Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Krzysztof Mazur, Piotr Trudnowski  10 września 2018

Świat nie kręci się wokół Kaczyńskiego. Odpowiadamy Piotrowi Semce

Krzysztof Mazur, Piotr Trudnowski  10 września 2018
przeczytanie zajmie 13 min
Świat nie kręci się wokół Kaczyńskiego. Odpowiadamy Piotrowi Semce Fot. Piotr Drabik, CC BY 2.0, www.flickr.com/photos/drabikpany

W „Do Rzeczy” redaktor Piotr Semka opublikował „List Konserwatysty Zmiany do Konserwatysty Umiaru”. Uznaje w nim, że Klub Jagielloński „opuścił obszar pracy eksperckiej i koncepcyjnej i wkroczył na obszar realnej polityki”. Ostrzega, że niebawem zderzymy się „z koniecznością odpowiadania na pytania, na które dziś nie mamy obowiązku odpowiadać”. Przekonuje, że między recenzowaniem  a realizowaniem polityki jest różnica jak „między pisaniem wierszy miłosnych a skutecznym podrywaniem dziewczyn”. Odpowiadamy z pełnym przekonaniem: nie jesteśmy poetami!

Szanowny Panie Redaktorze!

minionym numerze „Do rzeczy” napisał Pan do nas list. Z sympatią i zainteresowaniem wypowiedział się tam o ostatnich działaniach Klubu Jagiellońskiego (i kilku innych środowisk), za co serdecznie dziękujemy. Dokonał Pan jednak wielu daleko idących interpretacji, więc publiczne odniesienie się do nich wydaje się nam niezbędne.

Nie zgadzamy się na redukowanie sporu do stosunku wobec PiS

Stosowany przez Pana efektowny publicystycznie podział na Konserwatyzm Zmiany (Pan) i Konserwatyzm Umiaru (my) redukuje się do tego, na ile popiera się zmiany wprowadzane przez obóz aktualnie rządzący. Chcąc zdefiniować nasze stanowisko pisze Pan: „W większości są to ludzie, którzy z różnych powodów nie potrafili znaleźć się w obozie PiS. Nie pasowali do trzymanej twardą ręką przez Jarosława Kaczyńskiego struktury władzy w partii”. Każdy kto zna naszą publicystykę, śledzi nasze analizy, rozumie wątki republikańskie i chrześcijańskie w naszej wizji świata, wie, że stosunek do tej czy innej partii nie stanowi o naszym fundamencie ideowym. Świat jest zbyt złożony i ciekawy, by redukować go do stosunku wobec Jarosława Kaczyńskiego.

Nie zgadzamy się również z wpisaniem nas do obozu wiecznych malkontentów i obrońców status quo, którzy od 1989 r. niezmiennie są przeciwni wszelkim głębszym zmianom i przyspieszeniom. Naprawdę, Aleksander Hall nigdy nie był bohaterem z naszej bajki. Nasza ocena przemian dużo bliższa jest Kaczyńskiemu. My także uważamy, że brak mocnego odcięcia się od PRL był jednym z błędów założycielskich III RP.

Więcej, ciągle bliska nam jest idea budowy IV RP, choć to pogląd dziś mało popularny także na prawicy. Droga do tego celu prowadzi przez zmianę obowiązujących dotąd reguł gry: wzmocnienie instytucji, stworzenie „mózgu państwa”, walkę z klientelizmem, większą transparentność życia publicznego, lepszą jakość procesu legislacyjnego, stworzenie mechanizmów dających obywatelom realną możliwość wpływania na decyzje państwowe, przeciwdziałanie pęknięciu na „dwa narody”, podniesienie jakości administracji publicznej i dyplomacji. Wyliczankę podobnych celów możemy ciągnąć bardzo długo.

Jeśli mamy stosować Pana nomenklaturę, to możemy przekornie uznać, że to my jesteśmy Konserwatystami Zmiany. Do obozu Konserwatyzmu Umiaru zaliczylibyśmy z kolei tych licznych publicystów „obozu PiS”, którym zdają się nie przeszkadzać słabości III RP, bo od 2015 r. świetnie służą one „naszym”.

Nie chcemy orderów za walkę z wiatrakami

Nie zgadzamy się również z Panem, że głównym celem rządów PiS-u powinno być „zerwanie ze zjawiskiem demokracji bezalternatywnej”. Pisze Pan o tym zjawisku w następujący sposób: „Tym mianem określa się sytuację, w której przewaga – niegdyś w biznesie, a także w mediach i systemie sądowniczym – spektrum partii od PO poprzez PSL do SLD w dużej mierze neutralizuje decyzje wyborcze i faktycznie prowadzi do rządów wciąż tej samej grupy polityków”.

Logiczną konsekwencją ogniskowania zaangażowania publicznego wokół przeciwdziałania „powrotowi starych” staje się bezkrytyczne „popieranie nowych”, co niestety stało się domeną wielu znakomitych publicystów i intelektualistów krytykujących III RP.

Nie będziemy specjalnie oryginalni, gdy powiemy, że w naszej konserwatywnej wizji świata celem rządów powinna być raczej pomyślność Rzeczpospolitej, niż walka z opozycją.

Uważamy też, że hegemonia pewnych środowisk, o której Pan pisze, jest już melodią przeszłości. Jarosław Kaczyński, ostatni rewolucjonista III RP, złamał już temu systemowi kręgosłup. A może ten system sam się rozpadł gdzieś w okolicach przeprowadzki Donalda Tuska do Brukseli? To dziś już bez znaczenia. Ważne jest to, że dalsza walka z zagrożeniem „demokracji bezalternatywnej” jest walką z wiatrakami.

Nie wstydzimy się własnej polityczności

Uznał Pan Redaktor, że angażując się w, ostatecznie skuteczną, walkę ze szkodliwym projektem zmiany ordynacji do Parlamentu Europejskiego „opuściliśmy obszar pracy eksperckiej” i „weszliśmy na obszar realnej polityki”.

Tymczasem od wielu już lat z otwartą przyłbicą inspirujemy się słowami św. Jana Pawła II, że „obowiązek uczestniczenia w polityce dotyczy wszystkich i każdego”.

Uważamy, że każdy z nas ma nie tyle być widzem, kibicem i komentatorem polityki, co aktywnym jej uczestnikiem. Tak właśnie interpretowaliśmy „rewolucję podmiotowości”, którą PiS zapowiadał w 2015 r. W tym duchu hasłem otwarcia nowego portalu naszego środowiska, www.klubjagiellonski.pl, uczyniliśmy parafrazę słynnego hasła Platformy Obywatelskiej: „Robimy politykę, budujemy mosty”. Niewiele – być może poza skutecznością i pewną profesjonalizacją – zmieniło się w naszej republikańskiej agendzie przez lata.

Wreszcie, nawet jeśli istnieje granica między pracą wychowawczą, komentatorską i ekspercką a poszukiwaniem politycznej, choć niepartyjnej sprawczości, to przekroczyliśmy ją dawno temu. Dokładnie cztery lata temu, kiedy po wyborach samorządowych – identycznie jak w sprawie ordynacji – zorganizowaliśmy petycję, która zablokowała przewidziane wadliwymi przepisami niszczenie kart z wyborów, które wielu postrzegało jako nieuczciwe. Wtedy zresztą kibicowali naszym działaniom nie tylko prawicowi publicyści, ale też politycy Prawa i Sprawiedliwości. Co symptomatyczne – nasza niechęć do uczestnictwa w partyjnych wydarzeniach była przez nich przyjmowana, delikatnie mówiąc, bez zrozumienia.

Poeci czy obywatele?

I tak doszliśmy do metafory, która chyba najbardziej nas zszokowała w całym Pana liście. Przestrzega nas Pan przed niedostrzeganiem różnicy pomiędzy „ocenianiem” i „prowadzeniem” polityki, gdyż dzieli je tak wiele jak „pisanie wierszy miłosnych” i „skuteczne poderwanie dziewczyny”.

Uderzający jest kompleks, z jakim w Pana wizji piszący miłosne wiersze chłopak musi odczuwać względem osiągającego sukcesy w podbojach miłosnych kolegi. Jeśli trafnie Pan nazywa w ten sposób relacje panujące pomiędzy publicystami i politykami, to marny nasz los. Dziennikarz wychodzący z takich pozycji zawsze zostanie mentalnie zdominowany przez polityka. W świetle tej metafory zrozumiałe staje się dlaczego nasza debata publiczna wygląda tak, jak wygląda. Wielu publicystów zdaje się przyjmować pozycję zakompleksionych poetów zazdroszczących politykom-Don Juanom ich wielkich sukcesów miłosnych.

Nie jesteśmy poetami. Pracowaliśmy dla polityków i z politykami. Jeśli dziś tego nie robimy, to z przekonania, że droga którą wybraliśmy skuteczniej prowadzi do celów, które chcemy osiągnąć. Wierzymy też, że nasza niezależność, spojrzenie i głos z zewnątrz paradoksalnie mogą być bardziej przydatne dla polityków, którzy podzielają nasze wartości, niż wspieranie ich bezpośrednio.

Wielu członków naszego środowiska do dziś to robi: w gabinetach politycznych, gremiach doradczych, ciałach eksperckich. W polityce partyjnej mamy wielu przyjaciół – czasem w bardzo dziwnych formacjach i instytucjach, nie tylko tych kojarzonych z „dobrą zmianą”. Wie Pan, co dominuje w naszych rozmowach z nimi?

Obopólna frustracja. Żadna ze stron nie ma poczucia, że ktoś tu „podrywa dziewczyny”, a innym zostaje tylko „poezja”. Pewnie i Pan Redaktor słyszał wielokrotnie narzekania na „wożenie pustych taczek”, przerost formy nad treścią, frustrację z powodu konieczności brania udziału w tysiącach rytualnych spotkań, z których nic nie wynika. A jeśli gdzieś szukać sprawczości, to często redukuje się ona do chwili satysfakcji, gdy załatwi się komuś miejsce na listach, etat w spółce albo udzieli się mocnej wypowiedzi w mediach.

Partyjna polityka wcale nie jest usłana wielkimi sukcesami. Sprawczość polegająca na osiąganiu ambitnych celów jest bowiem możliwa tylko za sprawą silnych instytucji, a tych ciągle mamy jak na lekarstwo. Dopóki się ich nie zbuduje, to polityka musi opierać się na grze pozorów. Ciągle przyciąga naszą uwagę błyskotkami, ale szybko okazuje się, że z zewnątrz wygląda dużo lepiej, niż to, co realnie dzieje się za drzwiami gabinetów.

Na pewno spotkał Pan nieraz w życiu mężczyznę, o którego powodzeniu u kobiet krążyły legendy. Szybko się jednak okazywało, że to były wyłącznie czcze opowieści. Podobnie jest z większością naszych polityków.

Prawdziwy pluralizm społeczny

Nie chodzi nam o to, by pastwić się nad niefortunną metaforą. Chodzi o fundamentalną różnicę między nami. Z rekonstrukcji Pana artykułu wynika, że w zupełnie inny sposób postrzegamy relację pomiędzy partiami politycznymi i społeczeństwem.

Pan wyraźnie opowiada się za prymatem tych pierwszych: to partie tworzą linie podziałów społecznych, to stosunek do ich liderów wyznacza miejsce na mapie ideowej. W tym modelu centra partyjne komunikują się ze swoimi wyborcami „z góry do dołu”, a rola mediów tożsamościowych polega na wyjaśnianiu posunięć bliskiej nam partii, podtrzymywaniu emocji i mobilizowaniu dzięki nim swoich wyborców-czytelników. Społeczna baza partii nie ma przy tym żadnego sposobu wysłania informacji zwrotnej innej, niż udział w wyborach. Nie ma żadnych instytucji pośredniczących, które pozwalałyby artykułować stanowisko grup w konkretnych sprawach. Odpowiedź na groźbę „demokracji bezalternatywnej” jest zatem taka, że nie chcąc powrotu rządów polityków SLD/PSL/PO trzeba zapisać się do bloku PiS i wiernie wykonywać polecenia centrali. A pomiędzy tymi dwoma blokami nie ma życia społecznego.

W naszej wizji jest dokładnie odwrotnie. Dobrze funkcjonujące partie wyrastają z życia społecznego, są ich politycznym przedłużeniem. Zdobywając władzę w państwie formacje polityczne powinny być kanałem artykulacji wielu różnych punktów widzenia, odmiennych nurtów ideowych i zróżnicowanych wrażliwości. Ich elektorat nigdy nie jest homogeniczny. Powinny opierać się na wspólnotach lokalnych, grupach interesów, organizacjach społecznych, związkach zawodowych, stowarzyszeniach pracodawców, niezależnych mediach, think tankach. Dzięki tym instytucjom pośredniczącym partie mogą otrzymać życiodajną informację zwrotną „z dołu do góry”.

To one powinny również kontrolować działania polityków, by nie poszli oni w pewnych sprawach na skróty, zatracając po drodze pierwotne ideały. Przykład PO pokazał, że odcięcie się centrali partyjnych od takich informacji zwrotnych płynących ze społecznego zaplecza prowadzi do utraty słuchu. A ten zawsze kończy się porażką wyborczą.

Stanisław Ehrlich, dawny mistrz Jarosława Kaczyńskiego, w eseju Oblicza pluralizmów użył trafnej metafory „metabolizmu społecznego”. Podobnie jak w żywym organizmie następuje wymiana energii, tak w społeczeństwie następuje ciągła wymiana informacji, które następnie są podstawą decyzji zbiorowych. Kluczowe znaczenie dla przebiegu „metabolizmu społecznego” ma funkcjonowanie struktur generujących informacje (grup interesów) oraz struktur generujących decyzje (ogniwa systemu politycznego). Na tej podstawie Ehrlich dzieli systemy na otwarte (wiele instytucji generujących informacje, swobodna jej wymiana) oraz zamknięte (biurokratyczny centralizm blokuje swobodną artykulację interesów).

W tym pierwszym modelu strumienie informacji pozwalają stworzyć adekwatny obraz społecznej rzeczywistości. W tym drugim istnieje monopol centrum decyzyjnego, który daje możliwość manipulacji informacją. Prowadzi to do degeneracji „metabolizmu społecznego”, gdyż struktura polityczna zostaje odcięta od środowiska społecznego. Sama wówczas zaczyna generować informacje i w oparciu o nie podejmować błędne decyzje, co jeszcze bardziej przyczynia się do dysfunkcji całego systemu.

Budowa systemu otwartego leży jednak nie tylko w interesie partii politycznych, ale od niej zależy także jakość życia społecznego. Podczas gdy państwo charakteryzuje przymus, w sferze społecznej (publicznej) powinna rządzić wolność i swoboda wymiany myśli. Po pierwsze, spór partyjny napędza podział „wróg” vs „przyjaciel”, podczas gdy spory toczone w ramach sfery publicznej powinny zakładać istnienie jakiegoś podstawowego „my”. Po drugie, logika sporu partyjnego utrwala mechanizmy plemienne w duchu: „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Tymczasem w sporach ideowych autentyczne przekonania powinny być stawiane ponad lojalność grupową. Po trzecie, stawką w sporze politycznym jest władza, która daje rozległe przywileje (np. stanowiska, granty publiczne, symboliczne uznanie), dlatego tak ważne jest, by ta logika nie skolonizowała całej sfery publicznej.

Z tych powodów jedynym sposobem oddalenia niebezpieczeństwa „demokracji bezalternatywnej” jest stworzenie systemu swobodnej artykulacji różnych stanowisk w poszczególnych sprawach. Tak właśnie rozumiemy rolę Klubu Jagiellońskiego i innych tego typu środowisk. Taki charakter miało również nasze działanie w sprawie ordynacji do PE.

Budowa sprawnych i silnych instytucji sfery publicznej – nie tylko tych państwowych, jak uniwersytety czy ośrodki eksperckie, ale też prywatnych i obywatelskich, jak organizacje pozarządowe czy media – i obrona tych istniejących przed mentalnym skolonizowaniem ich przez partyjnych polityków jest drogą do prawdziwego pluralizmu.

Gdy patrzymy na gorszącą uroczystość wręczenia prezesowi TVP „pierścienia Inki” przez gdańskiego metropolitę za to, że „otworzył on oczy wielu Polakom”, to rozumiemy, że nawet tak wpływowa instytucja jak Kościół Katolicki ma dziś z tym problem. I to jest problem nas wszystkich.

Partii Republikanów nie będzie

W Pana tekście pojawia się sugestia, że czekamy na emeryturę prezesa PiS, by powołać nową formację. Nie mamy takich planów – choćby dlatego, że z własnego doświadczenia doskonale rozumiemy, że przepaść pomiędzy nawet prężnie działającym stowarzyszeniem a masową partią polityczną jest ogromna.

Wiemy też, że republikańskie myślenie o sprawnym państwie nie znajduje dziś zrozumienia u szerokich rzesz naszych współobywateli. Budowa centrum strategicznego rządu czy reforma stanowienia prawa zawsze będzie budziła mniejsze emocje, niż imigranci czy niemieckie reparacje. Rozumiemy swoją rolę jako istotny nurt na prawicy, który jednak nie ma aspiracji do tworzenia własnej formacji politycznej. Stąd też naszym celem nie jest zajmowanie niczyjego miejsca, ale robienie swojej roboty, czyli przygotowywanie rozwiązań dobrych dla Polski i walka o nie w sferze publicznej. Chcemy to robić bez względu na to, jaka formacja rządzi dziś, ani jaka będzie rządziła za dwa albo sześć lat.

Co z tym Kaczyńskim?

Mamy niejasne poczucie, że pomimo wszystkiego, co do tej pory powiedzieliśmy, i tak na koniec zapyta nas Pan: „No dobra, ale jaki jest Wasz stosunek do Jarosława Kaczyńskiego?”.

Doceniamy jego niewątpliwy talent polityczny. Podzielamy opinię Roberta Krasowskiego, że właściwie od afery Rywina to prezes PiS nadaje ton polskiej polityce. Jest także jedynym politykiem prawicy po 1989 roku, który potrafił zbudować tak silny obóz polityczny. Wcale nie mamy wielkich nadziei związanych z jego odejściem na emeryturę. Przeciwnie, widzimy bardzo wiele symptomów świadczących o tym, że po Kaczyńskim polska prawica zostanie zdominowana przez politycznych trolli w rodzaju Dominika Tarczyńskiego czy Adama Andruszkiewicza.

Zarazem dostrzegamy, że Kaczyński zapłacił za swój sukces ogromną cenę, którą Rafał Matyja nazwał „kredytem systemowym”. Dawny prezes PC zrozumiał, że chcąc wygrać w partyjnej polityce musi raczej zaadoptować wiele złych cech III RP do swoich celów, niż z nimi walczyć.

W dyskusji toczonej wokół Wyjścia awaryjnego sporo na ten temat zostało powiedziane. A główna różnica pomiędzy nami a prezesem PiS polega na rozumieniu charakteru samej polityki. Dla nas polityka partyjna jest narzędziem do osiągania szerszych celów społecznych. W działaniach Kaczyńskiego wielokrotnie widzimy, że cel społeczny jest ważny, ale jego doraźne cele wyborcze są nadrzędne.

Dobrym przykładem z ostatnich miesięcy było ograniczenie pensji polityków o 20%. To genialny ruch z perspektywy celów taktycznych. Kaczyński odpowiedział w zdecydowany sposób na kryzys medialny. Z perspektywy państwa to posunięcie fatalne, bo jeszcze bardziej obniża prestiż polityka i ostatecznie przekłada się na osłabienie administracji. Obniżając płacę politykom i ministrom ostatecznie skazujemy administrację na sięganie po wiedzę ekspercką z firm doradczych. Każą sobie one zapłacić dużo więcej, a do tego wiedza wycieka z państwa i rosną pokusy korupcyjne. Do tego prowadzi nas zimny pragmatyzm Kaczyńskiego w tej kwestii.

Drugim przykładem są kwestie międzynarodowe. Racje ma Bartłomiej Radziejewski piszący od wielu lat, że na naszych oczach powstaje nowy ład europejski i światowy . Drogi Niemiec i USA się rozchodzą, a na nich bazowała dotąd nasza doktryna bezpieczeństwa. Mamy poważny projekt Macrona wypychający nas poza rdzeń Unii Europejskiej. Istnieją poważne tendencje, by przekształcić Unię w państwo lub podobną państwu hybrydę. Istnieje wreszcie poważne ryzyko rozpadu Wspólnoty. Bez względu na to, jak bardzo nie lubi się elit brukselskich, to jest to fatalna wiadomość dla Polski. Musimy odbyć poważną debatę, jak Polska powinna i jak chce się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości.

Tymczasem trudno nie mieć wrażenia, że Kaczyński traktuje sprawy międzynarodowe jako narzędzie w sporze wewnętrznym. Symbolem tego jest słynne głosowanie 27 do 1, styczniowe zawieruchy wokół ustawy o IPN, spór z TSUE czy antyniemiecka retoryka TVP.

Wszystkie te przykłady to podporządkowanie spraw międzynarodowych sprawom wewnętrznym. Z wyborczego punktu widzenia są to działania racjonalne, a może nawet w pewien sposób genialne. Dużo trudniej jednak jest ich bronić z perspektywy racji stanu.

I tą perspektywą, Szanowny Panie Redaktorze, chcielibyśmy zakończyć list do Pana. Wierzymy, że myślenie o długofalowym interesie Polski jest Panu bardzo bliskie. Możemy w wielu kwestiach mieć rozbieżne zdanie, ale powinniśmy się zgodzić, że nastały bardzo trudne czasy dla Polski. Koniunktura międzynarodowa wyraźnie się kończy. Musimy zmniejszyć temperaturę sporu politycznego, poszukać wspólnie nowych perspektyw rozwojowych. Mniej skupiać się na wrogu wewnętrznym, a lepiej rozumieć problemy na zewnątrz. Dziś naprawdę nie powrót mitycznego SLD do władzy jest problemem, ale osamotnienie w nowym „koncercie mocarstw”. Potrzebujemy głębokich zmian, by do tego trudnego procesu przygotować dobrze nasz kraj.

To jak, dołączy Pan do naszego obozu Konserwatyzmu Zmiany?