Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Maciej Zając  4 grudnia 2018

Potrzebujemy doktryny cyberwojny sprawiedliwej

Maciej Zając  4 grudnia 2018
przeczytanie zajmie 8 min
Potrzebujemy doktryny cyberwojny sprawiedliwej Depositphotos

Teoretycy wojny sprawiedliwej potrafili sprzeciwiać się panującym powszechnie doktrynom o dopuszczalności świętej wojny i nawracania mieczem. Niektórzy, jak Paweł Włodkowic, czynili to nie tylko z przywiązania do moralnej prawdy, ale także wspierając dyplomatyczny interes wielonarodowej i wieloreligijnej Rzeczpospolitej. Inni, jak Hiszpanie Francisco Suarez, Francisco de Vitoria czy Bartolomeo de las Casas, potrafili wystąpić przeciwko interesowi swojego monarchy i państwa potępiając ludobójczy podbój Nowego Świata. Czytając tych autorów – bez wyjątku teologów katolickich, w większości mnichów – współczesny laicki humanista czuje większą wspólnotę myśli niż studiując autorów wieków późniejszych, od Thomasa Hobbesa począwszy, a na Henrym Kissingerze skończywszy. Postęp moralny poczyniony w wieku XX i XXI wskazuje jednak jasno, że możliwe jest osiągnięcie ideału używania w polityce zagranicznej skutecznej siły bez naruszania wartości humanitarnych i praw niewinnych. Ideał wymaga jednak zawsze porządnej, wytężonej i długotrwałej pracy – intelektualnej, technologicznej, organizacyjnej i edukacyjnej.

„Na wojnie wolno wszystko!” lub „Wojna zawsze jest zła!”. Tani amoralizm przemycany pod płaszczykiem politycznego realizmu albo wygodny pacyfizm przebrany za etyczną szlachetność ciągle są jeszcze obecne w kulturze popularnej i myśleniu zwykłego człowieka na trudny temat moralności na wojnie. Na szczęście, już od ponad stu lat międzynarodowy system prawny nie kieruje się żadnym z tych poglądów. Od końca zimnej wojny coraz częściej za teorią prawną podąża praktyka, co szczególnie widać na przykładzie działań rządów i armii szeroko pojętego Zachodu.

U podstaw tej rewolucji stoi doktryna wojny sprawiedliwej, czyli uporządkowany zbiór wymagających norm i standardów moralnych, który ma swoje korzenie już w starożytności i był rozwijany niezależnie przez wiele różnych kultur oraz systemów myślowych. Wytyczając wąską ścieżkę dla wojny, która ma być prowadzona w dobry sposób, w dobrej sprawie i ku dobremu celowi sprawiedliwego pokoju, doktryna wojny sprawiedliwej coraz bardziej wpływa na kształt naszego świata, czyniąc go miejscem zdecydowanie lepszym.

Zachowania podmiotów, które nie wierzą w ten system wartości – saudyjska wojna w Jemenie, zbrodnie Państwa Islamskiego, zachowanie rosyjskich watażków w Donbasie czy brutalność chińskiej okupacji Tybetu – uświadamiają nam jego ogromną i realną wartość. Pozwalają zrozumieć, że walka o moralnie lepszy charakter wojen wcale nie zakończyła się wraz z uchwaleniem szeregu międzynarodowych konwencji. Także w łonie naszej własnej cywilizacji musimy, w obliczu zdarzających się obecnie co dekadę rewolucji technologicznych w wojskowości, odpowiadać na wcześniej ignorowane pytania o naturę sprawiedliwej wojny. Tutaj także koszt błędu jest ogromny. Razem z myślicielami takimi jak polska filozof Magdalena Baran warto zastanowić się zawczasu, jak chcemy ukształtować coraz bardziej stechnicyzowane siły zbrojne, aby chroniły i wyrażały tak interesy, jak i wartości naszego społeczeństwa.

Sprawiedliwa wojna jako zdobycz cywilizacyjna

Wojna ludów pierwotnych nie miała w sobie nic z moralności. Wiemy to z badań antropologicznych, które prowadzono na Nowej Gwinei jeszcze zanim rządy australijski i indonezyjski rozciągnęły swoją władzę nad tą wyspą, zakazując wojen plemiennych i vendetty klanowej. W doskonałej książce Świat jeszcze wczoraj amerykański antropolog i myśliciel Jared Diamond porównuje straty wojenne udokumentowane w tych społeczeństwach ze stratami poniesionymi przez społeczeństwa zachodnie w wojnach światowych. Malutkie wspólnoty plemienne nie zbliżały się oczywiście do poziomu strat Zachodu wyrażanych w liczbach bezwzględnych, ale jeśli chodzi o procentowe straty całej populacji, to rezultaty walk przypominały straty Polski każdego roku pod okupacją nazistów.

Postrzegając siebie nawzajem bardziej jako kosmitów niż członków tej samej wspólnoty istot ludzkich, ludy Nowej Gwinei nie wahały się, gdy tylko nadarzyła się okazja, zabijać z ukrycia, rzucać się w dwudziestu na jednego, wreszcie wycinać w pień całych wiosek pełnych kobiet i dzieci. Dla społeczeństwa, którego liczebność ograniczała się do co najwyżej kilku tysięcy ludzi było to każdorazowo tragedia na skalę Holokaustu. Podobieństwa między warunkami życia wszystkich wspólnot przedrolniczych pozwalają domniemywać, że los wczesnych ludzi na całym świecie był naznaczony takim samym poziomem przemocy.

W miarę jednak kształtowania się społeczeństw agrarnych i większych organizmów państwowych zaczęto w różnych miejscach naszego globu dostrzegać potrzebę ograniczenia niszczycielskiego potencjału wojen. Wojujący w basenie Morza Śródziemnego zazwyczaj nie niszczyli drzew oliwnych, owocujących dopiero po piętnastu latach od ich zasadzenia. Indyjskie traktaty o dobrym rządzie, pisane w erze największego rozkwitu tej starożytnej cywilizacji, wymieniały szczegółowo różne kategorie osób, których nie powinna dosięgnąć przemoc wojenna (takich jak kobiety, dzieci, starcy, kapłani i żebracy, ale także ranny, śpiący bądź nagi, tj. kąpiący się wojownik wroga). Równie szczegółowe zasady, dotyczące tak dzieci, jak i drzew, podał w Koranie prorok Mahomet, myśliciel jak na swoje czasy wybitnie progresywny.

To zresztą właśnie wielkie religie i filozofie uniwersalistyczne – chrześcijaństwo, islam, stoicyzm, buddyzm – położyły fundament pod moralne myślenie o wojnie, kładąc nacisk na równy udział w człowieczeństwie każdej osoby ludzkiej i możliwość jej nawrócenia.

Ta naturalna wartość każdej jednostki, która była niezależna od jej statusu społecznego lub sposobu życia, zmuszała do uzasadnienia każdego użycia przemocy, dając tym samym początek namysłowi o moralności wojny, a także instytucjom i doktrynom mającym ważyć oraz akceptować bądź odrzucać takie uzasadnienia.

Nie znaczy to oczywiście, że czasach Imperium Arabskiego czy Świętego Cesarstwa Rzymskiego skrupulatnie przestrzegano złożonych zasad wojennej sprawiedliwości, opracowywanych przez teologów i filozofów epoki. Papieskie bulle i interdykty tyczące się ówczesnych wojen nie były jednak dla człowieka średniowiecza niczym dziwniejszym, niż dla człowieka naszych czasów rezolucje i sankcje ONZ. W obu przypadkach w większości ignorowane, przypominały jednak o etycznym aspekcie tak ważkiego i brzemiennego w skutkach przedsięwzięcia, jakim jest wojna.

Teoretycy wojny sprawiedliwej potrafili sprzeciwiać się podówczas panującym powszechnie – i stanowiącym normę w myśli chrześcijańskiej – doktrynom o dopuszczalności świętej wojny i nawracania mieczem. Niektórzy, jak Polak Paweł Włodkowic, czynili to nie tylko z przywiązania do moralnej prawdy, ale także wspierając dyplomatyczny interes wielonarodowej i wieloreligijnej Rzeczpospolitej. Inni, jak Hiszpanie Francisco Suarez, Francisco de Vitoria czy Bartolomeo de las Casas, potrafili wystąpić przeciwko interesowi swojego monarchy i państwa i potępić ludobójczy podbój Nowego Świata w imię Krzyża i Korony. Czytając tych autorów – bez wyjątku teologów katolickich, w większości mnichów – współczesny laicki humanista czuje większą wspólnotę myśli niż studiując autorów wieków późniejszych, od Thomasa Hobbesa począwszy, a na Henrym Kissingerze skończywszy.

Epoka świeckich wojen religijnych

Wraz z nadejściem scentralizowanego, nowoczesnego państwa na pierwszy plan zaczęły się bowiem wysuwać prądy intelektualne głoszące niezależność działań państw od prawideł moralnych. Ich geneza bywała szlachetna. W czasach, gdy obowiązek moralny mylono często z fanatyzmem religijnym, nowe teorie pozwalały władcom na wymówienie się od udziału w wyniszczających nasz kontynent wojnach międzywyznaniowych. Tym niemniej starcia zbrojne wciąż trwały, a stulecia coraz bardziej rujnujących konfliktów, które toczono w imię interesów dynastycznych i dla utrzymania europejskiego układu sił, osiągnęły swój punkt kulminacyjny w hekatombie I wojny światowej. Wówczas ludzkość uświadomiła sobie, że traktowanie wojny jako wyłącznej prerogatywy rządów, która jest niedostępna jakiejkolwiek krytyce moralnej, nawet w obliczu gigantycznych strat osobowych, doprowadzi ją w końcu do zguby.

Warto zauważyć, że nawet w dobie amoralizmu politycznego pewne normy w zachowaniu żołnierzy i polityków ciągle obowiązywały. To w 1907 r. uchwalono Konwencję Haską, początek i podstawę Międzynarodowego Prawa Wojennego. Zabraniała ona wyrządzania krzywdy cywilom czy stosowania niepotrzebnie okrutnych taktyk i rodzajów uzbrojenia. Chociaż w okopach I wojny wiele z reguł tej konwencji zostało złamanych, inne były skrupulatnie przestrzegane przez samych żołnierzy. W ich bezpośrednim interesie było prowadzenie działań wojennych w możliwie humanitarny sposób, gdyż wróg zazwyczaj odwdzięczał się tym samym. Wojen jednak nie zaprzestano. Przeciwnie, jak zauważył brytyjski szef sztabu Henry Wilson w rok po tym konflikcie toczono więcej wojen (i to z większym entuzjazmem), niż było frontów I wojny.

Liberalizm, faszyzm i komunizm w różnych swoich formach i odmianach rozpoczęły celnie nazwaną przez izraelskiego myśliciela Yuvala Harariego epokę świeckich wojen religijnych. Strony walczyły o zaprowadzanie ostatecznego ładu i pokoju, a zatem przyznawały sobie prawo do stosowania wszystkich możliwych metod prowadzących do zwycięstwa.

W połączeniu z rosnącą kompetencją technologiczną i organizacyjną człowieka dało to efekt w postaci najkrwawszej wojny w historii. Zaraz potem zawisło nad świtem ryzyko konfliktu,  który tak naprawdę pierwszy raz realnie zagroził biologicznemu przetrwaniu nas wszystkich. Mowa oczywiści o widmie nuklearnej konfrontacji Związku Radzieckiego i USA.

Renesans wojny sprawiedliwej

To właśnie w najmroczniejszych momentach tej ery tak cywile, jak i wojskowi zwrócili się z powrotem ku doktrynie wojny sprawiedliwej. Doświadczenia wojny w Wietnamie dowiodły bowiem, że nie wystarczało stosowanie samej tylko brutalnej siły i usprawiedliwianie coraz bardziej nieludzkich taktyk widmem przyszłej sowieckiej dominacji. Ameryka przegrała konflikt wietnamski nie dlatego, że brakowało jej siły albo bezwzględności, ale właśnie dlatego, że stosując bezwzględna siłę zapomniała o moralnym wymiarze wojny, alienując amerykańską, wietnamską i światową opinię publiczną (później tę samą lekcję odrabiano na nowo podczas wojen na Bliskim Wschodzie).

Jednocześnie kluczowe zwycięstwo w zimnej wojnie zawdzięczał Zachód w dużej części nie swojej przewadze militarnej, ale swojemu poszanowaniu podstawowych praw i potrzeb swoich obywateli oraz kontrastowi, w jakim stawiało go to z blokiem komunistycznym. Układ Warszawski upadł także dlatego, że major KGB miał mniej zasobów i praw w swoim kraju niż menedżer restauracji McDonald’s w swoim – i nie mógł o tym nie wiedzieć.

Dziś, czterdzieści lat po podjęciu postwietnamskich reform w siłach zbrojnych Zachodu, wojna w ich wykonaniu jest kilkanaście razy mniej brutalna niż kiedyś. Brutalność wojny można policzyć, choć często wymaga to tworzenia szczegółowych baz danych, zastosowania najnowszych narzędzi badawczych i statystycznych, i nie mniej brutalnej szczerości. Odsetek zabitych cywili przypadających na zabitych żołnierzy wroga spadł  niebagatelnie – nie tylko w porównaniu z II wojną światową czy Wietnamem, ale nawet z bombardowaniami Serbii w latach 90. Celowe ataki na cywili, tortury, czy gwałty to sporadyczne incydenty, które można policzyć na palcach jednej ręki, choć przecież towarzyszyły wojnie od tysiącleci.

Nawet krótki powrót zachodniej cywilizacji do instytucji tortur za czasów George’a Busha juniora paradoksalnie ilustruje ten postęp moralny. Personel więzienia z Guantanamo, zamiast odtworzyć koszmar Łubianki, zajmował się wszak głównie wynajdowaniem nowych tortur w wersji light i zasypywaniem prawników Białego Domu pytaniami o zgodność tych metod z Konwencją Genewską. Nie usprawiedliwiając tych zachowań ani na jotę należy zauważyć, ze stanowiły one pełną hipokryzji próbę obejścia przepisów Konwencji, nie zaś otwarte odrzucenie jej ducha i litery na modłę rosyjską czy chińską.

O sprawiedliwość w epoce cyberwojen

Dziś tak politycy, jak i generałowie mówią językiem doktryny wojny sprawiedliwej – nawet jeśli nie zawsze pasuje im przestrzeganie jej wymagających wytycznych. Historia uczy nas jednak, że to właśnie przestrzeganie tych zasad daje najlepszą szansę na długoterminowy sukces.

Wojny rozpoczynać należy tylko w słusznej i ważkiej sprawie. Wtedy i tylko wtedy, gdy bilans strat i tragedii, nieuchronnie jej towarzyszących, nie uczyni naszego wojennego zwycięstwa pyrrusowym. Gdy inne, mniej politycznie spektakularne, ale i mniej brutalne rozwiązania zawiodą. Gdy mamy dobry pomysł na sprawiedliwe i stabilne rozwiązanie konfliktu. Gdy jesteśmy przygotowani, by walczyć tak, aby oszczędzać cywili i nie uciekać się do środków moralnie ohydnych. Na samym końcu zaś, o czym jakże często i jakże tragicznie zapominaliśmy w naszej polskiej historii – gdy sukces naszych działań jest rzeczywiście możliwy.

Te zasady mogą się wydawać proste w artykulacji, nie są jednak łatwe do wcielenia w życie. Nie wystarczy oficjalnie uznać ich prymat. Należy zawczasu – na dekadę lub dwie przed konfliktem – przesycić nimi kadry dowódcze, administracyjne i rządowe. Wpisać je w DNA właściwych instytucji, w szkolenia, regulaminy, wymagania sprzętowe i plany strategiczne. Każdy dzień pokoju, niewykorzystany na namysł i pracę nad rozwiązaniami problemów czasu wojny, to dzień prowadzący do chaotycznych i tragicznych w skutkach decyzji, podejmowanych ad hoc w sytuacjach, w których warunki do namysłu będą jak najgorsze.

Niestety, takich rozważań zabrakło w kwestiach, które są dziś kluczowe dla naszej strategii, polityki, życia gospodarczego czy porządku demokratycznego. Nie zastanawialiśmy się mianowicie nad skutkami rozwoju cyberbroni czy nad możliwością zamienienia mediów społecznościowych w narzędzie autorytarnej kontroli lub polaryzacji i anarchizacji społeczeństw demokratycznych.

Dziś trwa w najlepsze cyberdrenaż technologii z Zachodu na użytek mocarstw autorytarnych, a perspektywa rosyjskiej interwencji w wynik każdych poważniejszych wyborów jest jak najbardziej realna. Co najgorsze, nie mamy narzędzi ani strategii skutecznej, proporcjonalnej i moralnie dopuszczalnej odpowiedzi na tego typu działania.

Ten sam problem dotyka problemu tzw. państw upadłych takich jak Syria, Afganistan, Jemen czy Somalia i związanej z tym zjawiskiem fali uchodźców. Krótkoterminowe interwencje zbrojne, dotychczas kosztowne i rażąco nieskuteczne, ustąpiły miejsca cynicznym głosom o pozostawienie mieszkańców tych terenów na pastwę dyktatorów i watażków różnych typów – jak gdyby takie rozwiązanie mogło się na dłuższą metę utrzymać pokój w zglobalizowanym świecie. W kontrapunkcie do izolacjonizmu i chowania głowy w piasek pozostaje histeryczne podejście do innych kwestii, np. rozwoju broni robotycznej i autonomicznej. Unia Europejska wyznacza w tym momencie – jako jedyne duże mocarstwo światowe – kurs na jednostronne rozbrojenie się w tym obszarze, nie zważając na fakt, że technologie te mogą stanowić odpowiedź na wiele ze strategicznych i militarnych bolączek Europy.

Etyka wojny czeka w niedalekiej przyszłości wcale nie mniej pracy niż w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. Postęp moralny poczyniony w wieku XX i XXI wskazuje jasno, że możliwe jest osiągnięcie ideału używania w polityce zagranicznej skutecznej siły bez naruszania wartości humanitarnych i praw niewinnych. Ideał wymaga jednak zawsze porządnej, wytężonej i długotrwałej pracy – intelektualnej, technologicznej, organizacyjnej i edukacyjnej. Na końcu niezbędne jest właściwe spożytkowanie owoców tej pracy przez świadomych wagi swoich postanowień decydentów. Rzadki w historii naszego kraju okres owocnego pokoju daje nam czas i zasoby, byśmy ten trud podjęli. Jeśli nie wykorzystamy tej szansy, możliwe do uniknięcia tragedie przyszłych wojen obciążą właśnie nasze sumienia.

Materiał został dofinansowany ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa” na realizację projektu „Osiem słów”.