozczarowanie sojuszem z Francją i próby jego naprawy, po przyjęcie przekonania o kluczowym znaczeniu porozumienia z Niemcami, walkę o jego realizację, wreszcie kryzys i upadek idei – traktując ją nie tylko jako odpowiedź na wyzwania położenia międzynarodowego II RP, ale również jako wykład podstawowych reguł polityki, których uniwersalny charakter czyni je inspirującymi do dzisiaj, także po wyjęciu ich z historycznego kontekstu.

Oby tą książkę przeczytał każdy inteligentny patriota polski – zatytułował Mackiewicz swoją recenzję dzieła Bocheńskiego. O publicystyce Cata można napisać to samo.

Tekst niniejszy to zredagowana wersja artykułu „»Ta idea jest przecież doskonała… «, czyli koncepcja porozumienia polsko-niemieckiego w publicystyce Stanisława Cata-Mackiewicza”, który ukazał się w 2015 roku w książce „Stanisław Mackiewicz. Pisarz polityczny” pod redakcją Rafała Habielskiego i Kamili Kamińskiej-Chełmniak. Zainteresowanych zachęcamy do zapoznania się się z oryginalnym tekstem opatrzonym przypisami. W niniejszej edycji tytuł, śródtytuły, lead i „w skrócie” pochodzi od redakcji klubjagiellonski.pl.