Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Konstanty Pilawa  28 października 2018

Śląsk się budzi, Polska śpi

Konstanty Pilawa  28 października 2018
przeczytanie zajmie 7 min
Śląsk się budzi, Polska śpi Autor ilustracji: Rafał Gawlikowski

Współczesny spór tożsamościowy pomiędzy Polakami a Ślązakami przypomina sytuację z dzieła Francisca Goi Bójka na kije. Obie uwięzione w rytualnym pojedynku strony nie są w stanie przezwyciężyć własnych resentymentów i wzajemnych uprzedzeń. Tymczasem ich „duchowe konstytucje” pokazują, że porozumienie jest zdecydowanie bliżej niż wszyscy myślą.   

Co zagraniczne przewodniki mówią nam o polskich problemach?

Lektura przewodników turystycznych publikowanych przez zagraniczne wydawnictwa może okazać się doświadczeniem nadzwyczaj pożytecznym oraz inspirującym. Okazuje się bowiem, że wygładzony obraz Polski, jaki dostają potencjalni turyści z Francji, Niemiec czy Hiszpanii nie jest wcale aż tak daleki w swojej jednowymiarowości od tego, co sami o sobie myślimy i mówimy. Wystarczy sięgnąć po przykład Górnego Śląska, który w przewodnikach zostaje zredukowany do Katowic, „stolicy polskiego postindustrializmu”. Ten ograniczony obraz dawnego górniczego regionu obecny jest także w rodzimej debacie publicznej. Jego symbolem zostały głośne słowa Jarosława Kaczyńskiego o „zakamuflowanej opcji niemieckiej”.

Cała ta postawa ma jednak swoje historyczne uzasadnienie i jest wypadkową pojałtańskich oraz powojennych zmian etnicznych. Współczesna Polska jest dziedzicem monoetnicznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Jak więc reagujemy na tę regionalną inność? Postawy są dwie: albo zbywamy temat milczeniem, albo uciekamy w emocjonalną krytykę, jak szef Prawa i Sprawiedliwości. Wyjątkiem potwierdzającym tę regułę są górale i Kaszubi, którzy dla skostniałej formy polskiej stanowią kolorowy, folklorystyczny ozdobnik.

Choć na pierwszy rzut oka nie sposób tego zauważyć, kulturowa przepaść między Polakami a Ślązakami wciąż jest istotnym problemem. I to z obu stron, ponieważ dotyka centralnego pytania dla każdego organizmu politycznego – pytania o polityczną tożsamość.

„Duchowe konstytucje” politycznych wspólnot

Mit tworzy tożsamość polityczną. To jedna z najstarszych tez zachodniej myśli politycznej. Za Platonem (Państwo, 376 E) można powtórzyć, że nie oznacza to jeszcze dowolnej interpretacji dziejów wspólnoty na użytek polityczny. Z tego powodu mity możemy podzielić na te, które znajdują swoje pokrycie w historycznych faktach i te, które grzeszą nadmiarem fantazji. Tylko pierwsze z nich mogą być użyteczne dla państwa w ramach społecznej pedagogiki. Carl Jung uważał natomiast, że mit jest istotny dla kodyfikacji wzorców postępowania stanowiących ideał dobrego i skutecznego życia. Stąd historie dotyczące początków państwowości, czasów największej prosperity lub nielicznych herosów walczących o przegraną sprawę w mniejszym stopniu dotyczą faktów, w większym zaś – wartości.

Drogą dygresji i gwoli intelektualnej uczciwości dodać należy, że zreferowane wyżej poglądy klasyków zostały na początku obecnego wieku odkurzone przez grupę warszawskich konserwatystów z Dariuszem Karłowiczem, Tomaszem Mertą i Markiem Cichockim na czele. Pamięć aksjologiczna – termin pierwszego z wymienionych – idealnie wpisuje się w rekonstrukcję agonicznych mitów politycznych, z którymi mamy do czynienia w relacjach polsko-śląskich. Czytamy u Dariusza Karłowicza, że „to, co nazywam pamięcią aksjologiczną, jest odciśniętym w wyobraźni zbiorowej zapisem kanonu wartości będących rodzajem duchowej konstytucji wspólnoty – kanonu ubranego najczęściej w kostium historycznych wypadków”. Spójrzmy więc, jak układają się odrębne „duchowe konstytucje” Polaków i Ślązaków i co można byłoby zrobić, aby tę nikomu niepotrzebną agoniczność przełamać.

Własne doświadczenia jako Polaka urodzonego i wychowanego na Śląsku wikłają mnie w subiektywizm. Dlatego przedstawiona poniżej rekonstrukcja politycznych mitów bardziej opiera się na osobistych spostrzeżeniach niż na fachowej literaturze.

Tożsamość śląska oczami Ślązaka: (a)polityczność

Mit polityczny definiujący „prawdziwego Ślązaka” składa się ze specyficznie rozumianej triady: rodziny, pracy i religii. Te trzy elementy stanowią axis mundi śląskości – całe życie toczy się w ich obrębie. Już na tym etapie pojawia się słuszna wątpliwość: jeśli ideał śląskiego życia obraca się wokół rodziny, pracy i religii, to przecież nie ma w nim miejsca na polityczność. Czy mit polityczny konstytuujący wspólnotę może być apolityczny? Paradoks jest jednak pozorny.

W tym przypadku mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której tożsamość wspólnotowa stanowi jednocześnie polityczną manifestację nieangażowania się w cudze przepychanki polityczne. Śląska apolityczność w tym sensie jest polityczna, że nie toleruje ani gorolskiej, ani niemieckiej polityki. Nie rozmawia się o niej przy rodzinnym stole – jej treść poznaje się wyłącznie za pośrednictwem mediów. Alienacja od „zawodowej” polityki jest integralną częścią śląskiej tożsamości. Dla Ślązaków polityka zawsze jest czymś zewnętrznym wobec autentycznego, codziennego życia.

Funkcja mitu politycznego polega na wytwarzaniu poczucia integralności poprzez świadome lub nieświadome instrumentalizowanie historii.

Skoro Ślązacy zwykle dowiadywali się od Niemców lub Polaków, kim są i do jakiego państwa w danym momencie historycznym należą, to nic dziwnego, że nawet wraz ze zmianami pokoleniowymi, wciąż podejrzliwie i bez entuzjazmu podchodzą do tego, co polityczne. Właśnie w tym duchu należy interpretować wyniki ostatniego spisu powszechnego.

Ponad 800 tysięcy zadeklarowanych Ślązaków nie oznacza jeszcze antypolskiego buntu. To największa jak do tej pory polityczna manifestacja (a)polityczności Ślązaków. Takie wnioski znajdują swoje potwierdzenie w niewielkim poparciu dla Ruchu Autonomii Śląska (RAŚ) – 7% w ostatnich wyborach nie robi na nikim wrażenia.

Tożsamość śląska oczami Polaka: (arcy)polityczność

Stosunek polskiej formy do śląskiej inności wydaje się z tej perspektywy zupełnie niezrozumiały. Reakcje wszystkich moich nie-śląskich znajomych na śląskość sprowadzają się niemal wyłącznie do estetycznego szoku i podejrzewam, że jest to reakcja reprezentatywna dla większości Polaków. Konsternacja, jaka powstaje, gdy w luźnej atmosferze ktoś „zanieczyści” szlachetną polszczyznę twardą i „gburowatą” gwarą jest pochodną jawnej lub skrywanej niechęci. Wychwytywane przez nie-śląskich Polaków niemieckie pochodzenie niektórych słów budzi zażenowanie i nieświadome oskarżenie o pro-niemieckie afiliacje. Za niechęcią i zażenowaniem – powstałymi wskutek zderzenia polszczyzny z dialektem śląskim – idzie brak zrozumienia, a w końcu również brak dialogu.

A ten ostatni jedynie wzmacnia wizerunek Śląska jako przaśnego skansenu nieprzystającego do reszty kraju, a Ślązaków jako podejrzanych krypto-kolaborantów państwa niemieckiego. W tym sensie mit polityczny „ukrytej opcji niemieckiej” zdradza znamiona aktualności. Choć samo sformułowanie Jarosława Kaczyńskiego zostało wyrwane z kontekstu, adekwatnie opisuje nastawienie części Polaków do mieszkańców Górnego Śląska.

Słowa prezesa PiS-u są charakterystyczne również z innego powodu. W debacie publicznej nierzadko pojawia się opinia, że tzw. tożsamość górnośląska jest projektem wyłącznie politycznym. Z kolei postulat utworzenia autonomii i jawna sympatia RAŚ-iu wobec europejskich separatyzmów z Katalonią na czele nie przysparza kwestii śląskiej przychylnych głosów. Mamy więc do czynienia z olbrzymim kontrastem między tym, jak Ślązacy widzą siebie a jak postrzegani są przez resztę kraju. (A)polityczność stanowiąca rdzeń śląskiej tożsamości staje się w oczach Polaka kwestią (arcy)polityczną. Wszelkie przejawy śląskości są dla niego separatystycznym dążeniem przebranym jedynie w konstruowaną na użytek polityczny kulturową odmienność.

W rozkroku między starym a nowym

Śląskość określana jest w fachowej literaturze tożsamością pogranicza. Jak przekonywał brytyjski filozof i socjolog Ernest Gellner, niewielkie odmienności etniczne aspirujące do statusu narodu budują swoją podmiotowość na fundamencie resentymentu – w klasycznym nietzscheańskim rozumieniu tego słowa. „Skoro polityka większych organizmów politycznych zawsze nami pomiatała, to my nie będziemy nigdy angażować się do tej brudnej gry – będziemy uciążliwą drzazgą w oku i co nam zrobicie?”. Śląskość zbudowana jest na prawie negacji przez geografię i historię. (A)polityczny Ślązak ustawia się w kontrze do politycznego mieszkańca Zagłębia, politycznego Polaka, Niemca lub Czecha.

Orężem, który dziś najczęściej używany jest dla podkreślenia własnej inności, jest śląska gwara. Bo co współcześnie Ślązakom pozostaje? Realia są nieubłagane.

Śląska rodzina się zmienia, bo zmienił się model pracy, a i religijność często zaczyna sprowadzać się do obrzędowości. Jak realizować klasyczny etos pracy w korporacji, gdzie nie ma już miejsca na tradycyjnie pojmowane poświęcenie, ryzyko i coraz trudniej mówić o wyraźnych efektach własnych starań? Gdzie żona nie tworzy bezpieczeństwa i domowej harmonii, bo podobnie do męża chce i musi pracować poza domem? To problemy, z którymi konserwatywni Ślązacy muszą się współcześnie mierzyć .

Ideały stawiają jednak opór procesom globalizacji. Stąd tak wielkie zaangażowanie w lokalną kulturę i konstruktywistyczne zapędy kodyfikatorów nieistniejącego przecież „śląskiego języka”. Zjawiska takie jak ślonsko godka na Facebooku, śląski dizajn, czerpiący bezpośrednio z górniczego dziedzictwa, czy nawet znana ze Świętej wojny Joanna Bartel odczytująca z głośnika w komunikacji miejskiej nazwy przystanków po śląsku, prowokują oczywisty wniosek: odmiennością własnej kultury Górnoślązacy walczą o emancypację i większą podmiotowość w monoetnicznym państwie. I całe szczęście! Z kulturą bowiem łatwiej rozmawiać niż spierać się na argumenty historyczne.

Dopiero pokolenie młodych Ślązaków (20-, 30- i 40- latków) próbuje na nowo dokonać kulturowej translacji tożsamości wyniesionej z tradycyjnego domu. Z wielką nadzieją, ale i pewnym niepokojem spoglądam na te często udane projekty kulturalne. Wymownymi przykładami niech będą tu dwie najbardziej rozpoznawalne ikony współczesnej formy śląskiej: Gryfnie Oberschlesien. Marka Gryfnie produkuje wysokiej jakości odzież ze świetnie wykonanymi i zabawnymi grafikami promującymi śląską gwarę. Oprócz tego jest również sprawnie funkcjonującym portalem, na którym można korzystać ze śląskich przepisów kulinarnych, kupić książeczki dla dzieci po śląsku lub nawet publikacje dla dorosłych. Oberschlesien to natomiast dobrze znany w całej Polsce zespół grający tzw. industrial metal. Teksty grupy dotyczą niemal wyłącznie tematów związanych z Górnym Śląskiem. W wyróżniającym się utworze Richter refren dowodzi, że pomimo upadającego ciężkiego przemysłu, kopalniane dziedzictwo wciąż stanowi oś śląskiej tożsamości: „Kaj stary stoi szyb / Kaj ôjcōw stoi dom / Kaj richtich woniŏ chlyb / Tam jŏ swōj Hajmat mŏm / Kaj huty woniŏ dym / Kaj fury pchajom zaś / Kaj czŏrnŏ hŏłda jest / Tam Hajmat świynty nasz”. To dla mnie jeden z niewielu przykładów lirycznego tekstu napisanego śląskim dialektem o poważnej (wręcz patetycznej) wymowie, który jednocześnie nie wzbudza we mnie ani zażenowania, ani ironicznego uśmiechu.

Pojawiają się jednak wątpliwości.

Czy rzeczywiście z gruntu wsobną kulturę śląskiego folkloru można komercjalizować w tak swobodny sposób, nie narażając jej zarazem na utratę autentyczności? Jak daleko można posunąć się w promocji, aby nie ulec pokusie sztucznego konstruowania tożsamości na użytek zewnętrzny?

Zarówno Gryfnie, jak i Oberschlesien zdradzają pewne objawy konstruktywizmu.

Najcięższy zarzut dotyczyć musi języka. Dość nachalnie proponuję w tym tekście mówić o śląskiej „gwarze” lub „dialekcie”, bo przekonany jestem, że wbrew opinii wielu entuzjastów język taki nie istnieje. Jedynie posługując się teorią postmodernistyczną można dziś zasadnie mówić o „śląskim” – w tej optyce, aby uznać jakiś system porozumienia za pełnoprawny język, wystarczy autoidentyfikacja jego użytkowników. Jeśli Ślązacy uważają, że mają swój własny system językowy, to mają i na tym kończymy dyskusję.

Słabość takich teorii polega jednak na tym, że językiem można właściwie nazwać wszystko, co służy komunikacji. Nie potrzebujemy oddzielnej gramatyki, własnej ortografii czy nawet własnych słów. Jeśli jakkolwiek odczuwamy inność, możemy postulować istnienie własnego języka. Na tej zasadzie gwara krakowska również mogłaby zostać nazwana językiem. Reszta językoznawców (posługujących się bardziej poważnymi teoriami) jest zgodna – śląski to nie język, lecz dialekt. Nawet znany z sympatii do Górnoślązaków profesor Miodek kręci głową z powątpiewaniem: „Mogą mieć moi ziomkowie do mnie żal, ale konsekwentnie będę powtarzał, że jedyną literacką formą śląskiej gwary jest literacki język polski”.

Ten brak kulturowej niezależności jest na Śląsku widoczny i nie dotyczy wyłącznie języka. Dla przykładu: z pewnym smutkiem przyjąłem informację, że większość utworów Oberschlesien to covery Rammsteinu z dopisanym śląskim tekstem, który czasem stanowi po prostu tłumaczenie piosenek niemieckiej grupy metalowej. Gryfnie natomiast oprócz świetnych projektów graficznych proponuje w swoim sklepie internetowym śląski przekład Nowego Testamentu, co jednak wydaje mi się przekroczeniem pewnej granicy. Nie zagłębiając się w oddzielny temat, podchodzę sceptycznie do wszelkich przekładów Biblii na gwarę. Przekład na dialekt śląski jest jeszcze mocniej kontrowersyjny – nie istnieje bowiem ujednolicona wersja tej odmiany języka polskiego. Na czele z dwiema dominującymi formami zapisu, a więc z odmianą elementarzową oraz międzywojenną ortografią Feliksa Steuera, funkcjonuje jeszcze kilka innych rodzajów „śląskiego pisma”. A jeśli tak, to przekład Biblii narażony jest na niedopowiedzenia i niedokładności. Pomijając sferę religijną, czy jakikolwiek poważny tekst kultury można kalać taką dawką translacyjnego konstruktywizmu?

Każda kulturowa translacja na warunki lokalne wymaga wytyczenia jasnych granic. Finalny efekt tak swobodnych zabiegów może okazać się negatywny dla obu stron. Ucierpi na tym zarówno kultura polska, jak i tradycyjnie wsobna autentyczna kultura śląska. To właśnie od tego należy zacząć dyskusję. W przeciwnym razie jedyne, co nas czeka, to narastający konflikt.

Polsko-śląska bójka na kije

Nie chcąc polegać jedynie na bezpośrednich doświadczeniach, podam teraz przykłady dwóch charakterystycznych tekstów. Oba potwierdzają obecność polsko-śląskich i śląsko-polskich antagonizmów.

Mój redakcyjny kolega Mateusz Tondera na swoim oficjalnym facebookowym profilu zamieścił sążnisty, dwuczęściowy wpis.

Czytamy tam: „Górnośląskość to dla mnie od zawsze estetyczny szok, za którym postępuje instynktowna niechęć, co wreszcie prowadzi do ostrożnej i podszytem niepokojem fascynacji. Wyobraźcie sobie, że w ogrodzie u sąsiada odkrywacie ogromnego chrabąszcza w typie owadów, o jakich byliście przekonani, że żyją może gdzieś na Borneo czy w lasach Panamy. Zdziwienie, groza, ostrożna ciekawość”.

Zwolennik teorii postkolonialnej zacząłby się w tej chwili trząść z irytacji. Jeśli podrzędną politycznie inność porównuje się do nieprzyjemnego widoku owada, to należy bić w najcięższe dzwony dehumanizacji podszytej rasizmem!

Nie chcąc prowokować niepotrzebnie negatywnych emocji, chciałbym jednak ostrożnie pochwalić to ekscentryczne porównanie. Zdradza ono bowiem typowe nastawienie Polaka do śląskości. Tondera zdaje się sądzić: Ślązak to skansen, to nieadekwatność, to ordynarne nieprzystawanie do postszlacheckiego wzorca Polaka późnej nowoczesności! Z estetycznego szoku autor przechodzi do bardziej radykalnych wniosków. Skoro Ślązacy są tak odrębni, to niech uzyskają oficjalnie status mniejszości narodowej, a dialekt tak różny od polskiego niech zostanie przyjęty jako pełnoprawny język tego nowego tworu.

Na szczęście konstatacje te zostają później uwikłane w wątpliwości i rozterki. Ostateczne remedium pozbawione jest potencjału politycznego rewolucjonizmu: „Polska potrzebuje wobec Śląska nowej narracji. Samoistne, chociaż w sumie naturalne, połączenie peerelowskiej z narodowo-polską może się okazać nie tyle nawet niewystarczające, co zbyt antagonizujące i archaiczne. Specyfika i odrębność Śląska domaga się uznania, odrębności historyczne i kulturowe mogą zostać uzgodnione na »wyższym« poziomie polskości traktowanej kulturowo i inkluzywnie”.

I tutaj pełna zgoda. Nie da się jednak wypracować inkluzyjnego modelu polskości, reagując jednocześnie uczuleniowo na śląską inność. Ślązak to nie owad na Borneo, ale współczesny człowiek zamieszkały w bliskim sąsiedztwie, a więc zanurzony również w polskiej codzienności (jak słusznie w innym kontekście wskazuje Tondera).

Drugi tekst – podejmujący problem tym razem z perspektywy śląskiej – stanowi właściwie lustrzane odbicie pierwszego. Szczepan Twardoch kilka miesięcy temu napisał dla Onetu emocjonalny felieton będący jednocześnie polemiką z Leszkiem Długoszem – wieloletnim współpracownikiem „Piwnicy pod Baranami”.

Twardoch – zdeklarowany Ślązak – w takich słowach przedstawia swój stosunek do Polski: „Moim pisaniem pomagam rozkładać i rozmontowywać ten spotworniały, zdegenerowany konstrukt, kościółkowo-powstańczo-romantyczny kompleks, tę tajemniczą mieszaninę ignorancji z arogancją, dumy z nieswoich zasług zmieszanej z całkowitym brakiem wstydu za cokolwiek, potocznie zwaną polskością”. Emocjonalność podszyta lekturą Gombrowicza sprowadza się ostatecznie do refleksji na temat języka śląskiego. A ten to dla pisarza „język intymny”, polski natomiast nie jest zarezerwowany wyłącznie dla Polaków. Piszę po polsku, bo potrafię to robić, po polsku też lepiej płacą – zdaje się konkludować Twardoch. W tym samym tekście pisarz podkreślał jednak, że nie wyklucza zaangażowania się w projekt literacki oparty wyłącznie o dialekt śląski.

Długo nie trzeba było czekać. Drach – powieść wydana po polsku w 2014 roku, właśnie doczekała się śląskiej edycji. Co prawda oryginalny tekst został przepisany na gwarę nie przez Szczepana Twardocha, a niezależnego tłumacza, to jednak sam fakt warty jest odnotowania. Pierwszy raz powieść popularnego współczesnego polskiego pisarza została przetłumaczona na „śląski” i wydana w prestiżowym wydawnictwie.

Wytykanie katalogu polskich wad, uczuciowy stosunek do śląskiego dialektu i jedynie użytkowe posługiwanie się językiem polskim są dla Ślązaków charakterystyczne. Takie postrzeganie Polski jest elementem śląskiego mitu – wiecznego poczucia bycia wykorzystywanym ze strony demonizowanej Warszawy.

Nawet jeśli sytuacja została dziś obrócona o 180 stopni, to znaczy śląski przemysł nie jest już dłużej drenowany przez stolicę, a wręcz reanimowany przez rząd, ma to niewielkie znaczenie. Wielkim zadaniem dla Śląska jest takie pomyślenie siebie, żeby coś ze śląskości pozostało, nawet po wyłączeniu poza tożsamościowy nawias antypolskich resentymentów.

Cała ta intertekstualna polemika Mateusza Tondery ze Szczepanem Twardochem wywołała we mnie luźne skojarzenie z Bójką na kije – dziełem Francisca Goi, które doczekało się nawet lirycznej interpretacji Jacka Kaczmarskiego. Malowidło przedstawia scenkę rodzajową: dwaj mężczyźni, grzęznąc po łydki w ziemi, pojedynkują się na śmierć i życie. Goya chciał ponoć w ten sposób przedstawić jeden z hiszpańskich zwyczajów pojedynkowania, który popularny był wśród ludności chłopskiej. Dzieło często odczytuje się jednak w ramach politycznej alegorii.

Wzajemne okładanie się mitami politycznymi nie ma większego sensu. Realny problem nieprzystawalności Śląska do formy polskiej nie może zaczynać się i kończyć na obustronnych resentymentach. Skoro – z racji politycznej i kulturowej dominacji – więcej mocy sprawczej znajduje się w rękach polskiej strony sporu, to od kogo jak właśnie nie od Polaków należy wymagać wyciągnięcia ręki?

Jeśli polskość ma być dla Ślązaków atrakcyjna, musi oferować bardziej inkluzyjny model kulturowy. Taki, w którym deklaracja Gente Silesius, natione Polonus będzie afirmowana przez obie strony. Zadanie, jakie stoi przed Warszawą, to „skaszubizowanie” swojego stosunku do Śląska w takim stopniu, by śląska „inność” nie była już balastem, ale nową jakością dla polskiej formy. Ślązacy natomiast w obliczu nowej globalnej rzeczywistości ani nie mogą pozostawać kulturą wsobną, ani konstruować w dowolny sposób własnej tożsamości. Jeśli nie chcą wyprzedać swojej autentycznej tożsamości, muszą z większym entuzjazmem przystąpić do kulturowego dialogu z polskością.