Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Hanna Groborz  11 sierpnia 2016

Dizajn made in Śląsk

Hanna Groborz  11 sierpnia 2016
przeczytanie zajmie 9 min
Dizajn made in Śląsk gryfnie/Facebook.com

Nie brakuje im ani chęci, ani kreatywności. Swoje pomysły i lokalny patriotyzm przekuwają na gotowe projekty. Odczarowują stereotyp kopalnianego, szarego i smutnego regionu, w którym hanysi wadzom się z gorolami, a w prowadzonej działalności są skuteczniejsi od niejednego profesjonalnego programu promocji regionalnej. O kim mowa? O śląskich artystach tworzących nowoczesny dizajn i pokazujących, że lokalne przywiązanie może być powodem do dumy.

Kojarzycie Państwo Huberta i Annę Dwornioków, mieszkających przy ul. Korfantego 13/6 w Katowicach – bohaterów serialu „Święta wojna”, emitowanego na antenie telewizyjnej Dwójki? Prawdopodobnie tak. Niemądry Bercik w każdym z 322 odcinków realizował swoje zwariowane pomysły, zwykle w ukryciu przed żoną Andzią i w kooperacji – lepszej lub gorszej – ze swoim kolegą warszawiakiem, Zbigniewem Pyciakowskim, powtarzającym co chwilę charakterystyczne „Nie ma to tamto!”. Czasem szli do knajpy Alojza, żeby spotkać się z Gerardem, Ernestem i resztą hanysów. I tak przez 10 sezonów. Serial czasem śmieszył, często żenował, jeszcze częściej denerwował przez operowanie nierzadko krzywdzącymi stereotypami; jednym słowem – wzbudzał w widzach mieszane emocje, zależne zapewne od regionu, z którego odbiorca pochodził. Nie da się ukryć, że w pewien – choć nieco ułomny – sposób stanowił próbę reklamy Śląska. W końcu, obok języka polskiego, pojawiała się w nim ślōnskŏ gŏdka, a akcja rozgrywała się na ulicach Katowic (nawiasem mówiąc, nie należały one jeszcze wtedy do najpiękniejszych miejsc na świecie).

Taka promocja regionu nie spełniła jednak oczekiwań ludzi, którym bliski sercu jest zarówno Śląsk, jak i ogólnie pojęta estetyka, ukrywających swoje lokalne przywiązanie z obawy przed oskarżeniami o kicz albo też zwyczajnie nieutożsamiającymi się z modelem przedstawiania śląskiego życia zaproponowanym przez twórców „Świętej wojny”.

Z tych powodów powstały śląskie marki dizajnerskie, promujące szeroko rozumianą kulturę regionu – a więc gwarę, topografię czy architekturę. Trafiają do grona odbiorców wcześniej „nieaktywnych”, do których artyści sami niedawno należeli – trafiają, wychodząc naprzeciw im oraz nowoczesności, zrywając ze stereotypem gŏdki nadającej się jedynie do skansenu i przedstawianej jako gatunek wymierający.

„Gryfnie” znaczy pięknie

Z osób, które w swojej twórczości postanowiły postawić na świeżość, z pewnością wyróżniają się Klaudia i Krzysztof Rokselowie, małżeństwo odpowiedzialne za markę Gryfnie produkującą dziś odzież i gadżety okraszone w całości Śląskiem i nim inspirowane. Zaczęli w listopadzie 2011 roku, kiedy to założyli fanpejdż na Facebooku. Zdecydowali wówczas stworzyć coś nowego, co przyciągnie młodych ludzi do gwary i tutejszej kultury. Okazało się, że, mimo niszowej tematyki, popularność profilu rosła dość szybko: w kilka miesięcy udało im się uzyskać kilkanaście tysięcy „lajków”, a liczba ciągle rosła (stan na dziś to niemal 75 tysięcy polubień). Profil oparty był o udostępnianie zdjęć przedmiotów z ich śląską nazwą – miało to pomóc w zapamiętywaniu śląskich słów; przy okazji taka forma pozwalała na generowanie dużej ilości treści, co z kolei ułatwiało skuteczne wybicie się Gryfnie w logarytmach Facebooka.

Kilka miesięcy później Rokselowie postanowili założyć osobny serwis. Zanim do tego doszli, przejrzeli Internet w poszukiwaniu stron o podobnym profilu tematycznym. Natrafili na kilka witryn opowiadających o Śląsku, jednakże pierwszym, co rzuciło się w oczy był brak estetyki; zamiast niej – wszechobecna przaśność. Znaleźli wówczas profesjonalnego grafika, zainwestowali w stronę, a w zakładce „Ło nos” napisali: „Gryfnie to je po polsku ładnie i pięknie. (…) Wsłuchujymy sie w  bicie syrca dzisiyjszego pokolynio i podug tego łonaczymy ślonski projekt „gryfnie”. (…) Skisz tego, że przajymy ślonskij godce, chcymy sie niom asić i pokozać z trocha inkszyj strony- barżij współczesnyj”.

Kolejnym krokiem rozwoju marki było rozpoczęcie produkcji odzieży i gadżetów. Rokselowie nie przewidzieli jednak, że popularność produktów będzie tak duża – niektóre wręcz rozeszły się na pniu.

Rozszerzyli więc i usystematyzowali działalność; dziś w swoim asortymencie oferują przede wszystkim koszulki dlo babów, dlo chopówdlo bajtli, bluzy, torby (np. tasze na maszkety, czyli słodycze), skarpetki-zokipyrlikiemżeloskiem tworzącymi górniczy herb, ale także książki tematyką związane z regionem, gustowne kubki, magnesy, a nawet gry (np. planszówkę „Familok” albo śląskie memory „Spamiyntej ślonski słowa”).

Oprócz sklepu, znajdziemy na Gryfnie zakładki „Kultura”, „Muzyka”, „Warzyni” (gotowanie) czy też „Bydzie się dzioło”. Zainteresowanych etymologią niektórych słów zadowoli Słownik Ślonski, z którego dowiemy się, co to znaczy łonaczyć, czym jest wihajster i do czego służy dinks, zaś zakładka wideo zawiera filmy z serii „Jeżech stond” ukazujące m.in. sylwetkę Szczepana Twardocha czy Roberta Talarczyka. A to wszystko tworzone jest w śląskiej gwarze i w sposób nieprzywołujący rubasznych skojarzeń.

Kup sobie Nikisz

Równie szeroką gamę produktów oferuje kolejny projekt o śląskich korzeniach – Qdizajn. Zrobiło się o nim szczególnie głośno, kiedy jedna z jego autorek, Monika Kudełko, pokazała, jak według niej mogłyby wyglądać plakaty filmowe, gdyby dane filmy były produkowane na Śląsku. I tak oto mogliśmy podziwiać Haje we kosmosie, a więc Gwiezdne wojny, Pyjtra (Piotrusia Pana) czy też Frelkę ze sztracheclami (Dziewczynkę z zapałkami). „Chciałam nawiązać nazwą, ale i rysunkiem do naszego regionu. Dla przykładu >>Hobbit. Niezwykła podróż<< to u mnie >>Utopek. Dupno rajza<< i widać na nim kominy, Spodek i Pomnik Powstańców Śląskich. Chciałam nawiązać nim do Śląska” – komentuje Kudełko.

Na plakatach Qdizajn się nie kończy – mamy więc dizajnerskie ubrania (także dla niemowląt), torby i gadżety, a wśród nich prawdziwy hit – śląską wersję Eurobiznesu, która dopiero od kilku miesięcy jest dostępna w sprzedaży.

„Ślonsko grajfka” („grajfka” oznacza zręczność, talent) to również dzieło Kudełki i, podobnie jak poprzednie, jest ono mocno zakorzenione w śląskiej gwarze, w której to napisana została zarówno instrukcja, jak i karty do gry. Gra składająca się wyłącznie ze śląskich miast, zawiera m.in. takie pola jak: familok z robotniczego osiedla, Muzeum Śląskie w Katowicach albo Kopalnia Guido w Zabrzu. „A dej pozór co trefisz na  Pyrzowice we mgle, to czekosz trzi kolejki”.

Węgiel dla ozdoby

Kolejnym projektem zasługującym na uznanie jest powstała w 2010 roku w katowickiej dzielnicy robotniczej Załęże pracownia bro.Kat, zajmująca się projektowaniem biżuterii – i to zupełnie nietuzinkowej, bo wykonanej z… węgla. Autorki pomysłu tak mówią o swoim projekcie: „Nazwa pracowni to transformacja pierwszych sylab naszych imion (Bogna, Roma) oraz nazwy miasta, w którym żyjemy i pracujemy – Katowic. Ich połączenie tworzy słowo bro.Kat, kojarzące się z czymś mieniącym, ozdobnym. Brokat to bezpośrednie nawiązanie do „czarnego złota”, jak na Śląsku nazywa się węgiel. Niegdyś na nim budowano bogactwo regionu, dziś, gdy jego rola jako paliwa kopalnego spada, staramy się odkrywać go na nowo w naszej działalności projektowej”. Owo odkrywanie skutkuje naprawdę niespodziewanymi efektami: można sprawić sobie kolczyki, pierścionki, a nawet broszki; męskiemu gronu odbiorców bro.Kat oferuje także eleganckie spinki do mankietów. Biżuteria pokryta jest specjalną warstwą chroniącą przez plamami, a całość zręcznie komponuje się ze srebrnymi elementami.

Historia tej marki doskonale pokazuje rosnące zainteresowanie oryginalnymi produktami lokalnymi. Pierwsze dwa lata działalności Roma Skuza, jedna ze współautorek bro.Katu, opisuje jako okres wzlotów i upadków. „Jeżeli rok zamykałyśmy na zero, był to sukces”. Dziś produkty bro.Katu (tzw. Hochglance) można zdobyć w sklepach w całej Polsce; są także eksportowane do 30 krajów. I już nie trzeba czekać, aż z węgla wytworzy się diament. Wystarczy sam węgiel.

Brud, który myje

Surowiec ten wykorzystuje także inna marka, już nie odzieżowa, a kosmetyczna. Sadza Soap – bo o nich będzie teraz mowa – to firma stworzona przez Martę Frank i Marcina Babko, oferująca kosmetyki, których bazą jest węgiel aktywny – składnik słynny ze swoich właściwości oczyszczających, regenerujących i przeciwbakteryjnych.

Premiera produktu odbyła się w grudniu 2012 roku podczas Silos Falami Fest – śląskich targów sztuki i dizajnu, a czarne mydło w kształcie węgla promowane hasłem „Sadza odmładza!” rozeszło się błyskawicznie.

W następnym roku rozpoczęli już działalność na dobre – wtedy uzyskali opatentowany znak towarowy oraz wszelkie potrzebne atesty dermatologiczne i załatwili formalności niezbędne do dalszego prowadzenia działalności. Wreszcie znaleźli miejsce przeznaczone na produkcję i nazwali je Białą Fabryką Czarnego Mydła (od białego wystroju wnętrza). Ich popularność rosła szybko, już w 2014 roku mydło było oficjalnym produktem na berlińskich targach Design It. In Silesia. Od tamtego czasu swoją ofertę poszerzyli – dziś można u nich dostać nie tylko mydło w kształcie węgla, ale także szampon z węglem aktywnym, czy peeling do twarzy i ciała. „Teraz Sadza Soap dla Śląska jest jak Biały Jeleń dla Polski” – tak sukces firmy komentuje Marta Frank. Twórcy zapewniają, że produkty wyprodukowane w 100% z naturalnych składników będą odpowiednie nawet dla osób z wrażliwą skórą. Sadza Soap, podobnie jak bro.Kat, ma swoich odbiorców nie tylko w Polsce, ale także we Francji, Wielkiej Brytanii czy Portugalii.

Z moderną na plecakach

Kolejnym elementem, który zdecydowano się popularyzować poza obszarem Górnego Śląska jest katowicka architektura, wszak Katowice „moderną” stoją. Właśnie ten kierunek obrali sobie dwaj studenci architektury, którzy stworzyli markę Cuda Krowskie. Produkują plecaki, torby i poduszki – na każdym egzemplarzu umieszczają jeden z przykładów śląskiej moderny; wszystko robione ręcznie. Wśród wzorów mamy zatem sławny katowicki Drapacz Chmur czy choćby Spodek.

Poczytaj o Śląsku

Śląsk da się także w umiejętny sposób reklamować na kartach książek, a tego dowiodła z kolei Joanna Furgalińska, absolwentka katowickiej ASP, ilustratorka książek i autorka „Ślonskiej godki – ilustrowanego słownika dla Hanysów i Goroli”, przybliżającego znaczenie niektórych zapomnianych już słów śląskiej gwary, a także „Ślonskiej kuchni dla Hanysów i Goroli”.

W kręgu literatury należy również wspomnieć o wydanej w 2014 r. pracy doktorskiej Zofii Oslislo-Piekarskiej pt. „Nowi Ślązacy”.

Publikacja ta, nie tylko napisana, ale również w całości zaprojektowana przez autorkę, jest zbiorem czternastu wywiadów – historii ludzi, którzy zdecydowali się tworzyć na Śląsku, po śląsku i o Śląsku, kreując tym samym nowy model śląskości, pozbawiony archaicznego podziału na hanysówgoroli, przyjezdnych i tutejszych, czy antagonizmów na linii Śląsk-Polska.

Oslislo stara się dociec, skąd bierze się fenomen dizajnu czerpiącego z tradycji miejsca, zwraca uwagę, że Śląsk jest tym terenem, w którym ludzie zaczynają czuć się za siebie odpowiedzialni, a ta odpowiedzialność wyrosła z poprzednio ukształtowanego mitu pracy. Wśród osób, z którymi rozmawia autorka, znajdziemy m.in. twórców Gryfnie, bro.Katu czy Sadza Soap, ale także Ewę Kucharską, śląską ilustratorkę i autorkę książki „Śląskie mity”, Joannę Sowulę, inicjatorkę Haja! Kolektywu, który to już w 2009 r. dążył do zmiany odbioru regionu wśród ludzi spoza Śląska, czy też Irmę Kozinę, autorkę publikacji „Ikony designu województwa śląskiego”. Oslislo zadbała o wszelkie szczegóły i z prawdziwym pietyzmem dopracowała „Nowych Ślązaków” – niech nie dziwi zatem wygląd wydawnictwa. Czarna okładka, czarne brzegi stron. „Nawet na tym poziomie chciałam, żeby ta książka była mocno wyprowadzona ze Śląska, ponieważ mówi o stereotypach, o tym jak projektanci z nimi grają i jak próbują je przepracowywać. Najsilniejszym stereotypem jest jednak węgiel i to, że jesteśmy regionem kopalń, stąd miała być ona takim czarnym pudełkiem, które w środku będzie bardzo kolorowe” – komentuje autorka.

Owej kolorowości z pewnością Śląskowi odmówić już nie można, bo to właśnie ten region, jak prawdopodobnie mało który w Polsce, potrafi umiejętnie wykorzystywać swoje bogactwa. Co ciekawe (i być może przez niektórych niezauważone), prym w działaniu wiodą przede wszystkim kobiety, co zdaje się potwierdzać istniejący stereotyp śląskiej baby. „Portret silnej, odpowiedzialnej i zaradnej kobiety jest niezbywalną częścią tzw. śląskiego mitu. A mity mają to do siebie, że nie ulegają deformacji; rzeczywistość ich po prostu nie obala. Prawdą jest natomiast, że wiele cech pozytywnych, jakimi charakteryzują się dziś Ślązaczki w ogóle, miało i ma odzwierciedlenie w życiu. W trudnych warunkach kobiety na Śląsku wytworzyły własny etos, pomagający przetrwać ich rodzinie” – mówi prof. Kazimiera Wnuk, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego.

Wydaje się, że nawet węgiel, który niegdyś stanowił – oprócz ekonomicznej siły – również wizerunkową słabość tego regionu przejawiającą się w stereotypowych skojarzeniach (Śląsk jest czarny i brudny z węgla, Śląsk to tylko kopalnie etc.), udało się przekuć w regionalny i światowy sukces.

Podobnie sprawa ma się z bardzo odmiennie promowaną śląską gwarą: podczas gdy jedni kultywują tradycję nagrywania szlagierów, czyli prostych tekstów wyśpiewywanych do charakterystycznych, równie prostych melodii, przez niektórych uznawanych za kicz (nie chciałabym tu jednak przesądzać o wartości artystycznej szlagierów, bo o gustach się nie dyskutuje), inni idą z duchem czasu, spełniając się w opisanych wyżej projektach albo prowadząc „zwyczajne” profile na Facebooku (doskonałym przykładem jest tu profil „Rubens był z Bytomia” publikujący obrazy flamandzkiego malarza w formie memów ze śląskim podpisem).

„Bo to wszystko bierze się z tego, że Ślązacy mają taką potrzebę artykułować artystycznie swoje ego” – komentuje we wspomnianym cyklu „Jeżech stond” Robert Talarczyk. Obserwacje tę potwierdza rzeczywistość.

Tekst powstał ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach priorytetu „Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2016”. Jest częścią projektu Polacy Inspirują.